70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Gułag a sumienie Zachodu

W czasie tegorocznego wakacyjnego pobytu na plaży dalekiego Zachodu zwróciła moją uwagę wytatuowana na piersiach młodego mężczyzny dziwnie znajoma twarz. W pierwszej chwili przypomniały mi się postacie Blemmjów, mitologicznych potworów, ludzi bez głów, z ustami i oczami na klatce piersiowej, ale ten obraz okazał się jeszcze potworniejszy, kiedy rozpoznałem, czyj to wizerunek z morskich wyłonił się pian. Ta sama twarz patrzy na mnie teraz z okładki książki Gułag w oczach Zachodu Dariusza Tołczyka.

1. Zdawać by się mogło, że temat Gułagu można już dzisiaj włożyć między dobrze znane i przetrawione zagadnienia najnowszej historii. Jak by nie było, od ukazania się summy Gułagu Sołżenicyna minęło już trzydzieści lat, a od uwolnienia z łagrów wszystkich więźniów politycznych przez Gorbaczowa dwadzieścia dwa lata. Samo słowo weszło do języków świata już nie jako skrót Głównego Zarządu Obozów (Gławnoje Uprawlenije Łagieriej), ale nazwa własna w archipelagu największych zbrodni ludzkości. W Polsce, gdzie świadectwa z tamtego „innego świata” dwadzieścia lat temu przeszły z drugiego do pierwszego i jedynego już obiegu, temat ten zyskał swoje miejsce w powszechnej świadomości, ale też chyba uległ pewnej banalizacji, może dlatego że przykłady pogłębionej refleksji towarzyszącej tym i innym publikacjom świadectw z „nieludzkiej ziemi” były stosunkowo nieliczne. Gułag w oczach Zachodu Dariusza Tołczyka, książka ukazująca historię reakcji Zachodu na sowieckie zbrodnie od czasów bolszewickiej rewolucji, nie tylko przynosi bogatą dokumentację tych zbrodni i reakcji na nie, nie tylko pobudza do pogłębionej refleksji nad Gułagiem, ale sama jest też jej przykładem i dowodem na to, jak wciąż aktualny to temat, jak ciągle trudno sobie z nim poradzić. Tak trudno, że na samym początku autor stawia pytanie o sens podejmowania go. Czy nie lepiej w imię budowania lepszej przyszłości zamknąć raz na zawsze ten wstydliwy dla rodzaju ludzkiego rozdział historii? Gdyby jeszcze pamięć błędów i zbrodni pozwalała ich uniknąć w przyszłości… Ale przecież nie ma na to żadnej gwarancji, a znajomość historii nakazuje tu daleko idący sceptycyzm. Więc może raczej zapomnienie daje szansę przezwyciężenia historycznego zła? W wypadku totalitarnego zła XX wieku zapomnienie byłoby jednak zdradą, a opcję na rzecz pamięci uzasadnia wystarczająco imperatyw moralny poczucia solidarności z ofiarami:

Nie chodzi tu o ofiary po obu stronach, poniesione w walce, lecz o ludobójstwo, zniewolenie, poniżanie i prześladowanie niewinnych ludzi przez wszechwładne potęgi. W takim przypadku zapominanie o ofiarach można uważać za formę moralnego współdziałania z ich oprawcami (…) za niedopuszczalny akt zdrady (s. 10–11).

To właśnie imperatyw moralny solidarności z ofiarami prowadzi w książce Tołczyka do rejestru i analizy zbrodni ludobójstwa oraz reakcji na nie Zachodu. Celem jest przede wszystkim podtrzymanie pamięci, danie świadectwa wierności ofiarom, bezkompromisowe i jednoznaczne stanięcie po ich stronie przeciw okrucieństwu komunistycznej ideologii, jej zapamiętałym sługom, ich sympatykom, obojętności świata oraz postawom propagującym amnezję tego historycznego zła. Przypominając prehistorię i historię Gułagu, książka ta mówi więcej, niż zapowiada jej tytuł. I mówi nie tylko o tym, jak wyglądał Gułag w oczach Zachodu, ale też o tym, ile Zachodowi Gułag zawdzięczał. A zawdzięczał wiele, począwszy od ideologicznych źródeł aż do przyzwalających postaw jego politycznych i intelektualnych elit.

2. Wychodząc z założenia, że nie sposób zrozumieć stosunku zachodniego świata do sowieckich zbrodni bez wzięcia pod uwagę tego, że w 1917 roku w wyobraźni Zachodu nałożyły się na siebie mit rewolucji i mit Rosji, Dariusz Tołczyk rozpoczyna od przypomnienia, jak w oczach Zachodu kształtował się obraz Rosji przed rewolucją. Obraz ten kształtowali w dużym stopniu wybitni myśliciele, jak Leibniz, Wolter, Diderot, Herder, Johan Joseph de Maistre, Marks, Nietzsche. Dla jednych carski despotyzm Piotra I i jego następców był godnym naśladowania wzorcem w procesie przekształcania zacofanego kraju w nowoczesne państwo rozumu (nie bacząc na cenę terroru i niewolniczej pracy mas), a Rosja jawiła się raz jako intrygująca tajemnica, kraj niemieszczący się w kategoriach zachodniego myślenia, raz jako bastion tradycyjnych wartości „nieskażonych burżuazyjnym miazmatem liberalizmu”. Inni widzieli w niej barbarzyńską siłę zdolną zapanować nad Europą i Azją, przynosząc im odrodzenie i „przebudzenie się sztuki, wspaniałą młodość” (Nietzsche). Jeszcze inni, jak Marks i socjalistyczni spadkobiercy Oświecenia, wiązali wielkie nadzieje z rosyjskim ruchem rewolucyjnym w realizacji utopii, do jakiej Rewolucja Francuska nie potrafiła doprowadzić.

Nie brakowało wprawdzie świadectw pisarzy, którzy nie ulegli urokowi potiomkinowskiej wersji imperium, demaskując jak de Custine wewnętrzną logikę i mechanizmy carskiego despotyzmu czy też, jak Joseph Conrad w powieści W oczach Zachodu, sceptycznych wobec perspektywy rewolucji w Rosji „dogłębnie przeżartej tyranią i pogardą dla swobody i godności jednostek ludzkich”. Napotykali oni jednak na opór legionu tych, którzy woleli widzieć w Rosji ucieleśnienie marzeń Zachodu o bardziej rozumnym i sprawiedliwszym świecie.

3. Przedstawiając zarys historii bolszewickiej przemocy i terroru po przejęciu władzy w Rosji przez Lenina w listopadzie 1917 roku, autor ilustruje ją faktami, które nie pozostawiają wątpliwości co do zbrodniczego charakteru tej władzy stosującej gwałt i terror nie tylko w celu jej utrzymania, ale jako instrumenty zarządzania społeczeństwem, gospodarką i kulturą. Dlatego też jedną z głównych instytucji sowieckiego państwa, powstałych u jego zarania, stał się system obozów koncentracyjnych, od 1931 roku znany pod nazwą Gułagu. Obozy koncentracyjne nie były wymysłem Rosjan, wcześniej stworzyli je Hiszpanie na Kubie, Amerykanie na Filipinach, Anglicy w Afryce Południowej, Niemcy w Afryce Południowo-Zachodniej, ale jak podkreśla Tołczyk, bolszewicy jako pierwsi zastosowali te kolonialne metody wobec ludności własnego kraju, do izolacji „elementów podejrzanych”, kryminalistów i wrogów klasowych, a zarazem do mobilizacji niewolniczej siły roboczej na wielką skalę. Wprawdzie już w Rosji carskiej korzystanie z pracy przymusowej odgrywało ważną rolę w gospodarce państwa, bolszewicy jednak przewyższyli znacznie swoich poprzedników skalą ucisku oraz stopniem brutalności i okrucieństwa.

Zaraz po dojściu do władzy bolszewicy nie tylko nie ukrywali, że posługują się terrorem, ale też napawali się publicznie własnymi zbrodniami, a wtórowali im awangardowi poeci głoszący kult rewolucyjnej przemocy. Wkrótce jednak zaczęli ukrywać i maskować swe zbrodnie przed światem za pośrednictwem rozbudowanego systemu propagandy oraz współpracy poputczyków, czyli „towarzyszy podróży”, jak nazywał zachodnich sympatyków Rosji sowieckiej Trocki (Lenin w zaufanym gronie stosował określenie „pożyteczni idioci”). Było poputczyków wielu. Długą ich listę otwierają amerykański dziennikarz John Reed, francuski pisarz Henri Barbusse, a z czasem znajdą się na niej takie nazwiska jak Bertold Brecht, Louis Aragon, Romain Rolland, Bernard Shaw, André Malraux czy Jean-Paul Sartre. Niektórzy, jak André Gide, potrafili przejrzeć na oczy i dać temu świadectwo, ale było ich niewielu. Nie brak tytułów wielkich dzienników, jak „New York Times”, których przekupieni przez Moskwę korespondenci nie tylko milczeli o terrorze, głodzie, egzekucjach i masowych zsyłkach, ale dementowali tego rodzaju „wrogie pogłoski”. Londyński „Times”, który nie godził się na ingerencje sowieckiego aparatu propagandy, nie uzyskał akredytacji w Moskwie, ale dlatego też stał się źródłem najrzetelniejszych informacji o Rosji. Mieli swój interes w niedostrzeganiu i przemilczaniu prawdy o terrorze, więzieniach i łagrach ludzie zachodniej lewicy, ale też i świat wielkiego biznesu, patrzący na Rosję jako na cennego partnera w interesach. Istniały jednak na Zachodzie frakcje lewicy, które w latach 20. sprawiały niemały kłopot władzom na Kremlu, solidaryzując się z likwidowaną przez bolszewików konkurencją polityczną wśród lewicy i zmuszając ich do przyznania  mieńszewikom, eserom i anarchistom statusu więźniów politycznych. Nasilające się akcje protestacyjne skłoniły jednak wkrótce bolszewików do zlikwidowania statusu więźnia politycznego i zrównania tych, którym ten status dawał pewne prawa, z pozostałymi więźniami.

4. Intensyfikacji terroru i zniewolenia w latach 30. towarzyszyło jeszcze większe bagatelizowanie i niedostrzeganie sowieckich zbrodni przez Zachód niż w poprzedniej dekadzie. Tołczyk pokazuje, jak z jednej strony osłabła zdolność obserwacji i oceny sowieckiej rzeczywistości, jak literatura apologetyczna celowała w samooszukiwaniu się, usprawiedliwianiu zbrodni i ukrywaniu prawdy, z drugiej zaś – jak zachodnim elitom opiniotwórczym służył o wiele skuteczniejszy niż wcześniej stalinowski aparat propagandowy. A nawet jeśli prawda stawała się ewidentna, to też można było uniknąć mówienia o niej w przekonaniu, że służyć to może komuś lub czemuś złemu, na przykład kapitalizmowi i faszyzmowi, których przeciwwagę widziano w ZSRS, a Stalin, nawet w najgorszych latach czystek, mógł odgrywać rolę anty-Hitlera.

Niewolnicza siła robocza stała się ważny narzędziem gwałtowanej modernizacji Kraju Rad w latach 30. Zarazem jednak modernizacja ta wymagała gospodarczej współpracy z Zachodem, a zatem również odwrócenia uwagi Zachodu od stalinowskiego niewolnictwa, czemu służyło skutecznie przymierze sowieckiej propagandy z międzynarodówką zachodnich poputczyków czy fellow travelers. Do tego wielki kryzys gospodarczy Zachodu widziany był często jako załamanie się burżuazyjnego porządku świata i komunizm jawił się jako skuteczna alternatywa. Ci, którzy chcieli ratować kapitalizm, widzieli w handlu ze stalinowską Rosją szansę wyjścia z kryzysu i nie mylili się. Ze wszystkich zachodnich firm najwięcej zarobiła w Rosji sowieckiej w latach 1929–1936 amerykańska Ford Motor Company.

Lata 30. to okres, w którym władze ZSRS już nie ukrywają Gułagu, ale chwalą się nim jako skutecznym i humanitarnym systemem „pierekowki”, czyli „przekuwania”, reedukacji człowieka. Wrogów uznanych za najbardziej zatwardziałych eliminowano, natomiast dla pozostałych, uważanych za jednostki zagubione, łagier był szansą. Niewolnicza praca i indoktrynacja miały doprowadzić je tam do całkowitego podporządkowania się władzom. Według Warłama Szałamowa, który spędził 18 lat w łagrach, reedukacja ta pokazywała, jak łatwo człowiekowi zapomnieć, że jest człowiekiem. Gułag bowiem, co podkreśla Tołczyk, to „wielki teatr kłamstwa”, gdzie tak naprawdę chodzi o maksymalne wykorzystanie sił więźniów przy jak najmniejszych nakładach. Ten haniebny teatr wspierają najbardziej popularni pisarze, a tylko nieliczni, jak Michaił Bułhakow, mają odwagę odmówić swego w nim udziału.

Na Zachodzie nie brakowało w latach 30. świadectw byłych więźniów o sowieckich więzieniach i łagrach, ich wpływ był jednak znikomy w porównaniu z wpływami sowieckiej propagandy i działaniami poputczyków. Wyreżyserowane wizyty zachodnich luminarzy kultury w ZSRS, w tym również w pokazowych więzieniach i łagrach, owocowały ich peanami na temat Kraju Rad, a sprzedajność czy łatwowierność wielu dziennikarzy służyły kształtowaniu obrazu dalekiego od rzeczywistości. Dla przykładu, Bernard Shaw po wizycie w pokazowym więzieniu dla kobiet napisał, że „żadna z tych kobiet nie byłaby w lepszej sytuacji, gdyby starała się zarobić na życie, pracując w angielskiej fabryce jako wolna osoba”, a w czasie gdy miliony ludzi umierało z głodu na kolektywizowanych obszarach, Walter Duranty, korespondent „New York Timesa”, pisał: „Jakiekolwiek doniesienia o głodzie w Rosji są dziś albo przesadą, albo złośliwą propagandą”.

Poputczycy nie zawiedli również w latach Wielkiego Terroru, gdy tylko w okresie jego największego nasilenia (1937–1938) NKWD aresztował ponad półtora miliona ludzi, z czego rozstrzelano 681 692 osoby, a resztę skierowano do łagrów. Wielki Terror, będący tragedią całej ludności ZSRS, długo sprowadzał się w oczach Zachodu do pokazowych procesów oraz czystek w aparacie władzy. Ambasador USA w Moskwie Joseph Davies zapewniał w swoich raportach, że procesy moskiewskie spełniają kryteria prawne, że wyroki są uzasadnione, i nie interesował się nie tylko losem poddanych Stalina, ale też losem tysięcy Amerykanów przebywających w ZSRS, którzy stali się ofiarami Wielkiego Terroru. W roku 1937 dochód Amerykanów z eksportu do Rosji wyniósł blisko 43 mln dolarów. Przed procesem Zinowjewa i Kamieniewa Bertold Brecht wypowiedział się o oskarżonych: „Im bardziej są niewinni, tym bardziej zasługują na śmierć”. Jednak nie wszyscy świadkowie moskiewskich procesów ulegali stalinowskiej hipnozie. Korespondent austriackiej gazety „Neue Freie Presse” pisał: „Słysząc o tym tragicznym teatrze marionetek, umysł zachodni nie potrafi znaleźć żadnej analogii w nowożytnej historii Europy. Trzeba wrócić w głębokie średniowiecze, jeśli chcemy znaleźć przykłady podobnie gorliwej tęsknoty za egzekucjami”. Do najgłośniejszych krytyków Gułagu należeli hitlerowcy, z czego czerpali polityczne korzyści, jednakże ujawniając i potępiając zbrodnie komunizmu, podważali wiarygodność ich świadectw w oczach Zachodu. Sami niewiele różnili się od bolszewików, a tworząc własne obozy koncentracyjne, wzorowali się na metodach sowieckich.

5. Sojusz Stalina z Hitlerem i ich agresja na Polskę we wrześniu 1939 roku uzmysłowiły zachodniej opinii groźbę, jaką te sprzymierzone dyktatury stanowiły dla demokracji. W myśl nowej teorii propagandystów Kremla Hitler jako wróg światowej burżuazji miał oczyszczać drogę przed zwycięskim pochodem komunizmu. Nie wszyscy zachodni poputczycy dali się jednak przekonać i wielu dotychczasowych wielbicieli Stalina straciło wiarę w komunizm. Stalin mógł jednak dalej liczyć na osłabione wprawdzie, ale wciąż wierne komunistyczne partie na Zachodzie. Jego sprzymierzeńcem pozostał też prezydent Roosevelt, który w napaści Stalina na Polskę widział jedynie posunięcie obronne ZSRS przeciw Niemcom. W czasie trwania niemiecko-sowieckiego sojuszu, gdy na przyłączonych do ZSRS ziemiach polskich około miliona osób stało się ofiarami represji NKWD, gdy Rosja Sowiecka wspomagała Hitlera wielkimi dostawami surowców i materiałów strategicznych, Stany Zjednoczone nie tylko utrzymywały wówczas stosunki dyplomatyczne z ZSRS, ale eksportowały do tego kraju rekordowe ilości towarów. Wprawdzie, jak zaznacza Tołczyk, Roosevelt upatrywał już wtedy w Rosji kluczowego sojusznika w przyszłej wojnie z Niemcami, jednakże jego polityka koncesji wobec Stalina, prowadzona wbrew znacznej części amerykańskiej opinii, jawić się musi jako jedna z ciemnych kart w historii stosunku Zachodu do stalinizmu.

Strategiczny sojusz Zachodu ze Stalinem po niemieckiej inwazji na ZSRS w czerwcu 1941 roku nie musiał odwracać uwagi od totalitarnego charakteru stalinowskiego państwa. Jednakże, jak podkreśla autor prezentowanej tu książki, za sprawą zachodnich przywódców stworzono „mit II wojny światowej jako walki absolutnego dobra z absolutnym złem”, mit, który nie dopuszczał do głosu prawdy, że w walce przeciw jednemu zbrodniarzowi świat sprzymierzył się z innym. Niewygodne i skrzętnie tuszowane były fakty, które zadawały kłam czarno-białej wizji rzeczywistości, jak świadectwa uwolnionych z łagrów Polaków, jak prawda o katyńskiej zbrodni. Stalin mógł teraz liczyć już nie tylko na zachodnich poputczyków, wystawiały mu bowiem laurki największe dzienniki Zachodu czy wielbiły go filmy Hollywoodu. Kraj Rad wysławiały bestsellery w rodzaju Misji w Moskwie ambasadora Josepha Daviesa, który zapewniał, że celem polityki Stalina było „braterstwo ludzkości i poprawa losu zwykłego człowieka”. Komentując wizytę na Kołymie amerykańskiego wiceprezydenta Henry’ego Wallace’a w roku 1944, Tołczyk przypomina, jak wielką rolę tamtejsze kopalnie odgrywały w gospodarce Stanów Zjednoczonych. Pochodziła z nich bowiem znaczna część złota w skarbcu amerykańskiej Rezerwy Federalnej i trudno powiedzieć, żeby władze USA nie wiedziały, jakimi metodami było ono wydobywane. Relacja Wallace’a ukrywająca prawdę o niewolniczej pracy i masowych grobach Kołymy to dowód, jak nie na rękę była amerykańskim władzom prawda o Gułagu, jak bardzo jej przedstawiciele ulegli wytycznym stalinowskiej propagandy.

6. Dwa ostatnie rozdziały Gułagu w oczach Zachodu poświęcone są okresowi powojennemu. Autor zwraca uwagę na kulisy wkładu ZSRS do zwycięstwa nad III Rzeszą, w szczególności na cenę, jaką za to zapłaciły podbite narody sowieckiego imperium, a także na przymusową powojenną repatriację byłych sowieckich poddanych, będącą „niezmywalną plamą na honorze Zachodu”. Mówiąc o radykalnej zmianie zachodniej polityki i propagandy wobec ZSRS po wojnie, Tołczyk zwraca uwagę na kolejne upolitycznienie prawdy i na to, że ten zimnowojenny zwrot był wodą na młyn tych, którym potrzebne były argumenty na podtrzymanie wiary w komunizm. Prawda o ZSRS znów zostaje upolityczniona i choć dla wielu intelektualistów Zachodu Gułag na równi z hitlerowskimi obozami stanie się kwintesencją totalitaryzmu, to znajdą się też tacy jak Sartre, którzy świadomie podtrzymywać będą kłamstwo o Gułagu, aby nie odbierać robotnikom wiary w komunizm.

Czytelnik może śledzić w panoramicznym skrócie, ale też i w wymownych zbliżeniach trwającą ponad 30 lat agonię komunizmu zapoczątkowaną śmiercią Stalina i rewelacjami Chruszczowa na XX zjeździe partii. Tołczyk pokazuje, jak wielu musiało jeszcze przejść przez piekło Gułagu, jak nieludzkie metody służyły budowaniu „komunizmu z ludzką twarzą” (na przykład wykorzystywanie psychiatrii jako środka represji politycznych), ile odwagi wymagało dawanie świadectwa prawdzie w samym ZSRS, by materia sowieckiej ideologii rozpadła się w strzępy, a także ile tych świadectw potrzebował Zachód, by przejrzeć na oczy. Decydującą rolę odegrało tutaj dzieło Sołżenicyna. Opublikowany na przełomie lat 1973 i 1974 Archipelag Gułag był dla ideologii sowieckiej moralnym ciosem nie do odparcia. Ukazanie się książki we Francji stało się prawdziwą rewolucją i pod jej wrażeniem coraz to nowi francuscy intelektualiści ogłaszali zerwanie z komunizmem. Demaskując jego sowieckie wydanie, Sołżenicyn kierował ostrze swej krytyki w samo zjawisko ideologii wywodzącej się z tradycji Oświecenia, prowokując tym samym Zachód do autorefleksji.

Ideowi dziedzice rewolucji francuskiej – pisze Tołczyk – mieli odtąd z niepokojem zwracać uwagę na fakt, że Sołżenicyn dostrzegał w oświeceniowych i rewolucyjnych źródłach nowoczesnej tożsamości Zachodu również i źródło totalitaryzmu, ucieleśnionego w Gułagu (s. 328).

Już na długo przed Sołżenicynem ludzie na Zachodzie mieli dostęp do świadectw więźniów Gułagu, w tym świadectw wielu Polaków, i mogli się z nimi solidaryzować, choć nie zawsze to czynili. Teraz jednak mieli również okazję odczuć w bezprecedensowej dotąd skali, że historyczne zło Gułagu było dziełem ludzi, których sposób myślenia niekoniecznie daleko odbiegał od standardów i pojęć dość powszechnych w tym samym czasie również na Zachodzie. (…) W świecie przedstawionym przez Sołżenicyna korzenie zła, które zrodziło sowiecki totalitaryzm – jak i korzenie zła owocującego bardziej znanymi na Zachodzie zbrodniami hitleryzmu – okazywały się tkwić w każdym z nas, niezależnie od szerokości geograficznej. Podobnie jak korzenie dobra, które nakazuje stawać w obronie ofiar, potępiać oprawców i demaskować kłamstwo (tamże).

7. Na koniec Tołczyk stawia pytanie o miejsce pamięci o zbrodniach komunizmu po upadku ZSRS. Na Zachodzie, przypomina on, zarówno byli krytycy, jak i poplecznicy komunizmu uznali zagadnienie jego zła w pewnym sensie za zamknięte. Dla jednych komunizm wyrzucony został na śmietnik historii i powinien tam pozostać, drudzy mieli powody, by nie wracać pamięcią do przeszłości pełnej kompromitujących dowodów ich naiwności czy sprzedajności wobec obalonego systemu. Natomiast w krajach byłego sowieckiego imperium, gdzie komunizm traktowano jako zło narzucone z zewnątrz, pamięć o jego zbrodniach zaczęła stanowić istotny składnik nowej tożsamości zbiorowej, chociaż nie brakowało oporu pewnych środowisk i grup społecznych. Inaczej było w Rosji, gdzie komunizm nie został narzucony przez obcych najeźdźców. Dochodzeniu prawdy o bolszewickich zbrodniach towarzyszyło tam równie mocne pragnienie ukrycia i zapomnienia tej prawdy. Jakby nie dość tego, dziedzictwo obalonego zbrodniczego systemu staje się źródłem narodowej dumy. W postsowieckiej Rosji działają stowarzyszenia zbierające dowody sowieckich zbrodni, jak „Memoriał”, a równocześnie odżywa kult Stalina i poczucie narodowej dumy z budowanego przezeń imperium. Zachodni zwolennicy polityki amnezji oraz rehabilitacji komunizmu zyskują w ten sposób wsparcie w samej Rosji. Ich głosy nie są dziś jeszcze dobitne, ale „jak będzie jutro?”, pyta Dariusz Tołczyk, i są to ostatnie słowa jego książki, w których trudno nie wyczuć niepokoju.

8. Przedstawione tu w wielkim skrócie historyczne studium, a zarazem  wielowątkowa narracja, stawia czytelnika w roli świadka trudnych do wyobrażenia i ogarnięcia tragicznych losów milionów takich jak on istnień ludzkich, a także świadka ludzkiego okrucieństwa. Poszerza zakres wiedzy o historii już znanej, dostarcza materiałów do jej lepszego zrozumienia, choć tej historii do końca zrozumieć się nie da. Bo jest nie do pojęcia rozumem to, co zgotowały światu i człowiekowi XX-wieczne totalitaryzmy; nie do pojęcia, bo jest na to za piękny. I niezwyciężony. Trzeba powtarzać to zaklęcie, powtarzać na przekór wiedzy o umysłach zniewolonych i zdeprawowanych.

Książka Dariusza Tołczyka przynosi też tak bogatą dokumentację postaw i działań ludzi Zachodu, jego intelektualnych, politycznych i gospodarczych elit, będących takim czy innym wyrazem zgody na Gułag, że odpowiedzialnością za to ludobójstwo nie da się obciążyć wyłącznie sowieckiego aparatu władzy i jego katów. Wprawdzie nie brakowało na Zachodzie postaw solidarności z ofiarami bolszewickiego terroru, zwłaszcza w ostatnich latach jego trwania, przeważały jednak sympatia dla budowniczych utopii na Wschodzie i przymykanie oczu na cenę tej budowy lub cyniczne usprawiedliwianie środków wiodących do świetlanego celu. Często też rachunek ekonomicznych czy politycznych korzyści prowadził zachodnich partnerów do paktu, który służył umacnianiu potęgi totalitarnego państwa. Gorzka to prawda, ale pamiętając o ofiarach Gułagu, nie można i o niej zapomnieć.


Dariusz Tołczyk, Gułag w oczach Zachodu, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter