70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Po przesileniu

Gdy przed miesiącem pisałem swój komentarz do wydarzeń rozgrywających się na polskiej scenie politycznej, trudno było jeszcze prognozować konsekwencje „afery hazardowej”, gdyż sprawa ta była bardzo świeża. Obecnie można ją już oceniać z pewnego dystansu. Pierwsze pytanie narzuca się samo. Czy mieliśmy do czynienia z rzeczywistą aferą?

Na to pytanie będzie próbowała odpowiedzieć sejmowa komisja śledcza i prokuratura. Na razie można stwierdzić jedynie, że wysocy rangą politycy Platformy Obywatelskiej: minister Mirosław Drzewiecki i przewodniczący klubu parlamentarnego Zbigniew Chlebowski pozostawali w zbyt bliskich stosunkach z potentatami branży hazardowej i sprawiali wrażenie, iż lobbują na rzecz korzystnych dla niej, a niekoniecznie dla finansów państwa, rozwiązań prawnych. Wrażenie wcale jednak nie oznacza pewności. Gdyby jednak się ono potwierdziło, pozostaje niewiadoma, czy postawa obu tych polityków była bezinteresowna (i wynikała z przekonania, iż zwiększanie obciążeń branży hazardowej jest błędem), czy też wypływała raczej z oczekiwania korzyści dla partii bądź też korzyści osobistych.

Opozycja, a zwłaszcza PiS, przypuściła z tego powodu radykalny atak na rząd i Platformę. Jarosław Kaczyński mówił wręcz o kryzysie państwa. Słuchając wypowiedzi polityków opozycji, można było odnieść wrażenie, że następuje głębokie załamanie poparcia dla premiera Tuska, rządu i Platformy Obywatelskiej.

Tymczasem nic takiego nie nastąpiło. PO zachowuje dużą przewagę w sondażach nad PiS-em, a Donald Tusk wciąż pozostaje faworytem prezydenckiego rankingu. Dlaczego tak się dzieje? Oczywiście, pewne znaczenie miała szybka i bardzo zdecydowana reakcja premiera, zwłaszcza podjęte przezeń decyzje personalne. Dla kogoś nieznającego kulisów władzy musiały one wydawać się zaskakujące, jeśli chodzi o ich zasięg i głębokość. Nie ukrywam, że i ja do dzisiaj ich nie rozumiem. O ile odejście ministra Czumy tłumaczy się jego zdecydowaną obroną Drzewieckiego i Chlebowskiego w pierwszych dniach afery, to już znacznie trudniej zinterpretować odejście najbliższych współpracowników premiera z jego kancelarii. Dziwnie wygląda też dymisja wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych Grzegorza Schetyny. Premier Tusk podkreśla przy tym, że Schetyna nadal cieszy się jego pełnym zaufaniem, czego wyrazem jest powierzenie mu kierownictwa klubu parlamentarnego PO. Jeśli tak, to skąd ta wyraźna jego degradacja? Aby odpowiedzieć na te pytania, trzeba by znajdować się w bardzo wąskim kręgu decyzyjnym PO. Bez względu na to jednak, jakie były faktyczne przyczyny owych dymisji, przyniosły one efekt. Opinia publiczna otrzymała sygnał, że szef rządu jest zdolny do podejmowania radykalnych decyzji personalnych. Żarliwość, z jaką Donald Tusk zapewniał, że doprowadzi do wyjaśnienia „afery hazardowej” także okazała się przekonywająca dla znacznej części Polaków.

Nie lekceważę zręczności premiera i jego doradców w radzeniu sobie z kryzysową sytuacją. Sądzę jednak, że zasadnicze znaczenie dla utrzymania wysokich notowań Tuska i Platformy Obywatelskiej ma „zabetonowanie” sceny politycznej.

PiS zachowuje wiernych zwolenników, ale zdecydowana większość Polaków obawia się jego powrotu do władzy. W dniach politycznego przesilenia lider PiS- u raz jeszcze pokazał, że się nie zmienia . Tonacja jego wypowiedzi przypominała tę z czasów, w których sprawował władzę. Przesada w kreśleniu kryzysu państwa, opanowanego rzekomo przez patologiczny układ, musiała odstręczać umiarkowanych i samodzielnie myślących obserwatorów życia politycznego. Było jasne, że ewentualny powrót do władzy PiS-u oznaczać będzie powrót do diagnoz i sposobu uprawiania polityki odrzuconych przez wyraźną większość wyborców w 2007 roku. Mariusz Kamiński – szef, a później były szef CBA – w dniach przesilenia nie zachowywał się jak bezstronny sługa państwa, ale jak zacietrzewiony funkcjonariusz partyjny usiłujący obciążyć rząd i do „afery hazardowej” dorzucić aferę stoczniową.

SLD pod rządami Grzegorza Napieralskiego nie sprawia wrażenia dojrzałej siły politycznej. Z jednej strony stosuje radykalnie lewicową, populistyczną retorykę odcinającą ją od bardziej umiarkowanych i centrowych wyborców, z drugiej zaś wchodzi w porozumienie z PiS-em w celu podzielenia się wpływami w telewizji i radiu. W okresie politycznego przesilenia głos SLD odróżniał się od głosu PiS-u jedynie krytycznym stosunkiem do CBA i Mariusza Kamińskiego. Z kolei ani SD Pawła Piskorskiego, ani „Polska XXI” nie są traktowane przez ogół Polaków jako znaczące propozycje polityczne. Ten stan rzeczy działa na korzyść PO.

Czy obecne „zabetonowanie” sceny politycznej nie jest pożądaną stabilizacją po czasach, w których – poza lewicą i PSL – mieliśmy do czynienia z „ruchomymi piaskami”? Nie sądzę, aby tak było. Nasze życie polityczne cierpi na szereg schorzeń, od których wcale nie jest też wolna Platforma Obywatelska. Do najważniejszych należą: zawłaszczanie przez partie instytucji państwa; zamienianie partii w karne zastępy posłusznie wypełniające rozkazy liderów, czyli wyeliminowanie ideowych i politycznych debat wewnętrznych; prowadzenie polityki pod wyniki sondaży opinii publicznej, co nie sprzyja realizacji ambitnych celów i uczy, że wywołanie pozytywnego wrażenia jest ważniejsze od meritum sprawy. Jeśli jeszcze dodać do tego poziom wrogości okazywanej konkurencji, obraz naszej polityki trudno uznać za budujący. Obawiam się, że jej dotychczasowi aktorzy nie są w stanie tego zmienić.

W czasie trwania przesilenia politycznego spowodowanego „aferą hazardową” nie mieliśmy, w moim przekonaniu, do czynienia z kryzysem państwa, bez wątpienia jednak ujrzeliśmy zjawiska, które powinny nas zaniepokoić w roku dwudziestolecia III RP: przede wszystkim brak dostatecznej kontroli nad służbami specjalnymi, które – jak się wydaje – coraz głębiej ingerują w życie obywateli, i bardzo prawdopodobne wystąpienie szefostwa jednej z nich (CBA) jako strony w rozgrywce politycznej. Jest zatem nad czym się zastanawiać.

1 listopada 2009

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata