|
REPORTAŻ

Samek i Wikingowie z Puszczy
Niepołomickiej (fragment)
WOJCIECH WENDLAND
Władysław Pawełek okres międzywojenny
spędził początkowo w Żywcu, następnie
zaś w Milówce, gdzie jego ojciec, zawodowy
policjant, tworzył posterunki.
To właśnie w Milówce pierwszy raz zetknął
się z zagadnieniem stosunków polsko-
żydowskich, kiedy jako zastępowy organizował
harcerzom wycieczki górskie.
– Pewnego razu – wspomina – w czasie
jednej z wycieczek zapragnęliśmy wody.
Akurat wyrosła przed nami góralska
chata, zaszliśmy więc do środka: a tam izba wylepiona gliną, na jej środku duża
misa pełna gotowanych ziemniaków,
z której pięcioro dzieci w koszulinach jadło
je łyżkami – nic więcej, tylko te ziemniaki.
Ich ojciec tłumaczył nam, że bieda.
Będę pamiętał tę scenę do końca życia.
Region żywiecki był wówczas opanowany
przez endecję. Poglądy antysemickie
szerzyły się przede wszystkim za pośrednictwem
bractw hallerczykowskich.
Z racji ciężkiej sytuacji miejscowej ludności
znajdowały podatny grunt: głoszono,
że jedną z przyczyn biedy są Żydzi. Posiadali
oni własną gminę religijną, bożnicę
i cmentarz, byli właścicielami większości
drobnych przedsiębiorstw. Autorytet
hallerczyków wzmacniał dodatkowo
fakt, iż poszczególne oddziały związku
w regionie zwykł był wizytować sam generał
Haller. Przyjechał także do Milówki.
Zjazdowi bractw hallerczykowskich
towarzyszyła aura zarówno niezwykłości,
jak i awanturnictwa. Kiedy bracia,
ubrani w błękitne płaszcze symbolizujące
związek z Armią Hallera, schodzili
tłumnie z gór, wzniecali przy tym kłęby
kurzu, które unosząc się nad ziemią, tworzyły
wokół nich szarobłękitną poświatę.
Spotkanie z Hallerem odbyło się na pastwiskach
Milówki. Generał siedział przy
stoliczku, liczna młodzież hallerczykowska
wznosiła okrzyki „precz z policją!”.
Do Hallera pielgrzymował okoliczny lud,
ze łzami w oczach błagając go o ulżenie
w ciężkiej doli. Pan Władysław oglądał to
widowisko, gdyż jego ojciec zabezpieczał
je jako policjant.
Gorycz przepełniająca podjudzanych
przez hallerczyków mieszkańców Milówki
wylała się pewnej nocy 1934 roku.
– Nagle w nocy słyszę krzyk i wzburzony
ojciec wbiega do domu, wołając
na cały głos, że jest atak i pogrom Żydów
– mówi pan Władysław. – Okoliczne
chłopstwo w całej swej masie ruszyło na
Żydów, rozpoczęło się niszczenie żydowskich
sklepów. Jeden z Żydów bronił się,
zastrzelił kogoś.
Policja, wraz z ojcem pana Władysława,
chroniła Żydów, dokonując rozprawy
z rebeliantami.
Przysiółek, Wisła i bimber
W drugiej połowie sierpnia 1939 roku pan
Władysław zgłosił się do pełnienia służby
wartowniczej w Żywcu. Po klęsce wrześniowej
jego ojciec, przeprowadziwszy
likwidację miejscowego posterunku Policji
Państwowej, zorganizował transport
uzbrojenia, które postanowił przechować.
Razem z synem udali się na wschód. Była to
podróż pełna przygód i niebezpieczeństw.
Kiedy w końcu dotarli na skraj Puszczy
Niepołomickiej, osiedlili się w domu babci,
Marianny Biernat, w przysiółku Tarnówka
stanowiącym część wsi Wola Batorska. Była
to duża nieforemna wieś z wieloma przysiółkami
i osiedlami. Gospodarstwo babci
było położone samotnie wśród pól niedaleko
Wisły i około dwóch kilometrów od
puszczy. Jej sąsiedztwo okazało się zresztą
atrakcyjne dla wielu uciekinierów: urzędników,
policjantów, nauczycieli, a nawet wojskowego
kapelana. Puszcza – niegdyś teren
łowny królów polskich – wywodzi swą nazwę
od staropolskiego słowa oznaczającego
rzecz twardą, niemożliwą do pokonania.
Leśne ostępy stworzyły doskonałe warunki
dla działalności partyzanckiej. Pierwsze,
korzystając z zamętu wojny, posłużyły się
nimi jednak bandy rabusiów, nękając okolicznych
mieszkańców. Mnożyły się kradzieże,
napady, gwałty i morderstwa.
Więcej na łamach grudniowego „Znaku”
Share
Zamów numer
WOJCIECH WENDLAND, historyk,
doktorant na
Uniwersytecie
Łódzkim.
W następnym numerze:
ŚWIĘCI NA CO DZIEŃ I OD ŚWIĘTA
POCZĄTEK STRONY |