70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pani Profesor

Barbara Skarga była człowiekiem pasji, z których największą była z pewnością filozofia. Była ona dla Niej wyrazem podwójnej namiętności: prawdy i myślenia. Namiętność do prawdy kazała Jej być w życiu nieprzekupnie prawdomówną, namiętność do myślenia – zdecydowała o jakości Jej własnej filozofii.

Trudno mi nieść smutek po śmierci Barbary Skargi. Banałem jest mówić, że znaczenie bliskich osób poznaje się nieraz po ich śmierci i po pustce, jaką się wtedy odczuwa. Śmierć Pani Profesor pozostawiła pustkę nie do zapełnienia u wielu ludzi, szczególnie u tych, z którymi obcowała na co dzień – ale także u tych, na których życiu Jej obecność zaważyła znacząco. Jestem właśnie jednym z takich ludzi.

Wszystkich, którym zależy na jakości moralnego i intelektualnego życia w Polsce, na jakości polskiej humanistyki, śmierć ta głęboko dotknęła. Jak wiadomo, prawdziwych autorytetów jest zawsze zbyt mało i ten straszny rok, w którym odeszli kolejno: Leszek Kołakowski, Barbara Skarga i Marek Edelman, jest prawdziwą katastrofą dla polskiego życia duchowego. Z całą pewnością nie nieśliśmy tak głębokiej żałoby od śmierci Jana Pawła II.

W stosunku do Pani Profesor mam dług wdzięczności, którego Jej nigdy nie spłaciłem. Kilka miesięcy przed śmiercią prosiła mnie, żebym Ją odwiedził. Nie zrobiłem tego. Kiedy przyjeżdżałem do Warszawy, nie zatrzymywałem się tam na noc; jechałem odwiedzić mojego chorego brata albo po prostu spotkać się z moimi dziećmi, Tymczasem na spotkania nie wolno oszczędzać czasu: „śpieszmy się kochać ludzi”.  Niewyobrażalny żal…

Poznałem Barbarę Skargę w Warszawie w czasach Towarzystwa Kół Naukowych, podczas zebrania, na którym dokonywano wyborów do jego władz. Pamiętam, że procedury demokratycznych wyborów uczył ludzi (z których co najmniej połowa była ateistami) dominikanin, ojciec Hauke-Ligowski. Ubecja deptała nam wtedy po piętach, co zauważyliśmy wraz z Janem Józefem Szczepańskim, wychodząc z zebrania, na które obaj przyjechaliśmy jako delegaci Krakowa. Potem Pani Profesor pojawiła się kiedyś u mnie, przywożąc z Warszawy jakieś dokumenty i instruując mnie co do sposobu ich kolportażu. Zrobiła na mnie wówczas wrażenie zaprawionej w bojach konspiratorki – nie zdawałem sobie sprawy, do jakiego stopnia, nie przeczytałem wówczas jeszcze Jej słynnej książki Po wyzwoleniu

Ale nasza przyjaźń – przyjaźń osobliwa, gdyż wyraźnie asymetryczna – rozpoczęła się tak naprawdę w czasie pisania przeze mnie pracy habilitacyjnej o Gabrielu Marcelu. Barbara Skarga odegrała wówczas rolę całkowicie nieformalnego opiekuna, którego główną funkcją było dźwiganie mnie z otchłani psychicznego upadku, czyli całkowitej niewiary we własne siły (to sytuacja, która zresztą regularnie powtarza się – chyba u wszystkich piszących – co pewien czas). Pani Profesor stabilizowała moje pesymistyczne nastroje poprzez rozmowy o filozofii i o życiu. Nie miałem wówczas na koncie żadnej książki, którą mógłbym się pochwalić, tym bardziej więc dziwiłem się i doceniałem, jako dar z nieba, Jej uwagę i macierzyńską dobroć. Przyjaźń, zaofiarowana mi wówczas, okazała się do głębi wierna. Przejawiała się w bardzo wielu sytuacjach, między innymi w recenzjach: habilitacyjnej, profesorskiej, wydawniczej – nigdy mi ich Pani Profesor nie odmawiała, mogłem na Nią liczyć jak na Zawiszę. Angażowała mnie we wspólne przedsięwzięcia, na przykład seminarium polsko-francuskie w Reszlu, gdzie mogłem zżyć się z Jej warszawskimi uczniami: Magdą Środą, Jackiem Migasińskim, Małgosią Kowalską, Joanną Górnicką i pozostałymi. Inne seminarium, o filozofii współczesnej, odbyło się – z udziałem między innymi Cezarego Wodzińskiego – nad jeziorem na Mazurach. Po tamtym spotkaniu Barbara Skarga odwoziła mnie w deszczu samochodem do Warszawy w szaleńczym, a dla Niej normalnym, tempie. Bywałem też, niestety za rzadko, na Jej seminarium filozoficznym w warszawskiej PAN, na którym dyskutowano kiedyś mój tekst. Zaprosiła mnie także do współpracy nad Przewodnikiem po literaturze filozoficznej XX wieku. To tylko oficjalne, by tak rzec, spotkania – tych mniej oficjalnych było naturalnie znacznie więcej. Było dla mnie szczególnym zaszczytem, gdy poprosiła mnie o napisanie recenzji do „Znaku” z Jej pierwszej „systematycznej”, a nie tylko historycznofilozoficznej książki Granice historyzmu.

Bliskie obcowanie z Panią Profesor rodzi pokusę, by pisząc o Niej koncentrować się na Jej osobowości, pozostawiając na boku Jej twórczość. Ale co zrobić, że myśląc o Niej nie mogę zapomnieć Jej nadzwyczajnej życzliwości i serdeczności, zdolności do prawdziwego dialogu i współodczuwania, a także Jej gościnności i niefrasobliwej bezpośredniości w czasie towarzyskich spotkań przy winie czy whisky. Barbara Skarga miała w sobie mocną afirmację życia w jej różnych przejawach i umiejętność wybierania i korzystania z życia w tym, co w nim najlepsze i najdonioślejsze z punktu widzenia kogoś, dla kogo wysoka europejska kultura nie była tylko pustym słowem. Była osobą głęboko wykształconą i wykształcenie to stale pogłębiającą i je uwewnętrzniającą – tak jakby starała się nadrobić czas, w którym sowiecka niewola chciała Ją wraz z życiem pozbawić tego, co najcenniejsze. W książce Po wyzwoleniu pisała o Beniowskim Słowackiego jako o dziele ważnym równocześnie w Jej świecie wysokiej kultury i języka polskiego, polskości; przypominała go sobie, gdy dotarł do Niej egzemplarz wysłany przez Henryka Elzenberga. Każdy Jej wyjazd za granicę oznaczał chłonięcie europejskiej kultury, zwiedzanie muzeów, kościołów itp. Nauczyła się cenić trwałą – pomimo przemijalności światów i kultur – hierarchię wartości, której nie wolno lekceważyć, ponieważ pozwala pielęgnować w sobie człowieczeństwo. Nie było to wyrazem pięknoduchostwa, ale raczej „wymierzania sprawiedliwości widzialnemu światu” i prawdzie o wielkości – a nie tylko podłości –  człowieka. Jest oczywiste, że w tym świecie przyjaźnie międzyludzkie odgrywały ogromną rolę.

To nadzwyczajne, do jakiego stopnia straszne doświadczenie sowieckich więzień i zsyłki nie tylko nie zachwiało człowieczeństwem Barbary Skargi, ale je wzmocniło i, jeśli tak wolno powiedzieć, uszlachetniło. Dzięki temu Pani Profesor stała się jednym z największych autorytetów moralnych Polski powojennej, autorytetem obdarzonym niezwykłą skromnością. Choć pełniła różne funkcje, inicjowała lub uczestniczyła w wielu działaniach, a także wypowiadała się w różnych sprawach, nigdy nie wysuwała się do pierwszego rzędu. Nie znaczy to wcale, że nie była osobą ambitną. Jak mówił we wspomnieniu o Niej profesor Lech Szczucki, znalazłszy się w Instytucie Filozofii PAN obok takich ludzi jak Kołakowski, Baczko czy Walicki, Barbara Skarga czuła, że musi im w pewnej mierze sprostać, i pracowała z największą intensywnością, publikując wciąż nowe książki na temat polskiego i francuskiego pozytywizmu i stając się bodaj najwybitniejszym w Polsce znawcą tego okresu. Kończąca ten okres w Jej życiu książka o Bergsonie powinna być jak najszybciej wznowiona!

Barbara Skarga była człowiekiem pasji, z których największą była z pewnością filozofia. Była ona dla Niej wyrazem podwójnej namiętności: prawdy i myślenia. Namiętność do prawdy kazała Jej być w życiu nieprzekupnie prawdomówną, namiętność do myślenia – zdecydowała o jakości Jej własnej filozofii, a także o upodobaniu do wielkich filozofów myślenia: Platona, Plotyna, Kanta, Hegla, Heideggera.

Jeśli przyjmiemy za słuszny podział filozofów na filozofów myślenia i filozofów pragnienia, Barbara Skarga z całą pewnością należała do tych pierwszych. Czerpała przyjemność z pracy pojęciowej myśli, rozróżnień pojęciowych oraz refleksji nad wielkimi problemami filozoficznymi: racjonalności, tożsamości i różnicy, śladu i obecności, źródła, czasu, zła. Podczas medytacji nad tymi pojęciami i nieustannego dialogu z wielkimi myślicielami, Skarga budowała swoją filozofię „człowieka metafizycznego”. Najbardziej może charakterystyczną cechą tej filozofii jest otwartość i niekonkluzywność, aporetyczność, w czym Barbara Skarga okazała się uczennicą jeszcze jednego wielkiego, Arystotelesa, ale także w jakiejś mierze współczesnego sceptycyzmu. Człowiek metafizyczny to człowiek pytający, zdolny do zdumienia i niezgody na własną skończoność, ale bynajmniej nie ktoś wspierający się o mniej lub bardziej dogmatyczne metafizyczne konstrukcje. Barbara Skarga jest do bólu uczciwa w tropieniu niejednoznaczności ludzkiego bytowania i ludzkiego myślenia, myślenia jednak dzięki temu tak twórczego i wezwanego do ciągłej pracy myśli, która w syzyfowym, lecz nieuniknionym wysiłku próbuje rozświetlić – jak by powiedział Jaspers – ludzką egzystencję. Stawką w tym rozświetlaniu wydaje się coś, co w słowniku Pani Profesor – podobnie jak u Kanta – pojawia się niemal wstydliwie: nadzieja. Nadzieja na to, że czas i śmierć nie mają ostatniego słowa.

Ale Barbara Skarga nie jest bynajmniej filozofem pragnienia, a w każdym razie nie jest nim w żadnej mierze explicite. Przede wszystkim patrzy trzeźwo, opisuje to, co jest, a nie to, co pragnęłaby, żeby było. Jest fenomenologiem faktyczności, który jednak nie przesądza, czy faktyczność ta jest ostateczna czy nie. Jest pozbawiona złudzeń, niezdolna do zastępowania rzeczywistości nieracjonalnymi pociechami. Dlatego Jej „człowiekowi metafizycznemu” obca jest problematyka „sensu życia” wyrażająca się między innymi zbyt szybkim konstruowaniem metafizycznych pewników. Śmierć, a nawet nicość, jest dla filozofa w pewnej mierze ostatnim słowem, które może wymówić uczciwie, nie wyprowadzając jednak z tego explicite wniosków ateistycznych. Ale ewentualne wnioski „teistyczne”  należą wyłącznie do wiary i do myślenia religijnego, które z całą pewnością nie jest domeną Barbary Skargi. W tym sensie Jej filozofia jest smutna, a nadzieja w niej obecna wpisuje się  w krajobraz faktyczności, w której wszystko podlega czasowi. Tym, co mu zdaje się nie podlegać, są bodaj jedynie wielkie przekazy kultury, przede wszystkim sztuka: Bach, Mozart, Rembrandt, Sofokles, Mann. Są to świadectwa wysiłku wyrastania człowieka ponad czas – ku wieczności?

Jednak filozofia Barbary Skargi, choć jest ostatecznie sceptyczna, czy może agnostyczna, nie wydaje mi się równocześnie relatywistyczna. W tym sensie Pani Profesor jest odległa o całe światy od dziedzictwa ponietzscheańskiego. Wprawdzie widzi znakomicie wielorakość horyzontów rozumień, epistem, ale pozostawia nietknięte podstawowe rozróżnienia, których nie wolno zamazywać: prawdy i nieprawdy, dobra i zła, miłości i nienawiści. Kiedy diagnozuje obecną w społeczeństwie nienawiść, nie dodaje do tego zdań w rodzaju: „to, co kultura europejska rozumie przez nienawiść, bo może inne kultury rozumieją co innego”. Być może dodałaby do tego, że nasze myślenie i odczuwanie wartości ukształtowane jest między innymi przez chrześcijaństwo, co jest oczywiście prawdą. Ale nie jest chyba daleka – poprzez imperatyw miłości, zwyciężania dobrem zła – od odczytywania czegoś absolutnego, czemu jednak człowiek nie jest w stanie sprostać, gdyż człowiek niestety nie jawi się Jej jako „piękne zwierzę”, a życie społeczne jest często wylęgarnią zła. Barbara Skarga umiała jednak zawsze docenić dobro i wielkość tkwiące w poszczególnych ludziach. Jej dogłębne doświadczenie zła nie zaowocowało nigdy cynizmem i obojętnością, a to dlatego, że była jak mało kto otwarta na prawdę i niezdolna do pochopnych uogólnień, a tym bardziej do jakiejkolwiek ideologii. To jest może powód tego, że nie tylko osobisty z Nią kontakt, ale także Jej pisana filozofia działała i wciąż działa wyzwalająco. Tam, gdzie nie ma śladu myślenia życzeniowego, gdzie ukazuje się, że życie, jakie przeżywamy, w obliczu śmierci i zła naprawdę nie ma widocznego sensu, że jest, jak mówiła Simone Weil, „niemożliwe” – tam dopiero jest miejsce na ewentualną wiarę. Ale może nawet powiedzieć tyle to powiedzieć za dużo: Pani Profesor uważała, że samo pytanie o sens życia jest bez sensu. Życie jest, jakie jest, ale pozostaje, summa summarum, smutne, ponieważ nasze prywatne, ale także społeczne światy przemijają i nic się nie ostaje.

Dla wierzącego oznacza to, że perspektywa – i propozycja – zbawienia jest całkowicie darmowa i nie wypływa z logiki świata. Czy nie nawiązuje jednak do logiki pragnienia? Zapewne, ale Pani Profesor nie była „pragnieniowcem”, lecz „myśleniowcem”. Tyle że wolno może powiedzieć za Jaspersem, iż zarówno samo życie w tym, co w nim tragiczne, jak i wielka filozofia i sztuka, są jednak „szyframi Transcendencji”. Być może Kołakowski widział to lepiej niż Barbara Skarga i dlatego jego filozofia wnosi więcej nadziei. Filozofia Kołakowskiego jest sceptyczną metafizyką, filozofia Barbary Skargi to fenomenologia i hermeneutyka człowieka poszukującego i dlatego pytającego także o to, co metafizyczne. Obie filozofie są nam żywotnie potrzebne – tak jak potrzebna jest nam filozofia dramatu i wielka filozofia nadziei Józefa Tischnera.

Lecz osoba nie sprowadza się do filozofii i mówi sobą nieraz więcej niż jej filozofia. Osoba Barbary Skargi była wielkim świadkiem człowieczeństwa i „tego, co wieczne w człowieku”.

Chciałbym Jej powiedzieć słowami postaci z jednego z dramatów Gabriela Marcela: „Ty nie umrzesz”.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata