70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Chrześcijańska nadzieja

Chrześcijaństwo, w porównaniu z innymi religiami, ujawniło w trakcie wieków zadziwiającą kreatywność i zdolność do dostosowywania się do czasów, przestrzeni i kultur.

Wielu ludzi podejmuje dziś refleksję nad przyszłością chrześcijaństwa. Powody do niepokoju z pewnością istnieją. Dotyczą one zarazem religii w ogóle, jak i chrześcijaństwa w szczególności, a zwłaszcza chrześcijaństwa we Francji, w jego wersji katolickiej. Każdego dnia spotykamy się z ostrymi krytykami bezładnie łączącymi wątpliwości na temat Boga-Stwórcy, stwierdzenie istnienia zła na ziemi, przemoc religijną – któregoś dnia w tygodniku „Marianne” ukazał siętytuł:„Czy Bóg jest zbrodniarzem? – przypomnienie Inkwizycji i procesu Galileusza, sztywną  moralność Watykanu, sposób kierowania  Kościołem rzymskim itp.: pierwszoplanowe tematy mediów. Do tego dochodzą niepokojące statystyki i prognozy. Przewiduje się, że za dziesięć lat we Francji będzie trzy razy mniej księży niż dzisiaj. Że na przykład w departamencie Finistère będzie żyć czterdziestu aktywnych księży, czyli jeden ksiądz przypadać będzie na 25 tysięcy mieszkańców. Liczba zakonników zmniejszyła się u nas o 35% między rokiem 1965 a 2005, zaś liczba zakonnic o 60%. W Europie globalna liczba chrztów zmalała między rokiem 1994 a 2003 o 12,5% i ciągle spada. W niedawno wydanym dokumencie niemieckiego Kościoła protestanckiego przewiduje się, że w latach 2006–2020 liczba jego wiernych zmniejszy się z 25 do 17 milionów, do czego trzeba dodać 3,4 miliona tych, którzy już odeszli w ostatnich latach. W całej Europie liczba osób niewyznających żadnej religii rośnie, szczególnie we Francji, w Niemczech i Hiszpanii. Wreszcie – co jest sytuacją całkiem nową i niejasną, stawiającą w trudnym położeniu tradycyjne Kościoły – grupy ewangelikalne rozwijają się nie tylko w krajach anglosaskich, gdzie powstały, ale też w Ameryce Łacińskiej, Afryce, Chinach i… na przedmieściach naszych miast. W tej chwili liczbę wyznawców tych Kościołów na świecie ocenia się na ponad 400 milionów. Te liczby trzeba umieścić w kontekście przewidywań już to „zderzenia cywilizacji” z powodu nienawiści międzyreligijnych, już to „ogólnoświatowej wojny domowej” spowodowanej zaburzeniami klimatycznymi. Jak więc nie być pesymistą? Jak niektórzy chrześcijanie nie mieliby odczuwać pokusy zamknięcia się w oblężonej twierdzy i kontrkulturze oporu w oczekiwaniu czy też w nadziei na bliski koniec świata? Po 11 września 2001 roku obserwujemy bezprecedensowy rozkwit literatury na temat końca czasów, zarówno w środowiskach konserwatywnych chrześcijan, jak u wyznawców islamu.

Ale inne fakty, na szczęście, zwracają nasz wzrok w przeciwnym kierunku. Przede wszystkim, mimo agresywnego neopozytywizmu modnego obecnie we Francji, nic nie upoważnia do prorokowania rychłej śmierci Boga, choć od czasów Schopenhauera, Marksa, Nietzschego i Freuda była ona wielokrotnie zapowiadana. W tej chwili 80% mieszkańców naszej planety praktykuje jakąś religię. Stany Zjednoczone są dzisiaj ciągle krajem bardzo wierzącym – można to było zaobserwować w czasie kampanii prezydenckiej  Obamy. Mówiąc bardziej globalnie, komputer nie spowodował zmniejszenia potrzeby sacrum, jak widać to w Japonii i w Indiach. Odczarowanie świata nie jest oczywistością. Pielgrzymki mają się dobrze. Cały świat, a także Francja, nadal stawia sobie usilnie pytanie o tajemnicę.

Z drugiej strony w chrześcijaństwie dają się słyszeć głosy autorytetów chcących złagodzić obawy zaniepokojonych wiernych. Ojciec Timothy Radcliffe uważa, że kryzys Kościoła katolickiego jest „rzeczywisty”, ale nie tak poważny jak wiele innych wcześniejszych – mianowicie gwałtowna dechrystianizacja w wyniku rewolucji francuskiej i spowodowany rewolucją przemysłową masowy napływ ludności do ośrodków miejskich, w których Kościół był z grubsza biorąc nieobecny. Tę lekcję historii można trochę złagodzić.  Ale o. Radcliffe ma rację, twierdząc, że nasi przodkowie mężnie stawiali czoło tym kolejnym wyzwaniom. Stwierdza również, a ja myślę podobnie, że „w pewnej mierze całe stworzenie jest w drodze do Boga… [i że] możemy zmierzyć się z tymi wyzwaniami z realizmem i twórczo, ufając, iż jesteśmy w tajemniczy sposób w rękach Pana”. Enzo Bianchi, przeor monastycznej wspólnoty ekumenicznej w Bose w Piemoncie, stwierdza, że „być w mniejszości nie oznacza być bez znaczenia”. Obecne zmiany są niewątpliwie „bolesne” i są „trudnym doświadczeniem”, ale „nie trzeba się bać ani wierzyć statystykom, bo wiary nie da się zmierzyć… Jeśli ludzie spostrzegą, że chrześcijanie prowadzą życie dobre, prawdziwe i szczęśliwe, postawią sobie pytanie o jego fundamenty i zapowiedź Jezusa Chrystusa stanie się prawie naturalna”.

Przytoczę teraz kilka innych niedawnych wypowiedzi, które wynotowałem z różnych lektur: w trakcie zgromadzenia ekumenicznego w Sibiu w 2007 roku przewodniczący Komisji Europejskiej Manuel Barroso nakłaniał  Europejczyków, by „słuchali przesłania, jakie przekazują religie”; Jean-François Mattei, prezes francuskiego Czerwonego Krzyża, uważa, że „nie ma żadnego zrządzenia losu. Przyszłość chrześcijaństwa będzie taka, jaką chrześcijanie – wierzący i duchowieństwo – zechcą przygotować”; ojciec Devert, ksiądz z Lyonu, założyciel fundacji mieszkaniowej „Habitat et Humanisme”, w wywiadzie udzielonym „La Croix” stwierdził, że „[obecna] mutacja historyczna [chrześcijaństwa jest] znaczna, ale obfituje w liczne pozytywne oznaki”. I dodał: „przewiduję, że przyszły Kościół będzie mniejszościowy, ale nie ma sensu zastanawiać się nad tym, czy będziemy w mniejszości czy w większości. Kiedy Chrystus myśli, do czego porównać Królestwo, przywołuje coś nieskończenie małego, żeby pokazać to, co jest największe i jednocześnie dalekie od wszelkiej idei potęgi. Jutro Kościół będzie musiał stać się słaby, przystać na to, żeby nie być instytucjonalnym obciążeniem, i odkryć siłę, jaką jest świadectwo”.

Ja dodam, że nic nie wskazuje na to, by koniec świata miał niedługo nastąpić. W przeszłości często wierzono, że jest on już u naszych bram. Wielu ludzi nie wie, z powodu świetności okresu zwanego Renesansem, że był on silnie naznaczony lękiem przed terminami końca świata. Krzysztof Kolumb, Guillaume Budé i Luter wierzyli w bliski koniec świata. Nasza mądrość to raczej liczyć na długą przyszłość religii, w tym chrześcijaństwa. W ostatnich latach kardynał Etchegaray, Claude Geffré, Henri Madelin i Bruno Chenu wyrazili nawet niezależnie od siebie przekonanie, że chrześcijaństwo jest „religią młodą” i że jesteśmy jeszcze „na początku ery chrześcijańskiej”.

Żyjmy więc razem z naszą epoką i zmierzmy się wprost i bez paniki z pytaniami, jakie stawia, rozpoczynając od tych, które dotyczą zależności między religią a nauką i które są często pierwszoplanowym tematem mediów. Niedawno wydana książka Hansa Künga Petit traité du commencement de toutes choses („Mały traktat o początku wszystkich rzeczy”, wyd. Seuil 2008) jest tu bardzo pomocna. Stwierdzam najpierw wraz z autorem silną w środowiskach naukowych obecność neopozytywizmu i „politycznej poprawności”, które każą traktować jakąkolwiek wzmiankę o religii jako pozbawioną sensu. Jak gdyby rzeczywiste było tylko to, co daje się zmierzyć i policzyć. Przyznając nauce należną jej rangę, którą zawdzięcza ona swoim ogromnym osiągnięciom, nie dajmy się zbić z tropu prostactwu nowego materializmu. Postarajmy się raczej zharmonizować wzajemne obszary nauki, filozofii i religii. Zamiast modelu konfrontacyjności przyjmijmy model komplementarności.

Nigdy bowiem nie dostaniemy naukowej odpowiedzi na postawione przez Leibniza pytanie: dlaczego jest raczej coś niż nic? Nauka, która pracuje tylko w  ramach przestrzenno-czasowych, nigdy nie będzie w stanie powiedzieć, co istniało przed Wielkim Wybuchem. „Temu, kto przyznaje, że nie da się zobaczyć, co jest za zasłoną, nie wolno stwierdzać, że tam nie ma nic” (Hans Kűng). Nawet w świecie, który nauce jest dostępny, zawsze istnieć będą  strefy cienia. Nigdy nie dojdziemy do kresu tego, co jest nieskończenie wielkie, i tego, co jest nieskończenie małe. Wraz z przyrostem wiedzy powiększa się również niewiedza. Dlaczego wreszcie orzekać a priori, że rzeczywistość, rozpatrywana jako całość, nie pozostawia miejsca na to, co wymyka się miarom? Postawić takie pytanie to uprawomocnić metafizykę i religię.

Jeśli chodzi o rolę, jaką Jacques Monod przypisuje w procesie ewolucji przypadkowi, można powiedzieć co najmniej tyle, że bardzo przypomina on deus ex machina, „zapchaj-dziurę”, której przyznaje on wartość „animistyczną”. Z pewnością w trakcie ewolucji działały i przypadek, i konieczność. Ale to nie dowodzi, że jest ona pozbawiona sensu. Dlaczego mamy kosmos, który sprzyja życiu? W opinii wielu współczesnych fizyków i chemików, w przeciwieństwie do Monoda, prawa natury sterują przypadkiem i nie wydarza się byle co. Wszystko potoczyło się tak, jakby ewolucja czternastu miliardów lat przebiegła w kierunku sprzyjającym życiu, a potem wyłonieniu się ducha. Religia powołana jest więc do interpretowania ewolucji jako trwającego nadal stwarzania i do nadawania jej takiego sensu, wobec którego nauka musi się zatrzymać.

Drugie wielkie pytanie stawiane przez współczesną naukę: czy duch nie jest ubocznym efektem mózgu? Czy pierwiastek umysłowy jest epifenomenem neuronowego? Czy wolna wola odeszła już do lamusa? Odpowiedź, jaką podpowiada nam codzienne doświadczenie, jest taka, że skaner daje informację  „gdzie”, to znaczy określa lokalizację, natomiast nie mówi „jak”. „Z tego, że ja myślę za pomocą mózgu, nie wynika, że mój mózg myśli za mnie”. Geniusz Szekspira i Bacha i, w szerszym sensie, ludzka wolność nie dadzą się nigdy zredukować do neurobiologicznej mechaniki. Matematyk André Lichnerowicz miał zwyczaj mawiać: „Nie mylmy kabla telefonicznego z informacją, która przez niego przepływa”. Tak więc, czy chodzić będzie o pochodzenie i ewolucję kosmosu czy naszej wolności, nauka nie dostarczy ostatecznego wyjaśnienia. Refleksja filozoficzna nad poznaniem i objawienie religijne nie są więc tylko zbędnym naddatkiem w dopełnianiu znaczenia odkryć naukowych.

Chciałbym teraz zająć się innym zarzutem przeciwko wierze w Boga. Wszyscy go słyszeliśmy. Chodzi o noc ducha, którą przeżywała Matka Teresa: jeśli Bóg istnieje, dlaczego toleruje całe to zło, które widzimy na świecie? Pośród panoplii nieszczęść jedne pochodzą od natury (trzęsienia ziemi, cyklony, tsunami itp.), inne od naszych bliźnich. A te ostatnie, w miarę doskonalenia techniki, stały się coraz bardziej przerażające i niszczycielskie. W każdym razie z większym naciskiem niż kiedyś stawiamy pytanie o odpowiedzialność Boga za niedostatki świata. U świętego Augustyna i w teologii, która przyszła za nim, nieszczęsna kondycja ludzka miała proste wytłumaczenie: spowodowana była „wstrętnym ponad miarę grzechem, który został popełniony w raju [ziemskim]”. W tym duchu Kalwin nauczał, że od czasu grzechu pierworodnego „natura jest w żałobie”. Czy takie wytłumaczenie przyjmą jeszcze nasi współcześni? Na długo bowiem przed pojawieniem się ludzi na ziemi zwierzęta pożerały się między sobą. Tak chce wielkie „prawo natury”. W jaki sposób różne ekosystemy funkcjonowałyby bez tego spiżowego prawa, wcześniejszego od wszelkiej moralności?

Ludzie niewątpliwie zwielokrotnili bestialską przemoc i odpowiedzialność za to obciąża ich wolność. Ale dlaczego Bóg dopuścił Auschwitz i masakry popełnione przez Czerwonych Khmerów? W książce La troisième mort de Dieu („Trzecia śmierć Boga”) André Glucksmann zamyka Boga w kręgu oskarżeń. Pisze: „Kiedy dzieje się coś strasznego (…), jeśli Bóg jest wszechmocą, to albo nie jest wszechmądrością, albo nie jest wszechdobrocią. Jeśli Bóg jest wszechwiedzący i jeśli jest miłosierny, należy sądzić, że jest bezsilny”. Już pod koniec XVII wieku Pierre Bayle napisał: „Sposób, w jaki zło weszło pod władanie istoty nieskończenie dobrej, nieskończenie świętej, nieskończenie możnej, jest nie tylko niewytłumaczalny, ale nawet niezrozumiały”.

Nie dawajmy więc zbyt kategorycznych odpowiedzi tym, którzy z lękiem pytają nas o wszechobecność zła. Jezus nigdy nie mówił o grzechu pierworodnym i nie wypowiadał się na temat pochodzenia zła. Claudel napisał gdzieś: „Bóg nie przyszedł, żeby wytłumaczyć cierpienie. Przyszedł, żeby wypełnić je swoją obecnością”. Współczesny teolog ojciec Rey-Mermet wyznał: „Wszystkie wyjaśnienia obracają się wniwecz wobec cierpienia dziecka”. Warto przypomnieć tu Księgę Hioba. Przytłoczony ciężkimi doświadczeniami Hiob prosi Boga o wytłumaczenie się: „Ciebie błagałem o pomoc. Bez echa. (…) Kto zechce mnie wysłuchać?”. Ale Bóg odpowiada mu pytaniem: „Gdzieś był, gdy zakładałem ziemię? Powiedz, jeśli znasz mądrość”. Hiob na koniec oświadcza: „Jam mały (…). Rękę przyłożę do ust. (…) O rzeczach wzniosłych mówiłem. (…) Ja nie rozumiem”.

Dlaczego zło istnieje? Przyznajmy z pokorą: odpowiedź leży poza naszym zasięgiem. Ale wiara chrześcijańska rozjaśnia i relatywizuje jednak tę niezmierzoną zagadkę dwoma silnymi twierdzeniami, które znajdują się w centrum Objawienia: 1) Bóg wszedł pomiędzy nas; cierpiał od przemocy zła i umarł w absolutnym opuszczeniu; a nawet, jak napisał Pascal, „będzie konać do skończenia świata”; 2) W niebieskim Jeruzalem zło, cierpienie, łzy, strach, ciemność i śmierć przestaną istnieć. W ten sposób chrześcijanin wie, że z jednej strony Boża obecność towarzyszy mu nieustannie w samym sercu cierpienia, z drugiej – że z tego tunelu będzie wyjście w wiekuistą światłość.

Do tego otwarcia się na nadzieję chciałbym dorzucić stwierdzenie idące pod prąd współczesnego pesymizmu i obsesji istnienia zła. Dobro istnieje, ale jest dyskretne. Do zależności między złem a dobrem dobrze stosuje się znane powiedzenie: „Słyszymy łoskot powalonego drzewa, ale nie słyszymy lasu, który rośnie”. Las, który rośnie po cichu, to dobro, które każdego dnia dzieje się wokół nas, a także – dlaczego by nie? – dzięki nam. Otrzymaliśmy, oczywiście, w spadku całe zło popełnione w przeszłości, ale tak samo dobro, które zostało uczynione. Nie uwzględniać codziennej rzeczywistości dobra w analizie kondycji ludzkiej i w refleksji nad egzystencją,  historycznej, filozoficznej i religijnej zarazem, to je niesłusznie umniejszać. Ojciec Valadier ma rację, reagując przeciwko „zamykaniu drogi nadziei” i „przypisywaniu złu nadmiernej wartości”, w czym upodobała sobie współczesna myśl. Stwierdza, że przypisuje ona złu „pewien rodzaj prymatu nad dobrem… [nakłada] jakby ołowiany pancerz, który zamykać nas odtąd będzie bez ratunku”. Austriacki pisarz Musil, zmarły w 1942 roku, wypowiedział stwierdzenie, z którym się utożsamiam: „Człowiek jest zdolny do wszystkiego, nawet do dobra”.

W odniesieniu do tajemnicy zła uczyniłem aluzję do doktryny o grzechu pierworodnym, o której nie ma wzmianki w Ewangeliach, doktryny, która stanowi problem dla współczesnego człowieka, jeśli zbyt dosłownie odczytuje on Księgę Rodzaju. Wydaje mi się więc konieczne, by Kościoły chrześcijańskie dały tu klucz do lektury i w trzech punktach przeprowadziły w tej kwestii aggiornamento: 1) ogromu pierwszego grzechu; 2) skazania na śmierć; 3) dziedziczności winy. Współczesna nauka prowadzi prawdopodobnie do porzucenia tezy o monogenizmie i przede wszystkim do odstąpienia od wiary w pierwszą parę ludzi obdarzoną nadzwyczajnymi przywilejami, wolną od śmierci, żyjącą w ziemskim raju, po którym, pisał Teilhard de Chardin, „nie zostało ani śladu”, i zdolną popełnić w pełni wolności i świadomości winę zasługującą na dramatyczną karę. Przeciwnie, domyślamy się, że ludzie od swoich początków z trudem uwalniali się od zwierzęcości, stopniowo uczyli się stać prosto i mówić oraz powoli zdobywali umiejętność używania swojej wolności. Księga Rodzaju symbolicznie przedstawia fakt, że tak daleko wstecz, jak sięga historyczne spojrzenie, mamy do czynienia z ludźmi, którzy grzeszyli pychą i przemocą.

Jeśli chodzi o śmierć, niezależnie od tego, jak wielką wzbudza trwogę, nie jest ona skazaniem, ale naturalnym procesem związanym z pojawieniem się rozmnażania płciowego, gdzie jest ona „zaprogramowana… Ponieważ do niczego nie prowadzi produkowanie osobników różniących się od rodziców, jeśli ci rodzice pozostają i zajmują miejsce. Oni muszą odejść”, pisze wielki geolog Xavier le Pichon, skądinąd członek wspólnoty „Arka”.

Przeciwko dziedziczności winy wreszcie mamy słynny tekst Ezechiela 18, 20 („Syn nie ponosi odpowiedzialności za winę swego ojca ani ojciec – za winę swego syna”) oraz odpowiedź Jezusa na pytania dotyczące niewidomego od urodzenia („Kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?” – „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego”, J 9, 2–3). Kościół katolicki zrezygnował z mówienia o dziedziczności winy w odniesieniu do narodu, który niegdyś nazywał „bogobójczym”. Powinien on szybko rozproszyć wszelkie dwuznaczności na temat dziedziczności winy, która miałaby wynikać z grzechu pierworodnego.

Tekst Księgi Rodzaju nie może więc już być pojmowany w sensie dosłownym. Chrześcijanie nie powinni niepokoić się, że nie mogą już odczytywać Ewangelii tak jak dawniej. Wiemy dzisiaj, że były one dydaktycznymi rekonstrukcjami nauczania Jezusa i o Jezusie w oparciu o pewność zmartwychwstania Mesjasza. Były one pedagogią oświeconą tym przekonaniem. Wielki historyk katolicki Henri-Irénée Marrou słusznie pisał:

Ewangelia nie jest zbiorem sprawozdań czy mniej lub bardziej dokładnym stwierdzeniem wydarzeń, mniej lub bardziej wiernie podanych… Autor chciał przekazać swoim czytelnikom znajomość Chrystusa konieczną do zbawienia; aby wypracować taki obraz Chrystusa, mógł być zmuszony do pewnej manipulacji źródłami, która nas być może zbija z tropu (na przykład przez swą obojętność wobec chronologii), ale której ocenianie jako zafałszowania czy kłamstwa byłoby naiwnością.

To naświetlenie Marrou współbrzmi z zaleceniem Benedykta XVI, jakiego udziela on w Jezusie z Nazaretu: pogodzić dorobek egzegezy z lekturą globalną, odsłaniającą spójność Bożych zamysłów i zgodność obu Testamentów, które odpowiadają sobie nawzajem.  W każdym razie potrzebna nam jest teraz konwersja intelektualna wynikająca z postępów egzegezy, po to by zrozumieć, że ewangeliści, w przeciwieństwie do nas, nie  ustanawiali jasnych granic między historią, opowieściami symbolicznymi (porównywalnymi do paraboli) i teologią. Kiedy Jezus zmartwychwstał, ich celem było pokazanie w sposób najbardziej przekonujący dla odbiorców, że przeszłość ludu Przymierza i wydarzenia z życia Jezusa zbiegają się we wspólnym punkcie, jakim jest zmartwychwstanie Mesjasza. Nie bądźmy więc zaskoczeni, kiedy egzegeci katoliccy piszą, że Jezus narodził się prawdopodobnie w Nazarecie, a nie w Betlejem i że rzeź niewiniątek nie może być uważana za fakt historyczny.

Te uwagi prowadzą do szerszej i bardzo aktualnej refleksji na temat zależności między chrześcijaństwem a zmianami, jakie niesie historia. Otóż narzuca się takie stwierdzenie: chrześcijaństwo, w porównaniu z innymi religiami, ujawniło w trakcie wieków zadziwiającą kreatywność i zdolność do dostosowywania się do czasów, przestrzeni i kultur. Wychodząc z judaizmu, szybko zintegrowało się z cywilizacją grecko-rzymską, potem „przeszło do barbarzyńców”, stworzyło europejski świat chrześcijański, a następnie rozprzestrzeniło się po całej planecie. Ewolucja sztuki chrześcijańskiej jest dobrym świadectwem tej kreatywności od pierwszych bazylik do prostych kościołów współczesnych (Brasilia, Evry), poprzez solidność stylu romańskiego, elegancję gotyku i renesansu, ekspresję baroku, neoklasycyzm i XIX-wieczny styl kompozytowy (Montmartre).

Wielu historyków uważa zresztą ponadto, że to nie przez przypadek nowożytna nauka, prawa człowieka i polepszenie statusu kobiet przeżyły swój rozkwit na ziemiach chrześcijańskich. Jednakże w odniesieniu do tych ostatnich kwestii można słusznie wysunąć obiekcje w postaci faktów przeciwnych:  wyroku na Galileusza, za co wyrażenie żalu zajęło Kościołowi 359 lat, długotrwałej nieufności teologii wobec ewolucji, potępienia przez Piusa VIII Deklaracji Praw Człowieka z 1789 roku i deklaracji wolności sumienia i religii przez Piusa IX itp. Przyznajmy natomiast, że w naszych czasach, przede wszystkim dzięki Janowi XXIII i Janowi Pawłowi II, Kościół katolicki z przykładną wyrazistością prosił o przebaczenie za Inkwizycję, za swój dawny antyjudaizm i za milczenie w sprawie niewolnictwa. Stoi on teraz na czele światowego ruchu walki o wolność sumienia i religii, o prawa człowieka i przeciwko karze śmierci. Oznacza to, że nasz Kościół nie jest nieczuły na „znaki czasów”. Musimy wspomóc go na tej drodze, aby nie powrócił do błędów przeszłości.

Inna konstatacja historyczna, różna być może trochę od analizy ojca Radcliffe’a: jesteśmy dzisiaj w sytuacji całkowicie nowej. Nigdy w przeszłości nie istniała taka cywilizacja jak nasza. Pod względem materialnym poddani Ludwika XIV bliżsi byli ludziom współczesnym Peryklesowi niż nam. Chrześcijaństwo, jak i inne religie świata, jest dziś wpisane w cywilizację różną od tej, w której się narodziło. Nie dziwmy się, że adaptacja jest trudna. Od końca XVIII wieku przeżyliśmy dwie wielkie rewolucje: najpierw rewolucję przemysłową, potem informatyczną i cyfrową. Kumulacja tych dwóch gigantycznych transformacji prowadzi do przyspieszonej globalizacji, do masowej urbanizacji i błyskawicznej komunikacji w oszałamiającym potoku dźwięków i obrazów. Towarzyszące tym wstrząsom postępy w kształceniu i podnoszeniu poziomu życia w krajach od dawna rozwiniętych, a teraz również w krajach rozwijających się, wzbudziły i nadal wzbudzają potrzebę mobilizacji obywatelskiej, większą autonomię sumienia i globalną sekularyzację społeczeństw. Przed utworzeniem Stanów Zjednoczonych i rewolucją francuską nigdy w świecie nie istniał rozdział między religią i władzą polityczną. Wobec tego od dwustu lat jesteśmy w radykalnie nowej sytuacji, z czego chrześcijaństwo, szczególnie katolicyzm, musi zdać sobie sprawę; w przeciwnym razie zostanie zmarginalizowane i „nowa ewangelizacja” nie powiedzie się.

Wydarzenia z lutego tego roku – zniesienie, bez konsultacji z episkopatem francuskim, ekskomuniki nałożonej na czterech biskupów lefebrystów, skandaliczne oświadczenia jednego z nich na temat Zagłady, nominowanie przez Benedykta XVI na biskupa pomocniczego Linzu, bez konsultacji z nuncjuszem w Wiedniu i episkopatem Austrii, duchownego znanego ze swych skrajnie reakcyjnych  postaw – to poważne błędy władz Kościoła rzymskiego. Arcybiskup Salzburga oskarżył Watykan, że „sprowadza Kościół do rangi sekty, w której zostanie już tylko garstka członków wiernych oficjalnej linii”.

Ostatnio słychać w naszym Kościele liczne apele o jego decentralizację, odbudowanie kolegialności w episkopacie, o szersze upowszechnienie zasady pomocniczości i dialogu, o uważniejsze wysłuchiwanie głosu wiernych, szczególnie w kwestii wielkich problemów społecznych. W wydanej w 2007 roku książce kardynał Danneels pisał: „Zastanawiam się, czy rzeczywistym problemem, jaki stoi za kwestią wyświęcania kobiet, nie jest autorytet w Kościele. Dlaczego autorytet, a więc władza w Kościele jest zawsze w rękach mężczyzn?”. Inny cytat: „Kiedy nie zbiera się już, jak na soborze, wszystkich biskupów, żeby podejmować decyzje o przyszłości Kościoła, wodze przejmuje administracja”. Nasz Kościół ma zbyt niską kulturę dyskusji. René Rémond radził: „Kościół musi podjąć wysiłek wyjaśniania, pobudzać sumienie, a nie mówić: »bez dyskusji, w przeciwnym razie znajdziesz się na zewnątrz«”.  Ojciec Valadier stwierdza: „[stajemy tutaj] wobec problemu wrażliwości, ponieważ społeczeństwa demokratyczne są bardzo ostrożne, nie wobec każdej władzy, ale wobec autorytaryzmu. A jeśli nie wyczuje się ducha rozmówcy, jak można oczekiwać, że zostanie się zrozumianym?”. W książce L’avenir de la foi („Przyszłość wiary”) ojciec Sesboüé odsyła do formuły świętego Cypriana: „to, co dotyczy wszystkich, musi być sprawą wszystkich”, i przypomina życzenie kardynała Martiniego, żeby „w Kościele można było rozmawiać o niektórych problemach w sposób otwarty i swobodny”. Te problemy to celibat księży, antykoncepcja, religijny status osób rozwiedzionych, które ponownie zawarły związek małżeński, oraz – pisał niedawno kardynał Martini – inne jeszcze kwestie „ze stref cienia i stref granicznych, gdzie to, co jest naprawdę dobre, nie ujawnia się od razu i gdzie bezużyteczne jest mówienie nie, a przede wszystkim przedwczesne wydawanie zakazów”.

Oto propozycje pozytywne, które mogłyby otworzyć nowe drogi dla przesłania ewangelicznego we współczesnym świecie. Trzeba również położyć nacisk na kilka innych pilnych kwestii. Jedna z nich to wyciągnięcie konsekwencji z zanikania „cywilizacji parafialnej”, która dostosowana była do terenów wiejskich lub niewielkich miast. Dzisiaj nasze miasta są ogromne i konieczne jest zaprowadzenie w nich mniejszych struktur kościelnych, a więc „wspólnot bazowych”. Określenia tego użył niedawno biskup Papin z  Nancy w odniesieniu do swojej diecezji; charakteryzuje ono również model wspólnot wprowadzony przez biskupa Rouet w Poitiers.

To nie przez przypadek grupy ewangelikalne rozmnożyły się w ostatnich latach w Ameryce Łacińskiej. Wykorzystały one tam podejrzliwość hierarchów w stosunku do „wspólnot bazowych”, aktywnych i żarliwych grup działających w dzielnicach, grup, które, dzięki Bogu, nie zniknęły. W każdym razie musimy zastanowić się nad sukcesem pokrewnych grup chrześcijańskich, ewangelikalnych czy też nie: są one niewątpliwie elastycznymi i zdecentralizowanymi strukturami Kościoła, a takich potrzebuje nasza epoka.

Wreszcie przypominam usilnie o podjęciu na nowo z jednej strony kwestii ekumenizmu, która obecnie jest zawieszona, a z drugiej – kontaktów międzyreligijnych, które Jan Paweł II zapoczątkował spotkaniami w Asyżu. Jeśli chodzi o ekumenizm, w chwili kiedy chrześcijaństwo staje się obiektem zbieżnych ataków, nierozsądne jest, że wyznawcy Jezusa nie zwierają szeregów. Przypominam sobie przesłanie, jakie Jan Paweł II skierował do niemieckich protestantów w 1980 roku: „To, co nas łączy, jest silniejsze niż to, co nas dzieli”. Jest w każdym razie faktem, że w codziennym życiu chrześcijanie coraz mniej znają i rozumieją powody dawnych podziałów. Przyjmijmy to do wiadomości.

Jeśli chodzi o dialog międzyreligijny, będzie on miał przed sobą, gdy zechcemy, ogromne pole działania, mniej może na planie teologicznym, a bardziej w kwestii ratowania planety. Jeśli wielkie religie świata porozumiałyby się ze sobą w sprawie wspólnej akcji przeciwko wojnom, torturom i epidemiom, w kwestii praw człowieka, lepszego podziału zasobów ziemi i bardziej ludzkiego porządku ekonomicznego, skoro nasz model rozwoju okazuje się nie do utrzymania na dłuższą metę, taka koordynacja wzbudziłaby ogromną nadzieję, co nie przeszkodziłoby w niczym pogłębianiu przez każdego jego własnej religii.

Chciałbym bowiem w końcowej części mojego wystąpienia wyjaśnić, na czym polega oryginalność chrześcijaństwa i dlaczego pozostaje ono według mnie aktualne. Podwójna odpowiedź na to pytanie jest taka, że dało ono w nieznany wcześniej i ostateczny sposób nowy obraz Boga oraz ustanowiło nowe relacje między Bogiem a ludźmi. Jezus był Żydem. Religia pochodząca z Jego nauczania wyszła z pnia żydowskiego. Ale – cytuję tu Régisa  Debray (Dieu, un itinéraire) – Jezus

zdeterytorializował religię… Boskość oderwana od określonej ziemi – czegoś takiego nigdy nie widziano… [Bóg Jezusa] nie jest już Bogiem etnicznym… To Bóg, który znosi enklawy, Bóg wykorzeniony… Jezus rozpowszechnił Boga w całym świecie… Wszystkie narody mogą przystąpić do Stołu Pańskiego.

Temu wykorzenieniu towarzyszy uwolnienie od wielości rytuałów, to znaczy od 248 nakazów i 365 zakazów Prawa żydowskiego.

W ten sposób możemy słusznie powiedzieć, że Jezus nadał wolności ludzkiej nowy status. Stary Testament kładł przede wszystkim nacisk na kolejne etapy wyzwalania narodu wybranego, najpierw z Egiptu, potem z niewoli babilońskiej. Chrześcijaństwo, przeciwnie, nauczanie Jezusa pojęło jako słowo wyzwalające skierowane do każdego człowieka. Paweł ogłosił to Galatom: „Chrystus wyswobodził nas, abyśmy pozostali wolni. Jesteście powołani do wolności”. A Jan potwierdza: „Prawda was wyzwoli… Jeżeli Syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywiście wolni”. Według chrześcijaństwa, na podstawie doktryny o Mistycznym Ciele Chrystusa, wszyscy ludzie są braćmi Jezusa i dziedziczą wraz z Nim królestwo Boże; wszyscy powołani są do ostatecznego przebóstwienia. Nigdy wcześniej godność człowieka – każdego człowieka – nie została stwierdzona z taką siłą i uzasadniona tak mocnym argumentem. Wszyscy ludzie mają równe prawa przed Bogiem. Dlatego obecna globalizacja daje chrześcijaństwu nową szansę.

Inna bezprecedensowa cecha charakterystyczna nauczania Jezusa:  sposób, w jaki mówił o swym Ojcu, nazywając Go „Abba” („Tata”). Na ten temat Régis  Debray również pisze: „Po surowym Panu zastępów, który mści się i karze (»Twoja prawica, o, Przedwieczny, zmiażdżyła wroga«) następuje Bóg łagodny, który przebacza i przynosi pokój… Jahwe grzmi, Jezus się uśmiecha”.

Sposób, w jaki Jezus zwraca się do swego Ojca – „Tato” – otwiera na zdumiewającą w religijnej historii ludzkości doktrynę: Wcielenie, tajemnicę niedostępną nauce i przekazaną ludziom przez słowo, które przychodzi skądinąd – „Objawienie”. Porównać to z „awatarami” Wisznu można tylko powierzchownie. Wisznu jawi się kolejno jako ryba, żółw, odyniec, pobożny wojownik Rama lub jako Kriszna, kochanek doskonały. Ale nie staje się on naprawdę formą, jaką przyjmuje. To tylko powierzchowność na użytek pobożnych. Chrześcijaństwo, przeciwnie, twierdzi, że Bóg nie tylko sprawiał wrażenie, że stał się człowiekiem. „On kwilił w kołysce”, pisał Luter, „… ssał piersi swojej matki i był położony w żłobie: oto główny punkt naszej religii”. Jest On więc naszym bratem i awans rodzaju ludzkiego dokonał się dzięki Wcieleniu. On pozostaje obecny między nami w Eucharystii i w naszym człowieczym bracie, szczególnie tym, który cierpi. To niewątpliwie tajemnica – wykraczająca poza kompetencje nauki, ale tajemnica, która zrewolucjonizowała obraz Boga.

I ostatnia nowa rzecz w chrześcijaństwie, równie paradoksalna jak poprzednia, ale nadająca pełny sens chrześcijańskiemu Objawieniu: głoszenie zmartwychwstania Jezusa, który został „podniesiony” z martwych. Wydarzenie jedyne, nieoczekiwane, niezrozumiałe w terminach naukowych, „tajemnica” w mocnym znaczeniu tego słowa. Nie chodzi tu bowiem o bóstwo, które umiera jesienią, aby odrodzić się na wiosnę, jak w niektórych religiach starożytności, lecz o Bożego Syna, który został ostatecznie wyrwany z miejsca pobytu zmarłych. Możemy odmówić wiary w to „szaleństwo” (to określenie świętego Pawła), ale musimy stwierdzić, że nigdy wcześniej nie została zaproponowana podobna doktryna i że taka doktryna nie jest fundamentem żadnej innej religii. Jej konsekwencją jest to, że Jezus, powstając z martwych, otworzył nam bramy królestwa niebieskiego i że nas tam przyjmie. Taki jest sens i rozwiązanie, jakie chrześcijaństwo nadaje naszemu życiu. Stąd na koniec pytanie: dlaczego taka nadzieja miałaby być przestarzała?

Tłumaczyła Dorota Zańko

Tekst wygłoszony 24 kwietnia 2009 roku w ramach sesji naukowej „Lęk i nadzieja” podczas IX Dni Tischnerowskich w Krakowie.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata