70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Afrykańskie wyzwania

Argument kolonialny tylko częściowo tłumaczy słabość systemów prawnych w większości państw Afryki oraz komunikacyjnej przepaści między władzą, a wyłaniającymi ją społecznościami.

Z perspektywy Zachodu czy Północy, Afryka zawsze wydawała się leżeć jakby na uboczu. Wprawdzie już w starożytności powstały tam wpływowe państwa, a wielkie cywilizacje śródziemnomorskie handlowały z jej miastami, toczyły wojny i uprowadzały niewolników, ale kontakt ów w znacznej mierze ograniczał się do północnych krańców kontynentu: Egiptu, Cyrenajki czy Kartaginy, oddzielonych od jego większej części pasem najbardziej rozległych pustyni globu. Dalej na starożytnych mapach były już tylko białe plamy: sawanny i dżungle, gdzie, jak mawiano, „mieszkały lwy” (ubi sunt leones).

Dopiero kilkanaście wieków później, w czasach ekspansji kolonialnej, europejscy kartografowie wypełnili w końcu puste miejsca w atlasach. Znamienne jest jednak, że w potocznym rozumieniu ten zasadniczy podział Afryki, rodem z antyku, utrzymał się do dziś. W końcu często stosowane określenie „Maghreb” (po arabsku: „zachód”) jednoznacznie przeciwstawia nazywany region Afryce „właściwej”, czyli subsaharyjskiej, zaś w powszechnej świadomości utrwala przekonanie, iż Libia, Tunezja bądź Algieria stanowią raczej przedłużenie Bliskiego Wschodu niż część Afryki… I chociaż w ciągu ostatniego półwiecza wiele się zmieniło: w gruzach runął wyłoniony w XIX stuleciu porządek kolonialny, powstały mechanizmy i instytucje współpracy regionalnej państw afrykańskich (łącznie z najbardziej prestiżową, acz wciąż niezbyt skuteczną Unią Afrykańską), a kilku czarnoskórych polityków (czy, jak woleliby niektórzy: szarlatanów) odwołuje się do pojęcia wspólnej, pan-afrykańskiej tożsamości i wrażliwości – to rzeczywista jedność Afryki (skądinąd niezbędna do rzeczywistego wprzęgnięcia jej w globalny system ekonomiczny) pozostaje wciąż raczej dość mgliście zarysowywanym zadaniem do wykonania, niż takim, które można by umieścić w rubryce: „projekty zrealizowane”. Lista podobnych – a zapewne także i pilniejszych – wyzwań stojących przed współczesną Afryką jest zresztą bardzo, bardzo długa.

Bodaj najbardziej uderzającą cechą rozlicznych analiz dotyczących problematyki afrykańskiej jest zdumiewający kontrast między potencjałem Afryki, a jej relatywną pozycją w tabelach światowego rozwoju. Oto bowiem drugi pod względem obszaru (przeszło 30 milionów km kwadratowych; terytorium Unii Europejskiej to, dla porównania, mniej więcej jedna siódma Afryki) i liczby ludności (która w tym roku przekroczyła miliard – to z grubsza dwa razy więcej niż w Europie) kontynent od lat plasuje się w czołówkach rankingów najbardziej niepożądanych zjawisk: ubóstwa, zadłużenia, korupcji, analfabetyzmu, braku dostępu do technologii informacyjnych i komunikacyjnych itd. Jest tak pomimo ogromnych złóż bogactw mineralnych, które, jak mogłoby się wydawać, powinny szybko dźwignąć kontynent do góry! W Afryce wydobywa się przecież prawie połowę światowych zasobów diamentów, chromu, platyny oraz jedną trzecią złota; w postępie geometrycznym wzrasta wydobycie ropy naftowej i gazu ziemnego ze stosunkowo niedawno odkrytych złóż w Sudanie i Gwinei Równikowej (Nigeria i Libia od lat należą do światowych potentatów w pozyskiwaniu tych surowców). Ale jednocześnie nie dają o sobie zapomnieć niektóre statystyki: na przykład te, które wskazują na to, że średnia długość życia w Suazi wynosi 40 lat – 90 procent śmiertelnych zachorowań na malarię przypada na Afrykę subsaharyjską – 135 milionów dorosłych mieszkańców tego regionu nie potrafi czytać – dzienna wartość kaloryczna posiłków większości Erytrejczyków jest niższa od minimum określonego przez Światową Organizację Zdrowia – roczny dochód w przeliczeniu na jednego mieszkańca wynosi w Kongu około 90 dolarów…

Faktem jest, że poziom cywilizacyjnego zapóźnienia Afryki stał się sam w sobie przedmiotem gorących sporów: eksperci i politycy często podważają wiarygodność danych, którymi posługują się ich konkurenci lub krytykują metodologię badań. Ale faktu istnienia zasadniczych dysproporcji między rozwojem Afryki, a, na przykład, Azji, nikt poważnie nie kwestionuje. Nie da się również nie zauważyć wielu afrykańskich kryzysów, które w ostatnim ćwierćwieczu mobilizowały światową opinię publiczną do rozmaitych, najczęściej spóźnionych, interwencji: od klęsk suszy i głodu (Etiopia) oraz epidemii HIV/AIDS, poprzez wojny domowe (Sudan, Sierra Leone, Kongo), ludobójstwo (Rwanda), aż po przypadki częściowego upadku państw (Somalia) lub skrajnej niekompetencji rządów, prowadzących zasobne narody ku bankructwu (Zimbabwe). Katalog afrykańskich plag i nieszczęść zbyt długo sprawiał wrażenie „otwartej powieści”, do której co kilka miesięcy dopisywano kolejny rozdział, powodujący dalekosiężne skutki ekonomii lub ekologii, bądź kosztujący życie setek tysięcy ludzi…

Jednocześnie światowe media informowały o nieskuteczności pomocy rozwojowej, która często zasilała prywatne konta skorumpowanych polityków afrykańskich (ktoś ukuł nawet dość cyniczne powiedzenie na temat finansowej pomocy zagranicznej jako o działaniach polegających na zabieraniu biednym w zamożnych krajach i dawaniu bogatym w uboższej części świata), albo służyła do zakupów broni i umacniania autorytarnych reżimów, zamiast przyczyniać się do budowy studni, dróg, szkół i szpitali. W rezultacie afrykański marazm tylko się pogłębiał. Choć, gwoli ścisłości, trzeba dodać, że prawie ćwierć wieku po przełomowych koncertach Live Aid, które w lipcu 1985 roku na trwałe powiązały w świadomości Zachodu altruizm z afrykańskimi problemami, kontrola nad przepływem i wydatkowaniem pieniędzy z funduszy rozwojowych znacznie się poprawiła. Mimo to, zasadne jest pytanie, dlaczego to właśnie Afryce tak trudno przychodzi wydobyć się ze spirali zapaści ekonomiczno-społecznej i skutecznie włączyć do obiegu światowej gospodarki. Historycy od dawna mieli na to gotową odpowiedź: z jednej strony przyczyną jest kolonializm, z drugiej – klimat, brak zbóż, wyjątkowo niesprzyjające żegludze (poza Nilem): sieć rzek i kontynentalna linia brzegowa, a także specyfika ewolucji rdzennej przyrody. „Gdyby afrykańskie nosorożce albo hipopotamy udało się oswoić i ujeździć – pisał kiedyś wybitny biolog i antropolog, Jared Diamond – kawaleria Bantu mogłaby podbić imperium rzymskie, ale nigdy do tego nie doszło”. W historii, takiej jaką znamy, wektor podboju skierowany był w przeciwnym kierunku. Afryka straciła całe wieki w rozwoju społecznym czy rolniczym, pozostając daleko w tyle za bardziej dynamiczną Europą i to właśnie skazało ją na status „europejskiego podwórka”.

Doświadczenie kolonialne z pewnością stanowi jeden z istotniejszych czynników tłumaczących afrykańską przeszłość i teraźniejszość. Do pewnego stopnia wyjaśnia też motywację i poczucie odpowiedzialności (lub winy) Zachodu za losy niepodległych państw powstałych w miejsce dawnych kolonii, dodatkowo wzmocnione obawami przed masowym napływem imigrantów.

O obronie niegdysiejszej polityki świadomego podsycania etnicznych konfliktów, czy rabunkowej gospodarki kolonialnej (nie wspominając już o handlu niewolnikami) raczej się dziś nie mówi – można ją znaleźć chyba tylko w zakurzonych egzemplarzach XIX-wiecznych nowelek o przygodach nieustraszonych blondynów „na Czarnym Lądzie”, którymi karmił się kwiat wiktoriańskiej młodzieży. Współcześnie, za bardziej wiarygodny obraz tamtej rzeczywistości uważamy jednak publikacje w rodzaju cenionej monografii Neala Aschersona o związkach belgijskiej monarchii Leopolda II z „jądrem ciemności” w Kongu… Ale argument kolonialny tylko częściowo tłumaczy słabość systemów prawnych w większości państw Afryki oraz komunikacyjnej przepaści między władzą, a wyłaniającymi ją społecznościami.

Posłużmy się przykładem z Republiki Południowej Afryki. Ponad dwa (z prawie pięćdziesięciu) milionów mieszkańców tego najbardziej rozwiniętego na kontynencie kraju wciąż żyje w slumsach, miejskich „szałasach” naprędce skleconych z kawałków metalu i drewna z odzysku. Za każdym razem przed wyborami, miejscowi politycy obiecywali im przeprowadzkę do przestronnych i czystych osiedli, ale zaraz po podliczeniu wyborczych głosów niezmiennie okazywało się, że obietnice te przestawały być priorytetem. A nawet kiedy w końcu coś drgnęło za sprawą przygotowań do przyszłorocznych finałów piłkarskich mistrzostw świata, które odbędą się właśnie w RPA (to akurat jeden z dowodów awansu współczesnej Afryki…), to widać, że  zmiany mają charakter kosmetyczny i przeprowadza się je raczej z myślą o wrażliwości turystów i zagranicznych kibiców, niż z uwagi na interes miejscowej biedoty. Mieszkańców kapsztadzkich slumsów przeniesiono kilkanaście kilometrów do „zastępczego osiedla” w Blikkiesdorp. Równe rzędy identycznych „blaszaków”, które im zaoferowano, sprawiają bezduszne wrażenie; przekwaterowani porównują je do puszek z konserwami rybnymi. Jedna z mieszkanek Blikkiesdorp, Leonora Jones, skarży się, że w nowych lokalach „nie ma elektryczności, a w nocy, po ciemku,  ludzie boją się nawet pójść do komunalnych toalet” (wielkomiejskie skupiska RPA znane są z wysokich wskaźników przestępczości). Podobnie jest w tymczasowym osiedlu, do którego przeniesiono kilkaset rodzin ze slumsów pod stadionem w Durbanie. Na miejscu slumsów powstał parking, ale ludzie, którzy do tej pory mieszkali w kilkuizbowych lokalach gnieżdżą się teraz po siedem, dziesięć osób w jednopokojowych „puszkach”. „W tych barakach nie ma żadnego miejsca na prywatność” – jeden z mieszkańców, Bongani Mthembu – na dwieście pięćdziesiąt osób mamy tu siedem przenośnych ubikacji. Kiedy wieje wiatr, przewracają się. Raz w miesiącu przysyłają ludzi z gminy, żeby opróżnić szamba, ale – w międzyczasie – po to, aby w ogóle dało się tu jakoś wytrzymać, sami opróżniamy je kilka razy, wylewając zawartość do pobliskiej rzeki”.

Te przykłady nie są może szczególnie spektakularne lub drastyczne, ale dobrze ilustrują typowy z perspektywy przeciętnego mieszkańca Afryki rozdźwięk między interesem najuboższych grup ludności, a strukturami władzy – oraz brak komunikacji między nimi. Wprawdzie nikt nikogo siłą w Kapsztadzie nie eksmitował, jednak w wyścigu z czasem i pogoni za minimalizacją kosztów najwyraźniej wybrano drogę na skróty… Bez trudu można sobie wyobrazić, że w mniej rozwiniętych regionach kontynentu ignorowanie potrzeb najsłabszych jednostek lub grup społecznych ma charakter o wiele bardziej dotkliwy, co, rzecz jasna, podkreśla tylko potrzebę skutecznego wzmocnienia regulacji prawnych, które by temu mogły zapobiegać. A także – już w szerszym wymiarze – wprowadzenia konstytucyjnych zabezpieczeń przed pokusami autorytaryzmu lub korupcji, oraz zabezpieczenia praw własności, stanowiących wciąż poważną bolączkę systemową w wielu krajach, od Namibii po Kenię. Nawiasem mówiąc, kwestie te wykraczają również poza sferę bezpośrednich relacji między władzą a obywatelem, gdyż potrzeba fundamentalnych rozwiązań konstytucyjnych staje się coraz pilniejsza w obliczu wzbierającej w Afryce fali zaangażowania ze strony nowych aktorów z zewnątrz, którzy energicznie wkraczają na scenę…

O ile bowiem do końca XX stulecia nacechowane emocjonalnie pojęcie „neokolonializmu” kojarzyło się w Afryce przede wszystkim z wpływami międzynarodowych korporacji i odprowadzaniem zysków z inwestycji w Kamerunie, czy Zambii do macierzystych central w Paryżu bądź Atlancie, o tyle ostatnie lata przyniosły wyraźnie wzmożoną aktywność Azji na afrykańskich rynkach. Z jednej strony, mamy do czynienia z bogatymi konsorcjami arabskimi i indyjskimi próbującymi wydzierżawić lub wykupić setki tysięcy hektarów ziemi rolnej w Sudanie, czy Tanzanii, z drugiej – z wielkimi przedsiębiorstwami chińskimi oferującymi zarówno fachowy know-how, jak i pieniądze oraz środki techniczne na wielkie inwestycje infrastrukturalne: od komputeryzacji urzędów i tworzenia sieci telefonii komórkowej po budowę autostrad. Tylko ostatnie tygodnie przyniosły informacje prasowe o wielomiliardowych chińskich kontraktach lub negocjacjach zmierzających do ich zawarcia w Gwinei (eksploatacja złóż ropy) i Kenii (budowa portu); złakniony surowców Pekin od lat też jest najważniejszym partnerem inwestycyjnym rządu w Sudanie. I w przeciwieństwie do wielu rządów zachodnich bądź międzynarodowych instytucji finansowych,  azjatyccy partnerzy nie obwarowują zawieranych umów klauzulami dotyczącymi systemowych reform, czy praw człowieka, z którymi sami często są na bakier. Z drugiej strony, ich inwestycyjna aktywność sprzyja Afryce, dla której zrównoważony rozwój jest najzwyczajniej kwestią przetrwania, a modernizacja jego niezbędnym składnikiem. Dylemat jest zatem oczywisty. Korzystne, lecz mało jeszcze prawdopodobne, wydawałoby się także wypracowanie wspólnego afrykańskiego frontu w obliczu tego wyzwania, gdyż w ten sposób skuteczniej można by bronić „kontynentalnych” interesów. I kto wie, czy rozstrzygnięcie tych właśnie kwestii nie okaże się najistotniejszym czynnikiem wpływu na kształt kolejnego afrykańskiego ćwierćwiecza?

Artykuł powstał dzięki wsparciu londyńskiego oddziału Panos, organizacji propagującej dialog z udziałem mieszkańców najuboższych i najbardziej zmarginalizowanych regionów świata.  Więcej informacji na stronie www.panos.org.uk.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata