70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Duchy zmarłych i duch opowieści

W Ugandzie wyłoniła się duchowa rzeczywistość kompletnie nieprzekładalna na dziennikarstwo. Miejscowe wierzenia i duchy żyły, były obecne wszędzie. W obliczu tego wszystkiego uznałem, że mogę napisać jedynie o niemożności pojęcia doświadczeń tych ludzi. I o niemożności pojęcia świata duchów. My, ludzie Zachodu, jesteśmy racjonalistami i nie wierzymy w duchy, dlatego chętnie pominęlibyśmy tę kwestię. Jednak oni wierzą. I jeżeli chcemy sprawiedliwie i uczciwie opisać, co się w Afryce dzieje, po prostu musimy brać pod uwagę wszystko, o czym ci ludzie myślą i czym się kierują.

Napisał Pan niedawno dziwną książkę o Afryce.

Dziwną? Dlaczego?

Nocni wędrowcy to książka o dzieciach partyzantach w Ugandzie. Rzeczywisty dramat rozgrywający się w rzeczywistym miejscu. A jednak trzech bohaterów nie istnieje naprawdę. Były partyzant Samuel, Nora, jego opiekunka z ośrodka dla dzieci, które wróciły z buszu, i dziennikarz Jackson zostali „stworzeni z kilku rzeczywistych postaci”. Pierwszy raz tłumaczy się Pan z tego, że napisał mimo wszystko prawdę, a nie fikcję. Czy to konieczne? Przecież przyzwyczaił Pan czytelników, że mogą wierzyć Panu na słowo.

Może właśnie dlatego się tłumaczę. Jestem dziennikarzem i nawet pisząc książki, cały czas pamiętam, że wszystko da się sprawdzić i zweryfikować. Przecież całkiem łatwo można przekonać się, czy Samuel istniał, czy nie. Wiele osób pyta mnie: „co się stało z Samuelem?”. Podczas jednego ze spotkań autorskich padło nawet pytanie, czy nie chciałbym zaprosić moich bohaterów do Polski. I co, miałbym kłamać? Gdyby ktoś ciekawski odkrył, że tych ludzi nie ma, podważyłoby to wiarygodność wszystkiego, co pisałem jako dziennikarz.

Część osób się dziwi, że przyznaję się do stworzenia tych postaci z połączenia losów wielu osób. Teoretycznie w reportażu jest to chwyt dozwolony. Moim zdaniem jednak, jeśli reportaż to gatunek dziennikarski, ten zabieg jest niedopuszczalny, wyjąwszy przypadek, gdy ujawnienie prawdziwych danych niesie dla konkretnej osoby niebezpieczeństwo.

Dlaczego więc użył Pan tego chwytu?

Nie potrafiłem dokonać selekcji. Ponieważ nie miałem wystarczająco dużo czasu na dokumentację, nie poznałem tego jednego jedynego Samuela. Poznałem jednak dużo ludzkich historii i poczułem się bezradny wobec konieczności wyboru. Jak to? – myślałem. – Mam zrezygnować ze wszystkich pozostałych? To przecież nieuczciwe wobec odrzuconych, a poza tym, szkoda ich opowieści.

Pierwszy raz właśnie w Ugandzie spotkałem się z takim dobitnym dowodem ograniczoności warsztatu stricte dziennikarskiego.

Słowem, Uganda podpowiedziała Panu formę. Czy dlatego wybrał Pan właśnie ją spośród wielu krajów afrykańskich, które Pan odwiedzał?

Wybrałem ją, bo do opowieści o Ugandzie znalazłem właściwy klucz. Odkąd zacząłem pisać, wiedziałem, że jeśli reportaż ma spełniać swoją rolę, nie może sprowadzać się do opisania tego, co się widziało. To także nadużycie, bo „czysta” forma reportażu to właśnie opis, w miarę rzetelny (absolutnej obiektywności nie ma), tego, czego się było świadkiem. A jednak postanowiłem, może pod wpływem Kapuścińskiego, że muszę pisać jeszcze o czymś więcej. Opowiadać jakąś historię. Dlatego siadając do pisania, szukam pierwszego zdania – ale i ostatniego. Wybieram i układam z tego, co przeżyłem i widziałem, historię. I jeżeli moje doświadczenia składają się na opowieść większą niż artykuł gazetowy, podejmuję ją. A jeśli nie znajdę klucza, jak opowiadać, nie piszę.

Na przykład, dużo lepiej niż Ugandę mam udokumentowaną Południową Afrykę. Tylko wciąż nie mam pomysłu na książkę. A dokładniej mówiąc, mój jedyny pomysł, zresztą znakomity, siedzi w więzieniu i czeka na łaskę. Jeśli zostanie ułaskawiony lub ostatecznie mu jej odmówią, napiszę książkę.

W Nocnych wędrowcach również trochę eksperymentowałem z formą. Chciałem stworzyć coś innego niż do tej pory i to się, mam wrażenie, udało. Ale mógłbym z całą pewnością napisać również o Afryce taką książkę, jak Modlitwa o deszcz czy Dobre miejsce do umierania.

Dlaczego Pan nie napisał?

Uznałem, że pisanie drugi raz tego samego, bo jedyną różnicą byłoby miejsce akcji, nie ma sensu.

A poza tym, po miesiącach i latach zajmowania się Kaukazem i Afganistanem, miałem chwilkę oddechu, żeby zmierzyć się z Afryką tak, jak by należało. Uganda mnie zawsze interesowała. Lata rządów Idi Amina to był czas, kiedy świadomie zacząłem postrzegać świat, a Uganda wyrosła na jeden z ważniejszych krajów afrykańskich. Dużo czytałem o Aminie i jego państwie. Później poznałem Kapuścińskiego i dowiedziałem się od niego, że chciał o nim pisać książkę. Nie napisał. Pani wie, dlaczego?

Pojechał opisywać upadek Związku Radzieckiego.

Właśnie. Co to za argument?! Do mnie kompletnie nie trafia. I nie mogę się z tą jego decyzją pogodzić. Podejrzewam jednak, że gdyby Kapuściński napisał o Aminie, moja książka już by nie powstała. A tak odważyłem się.

Pierwszy raz pojechałem do Ugandy na początku lat 90. Potem starałem się tam bywać coraz częściej, ale nigdy nie miałem okazji zatrzymać się na dłużej. O istnieniu Bożej Armii dowiedziałem się, gdy w obozie uchodźców w Kenii spotkałem jej założycielkę, Alicję Lakwenę. Postanowiłem do tematu wrócić. Kiedy wreszcie nadarzyła się okazja, pojechałem do Gulu odległego o 10 kilometrów od wioski, gdzie urodziła się Alicja, z pierwszym pomysłem na książkę o dzieciach żołnierzach. Problem wydał mi się wystarczająco dramatyczny, by mogła powstać większa całość.

Kiedy jednak dotarłem na miejsce, zrozumiałem, że nie mogę tego napisać. Nie potrafiłem rozmawiać z dziesięciolatkami o takich koszmarach. Zawsze miałem kłopoty z wypytywaniem ludzi o nieszczęścia, jakie im się przydarzyły. Nie potrafię znosić płaczu i przyglądać się rozpaczy, to nieludzkie. A tu miałem przed sobą dzieci! Brakowało nam płaszczyzny porozumienia: i wiek, i doświadczenia nas dzieliły. Owszem, obserwowałem wojny i pisałem o nich, ale nigdy w nich nie uczestniczyłem. Ani jako ofiara, ani jako kat. Co mogłem wiedzieć o tym, jak to jest zabijać?

Sam Pan wybrał ten ekstremalny temat.

Tak, i do dziś uważam, że z punktu widzenia dziennikarskiego był to bardzo dobry wybór. Ale przekonałem się, że nie da się tego tematu zrealizować. Nie byłem w stanie uzyskać od byłych partyzantów tego, co bym chciał, a wszyscy inni mieli do przekazania tylko relacje dorosłych, którzy nie doświadczyli tego, co te dzieci. Tak pojawił się pierwszy duży problem.

Drugi natomiast polegał na tym, że mniej więcej w tym czasie, gdy zacząłem jeździć do Gulu, na Zachodzie pojawiły się książki pisane przez osoby, które jako dzieci służyły w wojsku. I to przesądziło sprawę: jeżeli taki chłopak sam opisuje swoje życie, co ja mogę do tego dodać?

A poza wszystkim, w Ugandzie wyłoniła się duchowa rzeczywistość kompletnie nieprzekładalna na dziennikarstwo. Miejscowe wierzenia i duchy żyły, były obecne wszędzie.

W obliczu tego wszystkiego uznałem, że mogę napisać jedynie o niemożności oddania tego wszystkiego i o próbach. A także o niemożności pojęcia doświadczeń tych ludzi. I o niemożności pojęcia świata duchów. My, ludzie Zachodu, jesteśmy racjonalistami i nie wierzymy w duchy, dlatego chętnie pominęlibyśmy tę kwestię. Jednak oni wierzą. I jeżeli chcemy sprawiedliwie i uczciwie opisać, co się w Afryce dzieje, po prostu musimy brać pod uwagę wszystko, o czym ci ludzie myślą i czym się kierują.

Szczerze mówiąc, czytając Pana książkę, poczułam się jak Alicja po drugiej stronie lustra. Zdałam sobie sprawę, że to właśnie jest rewers wszystkich racjonalnych wytłumaczeń, które Pan podaje w tekstach gazetowych.

Podaję je, bo mamy racjonalnych czytelników. Miałbym do gazety napisać artykuł o tym, że toczy się wojna, bo obraziły się duchy przodków? Byłby to prawdopodobnie mój ostatni artykuł, bo nikt by więcej ze mną serio nie rozmawiał.

Rozumiem, jednak pozostaje pytanie o to, co jest, paradoksalnie, prawdziwszym obrazem rzeczywistości.

Ta książka powstała właśnie dlatego, że zadałem sobie pytanie, co będzie prawdziwsze: historia składająca się wyłącznie z rzeczywistych bohaterów i faktów czy też historia, która pozwoli sobie na pewnego rodzaju fikcję.

W imię czego ostatecznie złamał Pan swoje zasady i zdecydował się na fikcję?

Uznałem, że jednak to da prawdziwszy obraz wszystkiego, co się w Ugandzie działo, niż spłaszczanie tamtej rzeczywistości do naszych racjonalnych kryteriów. A prawda opowieści jest najważniejsza, także z punktu widzenia dziennikarskiego.

Racjonalne kryteria są jak najbardziej właściwe, ale do opisu naszego świata. Tak możemy sobie tłumaczyć nawet najdramatyczniejsze wydarzenia na Bałkanach czy na Kaukazie, czyli mniej więcej w naszym kręgu cywilizacyjnym i kulturowym. A tak na marginesie, uważam, że te wojny także wywołują demony, których racjonalnie pojąć nie sposób.

Ale nikt na Bałkanach, nie mówiąc o innych narodach, nie artykułuje tego z taką oczywistością jak w Afryce.

My w duchy raczej nie wierzymy, nie sądzę, by wielu z nas w życiu powodowało się myślą o nich. Nasza duchowość bardzo często sprowadza się do klepania modlitwy do świętego obrazu. A tam te światy przenikają się w sposób tak bardzo naturalny. Tam wiara jest prawdziwa, jest w niej nieporównanie więcej emocji. Kiedy wchodzę do afrykańskiego kościoła katolickiego, widzę absolutnie szczere zaangażowanie i spontaniczność zachowania podczas obrzędu i dlatego mnie ich wiara się udziela. W Polsce nigdy nie śpiewam w kościele, w Afryce to się zdarza.

Pozostaje pytanie, jaka właściwie jest duchowość afrykańskich chrześcijan: czy faktycznie dali się namówić na chrześcijaństwo, czy raczej je zasymilowali, wypełniając swoimi wierzeniami?

To oczywiste, że do chrześcijaństwa trzeba było ich bardzo „namawiać”. Część nie miała wyboru, część uznała, że „nawrócenie” po prostu bardziej się opłaca. Asymilacja chrześcijaństwa na potrzeby afrykańskie to także niepodważalny fakt. Sami misjonarze wyjaśniali mi, że wielu Afrykańczyków uważa po prostu Jezusa Chrystusa oraz Ducha Świętego za najpotężniejsze z tych duchów, w które już wcześniej wierzyli.

To tłumaczy imię Alicji, którą nazywano Alicją od Ducha Świętego. Uważano, że wstąpił w nią Lakwena, czyli Duch Święty.

Osobiście podejrzewam, choć głębiej tego nie drążyłem, że kiedy na północy Ugandy pojawił się właśnie pod wodzą Alicji Lakweny bardzo wpływowy ruch duchowy i polityczny zarazem, miejscowi misjonarze sami ochrzcili Lakwenę Duchem Świętym. Wynikało to może z instynktu samozachowawczego albo ze względów politycznych lub też z chęci zawłaszczenia tego ruchu. To, co skręcało w złą stronę, chciano skierować z powrotem do Kościoła. Tłumaczenie nazwy ruchu Alicji na angielski brzmiało: Holy Spirit Movement. Ją samą nazywano Lakweną, czyli Posłanniczką. Potem stała się Alicją od Ducha Świętego.

Dziś wszyscy, a przede wszystkim księża w północnej Ugandzie, tłumaczą wszem i wobec, że Lakwena z Duchem Świętym nie ma nic wspólnego. Ale skądś to się przecież wzięło.

Czy ona sama uważała Lakwenę za chrześcijańskiego Ducha Świętego?

Nie wiem, spotkałem ją, ale nie rozmawiała ze mną. Mówiono, że choruje, że jest szalona. Ale wszystkie pierwszoplanowe postaci uczestniczące w jej ruchu, a potem tworzące Bożą Armię, były w taki czy inny sposób związane z wiarą chrześcijańską: jako ministranci, kaznodzieje i ci, którzy mieli podobne aspiracje. Choć bliżej im było do Kościoła protestanckiego niż katolickiego.

Wątek duchów i wiary w nie pojawiał się ciągle w moich rozmowach z misjonarzami, a także z miejscowymi ludźmi. To było dziwne. Wyczuwałem pewną granicę. Jakbym słuchał zepsutej płyty: pierwsza piosenka, igła przeskakuje i jesteśmy już w trzeciej piosence. Rozmowa płynie dalej, tylko już w innym kierunku. Dawałem się tej fali ponieść. Nie dochodziłem szczegółów, bo uznałem, że nie będę ich w stanie zrozumieć. Albo mi się nie przydadzą – moim celem nie było pisanie rozprawy antropologicznej, etnologicznej czy teologicznej. Chciałem pokazać, co może się dziać – i co się dzieje – z dziennikarzem, który staje się zakładnikiem tych opowieści. Jeżeli chce cokolwiek zrozumieć, siłą rzeczy musi w ten świat wejść. Wiadomo, że nie wyniesie i nie przekaże potem innym tego, czego się dowiedział. To jest w gruncie rzeczy nieprzekładalne.

Nigdy do tej pory nie pisał Pan o wierzeniach swoich bohaterów w ten sposób, bez europejskiego dystansu.

Bo nigdy nie pisałem o tego typu duchowości. Prosto jest pisać o wierzeniach talibów: to prymitywni muzułmanie, ale muzułmanie. Afrykańskie wierzenia są bardzo odległe od wszystkiego, z czym się stykamy na Zachodzie.

Kiedyś myślałem o książce o Zimbabwe i o Robercie Mugabe. Wydawało mi się, że ten temat dość łatwo ogarnąć, więc zacząłem zbierać materiały: czytałem, jeździłem i rozmawiałem z ludźmi. I pewnego razu ktoś z wielką powagą powiedział mi, że Mugabego prześladuje duch jego byłego towarzysza broni, Iosiaha Tongogary. Tongogara, który był jednocześnie rywalem Mugabego w marszu po władzę, zginął w tajemniczych okolicznościach. Niewykluczone, że maczał w tym palce Mugabe. I ponoć Mugabe, który z agnostyka stał się katolikiem, na Boże Narodzenie zostawia, owszem, puste nakrycie na stole, jednak nie dla zabłąkanego wędrowca, a dla Tongogary. Chce w ten sposób przebłagać jego ducha, który może mu zagrozić.

W Południowej Afryce także wielokrotnie opowiadano mi o podobnych historiach. Istnieje tam instytucja sangomy, czyli czarodziejki czy znachorki. Do niej przychodzą leczyć się – ale także po radę maklerzy giełdowi, bogaci biznesmeni, prawnicy!

Skoro tak, te duchy tworzą całkiem realne fakty w życiu społecznym czy gospodarczym.

W istocie tak jest. W materiałach dziennikarskich staram się ich jednak nie podawać. Raz napisałem właśnie o wiosce czarownic i ten materiał został uznany za prześmiewczy. A byłem daleki od jakiejkolwiek ironii. Opisywałem po prostu losy konkretnych ludzi uważanych za czarowników.

W Nocnych wędrowcach obecność duchów traktuje Pan całkiem serio. Można stąd wyciągnąć wniosek, że każda próba głębokiego zrozumienia Afryki jest skazana na porażkę, dopóki nie staniemy się jak Afrykańczycy. I nie uwierzymy w ich duchy.

Aby zrozumieć, jak to jest naprawdę być Afrykańczykiem – czy Polakiem – trzeba by ubrać się w skórę i wejść w duszę Afrykańczyka czy Polaka. A to niemożliwe. Ktoś, kto ma białą twarz, choćby całe lata mieszkał w wiosce afrykańskiej, nie będzie czuł jak Afrykańczyk. Ale czy to znaczy, że mielibyśmy zrezygnować z prób zrozumienia czegokolwiek? Nie. Uważam, że należy zbierać informacje i starać się ułożyć jakiś obraz Afryki, choćby po to, żeby nie błądzić po omacku i nie bać się. Brak wiedzy jest główną przyczyną strachu, a strach wyzwala najgorsze stereotypy.

Musimy też pisać o Afryce na sposób nasz – racjonalny, europejski. Swoją książkę pisałem dla ludzi Zachodu, czyli dla moich czytelników w Polsce. Byłbym oczywiście ogromnie ciekaw – może kiedyś to się ziści – co powiedziałby o niej Ugandyjczyk z północy kraju. Wcale nie jest powiedziane, że zbliżyłem się do tego, co myśli przeciętny Aczoli, mieszkaniec Gulu. Ale ja nie dla nich przecież piszę i, gdy mi o sobie opowiadają, doskonale o tym wiedzą.

A jak Pan sobie radzi z duchami w praktyce dziennikarskiej? Załóżmy, że przychodzi miejscowy informator i ze śmiertelną powagą wyjaśnia Panu przyczyny wojny: Lakwena wstąpił w Alicję.

To się właśnie nie zdarza. Nigdy nie ukrywam, że jestem dziennikarzem. Wiedzą, że muszą do mnie mówić językiem dla mnie zrozumiałym. Przedstawiają przyczyny wojen bardzo racjonalnie.

Ale w ten sposób nie dotyka Pan tej najgłębszej rzeczywistości.

Dotykam innego jej poziomu. Żeby dotrzeć głębiej, potrzebna jest cierpliwość i ponadprzeciętne zainteresowanie. Mówię o sobie, że jestem maksymalistą detalistą – chcę wydobyć maksimum informacji.

Nie po to, żeby o wszystkim napisać, ale by samemu się poczuć bezpiecznie, mając świadomość, że w swoim koślawym europejskim umyśle i wrażliwości mniej więcej zrozumiałem Innego. Na początku zawsze trafiam na mur. I pytanie: po co mi te wszystkie szczegóły? Przecież oni doskonale zdają sobie sprawę, że wyśmiewamy ich wierzenia, i są ostrożni na każdym kroku. Wyciągam więc, co się da, a wszystko traktuję śmiertelnie poważnie. Bardzo często zdarza się, że moi rozmówcy, widząc to zaciekawienie i powagę, zdobywają się na szczerość.

To dotyczy zresztą wszystkich szczegółowych informacji. Jeśli obiło mi się wcześniej o uszy czyjeś nazwisko, zaczynam dopytywać, czy to nie jest przypadkiem jedna rodzina. Mówią zdawkowo: „A, tak, daleka. To inny szczep”. No to ja dłubię dalej: „Ale co się stało z tym szczepem?”. I jeśli mają dla mnie cierpliwość albo uznają, że jestem marudny i inaczej się nie odczepię, w końcu zaczynają opowiadać. Takie wiadomości się zawsze przydają. Czasem pośrednio, bo wiedza buduje zaufanie i ułatwia funkcjonowanie w obcym świecie i zdobywanie materiału. Kiedyś przypadkowo spotkanego pułkownika Gasanę pytam, czy nie ma w Kigali krewnego (poznałem tam porucznika o tym samym nazwisku), a pułkownik od razu się rozchmurza: „Ty go znasz?!”. „A tak, porucznik mówił mi…” – i w tym momencie przekraczam krąg wtajemniczenia. Nawiązuje się zupełnie inna rozmowa.

A może decyduje kolor skóry? Gdyby był Pan czarny, otwieraliby się łatwiej.

Tak naprawdę decyduje to, czy jest się stamtąd. Czarnoskórzy dziennikarze amerykańscy są traktowani chyba jeszcze gorzej niż my, biali. Bo są niewiadomo jacy. Dali się wywieźć, czyli to niewolnicy. Ci, co zostali w Afryce, dali się wprawdzie skolonizować, ale nie uprowadzić. Z drugiej strony, tamci są bogaci, dobrze ubrani, a przede wszystkim – bielsi! Same powody do zazdrości. Poza tym noszą się z wysoka, jak Amerykanie. Co ciekawe, czarnoskórych dziennikarzy amerykańskich jest dramatycznie mało. Między nimi a miejscowymi nie ma żadnej dobrej chemii.

Tu dotknęliśmy kolejnej afrykańskiej kwestii, którą kiedyś chciałbym się zająć. Bob Marley nazywał ją slave mentality.

To byłby drugi, oprócz duchowości, klucz do rozumienia Afryki?

Dla mnie kluczem do politycznego rozumienia Afryki jest świadomość całkowitej sztuczności tego kontynentu. Historia Afryki została przed wiekami brutalnie przerwana przez przybyszów z Europy. A przecież tam rozwijała się cywilizacja, istniały państwa, które były kompletnie odmienne od naszych.

Jakie?

Na przykład królestwa bez granic terytorialnych, bardzo bogate. Na terenie dzisiejszej Ugandy istniało królestwo Bugandy tak potężne, że Brytyjczycy postanowili go nie podbijać, tylko zjednać. Słabsi nie mieli tak dobrze. A potem przybysze z Europy poukładali historię Afryki po swojemu.

Afrykanie mają świadomość, że dali się złamać i zniewolić. Ona w nich tkwi właśnie jako mentalność niewolnicza. Przejawia się, między innymi, jako chęć odwetu. Robert Mugabe postawił się Białym, mało tego, odebrał im ziemię, którą kiedyś zagrabili Afrykanom, i dlatego jest kochany na całym kontynencie, choć nikt tego otwarcie nie przyzna. A jak popularny był Idi Amin!

Pańska książka jest historią Białego w Afryce, a jednak ten wątek się tam nie pojawia – nie tylko w postaci tła historycznego czy społecznego, ale nawet na sposób częsty u Kapuścińskiego, który podkreślał, że czuje się na każdym kroku biały.

Ja czuję się jeszcze bielszy niż Kapuściński. I ogromnie mu zazdroszczę jego Afryki. Owszem, również pół wieku temu zdarzały się tam ekstremalne sytuacje, jak ruchawka niepodległościowa w Kongu, gdzie w pierwszym odruchu Białych bito po szczękach. Jego zapewne też. Ale jednak jako całość kontynent nie był tak zbrutalizowany przez samych Afrykanów. Kapuściński mógł się po nim poruszać w miarę swobodnie i bezpiecznie. Jeśli dostawał po głowie, to dlatego, że brano go za kolonizatora: Belga, Francuza czy Brytyjczyka. Jeszcze nie był chodzącym portfelem.

Natomiast ja, chcąc nie chcąc, jeżdżę do Afryki jako przedstawiciel bogatego świata. Moja biała twarz nie jest symbolem żadnej historii politycznej, to informacja, że mam więcej i warto mnie zaczepić. Co zdarza się nieustannie. Nieustannie muszę walczyć z ludźmi, którzy próbują mnie oszukać i orżnąć. Kapuściński mógł żyć w Afryce tylko dlatego, że nocował w afrykańskich hotelach. Tak niski miał budżet. Kiedy pojechał do afrykańskiego szpitala, leczono go tam. Mnie by okradziono i wystawiono z łóżkiem na dziedziniec. Jest też oczywiste, że nie mogę mieszkać w afrykańskim hotelu za pięć dolarów, jeśli nie chcę ryzykować zdrowia i życia.

Z tego, co Pan mówi, wynika, że konflikt białe-czarne, niegdyś raczej polityczny i kulturowy, przemieścił się całkowicie w sferę ekonomiczną.

To wszystko się oczywiście łączy.

Kapuściński pod koniec życia przepowiadał trzecią, kulturową dekolonizację Afryki. Miała być ona wyzwoleniem z poczucia gorszości względem Zachodu. I Afrykanie zaczynają teraz zjeżdżać do Europy, by odebrać to, co ich. Uważają, że wszystkie dobra Zachodu im się należą. Przecież nasze miasta wyrosły również na bogactwie, którego Europa dorobiła się w epoce kolonialnej. Wkrótce Afrykanie przestaną się czuć gorsi.

Ale rzeczywiście te roszczenia napędza dziś przede wszystkim desperacja wynikająca z ubóstwa. Afryka w ogromnej swej części jest kontynentem tak rozpaczliwie biednym, że 100 dolarów w portfelu cudzoziemca stanowi dla kogoś z natury poczciwego wystarczająco silną pokusę, by go oszukać, a nawet zaatakować. Napadnięto mnie w Afryce kilka razy, a najgorsza z tych sytuacji zdarzyła się w Lesotho, zresztą podczas wyjazdu turystycznego z żoną. Przyjechaliśmy do Maseru późnym wieczorem i wpadliśmy na pomysł, żeby wyjść się czegoś napić. Wszystkie restauracje były pozamykane, ale dowiedzieliśmy się, że na stacji benzynowej można kupić piwo. Więc poszliśmy. Zostaliśmy zaatakowani po drodze.

To byli wojskowi? Miejscowi bandyci?

Byli uzbrojeni w noże, ale mogli je nosić do obrony. Moim zdaniem, trafiliśmy na zwykłych łotrzyków. Zobaczyli dwójkę Białych na drodze. Ciemno dookoła, środek nocy. Grzech nie skorzystać. Prawdopodobnie myśleli, że się przestraszymy i natychmiast oddamy im wszystko, co mamy. A ja nie chciałem i skończyło się awanturą. Szarpaliśmy się ze 45 minut. W końcu okazali się silniejsi. Ale nawet kiedy już trzymali mnie z wykręconymi rękami, wydawali się przestraszeni tą niespodziewaną walką. Nie obszukali mi kurtki, gdzie trzymałem gotówkę i dokumenty, tylko wyciągnęli 15 rantów z tylnej kieszeni spodni, które miałem na piwo, i puścili nas.

Tamta przygoda skończyła się dla nas szczęśliwie, ale później słyszeliśmy wielokrotnie, że gdyby coś podobnego przytrafiło się nam w RPA finał byłby tragiczny. W RPA przestępcy najpierw gwałcą i strzelają, a dopiero potem sprawdzają, co było w portfelu.

Co właściwie aż tak zmieniło Afrykę przez ostatnie dziesięciolecia?

Bieda, wojny, przywódcy, którzy niemal zawsze okazywali się paskudnymi, krwawymi tyranami i korupcja. Afrykanin, żeby przeżyć, zmaga się ze wszystkim. Musi dać łapówkę, żeby wysłać list albo wyciągnąć z banku własne, ciężko zapracowane pieniądze. Kiedyś jego cierpliwość się kończy i – tak sobie wyobrażam ten stan ducha – decyduje się na przemoc. Chwyta każdą szansę na poprawę losu. Nikt nie chce tkwić na dole piramidy, gnębiony przez wszystkich. A jeśli jeszcze ma w ręku trochę władzy, bezwzględnie to wykorzystuje.

Kiedyś podróżowaliśmy z fotografem „Gazety Wyborczej” Krzyśkiem Millerem do Konga. W Uvirze przeszliśmy granicę z Burundi do Konga. Wybieraliśmy się do Bukavu. Znaleźliśmy właściwy autobus, kupiliśmy bilety i czekaliśmy, siedząc w środku, na odjazd. Autobus był pełen miejscowych podróżujących na targ. Nawiązaliśmy miłą rozmowę. Stwierdziliśmy – fajnie jest, a tak nas tym Kongiem straszono. W pewnym momencie wsiadł policjant. Pewnie przechodził obok autobusu i przez okno zobaczył dwie białe twarze. Podszedł do nas i mówi, że musi zabrać nasze paszporty. Wiedzieliśmy, że paszportów oddać nie wolno. Odmówiliśmy. Policjant się wściekł, bo przecież podważyliśmy jego autorytet na oczach miejscowych. Stwierdził, że jesteśmy szpiegami, więc zaraz wróci tu z kolegami i nas aresztuje. Zrobiło się nieprzyjemnie. Autobus nie odjeżdżał, bo kierowca bał się policjanta. A on chciał nas po prostu okraść, wydrzeć, ile się da. Czy nie jest absurdalne, że trzeba się wystrzegać mundurowych, którzy powinni zapewniać bezpieczeństwo? Tymczasem oni stanowią zagrożenie, bo oprócz mundurów i władzy, mają jeszcze broń. Choć niekoniecznie nabitą.

Myśli Pan, że tamten policjant nie miał amunicji?

Na 75 procent nie miał. Był niski, mniejszy nawet ode mnie, a co dopiero od wielkoluda Millera, i gdybyśmy krzyknęli, przestraszyłby się i uciekł.

Ale tak naprawdę najgorsza w tym wszystkim była przemiana, jaka zaszła w pasażerach, naszych miłych towarzyszach podróży. Nie tylko nikt z nich nie podszedł do policjanta i nie powiedział: „Zostaw ich, oni są w porządku”. Nikt nie wykonał żadnego gestu, by się za nami ująć. Oni wręcz mieli uciechę. Upokarzanie Białego było dla nich spektaklem, który oglądali co najmniej bez obrzydzenia. Więcej, byli ciekawi, jak daleko można się w tej sytuacji posunąć.

Może sami czuli się zagrożeni?

Ależ skąd! Oni wiedzieli, że im nic złego się nie stanie. Cały ten eksperyment dotyczył wyłącznie nas i policjanta.

Już nawet nie pamiętam, jak się ta historia skończyła. Pewnie wycyganił od nas jakieś drobne. A potem autobus ruszył i wszystko było jak wcześniej: uśmiechnięte twarze towarzyszy podróży, poczęstunki. Tak właśnie czuję się w Afryce bardzo często, choć nie zawsze jest tak groźnie. Za to naprawdę wszechobecne i nieznośne jest natręctwo. Każdy chce coś sprzedać, uzyskać i nie przyjmuje odmowy. A jeśli nawet ktoś się wreszcie odczepi jednego dnia, z całą pewnością pojawi się nazajutrz. Bo tak jak nam czarnoskórzy, tak i my im wydajemy się wszyscy identyczni.

Dlaczego Pan wraca?

Afryka, nawet taka, szalenie mnie intryguje. Lubię ją, choć nie czuję się tam tak dobrze i bezpiecznie, jak w Azji.

Mówił Pan o sytuacjach zagrożenia życia. Czyli jednak stereotyp mrocznej i groźnej Afryki potwierdzałby się w Pańskich opowieściach. 

I tak, i nie. To skomplikowane. Proszę pamiętać, że ja tam jeżdżę nie jako podróżnik, pisarz czy przedsiębiorca, ale jako dziennikarz. I dlatego sam tej niebezpiecznej Afryki szukam. Nie z próżnej ciekawości, ale z obowiązku zawodowego, bo tego media od nas żądają. Dziennikarzy posyła się w teren, żeby przywozili horrory. A już szczególnie z Afryki, bo taką ma gębę: wyrzyna się, głoduje, jest kontynentem przeklętym. Jądrem ciemności.

Tak, wydaje mi się, że przysłużył się temu także Conrad. Każdy dziennikarz, który jedzie do Afryki, chce być drugim Conradem. Dlatego pisze wyłącznie o jądrze ciemności.

Pan poświęcił temu książkę. Może nie da się pisać o niczym innym? 

Oczywiście, że się da. Ale ja mam związane ręce przez dziennikarstwo. Książkę napisałem o tym, czym się zajmowałem i na czym się znam. Mnie nikt nie posyła do Afryki, żebym pisał o rozwoju gospodarczym. Wiele razy chciałem jechać do Ghany, żeby dać panoramę tego kraju „dzień po” Kapuścińskim. To dzięki Kapuścińskiemu Ghana była w Polsce tak żywa. Ale szefowie pytają: „A co się dzieje w tej Ghanie?”. Mówię: „Świetny przywódca, wszystko zmierza w dobrym kierunku, buduje się gospodarka”. „A to ciekawe, ciekawe. Jak kiedyś będziesz w okolicy, to wpadnij tam i napisz coś”. Specjalnie do Ghany nikt mnie nie pośle.

Zresztą, do Ugandy też jeździłem w drodze do Konga albo do Ruandy. Ponieważ to wojny – nie wybory! – są głównym powodem podróży dziennikarzy po świecie, kiedy chciałem zboczyć z powodu wyborów prezydenckich do Ugandy, musiałem tłumaczyć w redakcji, że to naprawdę ważne. A i tak traktowali mnie z przymrużeniem oka. Ostatecznie zaryzykowali i pojechałem do Kampali. Jestem za to oczywiście „Gazecie” wdzięczny, ale pozostaję też zakładnikiem tej wdzięczności.

A chciałbym inaczej o Afryce napisać. Nie tylko zresztą o Afryce, zawsze chciałem tak napisać o Afganistanie.

Jak? 

Chciałbym spędzić jakiś czas z ludźmi w ich prywatnych domach po to, żeby opisać dzień Afgańczyka i Afrykańczyka. Zawsze mnie ciekawiło, co on robi od rana do wieczora. Budzi się, i co: modli się? je śniadanie? Ludzie też często mnie pytają: „Jak wygląda Kampala? Jak tam żyją?”. Dla czytelnika byłoby może nawet ciekawsze i bardziej odkrywcze niż opis dzieci-żołnierzy, gdybym pokazał, jak spędza dzień mieszkaniec Kampali.

Ale na taką ekstrawagancję nigdy nie było mnie stać. Zawsze zajmowałem się wydarzeniami politycznymi i na co innego brakowało mi czasu. A potem trzeba było jechać dalej. Zresztą, tego nie da się zrobić szybko. Bo niby jak? Miałbym podejść do jakiegoś człowieka na ulicy i powiedzieć: „Czy mogę zostać u ciebie na noc”? Nawet jeśli by mnie przyjął, to jako obcego.

Mówiliśmy o biedzie, tyranach i korupcji. Ale czy można powiedzieć, że Afryka „sobie radzi”?

Ależ tak. Nasz błąd w traktowaniu Afryki polega na ujednolicaniu tego obszaru. Mówimy: „Afryka”. A nie bylibyśmy zdumieni, gdyby ktoś mówił o nas „Europa”?

W Europie jednak różnice się stopniowo zacierają. 

To dlatego, że istnieje Unia Europejska, możemy już zestawiać Estonię z Grecją. Ale w Afryce tak nie jest. Somalia, kraj upadły, pełen chaosu, sąsiaduje z nieźle prosperującą Kenią. Większość krajów funkcjonuje normalnie, oczywiście na swoim poziomie ekonomicznym.

Czy postępuje proces demokratyzacji? 

Tak, ale nie można do niego przykładać zachodniej miarki. Trzeba mieć na uwadze historię Afryki. W większości krajów afrykańskich działają partie polityczne, regularnie odbywają się wybory – i prezydenckie, i parlamentarne. Oczywiście, zazwyczaj wygrywa je ten, kto już wcześniej dzierżył władzę. Jednak coraz częściej zdarzają się wypadki, kiedyś w ogóle niespotykane, że oto wybory wygrywa partia, która była w opozycji. Wcześniej prezydent, kończąc drugą kadencję, wszelkimi sposobami dążył do zachowania urzędu, obecnie obywatele zaczynają zmuszać rządzących do fair play, bo ci, którzy oszukują, wypadają z łask. To właśnie przydarzyło się ostatnio prezydentowi Ugandy, Museveniemu.

Bywało i tak, że prezydenci, którzy musieli zdać urząd, podstawiali na swoje miejsce figurantów – ludzi bez charakteru, pomysłów i ambicji. I okazywało się – poświadczają to przykłady Zambii i Malawi – że taki Pan Nikt, jak tylko przejął władzę, podnosił się i rozkwitał. A byłego prezydenta, który próbował nim rządzić, sadzał do więzienia za korupcję i nadużycia władzy.

Jeśli dziś w jakimś kraju afrykańskim dokonuje się zamach stanu, podnosi się na całym kontynencie wielki krzyk. A kiedyś przewroty uważano za coś zwyczajnego. Dziś autor przewrotu jest poddawany ostracyzmowi, karany sankcjami przede wszystkim przez przywódców afrykańskich. Wojskowe zamachy stanu są dziś zresztą rzadkością, a wojny międzypaństwowe niemal nie istnieją. Weźmy pod lupę stereotyp: „Afryka walczy”. Ale gdzie? W Kongu, Somalii i w Sudanie. I to właściwie wszystko. Inne miejsca konfliktów stanowią po prostu odpryski tych wojen, które mają tendencję do rozlewania się na ościenne kraje. Wojna w Republice Środkowoafrykańskiej to rykoszet konfliktu kongijsko-sudańskiego. Wojna w Ugandzie? Rykoszet sudański. Konflikt w Czadzie to kontynuacja konfliktu w darfurskiego, a do Darfuru wojna dotarła z Sudanu.

Więc źródła konfliktów są nieliczne, ale terenów objętych wojną jest więcej. 

Wynika to z upadku wielkich, monstrualnych wręcz krajów. Kongo-Kinszasa, czyli Demokratyczna Republika Konga (ironia losu, że akurat ten jedyny kraj afrykański ma demokrację w nazwie) w ogóle nie miała prawa powstać. Tylko chory umysł mógł nadać granice takiemu krajowi i ogłosić jego niepodległość. Kolonizatorzy belgijscy kazali chłopom z Bukavu jeździć na targ do Kinszasy odległy o tysiące kilometrów, podczas kiedy najbliższy targ znajduje się za Jeziorem Kivu, w Kigali. Ten absurdalny kraj jest też nieprawdopodobnie bogaty w surowce i dlatego przydarzają mu się nieustannie nieszczęścia.

Sudan to drugie ogromne państwo, które zapewne wkrótce się podzieli, co wywoła kolejne kataklizmy. Po trwającej pół wieku wojnie, za rok, dwa będziemy mieli plebiscyt w sprawie secesji południa. Chartum tego nie chce i zrobi wszystko, by wywołać nową wojnę, choćby najkrwawszą, byle tylko nie dopuścić do rozpadu państwa.

Czy w Afryce istnieją wolne media? 

Przede wszystkim, istnieją media. Kiedyś ich w ogóle nie było. Czy są wolne? Zależy gdzie. Może są nawet bardziej wolne niż nasze, bo w Polsce uprawianie niezależnego dziennikarstwa nie wymaga już odwagi. Myśmy zapomnieli, co znaczy walczyć o to, by móc pisać otwarcie prawdę. I wielbimy bożka komercji i gwiazdorstwa. Głównym celem dziennikarza w naszej części Europy jest zwieńczyć karierę występem w Tańcu z gwiazdami. To namacalny dowód wielkości, bo można otrzymać kasetę z nagraniem.

W Afryce bycie dziennikarzem jest niesamowicie ryzykowne i dlatego Afrykańczycy uprawiają prawdziwe niezależne dziennikarstwo. Gazety w Ugandzie, Kenii czy RPA są doskonałe. Nawet w Gambii, gdzie prezydent samodzierżawca posyła do więzienia każdego, kto mu się nie spodoba, powstają niezależne rozgłośnie radiowe i wychodzą niezależne gazety. Ich twórcy trafiają prędzej czy później do więzienia i są torturowani. I to właśnie jest prawdziwe ryzyko bycia dziennikarzem, a nie ryzyko, że się zarobi mniej i nigdy się nie zostanie gwiazdą.

Jak oni piszą? Czy tłumaczą wojny zemstą duchów?

Nie, przynajmniej w gazetach ukazujących się w językach europejskich. Natomiast gazet w lokalnych językach nie czytam, więc nie wiem. Gazety wychodzące w języku angielskim czy francuskim swobodnie mogłyby się ukazywać w Europie. Zorganizowano je według sztampy przeniesionej z dziennikarstwa zachodniego. Redakcje funkcjonują tak samo jak w Europie. Bardzo często dziennikarze uczą się zawodu na Zachodzie, a potem wracają pracować u siebie.

Spróbujmy na koniec pokazać Afrykę inną niż Afryka Conrada. Według Kapuścińskiego w Afryce „przede wszystkim rzuca się w oczy światło”. A według Pana? 

Barwy – co wiąże się ze światłem. Afryka jest jaśniejsza niż Europa, bez dwóch zdań. Dla mnie jednak przede wszystkim jest nieprawdopodobnie kolorowa. Wprawdzie z równą siłą narzuca się dźwięk – wrzask i gwar afrykański, mnie jednak dźwięki kojarzą się z Azją. A Afryka z zielenią i czerwienią. Zieleń to roślinność, a czerwień – ziemia. Pamiętam, jak leciałem helikopterem nad dżunglą w Kongo, w kierunku Kisangani. Dżungla przypominała z góry staw zarośnięty rzęsą, która zaczyna gnić. Ciągnęła się i ciągnęła. Ale nie była to jedna zieleń, barwa nieustannie się zmieniała. A wszystko poprzecinane srebrnymi rzekami. Uwielbiam też kolorowe flagi afrykańskie.

Pamiętam swoje pierwsze zachłyśnięcie się Afryką – to była Republika Południowej Afryki w roku 1993. Przyjechałem do Pretorii wprost z blokowiska na Ursynowie i zamieszkałem na ósmym piętrze, w mieszkaniu, które miało jedną ścianę całą ze szkła. Budziłem się codziennie rano i pierwszą rzeczą, która rzucała mi się w oczy, była niesamowita perspektywa za oknem. Miałem wrażenie, że ten widok nigdy się nie kończy, zalany słońcem, które nigdy nie zachodzi. W tle błękitne, a czasem wręcz granatowe niebo.

Właśnie za tą przestrzenią tęsknią ci, którzy emigrują z Afryki. Do tego chcą wracać.

Może więc Pan też po to wraca do Afryki? 

Prywatnie jestem uzależniony narkotycznie od Indii. Udaje się tam zawsze z żoną, bo gdybym pojechał sam, uznałaby to chyba za zdradę małżeńską. Tęsknię za tamtejszymi zapachami i smakami. Za dachami w starym Delhi.

W inne miejsca jeżdżę jako dziennikarz. Ale już na samym początku nauczyłem się bądź też zostało mi to wszczepione, by wybierać się do krajów, którymi się interesuję i zajmuję. To są podróże nie po to, by doznawać nowych wrażeń, lecz by – przepraszam za patos – obcować z historią. Czytam te kraje bardziej „w głąb” niż po powierzchni. Sudan to dla mnie nie tylko dzisiejszy Sudan, ale także XIX-wieczne państwo Mahdiego.

Rzeczywiście czuje Pan tam historię? 

Czuję, proszę mi wierzyć. Tego nie widać na pierwszy rzut oka, ale szukam śladów. I znajduję. Wiele lat czytałem, co się da, o Afryce i ona stała się dla mnie wielowymiarowa. To właśnie mnie w niej pociąga.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata