70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Spontaniczność i rygor

Czym są emocje w zbiorowości, w kulturze, religiach, dziejach cywilizacji i narodów? Badamy je zwykle w wymiarze indywidualnym i nagromadziliśmy sporo wiedzy na ten temat. Rzadziej w zbiorowym. Niedawno została wznowiona w Polsce trochę już zapomniana, ale niegdyś sławna „Psychologia tłumu” Gustave Le Bonne, nieoceniony przewodnik demagogów usiłujących z rozemocjonowanych wieców i pochodów uczynić taran roztrzaskujący strukturę państwa, by stojącym ponad tłuszczą watażkom dane było wcielić w życie swoje idee.

Ulubiona książka Adolfa Hitlera, powoływał się też na nią Andrzej Lepper. „Tłumy są zawsze tą siłą, która rozsypuje zmurszałą budowlę cywilizacji. Wtedy spełniają swą rolę, a siła polegająca na ilości jest wówczas ideą przewodnią historii” – pisał Le Bonn w dobie rewolucji i przewrotów, które miały przynieść naprawę świata, a doprowadziły do jego destrukcji. Ale jeśli jesteśmy w stanie coś powiedzieć o rozemocjonowanym tłumie i wdzierających się na jego czoło szczurołapach wyposażonych w czarodziejski flet fałszywych idei, to niewiele wiemy o roli emocji jako budulca struktur, kultur, cywilizacji i ich wierzeń. A przecież są one różne w różnych częściach świata i rozmaicie się wyrażają. Różny jest też stosunek odmiennych kultur do ich objawiania. „Kamienna maska”, to nie tylko żargonowa nazwa modnej ostatnio – choć raczej nieprzyzwoitej – zabawy młodzieżowej, ale synonim pożądanego modelu zachowania zarówno brytyjskiego dżentelmena, jak amerykańskiego gangstera czy japońskiego samuraja. Powinien on nawet w najtrudniejszych sytuacjach zachować „panowanie nad sobą”, czyli pozbawioną emocji „pokerową twarz”, lecz ciało i umysł gotowe do działania. Nie całkiem to jednak prawda, bo zwłaszcza dalekowschodni niezłomny samuraj w chwilę później eksploduje emocjami, co dobrze mieści się w kanonie jego kultury. Podobnie, nawet najbardziej nienagannemu dżentelmenowi – o gangsterach i pokerzystach nie wspominając – zdarza się „wyjść z siebie”. Widziałem miejsca w świecie, gdzie ludzie uważają emocje za normalny sposób porozumiewania między nimi, choć częściej wypada je ukrywać. Przecież zarówno spontaniczność, jak i rygor mogą być budulcami ładu społecznego. Czy coś z tego wynika, jak sobie ludzie z tym radzą?

Geopolityka emocji

Niedawno ukazała się (jeszcze nie po polsku) książka usiłująca zaatakować ten problem, napisana przez Dominique Moisi pod tytułem jak powyżej. Autor stara się udowodnić, że za pomocą emocji można wiarygodnie odcyfrować rzeczywistość i opisać zachowanie narodów. Więcej, uważa że one najlepiej tłumaczą postać zglobalizowanego świata naszego wieku. Jeśli poprzednie stulecie było wiekiem ideologii, to francuski politolog twierdzi, że po zakończeniu zimnej wojny ustąpiły one miejsca emocjom. Zmarły przed rokiem jego znakomity kolega z Bostonu Samuel P. Huntington w swojej książce o zderzeniu cywilizacji uznał, że to wielkie religie i związane z nimi kultury nieuchronnie dążące do konfliktu, najlepiej opisują tę groźną rzeczywistość. Moisi jest z nim zgodny tylko w tym, że skończył się wiek Ameryki, nadchodzi wiek Azji, zderzenia są nieuchronne, ale najistotniejsze dla zrozumienia i opisania świata będą emocje i tożsamość zamieszkujących go ludzi różnych państw, ras i sfer cywilizacyjnych; sama kultura wraz z religią, jeszcze nie decydują o wszystkim. Dotychczas rozważania geopolityczne dotyczyły liczby ludności, przyrostu naturalnego, kopalin i gospodarki; stąd wynikały wpływy, interesy i aspiracje. Moisi uważa takie myślenie za przestarzałe. Chce stworzyć geopolityczną mapę świata, która będzie wyrazem dominujących w różnych jego częściach emocji, no i – oczywiście – musi zadecydować jak te emocje zbadać? To trudne zadanie rozwiązuje francuski politolog dość bezceremonialnie, ale – trzeba przyznać – frapująco. Uważa, że badać należy postawę ludzi wobec otaczającego świata, a wyznaczają ją trzy dominujące jego zdaniem emocje: strach, upokorzenie i nadzieja. Bada tę postawę analizując wypowiedzi liderów, wyniki sondaży opinii, stopień pesymizmu lub optymizmu w odniesieniu do teraźniejszości i przyszłości, jak też wytwory kultury: książki, filmy, publicystykę, nawet architekturę.

Jego rozważania prowadzą do podziału dzisiejszego świata na trzy strefy. Pierwsza z nich – strefa, czy też kultura nadziei to Azja, głównie Chiny i Indie, ale też małe państwa południowo-wschodniej Azji jak Tajlandia, Filipiny, Malezja czy Wietnam usiłujące dotrzymać kroku tamtym olbrzymom. Cechuje je wiara w przyszłość, która na pewno będzie – zdaniem tych ludzi – lepsza od dość jeszcze surowej teraźniejszości. Dlatego – borykając się z odziedziczonym niedostatkiem – patrzą w nią z nadzieją i ciężko pracują, by ją przybliżyć. Każdego roku wiele milionów ludzi wychodzi tam z biedy, a państwa – nieraz dość dalekie od zachodniej demokracji – osiągają sukcesy gospodarcze i naukowe. 

Druga strefa, którą Moisi nazywa kulturą upokorzenia, to przede wszystkim świat islamski, ale także kraje pogrążone w opresyjnych i marnotrawnych dyktaturach jak przede wszystkim Birma, wiele państw Afryki i częściowo Ameryki Łacińskiej: dominuje tam poczucie historycznej klęski, frustracji, braku wiary w korzyści z globalizacji. Kwitną pretensje do otaczającego świata, zwłaszcza do państw większych i silniejszych za wyzysk, prawdziwe lub urojone krzywdy, a najczęściej za niecne i oczywiście tajne spiski. Tak upokorzenie przerasta nieuchronnie w nienawiść.

No i wreszcie strefa czy też kultura strachu, to o dziwo kwitnący Zachód, USA, Unia Europejska i zbliżone do niej rozwinięte państwa. Jakże to? Osiągnęły tak wiele, żyją w dobrobycie i skąd strach? Stąd, że Zachód nie potrafi odnaleźć się w dzisiejszej rzeczywistości, czuje że ster świata wymyka mu się z rąk, nie jest już jedyną siłą kształtującą tak globalizację, jak gospodarkę i bezpieczeństwo naszej planety. Zagrożony z jednej strony przez migrację rzesz ubogich mieszkańców ze strefy upokorzenia, a z drugiej przez terroryzm jej zbrojnej i zdecydowanej na wszystko awangardy. Z kolei strefa nadziei strumieniem tanich i wcale nie prymitywnych towarów niszczy ustabilizowany dotąd rynek, tę szacowną podstawę gospodarczej pomyślności Zachodu. Unia Europejska ma podstawowe kłopoty z własną tożsamością i nawet ze zdolnością do działania. Stany Zjednoczone – choć Obama doszedł do władzy pod hasłami nadziei – nie potrafią uporać się z trwogą wynikającą z utraty dominującej jeszcze do niedawna pozycji. Ktoś inny dużo wcześniej nazwał te emocje „psychozą łodzi ratunkowej”. Nic dodać, nic ująć.

Są regiony, w których emocje są wymieszane i trudno jeszcze zaliczyć je jednoznacznie do konkretnej strefy. Choćby Ameryka Łacińska, gdzie sporo jest państw, w których dominuje upokorzenie i głucha niechęć do winnych jakoby całemu złu Jankesów, ale na pewno wielka Brazylia aspiruje do strefy nadziei. Niejednoznaczna jest dominanta emocji w Rosji, Iranie czy Izraelu.  Japonia nie wiadomo czy należy jeszcze do strefy nadziei, czy już strachu, bo osiągnęła niebywały skok rozwojowy, ale od dwudziestu lat utkwiła w typowo zachodniej stagnacji. Z kolei naftowe państwa Półwyspu Arabskiego hojnie szastające łatwym bogactwem należą przez to do strefy nadziei, chociaż są muzułmańskie kulturowo.

Na pewno tradycyjna geopolityka jest przestarzała, nie tłumaczy nam dziś wszystkiego, ale wywody francuskiego politologa – choć efektowne – nie wydają mi się w pełni przekonywujące.

Oczy Buddy

Moisi przyjmuje, że emocje rodzą się i nabrzmiewają w ludziach tak samo, pod wpływem podobnych impulsów – choć pod różnymi szerokościami geograficznymi – aż stają się masowe. Czy jednak dzieje się to jednakowo tak w Azji, jak w kręgu cywilizacji europejskiej? Na pewno nie, ale też kulturowe uwarunkowania i wzorce wyrażania emocji zmieniają się w czasie.

Kultura europejska zawsze przyznawała wyższość rozumowi nad uczuciami. Tylko „ratio” miało być czyste i wzniosłe, obdarzone mocą stanowienia prawa i kształtowania wiedzy w przeciwieństwie do ciemnej, niestabilnej i niedowodliwej sfery emocji podejrzanej jeszcze o nieczystość przez jej splot ze zmysłami. Stąd też tak silny i w ostatecznym rachunku daremny w dziejach europejskiej filozofii jest wątek poszukiwania racjonalnego dowodu na istnienie Boga; nie z samego rozumu płynie wiara, ale być może trzeba było przez wieki nabijać sobie guzy na tych manowcach, aby przekonać się że „ratio” ma granice. Jest to wątek daremny, ale na pewno bardzo interesujący dla historyka idei. Stąd też przeznaczony dla XIX i XX wiecznej kultury popularnej (no, może gdzieś do połowy minionego stulecia) wzorzec chłodnego, racjonalnego i umiejącego powściągać swoje emocje dżentelmena. Ale ta pokazowa personifikacja kultury rygoru i opanowania nie jest tylko wytworem białego człowieka; wystarczy zapoznać się z relacjami o zwyczajach północnoamerykańskich Indian, albo nawet z popularną literaturą na ten temat, by przekonać się jak kultura wojowników i myśliwych – zanim pokazali się tam pierwsi kolonizatorzy – wytworzyła wzorzec mężczyzny twardego, do oschłości powściągliwego, panującego nad uczuciami, nawet nad bólem. Do dzisiaj – jak się dobrze w USA rozejrzeć – można spotkać najzwyklejszych ludzi – księgowych albo mechaników – którzy od święta przebierają się w pióropusze, trochę dla zadośćuczynienia swojemu wywiedzionemu od Czerwonoskórych rodowodowi, a trochę dla potwierdzenia praw do ostatnich terenów plemiennych rezerwatów. Zapomniane rytuały, które naśladują i zwyczaje, jakie usiłują odtwarzać dziwnie przypominają to, co można przeczytać w powieściach Karola Maya i pokrewnych – trochę już zapomnianych – autorów.

A Japonia – gdzie biały człowiek zastał kulturę na pewno go przewyższającą – też twardo spychała emocje jak najgłębiej, by je tam zniewolić i zakneblować. Samuraj wprawdzie rusza do walki z wrzaskiem jaki nie przystoi europejskiemu rycerzowi, ale ma być jak on wyniosły, wytrzymały jak Spartanin, nieczuły jak indiański wódz. Żadna inna kultura nie każe szlachcicowi rozcinać sobie w razie niepowodzenia brzucha i wywlekać wnętrzności. Rzymianie preferowali już raczej rzucenie się na ostrze miecza. Zresztą wszystkie rytuały inicjacyjne, które tu już kiedyś opisywałem, służą wykształceniu zimnego i odpornego wojownika, choćby z Europą nie miały nic wspólnego. Może dlatego, że nade wszystko trzeba było bezlitośnie walczyć o przetrwanie. Matriarchat wykształcał się tylko tam, gdzie była obfitość pożywienia i brak śmiertelnych wrogów; na niektórych tropikalnych wyspach, w nielicznych społecznościach rolniczych. Doprawdy od prawieków źle się obchodzi z emocjami większość kultur, jakie wytworzył człowiek.

Pewnym wyjątkiem jest buddyzm. W ostatecznym rachunku on też ogranicza emocje; ale inaczej, nie przez brutalne ich tłumienie. Przede wszystkim przez wyrzeczenie się pożądań, które sprowadzają cierpienie. Buddyzm radzi emocje filtrować, oddzielać dobre od złych, bo – dzięki pogłębianiu wiedzy, medytacji i praktykom – te złe przeminą, okażą się nieznaczące i niewiele warte.  Główne złe uczucia to przywiązanie i niechęć. Ich dzieci to chciwość i żądza posiadania, a także nienawiść i gniew. Nawet duma jest zła, bo płynie z niewiedzy, która kusi wynoszeniem siebie jako lepszego od innych. Nawet radość jest złym uczuciem, kiedy płynie z przywiązania, a tym gorzej z posiadania. Buddyzm uczy za to rozwoju emocji dobrych, a przede wszystkim tego, co w liturgicznym języku palijskim nazywa się „metta”, a na co w językach współczesnych nie ma jednoznacznego określenia, bo najpewniej użylibyśmy tu słowa „miłość”, ale jednocześnie „przyjazne uczucia” i „dobroć”. Docieramy do nich też przez wiedzę, praktykę i medytację. Człowiek, który ten stan osiągnie jest już bliski oświecenia, bo serce ma przepełnione dobrymi uczuciami skierowanymi ku wszelkim istotom; wie on, że umysł jest nieśmiertelny, a cała materialna rzeczywistość nie ma znaczenia. Jakże przypomina, to świętość w chrześcijaństwie? Ale czy ma to jednak jakiś wpływ na świadomość zwykłego Azjaty? Wątpię.

Więc poprzestańmy na tym, że jest to część świata, gdzie zdecydowanie rzadziej niż gdzie indziej używa się słowa „nie”. Właśnie dlatego, by nie narazić pytającego na złe emocje. Także w Chinach. Ten wielki kraj, który – według Moisi – jest centrum „strefy nadziei” nie należy do buddyjskich. Od wieków tam dominujące konfucjanizm i taoizm sporo z buddyzmu czerpały (zwłaszcza ten drugi). Oba są jednak – bardziej niż religią – zbiorami zasad współżycia społecznego na pierwszym miejscu stawiającymi rodzinę, przodków, ojczyznę, władzę i posłuszeństwo wobec niej. Oba też zalecają spokój i opanowanie. Trudno o lepsze spoiwo dla struktur państwa i napęd dla jego sukcesów.

Jest wiele wizerunków Buddy: dla mnie najbliższym jest obowiązujący w strefie teravady – tajemniczy uśmiech, który u nas potrafił oddać tylko wielki Leonardo na portretach Mony Lisy albo Damy z Łasiczką. Ale jednak najbardziej fascynuje wyobraźnię, sposób jego przedstawiania w Nepalu. Na stupach i czortenach, czyli stożkach na ogół przypominających kwiat lotosu górujących nad świątyniami wymalowano tylko oczy: wielkie, nieruchome, uważne. Oświecony spokojnie patrzy na świat kłębiących się emocji.

Rzadko tylko spotyka się kultury akceptujące nadmierne emocje i zachęcające do ich wyrażania. Maorysi w Nowej Zelandii uważali, że krzyk i pokazywanie języka naprawdę odstraszy ich wrogów, co kultywują do dziś ich resztki wegetujące pod tamtejszymi sklepami alkoholowymi. Zadziwiająco emocjonalny jak na nasz europejski gust jest też filipiński katolicyzm. Nie chodzi tylko o pokazowe ukrzyżowania i procesje biczowników w Wielki Piątek. Jest w dobrym tonie mieć w komputerze jako tło ekranu napis: „Bóg jest moim programistą!”. Albo obraz Matki Bożej wymalowany na wiejskim autobusiku tuż obok potwornego skorpiona i nagiej dziewoi.

Rzeka bez brzegów

Czy Europa przed pierwszymi dziesięcioleciami XIX wieku i wcześniej nie była bardziej emocjonalna, a mniej racjonalna niż później? Podobnie jak dzisiaj w XXI wieku znowu emocje wracają do łask. Przecież romantyzm przełomu XVIII i XIX stulecia nie wziął się z niczego. Ale dotyczył dość wąskiej grupy twórców i odbiorców ówczesnej kultury. Władcy, politycy i generałowie zawsze byli racjonalni o ile chcieli zwyciężać. Ciemny lud mógł oddawać się swoim mrocznym emocjom, bo dostęp do wiedzy i kształcenia rozumu był dość ograniczony, a panowanie nad tym bezbrzeżnym żywiołem zapewniała utrwalona, wielopiętrowa hierarchia społeczna oparta na dyscyplinie, strachu i posłuszeństwie.

Można emocje siłą rozumu stłumić i opanować na wzór brytyjskiego dżentelmena starej daty, japońskiego samuraja albo indiańskiego wodza. Można je też na wzór buddyjski przetworzyć i łagodnie okiełznać. Tak czy inaczej całą ich barwną i zwykle mało zharmonizowaną złożoność chowamy „pod spód” niby brudną bieliznę; ewentualnie wybieramy do przywdziania tylko te lepsze. Ale właśnie ta cała niezharmonizowana ich złożoność to nieprzerwany, choć tylko częściowo kontrolowany nasz dialog ze światem. Bez emocji życie byłoby filmem pozbawionym barw. Nie dlatego, że są decydującym czynnikiem w telewizji, reklamie i marketingu. O wiele ważniejsze, że z przenikały, przenikają i przenikać będą kulturę podobnie jak nasze stosunki z innymi ludźmi. Nawet wtedy, kiedy są „złe”.

Stąd robi karierę powstałe pod koniec lat dziewięćdziesiątych pojęcie „inteligencji emocjonalnej”, czyli zdolności do rozpoznawania emocji tak drugiego człowieka, jak własnych, kierowania nimi, a nawet wykorzystywania do swoich celów. Zdolność nawiązywania więzi i rozpoznawania trudnych sytuacji właśnie poprzez emocje. Tradycyjny IQ nie wydaje się dziś wystarczający. Można sobie wyobrazić obok niego emocjonalny iloraz inteligencji. Ale jak go mierzyć? Na pewno ułatwia życie, czyni go przyjemniejszym, przybliża sukces. Na pewno też kobiety mają ten niemierzalny iloraz wyższy od mężczyzn.

Panowanie wolności i pewne rozchwianie odpowiedzialności w naszych czasach oznaczają powrót emocji. Ale to nie jest tylko wydostawanie się złego dżina z omszałej butelki, gdzie udało się go szczęśliwie przed wiekami uwięzić. To jest stopniowe uznawanie czegoś bardzo ważnego w naturze człowieka, czego się przez wieki wstydziliśmy, ale jest potrzebne dla pełni życia. Emocje zawsze się wylewają z ludzkiej duszy, nawet zamkniętej w kokonie dżentelmeńskiej poprawności i „panowania nad sobą”. Człowiek powinien je doceniać i nie obawiać się ich. Ale tak jak wszystko w świecie, mogą one nam pomóc, ale też mogą bardzo zaszkodzić.

Emocje stały się ważniejsze w naszych czasach. Ale efektem jest nie tylko popularność hinduskiego filmu zawsze aż kipiącego od nich. Także upadek polityki, która niegdyś była domeną wyłącznie rozumu. Ale to już inna historia do opowiedzenia.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata