70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

To, na co patrzymy, to słowa

Afrykańczyk musiał zmienić swój styl życia: ponieważ biali odeszli, musiał wziąć los w swoje ręce. To jest podstawowa charakterystyka „osoby postkolonialnej”.

Jakie specyficzne, afrykańskie doświadczania, wspólne dla wszystkich mieszkańców tego kontynentu, są równocześnie całkowicie obce dla ludzi Zachodu?

 Mamy w Afryce ponad pięćdziesiąt państw – wiele z nich podlega zupełnie innym wpływom kulturowym. Między Senegalczykiem a, na przykład, mieszkańcem Konga jest ogromna różnica. Jako ten ostatni nie jestem muzułmaninem, nie potrafię też posługiwać się żadnym z języków zachodnioafrykańskich, a wiele z tradycji tamtego regionu jest mi całkowicie obcych. Z drugiej strony, bliscy są mi mieszkańcy Kamerunu, Gabonu czy Republiki Środkowoafrykańskiej – być może dlatego, że dzielę z nimi wiele rzeczy: wspólną puszczę, wierzenia, nawet nasze języki są do siebie podobne, mają strukturę podobną do wolof, jednego z języków używanych na zachodzie kontynentu.

Można powiedzieć, że geograficzne i kulturowe granice Afryki są jasno wyznaczone. Cheikh Anta Diop, jeden z najważniejszych historyków Afryki, próbował jednak ukazać kulturową jedność Afryki, twierdząc między innymi, że „ojczyzną” dla większości Afrykańczyków jest Egipt – to stamtąd, jego zdaniem, rozpoczęli oni wędrówkę w górę Nilu, osiągając w końcu region subsaharyjski. Wielu z nich to członkowie plemion ludów bantu, choć sam nie lubię tego określenia, gdyż kojarzy mi się z europejskimi ideologiami, według których Afrykanie są dzicy, ograniczeni umysłowo itd. 

Czy masz czasem taki problem, że aby porozumieć się z ludźmi innej kultury i przekazać im coś ze swojego doświadczenia, trzeba pójść na pewne kompromisy?

Samo życie w Afryce oznacza już zgodę na znaczne kompromisy.

Mam tu na myśli na przykład to, że przez większość czasu musisz zmagać się z czymś w rodzaju presji albo oczekiwania wywieranego przez rodzinę – a jak wiemy, pojęcie „rodziny” jest w Afryce bardzo szerokie… Jeśli chcesz być członkiem afrykańskiej rodziny, powinieneś przywyknąć do tego, że w każdej chwili musisz być dla niej dostępny, musisz być gotowy pomóc w czymś innym jej członkom – nawet gdyby wiązało się to na przykład z koniecznością powrotu ze Stanów Zjednoczonych lub Europy. Takie poczucie jest permanentną częścią całego naszego życia.

Bycie pisarzem w Afryce – to perspektywa jeszcze większych kompromisów. W moim kraju pisanie jest rzeczą bardzo niebezpieczną. Kiedy zaczynasz to robić, twój rząd od razu zastanawia się dlaczego – czy nie jesteś czasem jakimś buntownikiem.

Co trzeba zrobić, aby napisać dobrą powieść?

Aby napisać dobrą powieść, trzeba mieć trochę niepoukładane w głowie. I wiedzieć, jak sobie z tym niepoukładaniem poradzić. Piszę po trosze dlatego, że w życiu często byłem sam. Nie umiałem też robić niczego innego.

Jeśli piszę, to również dlatego, że jestem daleko od mojego kraju, Konga, i staram się odnaleźć swój czas utracony. Po to, aby tworzyć, musimy odczuwać ból. Trzeba też pisać przeciw czemuś – przeciw systemowi, stylowi życia – oraz o tym, co odczuwamy w naszym wnętrzu. Stąd też pisanie to ryzykowanie. Ja tak bardzo nie lubię kompromisów, że zdecydowałem się tworzyć poza granicami swojego kraju.

Jak Twoje książki są przyjmowane we Francji, a jak w Kongu? 

W Kongu uważa się je często za próbę odrestaurowania pamięci tego kraju. Z kolei we Francji są odbierane jako rodzaj krytyki systemu społecznego. Czasami obawiam się, że zauważa się w nich głównie humor i ewentualnie pewien prześmiewczy ton i że za tymi aspektami francuscy czytelnicy nie zauważają historii o rozpaczliwej egzystencji. Dlatego zawsze jestem zachwycony, kiedy widzę, że moja książka spotyka się z dobrym przyjęciem w kraju niefrancuskojęzycznym. To dla mnie argument świadczący o uniwersalnym charakterze literatury. Sam, kiedy piszę, pragnę przede wszystkim sprawić radość innym, a dopiero w następnej kolejności sobie.

Wspominasz czasem, że we Francji zetknąłeś się ze swego rodzaju kompleksem wyższości, który dla pisarzy spoza tego kraju – a już zwłaszcza z innych kontynentów – jest często barierą nie do pokonania. Jak odpowiesz na bardzo ogólne pytanie o stosunek Francuzów do innych – do obcych i przybyszów – oraz do tego, co oni mają Francji do zaoferowania? Ciekawi mnie to również dlatego, że w Polsce jesteśmy dopiero na progu tych problemów, które Francja już musi rozwiązywać. Być może rozwiązuje je źle…

Rzeczywiście, literatura francuska zdecydowanie dominuje tam nad dziełami  autorów z innych krajów. Można powiedzieć, że jest to rodzaj kompleksu wyższości literatury francuskiej. Widzimy jednak również, że „obcy” autorzy w pewien sposób bronią literatury francuskiej, na przykład popularyzując język – sam przecież przyjechałem do Polski z książką przetłumaczoną na polski z francuskiego. Ale dotychczasowa mentalność zaczyna się stopniowo zmieniać. Ostatnio trzy najważniejsze nagrody literackie we Francji zostały przyznane pisarzom luźno związanym z Francją – coś takiego nie wydarzyło się wcześniej w całej historii literatury francuskiej! Myślę, że Francuzi przestają się obawiać tego, co jest pisane poza ich krajem, i coraz częściej uznają, że „obcy” Francję wzbogacają, a ci, którzy ich się boją, są, powiedzmy, ubożsi duchem.

Ta zmiana dotyczy nieuchronnie elit społecznych, które zawsze starają się wcześniej ustalić swój stosunek do nowych zjawisk. A mnie interesuje, czy ich zdanie ma wpływ na społeczeństwo. 

Tak, pisarza afrykańskiego już nie postrzega się jako kogoś obcego. Kiedyś pojechałem podpisywać swoje książki do jakiejś małej wioski we Francji. Podszedł do mnie pewien starszy pan, który znał pewnie Afrykę jeszcze z czasów kolonialnych. „To dobrze napisane, ale kto panu tę książkę przetłumaczył?”, spytał.  Nie chciałem komplikować sprawy, więc powiedziałem po prostu, że… ktoś ją przetłumaczył. Zapytał z kolei, dlaczego nie wydrukowałem na okładce nazwiska tłumacza. Odpowiedziałem: tłumacz wolał pozostać anonimowy. A on na to, że kupi tę książkę tylko wówczas, gdy będzie na niej nazwisko tłumacza… Tego typu historie rzeczywiście były kiedyś dość częste. Teraz literatura afrykańska istnieje już dla Francuzów w całej swojej różnorodności artystycznej. Afryka nie jest już dla nich snem, odległym marzeniem.

To, że w społeczeństwie francuskim jest coraz mniej obaw i lęków w stosunku do obcych, jest również wynikiem oddziaływania literatury i, szerzej, sztuki. Nie zapominajmy też, że jeszcze trzydzieści lat temu mówiono, iż Czarni nie mają cywilizacji, o literaturze nie wspominając. Wtedy świat tłumaczono poprzez rasę. Dziś próbujemy tłumaczyć świat poprzez konkretne zachowania. Różnica nie polega już przecież na tym, że ma się inny kolor skóry, ale raczej na tym, że jest się źle wykształconym, wychowanym, i tak dalej.

To, o czym mówisz, wiąże się z czymś, co określamy mianem krytyki postkolonialnej, rodzajem postkolonialnego interpretowania literatury. Co dla Ciebie oznacza być człowiekiem postkolonialnym? Jakie ważne elementy owo postkolonialne doświadczenie wnosi do naszej wspólnej wiedzy o człowieku – jeśli taka wiedza w ogóle istnieje?

Określenie „postkolonialny” odnosi do czasu po kolonizacji. Afryka była uprzednio skolonizowana, potem zdobyła niezależność i Afrykańczyk musiał zmienić swój styl życia: ponieważ biali odeszli, musiał wziąć los w swoje ręce. Nie mógł powiedzieć: nie jestem w stanie iść naprzód, dlatego że nie ma białych. To jest podstawowa charakterystyka „osoby postkolonialnej”: jej los jest w jej własnych rękach.

W świecie anglosaskim funkcjonują tak zwane studia postkolonialne, w ramach których poddaje się analizie rozmaite przemiany, które nastąpiły, między innymi w Afryce, w wyniku kolonizacji. Studenci zajmują się również problemami, z którymi spotykają się mieszkańcy kontynentu: alienacją, łączeniem rdzennej kultury afrykańskiej z nowoczesnością… W tym, bardzo szerokim, rozumieniu tego słowa wszyscy jesteśmy włączeni w okres postkolonialny.

W swojej twórczości staram się uwypuklić wszystko, co stanowi o moim doświadczeniu. Urodziłem się w Afryce. Wzrastałem we Francji. Pracuję w Stanach Zjednoczonych. Jest to doświadczenie trzech kontynentów! Myślę, że  doświadczenie to można odnaleźć w moich książkach, w wyborze tematów, sposobie postrzegania świata, a również w sposobie reagowania na rzeczywistość. Jeśli piszę, to być może również dlatego, że straciłem część własnej kultury. Tę właśnie kulturę można odnaleźć w moich książkach. Również dawne kraje kolonialne mogą się tam odnaleźć – bo ten, kto pisze, jest tym, kogo dobrze znają…

Czy pisząc o Kongu,  podejmowałeś w jakimś sensie dialog z Jądrem ciemności Josepha Conrada? Jak postrzegasz to dzieło: czy widzisz w nim przede wszystkim kolonialne stereotypy (jak chcą niektórzy rzecznicy colonial studies) czy prawdy uniwersalne – ważne dla Białego i Czarnego?

W Kielonku cytuję Jądro ciemności. Myślę, że musimy podchodzić do Conrada  z pewnym dystansem. Kiedy pisał swą nowelę, pozostawał pod wpływem europejskiej ideologii mówiącej, że Afryka jest lądem straconym, ciemnym, który może być wyzwolony jedynie pod warunkiem, że zaakceptuje Światła. Była to potężna zmiana, ponieważ wcześniej Europejczycy marzyli o ziemi obiecanej, która mogła być  położona w… jądrze Afryki! Niektórzy myśleli o Ruandzie, dlatego byliśmy tam świadkami „walki”  między Niemcami, Belgami i Francuzami. Ostatecznie ciemność nadeszła wraz z ludobójstwem w 1994 roku. Jeśli przyjrzeć się mu z bliska, ludobójstwo okazuje się rezultatem sposobu, w jaki Europa na nas patrzyła i próbowała nas zdefiniować: Hutu, Tutsi, Twa.

Tak czy inaczej, trzeba czytać Conrada. Tak jak musimy czytać Tintina – belgijski komiks ujawniający rodzaj rasizmu wobec ludzi, którzy mieli mieć niewłaściwy kolor skóry lub mieli pochodzić z niewłaściwego kontynentu… 

Istotnym elementem Twoich książek jest swoista gra, którą prowadzisz z różnymi tradycjami literackimi. Niektóre z nich są u nas w Polsce nieco mniej znane. Zastanawia mnie, czego jest więcej w Twojej literaturze, który jej nurt jest silniejszy: literackie doświadczenie czytelnika czy Twoje doświadczenie afrykańskie –  doświadczenie Konga?

To wszystko jest oczywiście przemieszane. Żeby stać się pisarzem, trzeba wpierw zostać czytelnikiem. Pisarz to dla mnie czytelnik, który w pewnym momencie wpada w złość, bo nie znalazł w literaturze tego, co powinien, lub tego, czego po niej oczekiwał. Siłę literatury oceniamy nie tylko wielkością jej twórców, ale i inteligencją czytelników. Można nawet powiedzieć, że wielkość danej epoki oceniamy podług jakości czytelników.

Moja afrykańsko-europejsko-amerykańska edukacja zmusiła mnie do tego, żeby podróżować dzięki książkom. Kiedy byłem młody, czytałem dosłownie wszystko, nawet książkę telefoniczną, bo myślałem, że potęga tkwi w czytaniu. Kiedy przyjeżdża się do Konga, można zobaczyć, jak wielki głód czytania odczuwają tam ludzie: czasem widzi się dziesięcioletnie dzieci, które czytają na przykład… książkę o szyciu – bo taka akurat wpadła im w ręce. Ale to, na co one patrzą, to są słowa. Kiedy czytałem książki, które ojciec przynosił do domu, wiedziałem, że dzięki książce można podróżować. Pisząc, wciąż zadaję sobie pytania: jak sprawić, żeby usłyszeć to, co mówią ludzie w jakiejś podłej knajpie w Kongu? Jak sprawić, żeby zaczęli mówić o Prouście, Márquezie lub Dostojewskim? Moja książka z 2005 roku, Kielonek, jest opowieścią o przygodzie z literaturą. Ludzie upijają się czerwonym winem, ale tak naprawdę, kręci im się w głowie od słów. Tworzę więc postaci, które upijają się – albo raczej: upajają się – literaturą.

Kiedy byłem bardzo mały, myślałem, że w nocy postaci z książek budzą się wychodzą z nich, żeby straszyć tych wszystkich, którzy nie chcą czytać. Książki, które czytałem na początku, często nie miały wiele wspólnego z literaturą.

Przeczytałem na przykład książkę pod tytułem Doskonały sekretarzyk. Były to wzory listów i pism: do urzędników, zakładów pracy… A na końcu były listy miłosne. I one oczywiście zainteresowały mnie najbardziej. Wykorzystywałem je, pisząc do dziewczyn. Problem polegał na tym, że te listy były napisane tak, jakby były adresowane do białych dziewcząt. A ja, oczywiście, przepisywałem je po to, aby wysłać je do czarnych… Pisałem na przykład: „moja piękna, jasnowłosa, o niebieskich oczach…”, potem coś o śniegu… Moje koleżanki z dzieciństwa do dzisiaj noszą przezwiska w rodzaju „blondwłosa”.

Książką, która mnie naprawdę wzruszyła, był Mały Książę Saint-Exupéry’ego. Nie była gruba, w środku były rysunki, więc pomyślałem: właściwie mógłbym to sam napisać. I rzeczywiście, w wieku dziesięciu lat, „napisałem” książeczkę pod tytułem Mały czarny książę. Wszędzie tam, gdzie było napisane o białym, ja dawałem „czarny”.

Wtedy myślałem też, że pisarze są zawsze ludźmi nieżyjącymi. Kiedy w końcu zobaczyłem jakiegoś pisarza w telewizji, stwierdziłem: to chyba jakiś duch.

To ciekawe, że o tym mówisz. Sam mam czasem taką intuicję, że kiedy piszemy, w dużym stopniu piszemy właśnie dla umarłych; z nimi się porównujemy, z nimi rozmawiamy. Ludzie żywi są dla nas ważni, bo przychodzą na spotkania czytelników, ale w gruncie rzeczy ważniejsi są czasem umarli. Czy taki dreszcz związany z uprawianiem literatury również dla Ciebie wynika z faktu, że ona jest rodzajem dialogu z umarłymi? 

Tak… Tym bardziej, że dla nas, Afrykanów, umarli nie są nigdy tak naprawdę umarłymi. Codziennie możemy spotkać jakiegoś zmarłego krewnego, powiedzieć mu „dzień dobry”. Jako dzieci bawimy się na cmentarzach z nieżyjącymi dziadkami. Zdarzało mi się, że matka prosiła mnie, abym zaniósł jedzenie dla naszych zmarłych krewnych. Kładłem wtedy talerz na grobie. Kiedy przychodziłem nazajutrz, jedzenia już na nim nie było. Być może zjadły je psy – ale nawet wtedy mówiliśmy sobie, że poprzez tego psa pożywił się duch naszego dziadka.

Kiedy piszemy, rzeczywiście mamy przekonanie, że zwracamy się do zmarłych. Pewnie dlatego, że śmierć wydaje się nam bardziej tajemnicza niż życie. Tymczasem to nieprawda. Łatwiej jest umrzeć, znacznie ciężej jest żyć. W większości książek tym, czego brakuje, jest właśnie życie. Siłę czy moc opowieści udaje się oddać właśnie wtedy, gdy siła życia jest silniejsza od pragnienia śmierci. W pewnym sensie, kiedy zajmujemy się literaturą, to jest tak, jak byśmy sobie mówili, że nigdy nie umrzemy. Gdy piszemy, myśląc o śmierci, wówczas również tekst staje się martwy. Tak więc staram się unikać śmierci, wprowadzając do tekstów dużo humoru.

Bohater Twojej ostatniej powieści, African Psycho, jest równocześnie  sympatyczny i odpychający. To taki safanduła, nieudacznik, ale również ktoś, kogo balibyśmy się spotkać w ciemnej ulicy. Czy ta kreacja wynika z tego, że taki bohater jest atrakcyjniejszy dla czytelnika, czy też może chciałeś wpisać w tę postać coś jeszcze, jakiś rodzaj przesłania, uczynić ją symbolem? 

Kierowało mną pragnienie nieco innego spojrzenia na społeczeństwo afrykańskie, na to, w jaki sposób niszczy ono dziś jednostkę. Punktem wyjścia była prawdziwa historia: w Kongo rzeczywiście działał seryjny zabójca – Angoualima. Wokół jego postaci narosło wiele legend. Mówiono, że miał dwie głowy, dwa członki, parę oczu z tyłu głowy… Żyliśmy w strachu, że spotkamy go kiedyś na swojej drodze. W dniu, w którym zginął, Kongo było szczęśliwe. Ale byli również tacy młodzi przestępcy, którzy chodzili na jego grób, aby z nim rozmawiać, modlić się do niego, przejąć jego potęgę i moc. W African Psycho bohater, młody człowiek postanawia stać się silniejszy od niego. Chciałem pokazać, w jaki sposób, stopniowo, afrykańskie społeczeństwo wydało na świat takie monstra, które jeśli tak to można ująć, lśnią swoim nieudacznictwem. Chodziło mi też o to, aby w powieści mówiono takim samym językiem, jakim mówi się na kongijskiej ulicy, aby była to jak gdyby fotografia społeczeństwa Konga.

Jednym z głównych tematów tej powieści jest przemoc. Bohater tkwi w sieci rozmaitych podziałów. Miasto, w którym mieszka, jest podzielone potokiem na dwie połowy, dobrą i złą. Jego kraj jest również podzielony – z sąsiednich państw napływają na przykład obcy, imigranci. To kraj, z którym się utożsamia, a jednocześnie pozostaje dla niego wrogi. Wreszcie, społeczeństwo jest podzielone pod względem ekonomicznym. Czy można z tego wszystkiego wyciągnąć wniosek, że w Afryce przemoc jest w próbą przekroczenia lub zakwestionowania tych podziałów, że ona jest potrzebna, aby człowiek wyrwał się z tej sieci podziałów? 

Przemoc może być postrzegana jako swego rodzaju odpowiedź na system społeczny, który tam obowiązuje. Ale ów podział miasta wyraża symbolicznie pewną alienację całej Afryki. Miasto w mojej powieści jest rzeczywiście przedzielone rzeką. Mieszkańcy Konga nazywali tę rzekę Sekwaną, i, podobnie jak w Paryżu funkcjonują pojęcia „lewego” i „prawego” brzegu, tak i w Kongu myślano o rzece. Prawy brzeg jest brudny, cuchnący, gnijący. Lewy – piękny, bogaty. Od razu więc pojawia się aspekt nierówności społecznych. Jest jak coś, co można nazwać kolonizacją mentalną. Powiela się model francuski – czy szerzej: zachodni – zamiast spróbować odszukać oryginalność we własnym kraju. Kolonizacja mentalna sprawia między innymi również, że młodzi przestępcy chcą powielać sposób funkcjonowania przestępców z Europy. A więc oglądają filmy, czytają literaturę, w której jest dużo trupów… Moją powieść można więc również postrzegać jako historię o utracie świadomości afrykańskiej. Zbrodnia jest w niej tylko sposobem, żeby przed tą utratą świadomości ostrzec.

W pewien sposób oddemonizowałeś zło. Tak jakbyś chciał powiedzieć, że kiedy nadajemy złu jakiś dodatkowy, duchowy sens, zwalniamy się w jakiś sposób z odpowiedzialności za nie. U Ciebie zło jawi się jako wybór człowieka, decyzja jego woli. Zło się również kompromituje, bo może się ośmieszyć, może być narzędziem w ręku nieudacznika. Czy masz jakąś filozofię zła, którą odkryłeś, pisząc? 

Przede wszystkim mam dystans do zła. Uważam, że to społeczeństwo przeobraża jednostkę w monstrum. Bohater African Psycho jest w opozycji do całego społeczeństwu i pragnie przede wszystkim, żeby wszyscy dali mu spokój. Nikomu, kto czyni zło, nie zabrania się, żeby pewnego dnia zaczął czynić dobro. Moje postaci są jak gdyby w ciągłym poszukiwaniu odkupienia. Powiedziałbym, że jest to filozofia wybaczenia dlatego, że są świadome zła, które czynią. W ich umysłach zagościł po prostu inny duch.

 

Tłumaczenie: Oskar Hademann

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata