70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Cud chce jak najlepiej, a utrudnia wiarę”

Święci poszerzają naszą wyobraźnię, ich droga daje nam odpowiedź na pytanie, co to znaczy naśladować życie Pana Jezusa. Ich żywoty pokazują wielką różnorodność naśladowania Jego życia.

Zwykle myślimy o świętych jako owych heroicznych postaciach męczenników lub moralnych gigantów, których Kościół wynosi na ołtarze, których wspominamy podczas świąt i którzy patronują naszym kościołom. Ale to przecież tylko drobna garstka pośród tych, którzy – przynajmniej możemy mieć taką nadzieję – są już u Boga. Tych bezimiennych, zwykłych ludzi, także naszych bliskich, o których pamiętamy zbiorczo właściwie tylko raz w roku, 1 listopada. Czy są zatem święci lepsi i gorsi?

Zacząłbym od bardzo stanowczego przypomnienia, że jeden tylko Bóg jest święty. Na kartach Pisma Świętego mówi się o tym wielokrotnie. Wypowiada te słowa Anna, matka Samuela, w swoim hymnie dziękczynnym (por. 1 Sm 2, 2). „Święty, Święty, Święty” – słyszy Izajasz w widzeniu, jakie jest opisane w szóstym rozdziale jego księgi. „Bo Ty sam jesteś Święty” – czytamy w Apokalipsie (15, 4).

Dlaczego zatem nazywamy świętymi także ludzi? Już w Starym Testamencie zasygnalizowano nam, że sam Bóg chce naszej świętości. „Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty” – te słowa z Księgi Kapłańskiej (11, 44–45) powtarza w nowym, chrześcijańskim sensie apostoł Piotr (por. 1 P 1, 16). Apostoł Paweł świętymi nazywa po prostu ludzi, którzy uwierzyli w Chrystusa i przyjęli chrzest (por. Rz 1, 7; 16, 15; 1 Kor 16, 1; 2 Kor 1, 1 itd.).

Jak pogodzić te dwa twierdzenia biblijne – że jeden tylko Bóg jest Święty i że my, ludzie, mamy być święci? Bóg jest Święty źródłowo, my – przez uczestnictwo. Bóg stworzył nas ludźmi, obdarzył rozumem, wezwał do wolności, uzdolnił do miłości; ale chce, żebyśmy byli więcej niż ludźmi, chce nas uczynić uczestnikami swojej Boskiej natury (por. 2 P 1, 4). Warto tu przywołać mądre spostrzeżenie św. Tomasza z Akwinu: jeżeli kiedykolwiek przypisujemy jakąś doskonałość i Bogu, i stworzeniom, to nigdy w tym samym sensie; zawsze źródłem tej doskonałości w stworzeniach jest Bóg.

Jan Paweł II uczył nas, że kiedy podczas obrzędu chrztu kapłan zadaje katechumenowi pytanie: „Czy chcesz przyjąć chrzest?”, pytanie to znaczy: „Czy ty chcesz zostać świętym?”. Kiedy kapłan pyta rodziców dziecka przyniesionego do chrztu: „Czy chcecie, aby wasze dziecko zostało ochrzczone w wierze Kościoła, którą przed chwilą wspólnie wyznaliśmy?”, pytanie to znaczy: „Czy chcecie, aby wasze dziecko było święte?”. Oczywiście, świętość jest darem Bożym; to nie jest tak, że możemy ją osiągnąć. Jeżeli czasem tak mówimy, to po to, by podkreślić, że daru tego Bóg udziela nie bezdusznym rzeczom, ale nam, ludziom, osobom zdolnym do wolności.

Rzecz jasna, świętość stworzeń – i nasza własna, jeżeli króluje w nas łaska, a nie grzech, i tych zwyczajnych ludzi, którzy są już zbawieni, i tych wielkich przyjaciół Boga, którzy oficjalnie zostali wpisani na listę świętych Kościoła, i świętość samej nawet Matki Najświętszej – jest „tylko” udziałem w świętości Boga, który sam jeden jest Święty.

…czy także archaniołów Michała, Gabriela, Rafała? Zaliczamy ich również do świętych…

O tak! My z aniołami jesteśmy koledzy! Zapewne bardzo daleko nam do ich świętości, jednak świętość zarówno nasza, jak ich płynie ze świętości Boga, w niej uczestniczy.

A jednak trochę nam do nich brakuje. Jeśli święci mają być dla nas przykładami, drogowskazami, rozumiem sens wynoszenia na ołtarze ludzi, którzy – ontycznie rzecz biorąc – mają taki sam punkt wyjścia jak my. Ale jak mam próbować czerpać wzór z poczynań aniołów? Jak i w czym ich naśladować?

Przecież w naszej kulturze jest czymś zwyczajnym dostrzegać coś anielskiego w matce, która czuwa nad bezpieczeństwem swojego dziecka, albo w pielęgniarce, która z troską pochyla się nad chorym człowiekiem. Skorzystam z okazji, żeby parę słów powiedzieć o Aniołach Stróżach. Zupełnie niedawno ktoś opowiadał mi, jak Anioł Stróż ocalił mu życie. Ten ktoś jechał samochodem przez las, nocą, droga była puściusieńka. Nagle poczuł intensywny zapach szpitala. Instynktownie przyhamował i okazało się, że znajduje się tuż przed nieoświetloną furmanką. Strach pomyśleć, co by się z nim stało, gdyby chwilę wcześniej nie przyhamował.

Zdumiewającą historię z czasów okupacji opowiedziała mi kiedyś śp. doktor Jolanta Massalska. Było to na początku powstania warszawskiego, ona jako młoda lekarka znalazła się z córeczką w szpitalu Wolskim. Była wtedy osobą prawie niewierzącą. Wszystko wskazywało na to, że za chwilę wedrą się do szpitala bandyci od Kamińskiego, którzy dali się już poznać jako bestie w ludzkich ciałach. Było pewne, że wszystkie kobiety zostaną zgwałcone – że nie będzie się liczyło, stara czy dziecko, w ciąży czy po porodzie, przed operacją czy po operacji. Pani Massalska zaczęła się wtedy żarliwie modlić – sama nie wiedziała, skąd się to w niej wzięło – do Anioła Stróża. Przez całe życie uważała to później za cud, że chociaż straszne rzeczy się tam wtedy działy, jej ani córeczki żaden zboczeniec nie zauważył. Później bardzo głęboko odnalazła się w wierze, jako ginekolog wiele dzieci uratowała przed aborcją, zaś Anioła Stróża otaczała odtąd kultem przeogromnym.

Czy nie ma Ojciec wrażenia, że tego rodzaju kult, albo nawet ogólnie kult świętych, będzie powoli przechodził do historii – szczególnie w środowiskach wielkomiejskich i wśród ludzi młodych? Po co mam się modlić za pośrednictwem świętych, skoro mogę wprost do Chrystusa? Nie mamy już tej średniowiecznej, feudalnej nieśmiałości, każącej nam sprawy załatwiać przez pośredników…

Model pośrednictwa drabinkowego, który Pan jakby zakłada w swoim pytaniu, jest zdecydowanie obcy wierze katolickiej. Przecież do Chrystusa mamy – i w Kościele zawsze mieliśmy – przystęp aż tak bezpośredni, że możemy się z Nim spotykać w komunii świętej! To jest przecież codzienna rzeczywistość wszystkich poważnie żyjących wiarą w Chrystusa: że On jest w nas, a my w Nim. „Teraz już nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus” – entuzjazmował się apostoł Paweł (Ga 2, 20).

Dlaczego więc zależy nam na wstawiennictwie świętych? A dlaczego zależy mi na tym, żeby Pan się za mnie pomodlił? I Panu zapewne zależy na tym, żebym ja o Panu pamiętał w moich modlitwach. Po prostu Bóg, który nas stworzył, jest miłością, i jest Jego wolą, żebyśmy my – Jego dzieci – wiązali się więzami wzajemnej miłości i posługi.

Święty Tomasz z Akwinu postawił kiedyś pytanie, czy nie powinniśmy się ograniczyć do szukania pomocy tylko u największych świętych. Ale przecież – odpowiada – wstawiennictwo świętych w najmniejszym stopniu nie zwiększa zbawczej mocy Chrystusa. Natomiast dzięki wspaniałomyślności i mocą Chrystusa związuje ono Kościół więzami wielokierunkowej wzajemnej miłości. I właśnie dlatego postanowił Bóg, abyśmy mogli – i wielcy przyjaciele Boży, i mali zwyczajni grzesznicy – realnie pomagać sobie wzajemnie w naszej drodze do Niego.

Spróbuję jeszcze objaśnić radykalną różnicę między kultem Pana Boga a czcią, jaką oddajemy aniołom i świętym. W Piśmie Świętym – na przykład w Księdze Tobiasza (por. 12, 17–18) czy w Apokalipsie (por. 22, 9) – czytamy o bardzo zdecydowanych protestach aniołów, żeby nie oddawać im kultu należnego Bogu. I niewątpliwie wszyscy święci protestowaliby podobnie. Jednemu tylko Bogu należy się kult w całym tego słowa znaczeniu (cultus latriae), natomiast świętych otaczamy kultem ze względu na to, że są oni Bożymi przyjaciółmi (cultus duliae). Doulos to po grecku sługa, niewolnik. Krótko mówiąc, świętym oddajemy cześć ze względu na Boga, jako Bożym sługom i przyjaciołom.

Chyba zatem nie mogę być dobrym katolikiem i zarazem nie mieć żadnego nabożeństwa do świętych? Innymi słowy, czy kult świętych jest konieczny i istotny dla wiary katolickiej?

Przecież nie sposób być na Mszy świętej i nie łączyć się z Najświętszą Dziewicą, apostołami i męczennikami. To dzieje się podczas każdej Mszy świętej i nasze serca tu nie protestują. Msza święta to jest misterium uobecniania się Kościoła.

Odróżniłbym jednak takie – nieco bierne – uczestniczenie w komunii świętych od zdecydowanego, aktywnego uczestnictwa w kulcie świętych, takiego jak pielgrzymowanie do świętych miejsc, modlitwa do świętych, uroczyste obchodzenie ich świąt. To tutaj, mam wrażenie, bliżej mi do postawy protestanckiej – bardziej szacunku dla świętych niż rzeczywistego ich kultu. I chyba nie jestem w tym osamotniony.

Nigdy dość przypominania, że szczytem odpustu ku czci świętego, a również szczytem pielgrzymowania do grobu świętego jest Msza święta. Trudno o mocniejsze podkreślenie, że źródłem i celem kultu świętych jest uwielbienie Chrystusa Pana. Ale Pan, jak sądzę, pyta raczej o to, czy kult świętych podlega przemianom kulturowym. Wydaje się, że niemal rewolucja dokonała się tu za sprawą Gutenberga. Tradycyjnie centrum kultu świętej osoby był jej grób. Wskutek wynalezienia druku rozpowszechniły się żywoty świętych. Grób zachęca do modlitwy, żywot – raczej do naśladowania. Dzisiaj stało z nami się coś takiego, że nawet wierzący rodzice zapominają o modlitwie za swoje dzieci. W ogóle chyba mniej modlimy się za siebie wzajemnie. I jakby mniej zależy nam na tym, żeby święci w niebie się za nas modlili. Być może więcej zrozumienia mamy dzisiaj dla naśladowania świętych. Ale też stosunkowo rzadziej niż dawniej czytamy żywoty świętych i mniej się o nich mówi na ambonie.

Może tych kanonizowanych świętych jest zbyt dużo…

Cieszyłbym się, gdyby ich było dziesięć razy więcej…

Dlaczego? Dlaczego ich liczba jest tak ważna? Wydaje się, że pod względem wzorca lepiej oddziaływałoby mniej świętych, za to lepiej znanych i – by tak rzec – bardziej wyrazistych, mówiących coś istotnego konkretnemu pokoleniu w konkretnym miejscu i czasie.

Święci to przecież nie tylko wzór do naśladowania. Podzielam zdanie Jana Pawła II, który w Novo millennio ineunte powiedział mniej więcej tak: „Szczególnie wielkim hołdem dla Chrystusa z naszej strony jest ukazywanie Jego potężnej obecności w Kościele poprzez owoce wiary, nadziei i miłości, jakie złożyli ludzie tylu języków i ras, którzy poszli za Nim różnymi drogami chrześcijańskiego powołania”. Kościół jest to lud niedający się „policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków” (Ap 7, 9). Nic zatem dziwnego, że również jego świętych nie da się policzyć. Jako katolicy nie mamy przecież obowiązku znać wszystkich kanonizowanych czy beatyfikowanych wielkich Bożych przyjaciół. Nawiązać zaś z każdym z nich bezpośrednie relacje przyjaźni jest chyba nawet psychologicznie niemożliwe. Ja na przykład wręcz zakochałem się w błogosławionej Natalii Tułasiewicz, a Pan mógł o niej nawet nie słyszeć. Ja z kolei mogę nie znać jakichś świętych, z którymi Pan się przyjaźni.

Jeśli zatem święci nie są najpierw i tylko przykładami, to dlaczego jest to tak ważne, by nie tylko Bóg ich przyjął do siebie, ale także żeby uzyskali tę żmudną i kosztowną ziemską legitymizację w postaci procesu beatyfikacyjnego…

Odpowiem Panu krótko i biblijnie. Kult świętych ma cztery następujące wymiary. Po pierwsze, jest to dziękczynienie Bogu za to, że wywodzimy się od tak wspaniałych przodków. W Starym Testamencie nieustannie przypominano sobie, że naszymi ojcami są Abraham, Izaak i Jakub. Kult świętych to jest niejako kontynuacja tej perspektywy umożliwiającej nam uświadomienie sobie własnej tożsamości duchowej – „my jesteśmy z nich”. Święci są żywym wezwaniem, aby dziękować Bogu za to, że poprzez pokolenia tak wspaniale obdarzał Kościół łaską i świętością. Żywy kult świętych ogromnie więc pomaga widzieć historię Kościoła jako dzieje zbawienia.

A oto drugi aspekt kultu świętych: „Boże, jesteśmy przecież ich potomkami, powtarzaj w naszym pokoleniu cuda swojej łaski, jakie czyniłeś w czasach naszych świętych przodków! Daj również naszemu pokoleniu wielkich świętych, żeby umacniali Twój Kościół!”. Dziś, w naszej indywidualistycznej epoce, taka modlitwa może nawet nie przychodzi nam do głowy.

Trzeci wymiar kultu świętych to liczenie na ich wstawiennictwo – o tym już mówiliśmy. I wreszcie czwarty wymiar: świętych powinniśmy naśladować. Rzecz jasna, jest tylko jeden jedyny, którego powinniśmy naśladować: Pan nasz, Jezus Chrystus. Idea naśladowania świętych cały swój sens czerpie stąd, że oni byli naśladowcami Chrystusa. Patrząc na nich, łatwiej zrozumieć, jak różnorodnie można naśladować Chrystusa Pana; łatwiej zobaczyć, na czym powinno polegać konkretne moje naśladowanie. Święci poszerzają naszą duchową wyobraźnię pod tym względem, pomagają zrozumieć ogromną różnorodność naśladowania Chrystusa.

Proszę zauważyć, jak bardzo zależy wspólnotom zakonnym, by beatyfikować czy kanonizować założyciela czy założycielkę…

Ale czy potrzebujemy do tego żmudnych procedur, mnóstwa pieniędzy, czasu? W końcu ta świętość działa od dołu: ktoś nawiedza grób, ktoś już się przy nim modli, pewna społeczność otacza grób kultem – dlaczego to jeszcze nie wystarczy? Co dodatkowo daje nam przeprowadzenie śledztwa i postawienie kandydata na świętego w pewien stan podejrzenia?

Przez całe wieki procesów kanonizacyjnych w Kościele nie było, z czego, rzecz jasna, nie wynika, że teraz nie są one potrzebne. Ale o tym potem. Jak pojawił się kult świętych w Kościele? Można powiedzieć: nikt go do Kościoła nie wprowadzał, przyszedł samorzutnie. Zaczęło się od tego, że na przestrzeni wieku II, a na pewno w wieku III Kościół przejął rozpowszechniony wówczas w krajach basenu Morza Śródziemnego zwyczaj obchodzenia na cmentarzach urodzin swoich zmarłych. Polegał on na tym, że krewni i przyjaciele zmarłego gromadzili się w dzień jego urodzin przy jego grobie, żeby go wspominać i spożyć posiłek, na jaki ów zmarły za pośrednictwem swoich krewnych ich zaprosił. Chrześcijanie kontynuowali ten obyczaj w stosunku do swoich zmarłych, jednak z dwiema charakterystycznymi modyfikacjami. Po pierwsze, przenieśli urodziny, zachowując nazwę, dies natalis, na rocznicę śmierci jako na dzień jego narodzin dla nieba. Po wtóre, uczta cmentarna została zastąpiona, a przynajmniej usunięta w cień przez ucztę eucharystyczną.

Taką rocznicową Eucharystię odprawiano również na grobie męczennika, ale od samego początku była ona bardziej uroczysta niż Eucharystia sprawowana na grobie zwykłego chrześcijanina. Ze zrozumiałych względów uczestniczyli w niej nie tylko najbliżsi tego męczennika, ale przeważnie cały miejscowy Kościół, i nie przestano jej obchodzić również wówczas, kiedy zabrakło już tych, którzy owego męczennika znali bezpośrednio. Kult męczenników zaczął się więc w Kościele w sposób niemal niezauważony, w atmosferze radości, że niektórzy z nas dali Chrystusowi świadectwo, iż my wszyscy staramy się Go kochać ponad życie.

Stosunkowo szybko na podobnej zasadzie pojawił się kult szczególnie świętych biskupów. Po prostu ich dies natalis gromadził wiernych wyjątkowo licznie i również wówczas, kiedy nikt już tego biskupa osobiście nie znał. Jak się wydaje, pierwszym biskupem, który zaczął się cieszyć takim kultem, był św. Marcin z Tours (zm. 397).

Pyta Pan o sens i rolę procesu kanonizacyjnego. Pierwsza znana nam kanonizacja papieska nastąpiła w roku 993, Jan XV ogłosił wówczas świętym zmarłego dwadzieścia lat wcześniej biskupa Augsburga, Ulryka. W 1171 roku papież Aleksander III zarezerwował kanonizacje Stolicy Apostolskiej. W XVII wieku Urban VIII w kilku kolejnych dekretach ustalił nowożytne procedury procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego, już tylko stosunkowo niewiele ulepszane przez kilku następnych papieży, w tym również przez Jana Pawła II. Beatyfikacji czy kanonizacji nie powinien towarzyszyć pośpiech, powinien to być – od strony ludzkiej – akt rozważny, poprzedzony poważnymi i wielostronnymi badaniami…

Zatem beatyfikacja wynika raczej z pewnej negatywnej konieczności dziejowej. Trzeba ukrócić nadużycia…

Nie tylko o to chodzi. Kiedy trwał jeszcze II Sobór Watykański, pojawiła się myśl, ażeby Ojcowie soborowi przez aklamację ogłosili błogosławionym inicjatora tego zgromadzenia – papieża Jana XXIII. Owszem, sobór miałby prawo dokonać takiego aktu i nie byłoby to żadne nadużycie. Jednak Paweł VI wolał uszanować zwyczajną ludzką potrzebę dokładnego zbadania życia i pism kandydata do chwały ołtarzy, nawet w odniesieniu do kogoś tak czcigodnego i powszechnie szanowanego.

Dam Panu inny jeszcze przykład: wśród beatyfikowanych stu ośmiu polskich męczenników z czasów II wojny światowej znajduje się dominikanin, bł. Michał Czartoryski. Gdyby nie proces beatyfikacyjny, nawet polscy dominikanie znaliby go raczej słabo – mimo że swoim życiem i męczeństwem dał wspaniałe świadectwo Chrystusowi. Proces beatyfikacyjny ogromnie przyczynił się do głębszego poznania tego naszego zakonnego współbrata.

Ale może trochę zmienię temat. Wśród starych krajów cywilizacji chrześcijańskiej jedna tylko Polska nie ma świętych królów (królewicz Kazimierz to późne czasy i jednak był to tylko królewicz). Tymczasem zarówno w Kościele wschodnim, jak i zachodnim czci się mnóstwo świętych królów, którym – w perspektywie współczesnych standardów moralnych – można by pewnie niejedno zarzucić. W tych barbarzyńskich czasach nierzadko przecież poczynali sobie po barbarzyńsku. Ale Kościół zapamiętał ich jako tych, którzy szczególnie przyczynili się do utrwalenia Ewangelii. Albo byli obrońcami chrześcijaństwa – jak ci liczni uznani za świętych królowie serbscy, którzy bronili ludu chrześcijańskiego przed najazdami muzułmańskimi.

Nie ma więc jednej miary świętości – każdy ma pewną istotną rolę do odegrania, a w innym obszarze może czasem pobłądzić. O świętości może więc w różnych przypadkach decydować już to prawowierność, już to heroizm, czasem pobożność…

Niezbadane są wyroki Bożej Opatrzności decydujące o tym, kto w Kościele będzie czczony jako święty. Na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej setki, a może tysiące kapłanów zginęły śmiercią męczeńską. Panu Bogu spodobało się wyciągnąć z niemal zupełnego zapomnienia Andrzeja Bobolę, jezuitę, i doprowadzić do tego, że właśnie on został ogłoszony świętym. Biorąc rzecz tylko po ludzku, na pewno można by znaleźć, i to nie jednego i nie dwóch, kogoś równie zasłużonego…

A na pewno wygodniejszego ze względu na stosunki z Kościołem prawosławnym…

Właśnie. Długa i przedziwna droga, która zakończyła się kanonizacją św. Andrzeja, każe domyślać się, że samemu Panu Bogu jakby szczególnie zależało na tym, żeby właśnie ks. Bobola był w Kościele czczony jako święty. Wspomniałem o stu ośmiu polskich męczennikach z czasów ostatniej wojny. Przecież wśród milionów zamordowanych wówczas Polaków było wiele tysięcy męczenników, którzy zostali zamordowani za to, że wierzyli w Chrystusa. Dlaczego męczeńska śmierć wielu z nich może wcale nie została zauważona? Dlaczego chwały ołtarzy dostąpiło akurat tych stu ośmiu? Przedziwne są wyroki Bożych rządów nad Kościołem.

Czy nie jest dla Ojca zdumiewające, że wśród beatyfikowanych brakuje małżeństw? Ten rodzaj powołania zdaje się najwyraźniej wykluczać ze świętości. Dlaczego Kościół tak faworyzuje celibatariuszy?

Brakuje też świętych rolników – a przecież przez całe stulecia uprawą roli zajmowała się ogromna większość chrześcijan. Brakuje świętych szewców, świętych młynarzy. Wiem, zaczynam się wygłupiać. Ale chodzi mi o zwrócenie uwagi na to, że za Pańskim pytaniem kryje się założenie, iż każdemu stanowi życia należą się kanonizowane wzory. A przecież oddając kult świętym, Kościół nie tylko szuka wzorów do naśladowania. Kościół również uświadamia sobie w ten sposób różne wymiary prawdy o sobie samym. Na przykład: nie trzeba się dziwić temu, że wśród świętych Kościoła jest tak wielu świętych biskupów i kapłanów – przecież głoszenie słowa Bożego oraz sprawowanie Eucharystii jest podstawowym „miejscem” tworzenia się i kształtowania Kościoła.

Jeśli zaś idzie o świętych małżonków, na pewno nie prześcignę tu w kompetencji Zbigniewa Nosowskiego. Ale przypomnijmy choćby świętą Jadwigę Śląską i jej bardzo świątobliwego męża Henryka Brodatego albo świętą Zdzisławę Czeską i nawróconego pod jej wpływem jej męża – obaj mężowie wprawdzie nie kanonizowani, ale świątobliwi…

Jedno kanonizowane, ale nie obydwoje! W dodatku w czasach głębokiego średniowiecza. Poza tym ich zasługa nie tkwi w wypełnianiu powołania małżeńskiego! Małżonkami są niejako przy okazji. A skoro wierzymy, że wiele z nich – jak pisał Zbigniew Nosowski – „parami idzie do nieba”, dlaczego Kościół wynosi ich na ołtarze tak rzadko i tylko tych, którzy zdecydują się na celibat? Składają ślub wstrzemięźliwości… Wyjątkowo – muszę przyznać z przykrością – obcy mi jest przykład Mikołaja z Flüe z XV wieku. Został świętym nie dlatego, że założył rodzinę i miał dziesięcioro dzieci, ale przeciwnie – dzięki temu, że porzucił i żonę, i dzieci i resztę życia spędził w pustelni. Gdyby tego nie zrobił, Kościół by go nie zauważył i nie wyniósł na ołtarze.

Powiem coś, co dzisiaj jest niezbyt popularne: w Kościele zawsze, i także dzisiaj, wbrew temu, co twierdzą niektórzy, celibat – rzecz jasna, rzetelnie realizowany – uznawany jest za doskonalszą drogę do Boga niż małżeństwo. Kościół bardzo wysoko ceni małżeństwo, nie waha się jasno twierdzić, że mnóstwo małżonków jest o wiele świętszych niż wielu celibatariuszy, niemniej celibat jako droga do Boga jest doskonalszy niż droga małżeńska. Święty Hieronim w bardzo pięknej metaforze wyraził to w ten sposób: celibat jako droga do Boga to jest złoto, małżeństwo to jest srebro. Oczywiście, jak się ma dużo srebra, to się jest bogatszym, niż mając mało złota – niemniej złoto jest cenniejsze od srebra.

Ładniej świeci, robi większe wrażenie na ołtarzu. To jest niezwykle szczera odpowiedź – muszę przyznać, że spodziewałem się raczej teologicznych wykrętów niż tak wprost i jasno postawionej tezy. Ale obawiam się, że wynosząc bezżenność ponad małżeństwo, jest dziś Ojciec w mniejszości…

Dziś niektórzy twierdzą nawet, że Kościół niczego takiego nie naucza…

To prawda, poświęciliśmy niedawno temu zagadnieniu numer „Znaku”…

To ja może przypomnę, że o wyższości celibatu nad małżeństwem wyraźnie naucza Sobór Trydencki (Kanony o sakramencie małżeństwa, 10). Natomiast Jan Paweł II w adhortacji Familiaris consortio (nr 16) najpierw przypomniał ogromną wartość duchową zarówno celibatu, jak małżeństwa: „Dziewictwo i celibat dla Królestwa Bożego nie tylko nie stoją w sprzeczności z godnością małżeństwa, ale ją zakładają i potwierdzają. Małżeństwo i dziewictwo to dwa sposoby wyrażenia i przeżywania jedynej tajemnicy Przymierza Boga ze swym ludem. Bez poszanowania małżeństwa nie może także istnieć dziewictwo konsekrowane; jeżeli płciowość ludzka nie jest traktowana jako wielka wartość dana przez Stwórcę, traci sens wyrzeczenie się jej dla Królestwa Niebieskiego”. Następnie jednak, w tym samym numerze adhortacji, Jan Paweł II wyraźnie powtórzył to, czego w Kościele nauczano zawsze: „Dlatego też Kościół w ciągu swych dziejów zawsze bronił wyższości tego charyzmatu w stosunku do charyzmatu małżeństwa, z uwagi na jego szczególne powiązanie z Królestwem Bożym”.

Wróćmy do świętego, który najwyraźniej porzucił srebro dla złota. Czy to jest naprawdę owa doskonała droga do Boga? Porzucić żonę i dzieci?

Gdyby zgłosił się do mnie Mikołaj z Flüe, to ja bym mu zdecydowanie powiedział: wolno ci tę drogę wybrać tylko za zgodą żony. Być może zresztą taką zgodę uzyskał – tego nie wiem.

W ogóle myślę, że wiele z tych opowieści o świętych zapamiętaliśmy jakoś tak bez zrozumienia. W ósmej klasie przedstawiano nam legendę o św. Aleksym jako przykład średniowiecznej głupoty, deptania wartości ludzkich. „Ożenił się i zaraz potem tę żonę opuścił” – myślałem sobie, dopóki nie przeczytałem powieści Kossak-Szczuckiej Suknia Dejaniry, w świetle której wreszcie zrozumiałem, że legenda o św. Aleksym jest to wielka przypowieść o Synu Bożym, który – że posłużę się słowami znanej kolędy – „opuścił śliczne niebo, obrał barłogi”. W gruncie rzeczy zapamiętaliśmy skorupę tej legendy i kompletnie nie dochodzi do nas jej zasadnicze przesłanie. Może trochę podobnie jest z żywotem św. Mikołaja z Flüe. Nie wiem, bo nigdy bliżej się tym nie interesowałem.

Dlaczego wymagamy od kandydatów na ołtarze spektakularnych cudów? Dlaczego święci tych cudów potrzebują?

Posłużę się metaforą Klausa Bergera, autora niewielkiej książki o cudach, nawiązującą do zabawy w zimno-gorąco: „Świat nie jest w każdym punkcie tak samo oddalony od Boga, lecz istnieją strefy, czasy, miejsca, znaki i osoby »gorące« oraz »zimne«… »Gorącymi« strefami nazywa się miejsca i momenty, w których dokonują się cuda, ponieważ tam Bóg Stworzyciel jest bliższy niż gdziekolwiek indziej. »Gorąca« jest bliskość Boga. Według rozumienia biblijnego w strefie tej doświadczyć można cudów”.

Jeżeli duchowo przebywamy w strefie „zimnej”, to nawet jeśli jesteśmy wzorowymi katolikami, odnosi się do nas raczej piękne powiedzenie ks. Twardowskiego: „Cud chce jak najlepiej, a utrudnia wiarę”.

Powiem jeszcze coś, co będzie brzmiało jak wymądrzanie się. Wydaje się, że w ciągu dwutysiącletniej historii chrześcijaństwa dominowały kolejno trzy bardzo różne odpowiedzi na pytanie, co to jest świętość. Nowy Testament i Ojcowie Kościoła świętość rozumieli jako udział w świętości Boga. W czasach średniowiecza świętość rozumiano raczej jako niedostępną dla ogółu śmiertelników, a wynikającą ze szczególnej bliskości Pana Boga nadzwyczajność. Wyrażała się ona umartwieniami, do jakich zwyczajny człowiek w ogóle nie jest zdolny, spektakularnymi cudami, darem czytania w ludzkich sercach itp. Natomiast w czasach nowożytnych świętość zaczęła się ludziom kojarzyć przede wszystkim z moralnym heroizmem. Rzecz jasna, te trzy spojrzenia na świętość wzajemnie się nie wykluczają, raczej się dopełniają. Żądanie cudów w procesie beatyfikacyjnym osobiście odbieram jako oficjalne potwierdzenie Kościoła, że w średniowiecznym spojrzeniu na świętość jednak nie wszystko było uwarunkowane mentalnością tamtej epoki.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata