70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coś szarego, coś niepokojącego

Jakiej to rzeczywistości nienawidzi Flaubert? Tej współczesnej sobie, zaludnionej strasznymi mieszczanami II Cesarstwa, z którą rozprawia się bezlitośnie w Szkole uczuć? Czy też rozciąga to uczucie na rzeczywistość w ogóle, jako taką, bo niezależnie od swego historycznego kształtu zawsze jest przeżarta nicością?

Wystarczy poczytać dowolne dzieło Flauberta, aby się zorientować, że wszystko tu jest głęboko przemyślane. Dosłownie wszystko, bo nie tylko pomysł całości, kompozycja, klamry spinające poszczególne partie, ale układ każdego zdania, i to z dokładnością do jednej sylaby. Flaubert nie sformułował swojej wiary pisarskiej w postaci programowego manifestu, jedynie w listach – a korespondencja stanowi niebagatelną część jego spuścizny – znaleźć można uwagi tyczące tego, o co mu chodzi w pisaniu, nad czym się męczy, do czego zmierza, jak pisać.

W liście do Louise Colet z grudnia 1852 Flaubert stwierdza: „Autor w swoim dziele powinien być jak Bóg we wszechświecie, wszechobecny a niewidzialny”. W styczniu tegoż roku zwierzył jej, że chciałby napisać „książkę o niczym”, temat bowiem jest nieważny, a absolutnym sposobem widzenia rzeczy jest sam styl.

Styl Flauberta analizuje Erich Auerbach w Mimesis, śledząc „rzeczywistość przedstawioną w literaturze Zachodu”. Niezależnie od walorów naukowych naczelny urok Mimesis na tym polega, że Auerbach zawsze jest blisko tekstu, wczepia się w tekst i odczytuje go najuważniej, mniej dbając o to, czy wyniki interpretacji złożą się w spójną teorię ogólną. Z Flauberta wybrał sobie do analizy opis wspólnego posiłku w domu państwa Bovary. Karol i Emma mieszkają w Tostes, są małżeństwem mniej więcej od roku. Emma, siedząc naprzeciw męża w małej jadalni na parterze, z dymiącym piecem, ze skrzypiącymi drzwiami, ze ścianami ociekającymi wilgocią i z wiecznie wilgotną, kamienną podłogą miała wrażenie, że podają jej na talerzu całą gorycz istnienia i wraz z oparami unoszącymi się z potraw unosiły się z głębi jej duszy mdłe wyziewy nudy i obrzydzenia.

Ulubiony przez Flauberta imparfait, czas przeszły niedokonany, rozwiewa wszelkie wątpliwości: to nie jest jakiś wyjątkowy wieczór i wyjątkowo kiepski nastrój Emmy, przeciwnie, scena ocieka powszedniością. Takie posiłki powtarzają się co dzień, monotonnie i bez szans na cud odmiany. Narrator nie wzrusza się odczuciami bohaterki, nie wyśmiewa ich i nie osądza. Praktykuje własną ekonomię oszczędzania na emocjach i ocenach, za to rozrzutnego szafowania konkretem i szczegółami.

Komentarz Auerbacha:

Emma jest w absolutnej rozpaczy, ale rozpacz jej nie została sprowokowana przez jakąkolwiek określoną katastrofę; bohaterka ani nie utraciła niczego konkretnego, ani też niczego konkretnego nie pragnie. Ma ona wprawdzie wiele pragnień, ale są one całkiem nieokreślone: Emma marzy o elegancji, o miłości, o urozmaiconym życiu; rozpacz tak niekonkretna z pewnością od czasów niepamiętnych znajdowała wyraz w dziełach literackich, nigdy jednakże nie zamierzano brać jej w sposób poważny. (…) Nie dzieje się tutaj nic, ale owo „nic” przekształciło się w przygniatające, ponure „coś”. (…) Zresztą i w innych przypadkach Flaubert jedynie rzadko opowiada o takich wydarzeniach, które szybko popychałyby naprzód akcję; poprzez same tylko obrazy, które ową nicość pierwszego lepszego dnia obracają w ciążący stan odrazy, obrzydzenia, złudnych nadziei, paraliżujących rozczarowań i żałosnych obaw – pewien szary i dowolnie obrany los ludzki posuwa się z wolna w kierunku oczekującego go finału.

Nic, które przekształca się w coś. Znamy tę zasadę, na tej zasadzie powstał świat, powstała rzeczywistość. Auerbach znalazł dla Flauberta iście niezwykłą formułę. Oto arcyzasada kreacji zostaje paradoksalnie przekręcona, wywrócona na opak. Spotworniała rzeczywistość okazuje się równa nicości. Rzeczywistość przejawiająca się już tylko jako beznadziejne powtarzanie się wciąż tego samego, jest tak nijaka i miałka, że rozwiewa się w nicość. Tak to odczuwa Emma, a my razem z nią, bo w pisarstwie Flauberta to straszne „nic” stało się „czymś” i może być dojmującym doświadczeniem.

Auerbach bierze na warsztat Flauberta po Stendhalu i Balzaku. U Stendhala postaci płoną jeszcze świętym ogniem heroizmu i namiętności i pośród dziewiętnastowiecznych realiów nadal są bohaterami w dawnym stylu. Balzac zaprawia epicki obraz współczesnej epoki tragizmem i demonami. W jadalni państwa Bovary szarej nudy rzeczywistości nie rozprasza już żaden blask.

„Uważa się, że jestem zafascynowany rzeczywistością, tymczasem ja jej nie znoszę; zabrałem się za tę powieść [chodzi o Panią Bovary – M.Ł.] z nienawiści do realizmu” – napisał Flaubert w 1856 roku do Edmy des Genettes.

Jakiej to rzeczywistości nienawidzi Flaubert? Tej współczesnej sobie, zaludnionej strasznymi mieszczanami II Cesarstwa, z którą rozprawia się bezlitośnie w Szkole uczuć? Czy też rozciąga to uczucie na rzeczywistość w ogóle, jako taką, bo niezależnie od swego historycznego kształtu zawsze jest przeżarta nicością?

Ostatnim ukończonym dziełem Flauberta były Trois contes, opublikowane w 1877 roku – Trzy opowieści w przekładzie Wacława Rogowicza z roku 1914, Trzy baśnie w przekładzie Renaty Lis i Jarosława Marka Rymkiewicza, wydanym teraz, pięknie, z komentarzami tłumaczy, z dołączonym esejem o Croisset oraz kalendarium życia i twórczości autora. Pierwsza dzieje się współcześnie i opowiada historię życia prowincjonalnej sługi, przesmutnego, bo los po kolei odbierał jej wszystko, co mogłoby jej dać jakąś radość. Druga rekonstruuje żywot św. Juliana Szpitalnika, który za popełnione zbrodnie pokutuje ascezą i bezgranicznym miłosierdziem. Trzecia przedstawia sekwencję biblijną: polityczne i rodzinne intrygi na dworze Heroda, taniec Salome i ścięcie Jana Chrzciciela.

Wydawałoby się niemal, że dwie ostatnie historie – kanoniczne, obrośnięte bogatą tradycją – służą za barwne tło, które tym bardziej uwydatniać ma ubogą szarość historii pierwszej. Święty Julian wnosi na plan rycerską przygodę, sadystyczne ekscesy, przejętą od Edypa próbę uniknięcia przepowiedzianego losu, wreszcie kwestie pokuty i zbawienia; wnosi hagiograficzną legendę, dawno temu uwiecznioną na witrażu katedry w Rouen, rodzinnym mieście Flauberta. Zdarzenie na dworze Heroda naładowane jest całą powagą początków chrześcijaństwa i wybuchowymi namiętnościami. Służąca, jak na ironię obdarzona imieniem Félicité, ma w fabularnym posagu tylko biedę, poniewierkę, ciężką pracę i potrzebę miłości. Możliwość transcendencji, wejścia w rzeczywistość inną niż ta tutaj, w dwóch ostatnich historiach oczywista i zaświadczona, w historii Félicité objawia się jedynie w zagadkowej i przewrotnej figurze papugi.

Ale zaleca się również spojrzenie od drugiej strony. Trzy bardzo niejednorodne historie połączono w tryptyk, aby pokazać, że można je tak samo opowiedzieć, osadzić w tym samym rejestrze, zrównać na płaszczyźnie jednolitego stylu. Z tą samą beznamiętnością Flaubert referuje okrucieństwa i miłosierne uczynki Juliana, wydarzenia przełomowe w dziejach i te, których świat nie zauważa. W przekonaniu, że właśnie ten beznamiętny styl pozwala najpełniej przemówić samym wydarzeniom.

Widziała coraz gorzej. Żaluzje nie były już podnoszone. I przeszło wiele lat. Ale domu nikt nie kupił i nikt nie wynajął.

(…)

Pod klapą podbitą drewnem znajdowała się zapadnia tych samych rozmiarów. Dwa jej skrzydła ustąpiły pod ciosem pięści; wtedy ukazała się czeluść, jakiś ogromny loch, który w środku miał biegnące wzdłuż ścian schody bez poręczy; i ci, którzy pochylili się nad ciemną dziurą, dostrzegli w jej głębi coś nieokreślonego i niepokojącego.

I tylko czasem od tego języka sprawozdawcy, inwentaryzatora, referenta odskakują porównania – niekiedy na wielką odległość.

Jej serce biło coraz wolniej, jego uderzenia, coraz rzadsze, były też coraz mniej wyraźne, coraz cichsze – jakby wyczerpywało się jakieś źródło, jakby zanikało, ledwie słyszalne, jakieś echo.

(…) między gałęziami – to tu, to tam – jedne po drugich zapaliły się światła, jakby niebo wypłakało na las wszystkie swoje gwiazdy. Były to oczy zwierząt…

W listach Flaubert nie żałował sobie porównań, zaskakujących, często podbitych surrealistyczną wyobraźnią. Ale pilnował, by w tekstach literackich figury takie nie zdominowały stylu, usuwał je skrupulatnie i (w innym liście do Louise Colet z grudnia 1852 roku) porównywał do robactwa: „Porównania zżerają mnie jak wszy i cały czas poświęcam na ich tępienie”. Może uważał, że porównania to droga na skróty, nieodpowiednia dla ślamazarnie pełzającej rzeczywistości.


G. Flaubert, Correspondance, Paris 1973–1977; tenże, Pani Bovary, przeł. A. Micińska, Warszawa 1957; tenże, Trzy baśnie, przeł. R. Lis i J. M. Rymkiewicz, Warszawa 2009; E. Auerbach, Mimesis. Rzeczywistość przedstawiona w literaturze Zachodu, przeł. Z. Żabicki, Warszawa 1968.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata