70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Właśnie tutaj, właśnie tutaj

Nie lubię określenia „szkoła życia”, ale muszę przyznać, że praca zapinacza hakowego to było właśnie to. I nie chodzi mi nawet o mądrość przekazywaną konusowi, którym byłem, bezpośrednio, zawartą choćby w niezliczonych złotych myślach w rodzaju „Robota to głupota” czy „Największy grzech: pół litra na trzech!”.

Część  II

Na pozór wszystko funkcjonowało jak trzeba. Pracowało się na trzy zmiany w systemie czterobrygadowym. Ten genialny wynalazek polegał na tym, że na każdym stanowisku zmieniały się cztery robotnicze zespoły. Cztery dni na pierwszej zmianie, potem dzień wolny, cztery dni na drugiej zmianie, dzień wolny, cztery dni, a raczej noce, na trzeciej – dwa dni wolnego. Potem cykl zaczynał się od nowa. Dzięki temu można było sobie planować życie w sposób wolny od zabójczych dla tegoż życia monotonii i jednostajności. Najgorzej było na zmianie pierwszej – jeśli nie była to niedziela lub wolna sobota, huta pełna była ludzi, a naszą robotę nadzorowali, nierzadko bezpośrednio, mistrz zmianowy i kierownik. Byli to nadzorcy bardzo ludzcy, pełni wyrozumiałości dla człowieczych słabości takich jak niepunktualność, kac czy zwykłe bumelanctwo. Na ile mogli, tuszowali różne nasze niedoskonałości i wpadki, ale znali przerastające nasze rozumienie plany, które trzeba było wykonać, mieli też nad sobą przełożonych, przed którymi za realizację tych planów odpowiadali. Krótko mówiąc, gonili do roboty, ale kiedy na przykład ktoś się do roboty nie stawił albo się podczas dniówki uwalił, robili z niego chorego albo pozwalali przedymać kolejne osiem godzin koledze z poprzedniej zmiany, że niby było to umówione zastępstwo. Mistrzem zmianowym, czyli po prostu majstrem, był młody inżynierek, nazywał się chyba Wójcik, ale moi koledzy mówili o nim per „Wystraszony”. „Ej, Wystraszony idzie, bierzta jakieś grabki, że niby porządkujemy teren” – komenderował czasem nasz brygadzista, Adam Gardynik. Inżynier chyba czuł się obco w środowisku nie do końca ucywilizowanych robotników, uśmiechał się blado, klął nieprzekonująco, jakby dopiero się uczył, a przede wszystkim był nietrunkowy. Pracować w owych czasach w Hucie im. Nowotki i jednocześnie nie pić to masochizm, którego chyba już nigdy nie zrozumiem. Ale majster jakoś sobie z nami i ze sobą radził, choć przychodziło mu to z widocznym trudem. Byliśmy dla niego jak Nowi Dzicy – zrozumieć ich się nie da, ale zaakceptować trzeba. Za to kierownik Zdzisław Nowak, zaocznie tytułowany „Zdzichem”, był to hutnik z krwi i kości, potrafił równo opierdolić, ale też pośmiać się, a jak nikt nie widział, to i napić się z nami. Wobec władzy wyższych szczebli tyle razy ręczył za nas głową, że nawet gdyby był wielogłowym smokiem, dawno by mu tych głów zabrakło. Miał dla nas ojcowską cierpliwość, jaką naprawdę zrozumieć mógłby tylko ktoś, komu urodziłaby się piętnastka synów nierobów i pijaków.

Winien jestem Iwaszkiewiczowi opisanie pradawnego stanowiska roboczego. Centralne Składowisko był to wielki plac zastawiony stosami wlewków, czyli stalowych kloców przeznaczonych do dalszej obróbki. Pociągi przywoziły je skądś na teren huty, gdzie albo trafiały bezpośrednio na odpowiedni wydział, albo składowano je u nas. Część Centralnego miały w swoim zasięgu dwie żyrafowate suwnice, pozostały jego teren obsługiwały ciężarowe dźwigi uwijające się w wąskich alejkach. Naszym, zapinaczy hakowych, zadaniem był rozładunek i załadunek tych półfabrykatów. Po prostu potrzebni byli ludzie, którzy zwisające z dźwigu liny podłożą pod końcówki wlewków i dopilnują, żeby maszyna podźwignęła ciężar w miarę pewnie i równo, żeby nikomu nie spadł na łeb. I my się do tego jak najbardziej nadawaliśmy.

Najistotniejszym elementem stanowiska roboczego był barakowóz, zwany zwyczajnie „budą”. Nie muszę chyba dodawać, że wewnątrz panowały warunki bardzo nędzne i krańcowo niechlujne. Tam się przebieraliśmy, tam jedliśmy kaszankę i salceson z hutniczego sklepiku, tam można się było skryć przed deszczem, przed słońcem oraz przed pracą i tam kwitło nasze życie towarzyskie: męskie rozmowy, gra w karty (najczęściej w chuja idealnie dopasowanego do naszych możliwości intelektualnych), oczywiście picie. Za moich czasów w pamięci starszych kolegów żywe jeszcze było koszmarne wspomnienie telefonu, który w tej pakamerze straszył. Było to dla nich przekleństwo, ponieważ wynalazek, którego pan Bell dokonał w jak najlepszej wierze, używany był do wydawania na odległość poleceń służbowych. W każdej chwili byle kierownik mógł zadzwonić i wezwać brygadę z Centralnego na wydział do jakiejś roboty. Chłopaki tyle razy uszkadzali linię telefoniczną i sam aparat, że wreszcie go zlikwidowano i Centralne Składowisko odetchnęło z ulgą. Teraz tylko w bardzo ważnych sprawach nasz brygadzista szedł na posterunek straży przemysłowej, żeby skorzystać z tamtejszego aparatu. I właśnie ten posterunek był jedynym od zwycięskiej wojny z telefonem mieczem damoklesowym nieustannie nad nami wiszącym. Usytuowany był niebezpiecznie blisko, tam, gdzie wąską bramą wjeżdżały i wyjeżdżały z huty składy towarowe. Nad torami wznosiła się wieżyczka obserwacyjna, na którą strażnik się wspinał, żeby z góry zaglądać do wagonów, czy Sabotażysta nie próbuje się dostać na teren zakładu i czy maszynista nie wywozi z huty czegoś do opylenia na boku. Rolą tych wartowników było też wyłapywanie wszystkich próbujących nielegalnie dostać się na teren huty lub przeciwnie, czmychnąć z niej. Podobno mieli nawet obiecane za nasze głowy premie, więc sprawa była poważna. O ile bowiem na pierwszej zmianie raczej zmuszeni byliśmy spędzać w pracy bite osiem godzin, o tyle na zmianie drugiej około piątej, szóstej, w najgorszym razie ósmej, szło się „na płot”. Naszą budę dzieliło od niego raptem pięć metrów, a tuż przy płocie rosło drzewo, po którym łatwo było się wspiąć. Drzewo było ważne, bo szczytem ogrodzenia biegły rzędy drutów kolczastych przymocowanych do betonowych łuków. Łuki wyginały się do wewnątrz, żeby z huty trudniej było wyjść, niż wejść. W dodatku zaraz za płotem biegł wzdłuż niego kanał doprowadzający wodę na teren fabryki i jedyna Droga ucieczki wiodła wzdłuż płotu w stronę budki strażników, dopiero na rogu, przebiegłszy kolejowym mostkiem można było poczuć się wolnym. Tylko z opowieści znam przypadek prawdziwej obławy strażników na moich kumpli, kiedy wzięci w dwa ognie Lechu Hanecki i Heniek Ciesielski salwowali się bohaterską ucieczką wpław. Przed taką desperacją jednak mnie ostrzegano, kanał nie był szeroki, ale podobno bardzo głęboki. Niedawno odwiedziłem to miejsce po ćwierćwieczu. Kanał zdążył wyschnąć i przekonałem się, że starsi koledzy mieli rację, strome koryto jest głębokie na trzy metry.

Z trzeciej zmiany uciekało się rzadko, za to czasem przychodziło się na nią dopiero nad ranem, żeby pokazać o szóstej kierownikowi, jak pięknie schodzi się ze stanowiska pracy. Głównym celem na nocnej zmianie było jak najlepiej się wyspać. To tutaj nauczyłem się spać w każdych warunkach, na przykład na ławce o szerokości trzydziestu centymetrów albo w pomieszczeniu dla majstrów przy Walcowni Dużej, z głową na biurku i w potwornym, borującym mózg huku wielkiego pieca słyszalnym na dwa kilometry.

Zasady były takie: jeśli po przybyciu do pracy czekała na nas robota, należało jak najszybciej ją wykonać. Potem brygadzista zapisywał w specjalnej książce raportowej, co zostało zrobione, odpowiednio wydłużając czas pracy. Swoimi kanałami upewniał się, że hutniczy kolejarze nie wepchną nam kolejnych wagonów przed końcem zmiany i można było wiać do domu lub iść spać. Jeżeli zaś jakieś wagony pojawiały się nie w porę, było pod dostatkiem sposobów, żeby się od niechcianej roboty wywinąć. Można było na przykład doprowadzić do kontrolowanej awarii suwnicy lub dźwigu. Albo przeciąć dwie „splotki” w stalowej linie, co czyniło ją groźną dla naszego życia, i nie móc znaleźć innej liny nadającej się do użytku. Wieczorem można było wspiąć się na wieżę oświetleniową i wykręcić parę żarówek, żeby przez całą noc nie móc pracować z powodu awarii oświetlenia, ale to była ostateczność i na pewno nikt nie robił tego na trzeźwo, bo wieże były naprawdę wysokie.

Nie lubię określenia „szkoła życia”, ale muszę przyznać, że praca zapinacza hakowego to było właśnie to. I nie chodzi mi nawet o mądrość przekazywaną konusowi, którym byłem, bezpośrednio, zawartą choćby w niezliczonych złotych myślach w rodzaju „Robota to głupota” czy „Największy grzech: pół litra na trzech!”. Ale na przykład wyćwiczyłem wtedy swój instynkt samozachowawczy, nabrałem nawyków, które zostały mi na całe życie. Do dziś, jeśli widzę przed sobą młot, upewniam się, że z tyłu nie ma kowadła, a jeśli dojrzę psie łby Scylli oglądam się, czy za mną nie czai się inna hybryda, lubię mieć trochę przestrzeni za plecami i tyle. Ponieważ staraliśmy się odwalać swoją robotę jak najszybciej, obciążaliśmy starodawne dźwigi marki „Lech” i „Polan” nad miarę. Im dalej taki dźwig musiał sięgnąć swoim ramieniem, tym trudniej mu było podołać zadaniu, to logiczne. Zdarzało się, że kiedy już kołyszący się ładunek był w powietrzu, przeciągał dźwig na swoją stronę, używając niepodważalnego argumentu grawitacji, wskutek czego dźwig tracił stabilność, dwa jego koła odrywały się od ziemi i wtedy ratując go przed wykopyrtnięciem się, operator dźwigu ryczał ostrzegawczo: „Swobodne!!!” i miało się sekundę, żeby wiać, gdzie pieprz rośnie. „Swobodne” oznaczało swobodne spadanie, po prostu operator musiał natychmiast zwolnić wajchę utrzymującą ładunek w górze i parę ton żelastwa waliło się na ziemię bez ładu i składu. Dlatego w alejkach między stosami wlewków należało zawsze tak się ustawiać, żeby było dokąd uciekać.

W tym miejscu wypada oddać hołd operatorom dźwigów, z których żaden nie wyprawił na tamten świat nikogo z nas, a że Adamowi Gardynikowi zgniotło raz palec u stopy, to jego wina, że postawił nogę tam, gdzie nie trzeba. Moim idolem był i pozostanie na zawsze Stanisław Szot, drobnej postury kowboj ujeżdżający dzikiego stalowego rumaka z lekkością i wdziękiem, wyczyniający z „Lechem” takie cuda, że mógłby występować w cyrku. O niezapomniana nocy pod gwiazdami Centralnego Składowiska, kiedy Szot przyjechał swoim dźwigiem pod dobrą datą, a po małej rozgrzewce z nami był już tak natrąbiony, że w połowie roboty nagle i bez słowa odjechał w stronę barakowozu, wyskoczył z kabiny w biegu i spał już, kiedy jego dźwig jeszcze jechał sobie w siną dal. O straszny poranku, kiedy okazało się, że dźwig ugrzązł na torach i został staranowany przez wagony wepchnięte tu dla pierwszej zmiany! Kolejarze też byli leniami i zamiast kulturalnie podstawiać wagony w odpowiednie miejsce mieli zwyczaj popychać je lokomotywką tak, że siłą rozpędu wtaczały się na Centralne, gdzie torowisko było lekko wklęsłe, więc wagony przez pewien czas bujały się w tę i tamtą stronę, aż nieruchomiały tam, gdzie było najniżej.

Przy kieliszku Szot hojnie nas raczył z życia wziętymi historyjkami, z których najlepiej pamiętam tę o porwaniu jego dziecka. Otóż pewnego razu żona Szota zostawiła go w domu samego z dzieckiem. Kiedy więc wybiła godzina Prawdy, a żona nie wracała, Szot poszedł do knajpy, zaś wózek z dzieckiem kulturalnie zaparkował na ulicy przed wejściem. W knajpie oczywiście spotkał kolegów, zatem trochę się zasiedział. Kiedy wyszedł, wózka nie było! Cała ostrowiecka milicja została postawiona na nogi, kidnaping w tym spokojnym mieście nie zdarzał się często. „Ukradli mi dziecko! Szukajta mojego dziecka!” – pieklił się na komisariacie pijany Szot. Za pomocą działań operacyjnych milicja szybko ustaliła, że wózek z dzieckiem zabrała spod knajpy żona Szota. Kiedy mu to zakomunikowali, zamiast się ucieszyć próbował naruszyć nietykalność cielesną funkcjonariusza, na którego rzucił się z krzykiem: „Co? Ty taki owaki, mojo Wandzia złodzij?!”.

Przez moją brygadę przewinęło się sporo osób, które nie zagrzały w niej dłużej miejsca, ale jej zasadniczy kościec trwał bez zmian przez lata. Był to skład następujący: Adam Gardynik, Lechu Hanecki, Heniek Ciesielski, Maniek Kostucha, Stach Janasiewicz zwany powszechnie „Piździkłakiem” i ja. Kolejność nie jest przypadkowa. Adam był brygadzistą i to on odpowiadał za to, żebyśmy żyli w zgodzie ze wszystkimi. Miał dobre kontakty z kolejarzami i z majstrami z macierzystego wydziału, on i Lechu reprezentowali nas też, kiedy trzeba było postawić wódkę straży przemysłowej. Osobiście tylko raz dostąpiłem zaszczytu picia w budce strażników i pamiętam, że odbyło się to w atmosferze głębokiej konspiracji. Człowiek w mundurze to jest jednak człowiek w mundurze. Jeśli Adama zabrakło, jego nieformalnym zastępcą był Lechu, miał prawo wypisywać raporty i musiałem mieć jego zgodę, jeśli chciałem się urwać wcześniej. W razie potrzeby raport potrafili też napisać Heniek i Maniek, choć ten ostatni z językiem na brodzie, natomiast Piździkłak był prawdopodobnie całkowicie niepiśmienny. Stałym punktem żartów z niego była propozycja: „Stachu, wypisz dzisiaj raport, bo ja już muszę lecieć na płot, żeby mi autobus nie uciekł”. Mieliśmy dużo czasu, często głupieliśmy z nudów i nasze żarty i rozmowy raziły powtarzalnością. Najczęściej robiliśmy psikusy Mańkowi Kostusze. Był naiwny, miał chyba siedmioro dzieci i regularnie podpytywał chłopaków, jak oni to robią ze swoimi żonami, że nie przybywa im przychówku. Otrzymał dziesiątki tyleż fachowych, co fantastycznych porad, które były wspaniale nieskuteczne. Jeśli spaliśmy i do naszej budy ktoś pukał, wszyscy zrywali się na równe nogi i w pośpiechu wskakiwali w buty, żeby było widać, że nie śpimy, bo to nigdy nie wiadomo, kto puka. Jeśli czyjeś buty okazywały się przybite do drewnianej podłogi gwoźdźmi, to na pewno były to buty Mariana. Śmiechu było co niemiara. Stachu Janasiewicz znany był z panicznego lęku przed kobietami, więc też się nasłuchał docinków na wiadomy temat. A miał on dziwną pasję, godzinami potrafił czyścić i szlifować paznokcie. Czasem, kiedy chłopaki rżnęli w karty, ja czytałem książkę, a Stachu piłował, podnosił mysią mordkę znad pilniczka i mówił z politowaniem: „Oj, Jacek, Jacek, co za głupoty tam znowu czytasz? Ja ci już nieraz mówiłem, że lepiej by Pan Bóg zrobił, jakby duszę wpierdolił w wierzbę, a nie w ciebie!”. Szczególnie częste stały się te przymówki, kiedy chłopaki znaleźli w „Walczymy o Stal” wywiad ze mną. Kulisy tego wstydliwego incydentu były takie, że składałem już w owym czasie wierszyki i odważyłem się jeden wysłać na konkurs jednego wiersza do Katowic. I w tych Katowicach, w Pałacu Młodzieży, dali mi drugą nagrodę. Po uroczystości wręczenia dyplomu i bambulca podszedł do mnie prawdziwy dziennikarz i poprosił o rozmowę. W ogóle nie chciał rozmawiać z laureatem pierwszej nagrody, tylko ze mną, bo jak się okazało, był współpracownikiem „Walczymy o Stal” i poeta hutnik trafił mu się tam jak grzyb w kompocie. Lubiłem potem czasem ubarwiać sobie noty biograficzne podając „Walczymy o Stal” jako miejsce swego debiutu literackiego.

Nie mogę pominąć milczeniem słabo zbadanego tematu, jakim jest życie seksualne robotników Huty im. Nowotki, muszę jednak zastrzec, iż moje obserwacje w tym względzie są wyrywkowe i mogą służyć co najwyżej za przyczynek do szerzej zakrojonego opracowania. Jak się wydaje, akty współżycia płciowego na terenie huty nie miały, w odróżnieniu od aktów pijaństwa, charakteru ciągłego, lecz występowały incydentalnie. Naocznym świadkiem takiego zdarzenia byłem tylko raz, a i wtedy nie widziałem wszystkiego. Pewnego letniego popołudnia któryś z kolegów zauważył, że zaraz za naszym płotem, nad kanałem, jakaś para nagrzana słońcem i jabolami idzie na całość. Po chwili dyskretnej obserwacji kochanków ktoś rozsądnie zauważył, że z ich reklamówki wyturlały się na murawę jeszcze dwa nietknięte wina. Próby miłosnego zespolenia trwały na tyle długo, że chłopaki zdążyli sklecić wędkę z pętlą na końcu i próbowali zza płotu zwędzić im chociaż jedną flaszkę. Ponieważ jako najmłodszy stażem nie mogłem się dopchać bezpośrednio do punktu widokowego, stając na palcach widziałem tylko, jak dróżką po tamtej stronie kanału przemieszcza się przypadkowy rowerzysta. Był tak zaczarowany pornograficzną scenką rodzajową wzbogaconą o surrealistyczne próby połowu poprzez mur, że jadąc do przodu, patrzył do tyłu, aż wpadł na sterczące wysoko szyny torowiska i wygrzmocił się jak ta lala. Drugi interesujący przypadek miał miejsce pod moją nieobecność, ale Adam i Lechu tyle razy z lubością go relacjonowali, że czuję się, jakbym widział to na własne oczy. Otóż wypadło im kiedyś iść na Walcownię do roboty w samym środku nocy. Zrozumiałe, że zakładanie odzieży ochronnej trochę im zajęło i że nie szli bardzo szybko. Na miejscu czekała już na nich suwnicowa, z którą mieli pracować. A jak długo taka suwnicowa może czekać bezczynnie? Nie za długo. Kiedy dzielni zapinacze dotarli wreszcie na wydział, okazało się, że suwnicową w jej kabince zapina już jakiś jurny hutnik. Jak suwnicowa zobaczyła z góry, że przyszli lenie ze Składowiska, to się zestresowała. I z serdecznego uścisku, który połączył ją i hutnika, nijak nie mogli się wyzwolić! Wyobrażacie sobie to? Trzecia w nocy, mroczna hala Walcowni Dużej, dymiące żelazo, plany kwartalne zagrożone, a pod sufitem w maleńkiej ruchomej budce mężczyzna nie może zakończyć czegoś, co miało trwać tylko chwilę. Pół trzeciej zmiany się zbiegło szukać sposobu zaradzenia tej anormalnej sytuacji. Jak rano przyjdą do pracy kierownicy, to koniec. Niby można by wezwać lekarza, ale niech lekarz zakwalifikuje całe zdarzenie jako wypadek przy pracy, a wtedy pozjeżdżają się komisje z całego województwa! Wreszcie ktoś wpadł na pomysł, żeby nieszczęsnej suwnicowej polać wódki, to się kobieta rozluźni, a jak się rozluźni, to łatwiej jej się będzie, za przeproszeniem, rozluźnić. No i pomogło, bo wódka hutnikom zawsze pomoże. Słuchając tej historii, musiałem mieć taką minę jak Stachu, kiedy mu wspominałem, że w lesie pod Ostrowcem widziałem żyrafę. Czyli minę czujnie obojętną, że niby wierzę, ale żeby w każdej chwili można było powiedzieć: „Przecież od początku wiedziałem, że to bujda”. Młody byłem i nieopierzony, wiedziałem, że takie sytuacje zdarzają się w świecie psów, ale żeby wśród ludzi?

Podobnie czułem się, słuchając opowieści Janusza O., nazwisko przemilczam, bo a nuż prowadzi dziś stateczne i przykładne życie. Przyjmijmy, że nazywał się Ogier. Przemknął przez naszą brygadę jak meteor, bo szybko go wyrzucili, ale wymazać go z pamięci już się nie da. Młody, przystojny, niewyżyty. Janusz zamęczał nas niekończącymi się historiami swoich podbojów. Ile w tym było szczerości, a ile zmyślenia, tego nie wiem, ale jeśli co piąta historyjka była prawdziwa, to i tak mógłby być ghostwriterem Wisłockiej. Miał i dar, i nałóg opowiadania; przypuszczam, że o anatomii kobiety więcej się wówczas dowiedziałem od niego niż w całym pozostałym życiu. Ponadto używał barwnego a tajemniczego języka, obfitującego w zwroty takie jak „na misia” czy „w kakałko”, który przez swą niezrozumiałość tym bardziej pobudzał wyobraźnię. Co jakiś czas, kiedy zmęczył się monologiem, z pobłażaniem rzucał nam grzecznościowe pytanie w rodzaju: „A wy jak, chłopaki, też lubicie na misia?”, na co ja, kryjąc rumieniec pod kaskiem, odpowiadałem: „No pewnie, na misia to jak najbardziej”, Maniek marzycielsko parskał: „Na misia, hehehe”, a Adam próbował szybko znaleźć wszystkim jakąś robotę. Muszę się jednak pochwalić, że kiedy Janusz wrócił po kilkudniowej bumelce i opowiadał, jak to przygruchał sobie jakąś pannę w pociągu i obsłużył ją w umywalce „na stojaka”, to ja pierwszy załapałem, o co chodzi.

Co do mnie, hutniczy los chyba nie odcisnął wyraźniejszego piętna na mojej, prawdaż, seksualności. Suwnicowe zupełnie mnie nie pociągały. Inaczej niż reporter Bajorek, „oderżniętych jak na balet” dziewcząt na terenie huty nie widywałem. O ile będąc uczniem zmagającym się do upadłego z dwiema pierwszymi klasami ogólniaka, zdążyłem się kilkakrotnie zakochać w licealistkach, o tyle okres pracy w hucie był pod tym względem zupełnie jałowy. Prawdopodobnie mógłbym nawet wystąpić o jakieś odszkodowanie z tego tytułu, ale nie ma do kogo: huta upadła na pysk. Na sprawach gospodarki państwowej znam się tak samo, jak na przemyśle ciężkim, toteż nie potrafię ocenić, na ile przyczyniło się do tego upadku moje odejście z zakładu. Faktem jest, że już w 1996 roku po Centralnym Składowisku została jedna unieruchomiona suwnica, nieczynne wieże oświetleniowe i zarastający krzakami ogromny plac. Wiem o tym, bo w filmie poświęconym mojej umiarkowanie skromnej osobie, z tego właśnie roku, reżyser ustawił mojego byłego kierownika w tych krzakach i kazał mu o mnie opowiadać. W krótkiej, poszatkowanej wypowiedzi kierownik Nowak mówi o mnie per „pan Podsiadło Jacek” i wygląda na smutnego. Tylko raz coś na kształt uśmiechu przebiega przez jego szczerą, hutniczą twarz, kiedy mówi, że byłem grzeczny i spokojny, po czym dodaje: „No, jak to młody”. W domyśle: niechby młody próbował fikać, toby mu się dopiero dało popalić! O moim bumelanctwie kierownik Nowak wspaniałomyślnie milczy. Występ przed kamerą kończy stwierdzeniem, że lubiłem wsiąść do byle jakiego pociągu i jechać sobie „do końcowego przystanku”. To już na bank podyktował mu zdesperowany reżyser, bo zwyczaju takiego nie miałem ani wtedy, ani nigdy później, choć jak najbardziej chciałbym taki mieć.

Od kilku lat dawnych terenów huty strzegą tylko tabliczki z napisem „Wstęp surowo wzbroniony”. Budynek z bramą główną wyburzono. Część starych pomieszczeń wykupili prywatni przedsiębiorcy pod nowe, lepsze biznesy. Na teren Centralnego można wleźć bez skakania, dziurą w płocie. Chwasty sięgają miejscami twarzy. Nie ma już wieżyczki wartowników ani wież oświetleniowych, tylko wciąż ta samotna suwnica sterczy jak dinozaur, który nie zdążył wyginąć w porę. Przeszedłem się teraz po tych dziczejących obszarach aż do Walcowni Dużej. Zamiast huku maszyn towarzyszył mi śpiew ptactwa. Błażejowi Plewie albo pękłoby serce, albo zesrałby się z nadmiaru goryczy, to zależy, czy jego dalsze losy opisywałby Bogdan Hamera, czy ja. Budynek Walcowni stoi, jak stał, tylko w środku panuje wielka cisza. Podszedłem do jednego z wybitych okienek, żeby tej ciszy posłuchać, i uderzył mnie niezmieniony po tylu latach zapach rdzy, stygnącego żelaza i murów przesiąkniętych parą i dymem. Sztachnąłem się z pięć razy przez zakatarzony nos i ta woń szarpnęła mnie wewnętrznie, jakby świat był autobusem, który nagle, po latach postoju, znów ruszył z miejsca.

 

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata