70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Właśnie tutaj, właśnie tutaj

A uczepmy się jeszcze podróżującego „do Polski” Iwaszkiewicza. Zapisał on kiedyś, stojąc u bram Ostrowca: „Dzieje doliny Kamiennej – uwzględniające chyba i przedhistoryczne stanowiska robocze, dymarki i prymitywne fabryki narzędzi krzemiennych – jeszcze nie są napisane.

A na pewno są godne najwybitniejszych piór”. Minęło trochę czasu i nic, wybitne pióra schną, hutnictwo w dolinie Kamiennej obumiera, jak tak dalej pójdzie, to nie uświadczysz tu nawet złamanego walca, wszystko odejdzie w niepamięć i klops. Niech się więc dzieje wola Iwaszkiewicza, podejmuję wyzwanie przynajmniej w zakresie opisu szeroko rozumianych stanowisk roboczych.

Należałoby zacząć od tego, że gdzieś tak z pięć tysięcy lat temu Hetyci w Anatolii nauczyli się wytapiać żelazo. Wykorzystywali w tym celu zarówno kopalną rudę żelaza, jak i meteoryty, którymi Bóg w swej łaskawości hojnie naszpikował ich ziemię. Było to w tych dawnych, dobrych czasach, kiedy żelazo było pięć razy droższe od złota. Nosił się potem taki hetycki król Anatol czy Karol w koralach koloru żelazistego i pojęcia nie miał, że kiedyś te jego korale fruwały sobie jak gdyby nigdy nic w kosmosie.

Później różne inne narody posiadły tę magiczną umiejętność, a kiedy produkować żelazo nauczyli się Celtowie, to gdzieś tak ze dwa tysiące lat temu weszli z nią w barbarzyński lud na terenie dzisiejszych Gór Świętokrzyskich. Meteorytów było tu tyle, co Bóg napłakał, za to płytko zalegającej rudy – ile tylko dusza zapragnie. Kto by wątpił o prawdziwości moich słów, ten niech mi powie, skąd wokół Ostrowca mnóstwo jest miejscowości o nazwach takich jak Szyby, Boksycka, Ruda, Ruda Kościelna, Rudka, Rudka Bałtowska czy Rudnik. Tubylcy, jak tylko zobaczyli dzięki Celtom, że mają pod nogami niewyczerpalne, bo odnawialne pokłady rudy darniowej, postanowili kuć żelazo póki gorące. Przez dwa stulecia wytopili go ponad dziesięć tysięcy ton! A ile się taki ówczesny rudnik musiał nadymać, żeby z prymitywnej dymarki wykulać choć kilo żelaza, tego oko ludzkie nie wypowie. A przecież działo się to na długo przed wynalezieniem wody po ogórkach. Ale trzeba było dymać, bo akurat było duże zapotrzebowanie na eksport mieczy. Niejedno żelastwo, którym Wandalowie – co ja mówię Wandalowie, zwykli Wandale! – zbezcześcili Rzym, powstało z życiodajnych soków ziemi, z której i ja biorę swe korzenie. Do dziś, ilekroć bawię w Rzymie, bierze mnie ochota, żeby coś tam pogruchotać. Mam to we krwi.

Później miejscowy przemysł trochę podupadł, ale później się odrodził. Przybywało dymarek, piecowisk, kuźnic, miechów, młotów, fryszerek, blachowni, kosarni, szabelni, gwoździarni, wytwórni narogów, pudlingarni i wielkich pieców. Wszystko rosło i potężniało. Chociaż jeśli o wielkie piece chodzi, to przy nich zaczyna się pewna przykra, trącąca dualizmem dychotomia, powodująca, że całe to hutnictwo wydaje mi się czasem mydleniem oczu ogniem, jednym wielkim oksymoronem. Oto w książce „Dzieje Huty im. M. Nowotki 1813-1988”, z której zresztą zaczerpnąłem te wszystkie piękne nazwy przed chwilą, Wiesław Borcych zawarł niepokojące, a nawet deprymujące zdanie: „Wielki piec ze względu na swą kubaturę i wydajność zaliczał się raczej do obiektów niewielkich”. A zdanie to tyczy się już pieca, który Jerzy Dobrzański postawił w 1813 roku nad Kamienną w Kuźni. Kuźnia ta jest dziś dzielniczką Ostrowca i nie mówi się już „w Kuźni”, ale „na Kuźni”. Wkrótce zaczęto w tych okolicach realizować śmiałe przedsięwzięcie Staszica, który umyślił sobie zbudowanie „ciągłego zakładu fabryk żelaznych na rzece Kamiennej”. Najpiękniejszą pozostałością tych planów są dziś ruiny walcowni w Nietulisku, tuż przy szosie, można oglądać z bliska bez wysiadania z autobusu. Iwaszkiewicz też się nimi zachwycał, podobnie jak nazwą „Boksycka”: „Ostatnia stacja kolejowa przed Ostrowcem nazywa się Boksycka, stacja boksytów. Nagle nazwa przemysłowa. Dziwna to mieszanina sielanki i przemysłu”. Ale Kuźnia, że do niej wrócimy, od początku była fabryczką z założenia małą, postawioną w terenie pofałdowanym, uniemożliwiającym rozbudowę, i do planu Staszica się nie załapała, zresztą synowie Dobrzańskiego – trzej, jak w bajce – szybko przepuścili majątek taty i w latach trzydziestych całe jego dobra wystawili na licytację. Nabył je bankier i wierzyciel Dobrzańskich, Abraham Simon Cohen, po czym od razu sprzedał za pięciokrotną cenę hrabiemu Henrykowi Łubieńskiemu. Jeśli więc dzisiejszy turysta spotka nocą na ulicach tego urokliwego miasta trzy plujące sobie w brody widma, to z pewnością będą to trzej bracia Dobrzańscy, plują od lewej: Roch, Roman i Łukasz.

Łubieński zbudował w 1839 roku nowy, nowoczesny zakład metalurgicznej po drugiej stronie rzeki, wówczas poza granicami miasta. Ten nowy zakład za mojej młodości nazywany był Starym Zakładem, co mówi samo za siebie. Na jego widok zakład w Kuźni od razu się spalił ze wstydu, co miało miejsce w roku 1840, i już go nie odbudowano. Wzorcowa fabryka posiadała nawet własną sikawkę, której bohatersko użyto do gaszenia Ostrowca w 1863 roku, kiedy z niewiadomych powodów spłonęło tu 136 domów. Wokół huty, na cześć jej projektantów noszącej miano Huty Klimkiewiczów, powstała osada robotnicza – Klimkiewiczów. Cieszę się, że nie musiałem tam mieszkać. Panujące tu warunki fabryczny wizytator przysłany z samej Warszawy określił na piśmie jako „bardzo nędzne” i „krańcowo niechlujne”. A ściągało tu w poszukiwaniu pracy coraz więcej robotników nie tylko z okolicy. W 1894 roku korespondent „Gazety Radomskiej” alarmował, że nie ma dla nich mieszkań. „Mieszkania w domach żydowskich drogie i niezdrowe” – pisał. Podnosił, że niektórzy muszą szukać sobie „przytułku” o kilka wiorst dalej, a jeżeli robotnik biegnie do pracy siedem wiorst, to potem nie ma sił dymać jak należy, wreszcie puentował z nostalgią: „Gdyby choć welocypedy były tańsze…”. W 1896 roku zbudowano trzypiętrowe bloki mieszkalne dla pracowników huty, które do dziś stoją. Odkąd pamiętam, były to typowe slumsy, odrapane, mroczne, z czerwonej cegły, która z czasem zbrązowiała, cuchnące kamienną stęchlizną. Ale lubiłem je, jakoś mi się zrosły z miejskim pejzażem i trochę szkoda, że właśnie zaczynają je wyburzać.

Tymczasem zdążyły przejść zabory, a później, wiadomo, była wojna. Welocypedy nie taniały i wreszcie w latach 1926-28 w lesie na północ od miasta zbudowano tzw. Kolonię Robotniczą, 45 domków jednorodzinnych. No, powiedzmy, domeczków: łączna powierzchnia kuchni, pokoju i spiżarki to było 37 m², ale do tego dodawano 10 arów ogrodu. Również niektóre z nich stoją do dziś. Niedawno byłem na Kolonii na imprezie towarzyskiej i przyznaję, że tam zamieszkałbym bardzo chętnie, gdyby było trzeba. Spłatę mieszkania rozciągano robotnikom na 20 lat i było to sprawiedliwe.

Przez cały ten czas nie zaniedbywano hutniczego ducha, o nie. Już w 1895 roku w Klimkiewiczowie utworzono amatorski teatr, który występował nie tylko w Ostrowcu, ale nawet w Opatowie. Osobiście żałuję, że nie mogłem gościć na żadnym z jego przedstawień. Pięć lat później pod wspólną nazwą „Kuratorium trzeźwości” zafundowano hutnikom bibliotekę (390 tomów) i herbaciarnię, które wkrótce wskutek braku zainteresowania trzeźwością upadły.

W latach trzydziestych nie tylko zbudowano dla robotników góralski Kościółek, ale było tu już pięć bibliotek, a żeby korzystać z największej z nich, trzeba było dymać w hucie. „Pamiętnik Świętokrzyski” pod redakcją Aleksandra Patkowskiego z 1930 r. wspomina o dwóch. Pierwsza była „dostępna dla wszystkich”, ale „korzystanie płatne”, o drugiej zaś przewodnik ów podaje: „Ostrowiec, ul. 3-go Maja 37. Rok zał. 1925. Dostępna dla robotników zakładów i ich rodzin”.

Trochę później była następna wojna, a po jej zakończeniu trzeba było hutę szybko doprowadzić do nieładu i modernizować, rozbudowywać, dymać na maksa. Jest pewna przepiękna książka poświęcona tym heroicznym dniom w jej historii. Nosi tytuł „Na przykład Plewa”. Napisał ją w 1949 roku Bogdan Hamera, ostrowczanin i człowiek bardzo mi bliski nie tylko jako ziomek, ale i ze względu na podobieństwo losów. On też zaczynał jako prosty hutnik, a doszedł do tego, że na słynnym posiedzeniu w Pałacu Staszica w 1955 roku mógł już chłostać ostrym słowem samego Ważyka („To jest poemat dla niedorosłych do Polski Ludowej!”), zaś skończył podobno nawet jako wiceminister kultury. Książka o Plewie jest tak znakomita, że w krótkim czasie miała trzy wydania, a w 1951 Jan Rybkowski, też ostrowczanin, a nawet szewniak jako i ja, nakręcił w Ostrowcu film na jej podstawie, „Pierwsze dni”. Nie ma siły, która mogłaby mnie powstrzymać od zacytowania z niej co bardziej urodziwych fragmentów, one więcej powiedzą o sercu hutnika przywiązanym do młota, pieca i surówki, niż jakikolwiek zryw mojej wyobraźni. Oto Błażej Plewa, hutniczy stróż nocny, wchodzi po wojnie do pustej i martwej kuźni fabrycznej. „Blask pogodnego księżyca słabo oświetlał jej wnętrze. Czarne, przykurzone kadłuby młotów w tym przyćmionym blasku wyglądały jak odlane z cennego brązu. (…) A kiedy minąwszy szereg tych martwych kadłubów zatrzymał się przy betonowym cokole, na którym ongiś stał motor wzbudzając pulsowanie młotów, zabolało go coś w piersiach. Doznał wrażenia, jakby wystające z betonu na kształt poutrącanych kikutów śruby swoimi czarnymi żądłami wwiercały mu się w trzewia. W jego oczach zaszkliła się wilgoć”. Nic dziwnego, że kiedy kilku takich jak Plewa dorwało się wreszcie do roboty, ich praca jako żywo stawała się czymś pośrednim między zmaganiami w ramach „Turnieju miast” a religijną orgią czczących słońce Azteków: „Wywołani robotnicy pędem puścili się do swoich młotów, a pomocnicy porwali kleszcze i pobiegli do pieca. Kalita wychwytywał z pieca rozżarzone do białości kawałki metalu, podawał nadbiegającemu, a ten chwytał kleszczami i biegł do młota, niosąc przed sobą jakby uszczknięty kawałeczek słońca”.

Trzeba było zasuwać biegiem od pieca do młota, bo kraj potrzebował żelaza jak kobyła obroku. Kiedy robotnik Bonawentura Wonch, z którego „twarzy i całej jego postaci wiało jeszcze ponurym posmakiem hitlerowskiego »Arbeit macht frei«”, namawiał kolegów z fabrycznego oddziału, żeby dobrowolnie i za friko dymali nie po osiem, ale po jedenaście godzin dziennie, zręcznie szkicował aktualną sytuację geopolityczną w Europie na tle historycznym: „Baty i szturchańce dostawało się i o szóstej rano, i o dwunastej w nocy, i o każdej porze. Dziś ten bat jest połamany, a nie mamy jeszcze pewności, czy nie znajdzie się znowu amator, który będzie chciał sobie taki bat na nas ukręcić. Churchille nie śpią”. Tymczasem jednym z większych problemów we wracającej do życia hucie był brak kadr kierowniczych. Również ten kłopot Bogdan Hamera nie tylko rozumiał, ale i potrafił wyjaśnić. „Jeśli inteligencja w znacznej swojej – i to najbardziej wartościowej – części zabrała się do rewizji swojego dotychczasowego światopoglądu, to wśród półinteligencji i pseudointeligencji niewielu było takich, którzy rozumieli zbieżność swoich interesów z interesami robotnika i rozbieżność swoich interesów z interesami burżuja. A z tych rozumiejących tylko bardzo nieliczni przeżyli okupację.

Dlatego właśnie obsadzanie kadr sprawiało wielkie trudności”.

A potem na terenie zakładu pojawił się Sabotażysta. I potwór ów dopuścił się uszkodzenia motoru! „Plewa od chwili zdjęcia pokrywy z motoru stał nad nim jak nad trumną z ciałem bardzo bliskiego człowieka.

Kochał swój oddział, szanował każą jego cząstkę, ale motory ciągle uważał za coś więcej niż swoją drogocenną własność. (…) Ileż to razy wprost z dziecinnym upojeniem wsłuchiwał się w ich szum. (…) Ile razy klepał te motory po żelaznych plecach jak ulubione zwierzęta domowe i przemawiał do nich z duszy…

Teraz zamach na ich całość, na ich zdrowie ugodził go bardzo boleśnie”.

A jakie obrazowanie! Zaraz skończę z tymi cytatami, ale jeszcze kilkoma się podelektujmy. „Twarze z drzwi wgarnęły się niezwłocznie do gabinetu i otoczyły sekretarza milczącą girlandą”. „Jak amerykański Murzyn w obliczu białych sędziów, tak on w tej chwili przygotowywał się do cierpienia za winy nie popełnione”. „Maria odruchowo zajrzała mu w oczy, zielone, nienaturalnie wielkie na tle wymizerowanej twarzy, i ze zdumieniem znalazła w nich zmartwychwstający, żywy blask. Szarpnął ją wewnętrznie ten ich nowy wyraz”. Tak, jeśli na dalszych kartach mego dzieła pojawi się amerykański Murzyna w obliczu białych sędziów lub szarpnięcie wewnętrzne – a pojawią się na pewno – to proszę pamiętać, iż są to hameryzmy.

Proszę też zapamiętać stosunkowo łatwą do zapamiętania nazwę „Walczymy o Stal”. Od stycznia 1951 roku huta wspólnie z Komitetem Fabrycznym PZPR wydają własną gazetę pod takim tytułem, a jeszcze on do nas powróci. Trzeba wiedzieć, że w tamtych wzniosłych czasach dziennikarze musieli czasem dymać w hucie nie gorzej, niż robotnicy. Tadeusz Kupis w książce „Dziennikarskie sprawy” przytacza za stenogramem dyskusji na III Zjeździe Związku Zawodowego dziennikarzy RP wypowiedź dziennikarską z tego samego 1951 roku. Mówca opowiedział, jak w gronie kieleckich dziennikarzy zamartwiali się, że czas wytopu w hutach jest dłuższy, niżby to się im, kieleckim dziennikarzom, marzyło: „Myśmy uznali, że ta długość wytopu jest stanem nienormalnym, i postanowiliśmy jako redakcja przypuścić ofensywę na marteny huty Ostrowiec. Nasi towarzysze redakcyjni siedzieli dniami i nocami w hucie. Siedzieliśmy tam i rozmawialiśmy z ludźmi, i pomagaliśmy organizacji partyjnej, namawiając do skrócenia czasu wytopu, w wyniku czego doszło do bardzo wydatnego skrócenia czasu wytopu… Przed dwoma tygodniami był taki fakt, że naczelny dyrektor huty Ostrowiec przyjeżdża do redakcji i powiada: »Pomóżcie mi, bo mam trudności z wykonaniem planu za miesiąc luty. Przyjedźcie do huty i jakoś dogadajcie się z nimi«”.

Nie chciałbym dopuścić się obrazy świętego hutniczego trudu, ale gdzieś w podtekście czai się tutaj potworny domysł, że „oni” już wtedy nie mieli ochoty biegać od pieca do młota i dyrekcja nie radziła sobie z nakłanianiem ich do tego. Jeszcze się odnotowuje kolejne szczytowania w życiu huty, celebruje się produkcję milionowej śrubki i oddanie do użytku kolejnego cudu techniki. Na przykład Zdzisław Kałamaga, nawiasem mówiąc prezydent Ostrowca w latach dziewięćdziesiątych, pisze w „Dziejach Huty…”: „W maju 1957 r. przebudowano i zmodernizowano rozrząd pieca martenowskiego nr 1, rok później pieca nr 2. Pierwszego wytopu z tych pieców dokonał na drugiej zmianie w dniu 27 maja 1957 r. wytapiacz Wincenty Wojtyła”. Ale na marginesach peanów pod adresem huty-żywicielki i przodujących sił coraz częściej można odnaleźć ślady tego, że mit hutnika omdlewającego ze szczęścia, iż może dymać do upadłego przy wielkim piecu, zaczyna się sypać. Na początku 1962 roku zajechał do Ostrowca Andrzej Bajorek, aby napisać tekst zamieszczony potem w wydanej pod sztandarem „Sztandaru Młodych” książce „Młodzi stąd. Reportaże 1950-1965” (którą zresztą zaszczycił swym piórem sam Ryszard Kapuściński). O ZMS-owcach z ostrowieckiej huty napisał: „Tych jest ponad tysiąc. Wszędzie widoczni, jak się gdzieś wypowiadają – to śmiało i bez ogródek. Że z bhp na stalowni całkiem źle, że wsad do wielkiego pieca coraz gorszy, jakże więc uzyskiwać można dobre wyniki. Albo te dziewczęta-uczennice, którymi nikt się nie opiekuje, przychodzą do pracy »oderżnięte« jak na balet i obijają się po zakładzie”.

Ciekawe, czy zetemesowcem był gość o nicku „Nicky”, który w sierpniu 2009 roku zabrał głos na forum internetowym poświęconym Ostrowcowi. Łatwo obliczyć, że jego wspomnienia dotyczą końca lat 50.: „W sobotę odwiedziłem Ostrowiec po ponad 50 latach nieobecności. Kiedy teraz wędrowałem przez miasto, dusiło mnie w gardle. Nie mogłem mówić. Spędziłem tu (w Częstocicach) dzieciństwo. Chodziłem do podstawówki, której już nie ma. Zdążyła jeszcze zagrać w filmie Rybkowskiego „Pierwsze dni”. Razem z kolegami statystowałem w tym filmie, we fragmencie rozgrywającym się na tarasie Pałacu w Częstocicach. Byłem jednym z tych opalonych dziesięcioletnich urwisów biegających po parku. Miasto pamiętałem jako bardzo bogatą, pogodną aglomerację, dumną z Huty im. Marcelego Nowotki. Niemal każda rodzina miała kogoś, kto pracował w Hucie. (…) W mojej pamięci było to ludne, radosne i pogodne miasto. W lecie, każdego popołudnia i w niedzielę Aleją 1 Maja spacerowały roześmiane, pogodne tłumy. Zawsze opowiadałem to żonie i synowi i oni nie mogli sobie tego wyobrazić – ale tak właśnie było!!! Gdy budziłem się rano, biegłem do okna i widziałem dymiące cały czas kominy Huty. Jaki to był wspaniały widok i wspaniały początek dnia!!! Domu, w którym mieszkałem, już nie ma. Został rozebrany. Nie pozostały nawet fundamenty. Po prostu zarosły trawą placyk. Gdy wyszedłem teraz z hotelu „Gromada” na miasto, zobaczyłem puste ulice, zataczających się nastolatków. Recepcjonistka uświadomiła mnie, ze dramatycznie nie ma pracy, kto może ucieka z miasta, najlepiej do Warszawy, a nawet i za granicę – zrobiło mi się bardzo przykro”.

Nawet jeśli obraz „roześmianych, pogodnych tłumów” uznamy za przesadzony, coś jest na rzeczy. Także za moich dziecięcych czasów wspominany już park hutniczy zapełniał się dziećmi i rodzicami, uradowanych z powodu huśtawek, samolotu i siermiężnej, ciężkiej karuzeli chodzącej na pych. Teraz, kiedy wybrałem się tam z córką w niedzielne południe, w ciągu godziny spotkaliśmy jednego człowieka, zajętego długim gadaniem przez komórkę. I niektórzy naprawdę musieli być niegdyś szczęśliwi, że jest huta, że dymi i że widać ją przez okno. Wśród zapamiętanych z dzieciństwa strzępów piosenek, do których nie wiadomo kto układał polskie słowa, mam w głowie także początek refrenu śpiewanego na melodię „Mamma mia” Abby. Radosny refren brzmiał: „Właśnie teraz, właśnie tutaj zapłonęła ogniem huta”; poza nim pamiętam jeszcze tylko uryweczek: „Mam tu wszystko, co chcę”. Ani chybi był to hymn na cześć Ostrowca, bo nie sądzę, żeby w mieście, które samo było hutniczym, piano na cześć Nowej Huty. Tak, musieli tu też mieszkać ludzie, którym było dobrze.

Wróćmy jednak do mrocznych stron mego rodzinnego miasta. Reporter Bajorek poczynił jedną jeszcze uwagę, obok której nie sposób przejść obojętnie, choć nie odnosi się bezpośrednio do huty. Ale przecież pamiętamy krótkie i smutne losy „Kuratorium trzeźwości”… Uprzedzam, że słowa, które teraz padną, będą bezlitosne jak bijący na odlew odlewnik. „W spożyciu alkoholu na głowę mieszkańca pierwsze miejsce w Polsce ma województwo kieleckie. W Kieleckiem przoduje Ostrowiec. Po 6,3 litra czystego spirytusu wypada na głowę, obywatele przepijają zatem równowartość sześciuset izb mieszkalnych. Mniej więcej połowę tego, ile każdego roku buduje się w mieście”.

Czyli mam niezbywalne prawo powiedzieć, że łaskawie się rodząc dwa lata później, urodziłem się w polskiej stolicy pijaństwa. Wątek ten przyjdzie mi jeszcze w odpowiednim czasie rozwinąć, choć nie jestem pewien, czy poradzę obliczyć, braku ilu izb mieszkalnych jestem winien osobiście. Na razie uświadamiam sobie z pewnym zdziwieniem, że dzieciństwo spędziłem w okolicznościach przyrody, do których iwaszkiewiczowski epitet „sielankowo-przemysłowe” jak najbardziej by pasował. Niby na wsi, ale odległość od płotu naszej działki do muru najstarszej w Polsce cukrowni „Częstocice” nie wynosiła nawet pięćdziesięciu metrów, a do głównej bramy potężnej Huty im. Nowotki szło się pietnascie minut piechotą, ewentualnie, jeżeli człowiek zaspał do roboty, osiem. Huta była stale obecna w świadomości, nawet jeżeli nikt z najbliższej rodziny w niej nie pracował. O szóstej, czternastej i dwudziestej drugiej słyszało się odległe wycie syreny ogłaszającej fajrant. Cichą nocą słyszało się z oddali pomruki wielkiego pieca. Cokolwiek znajdowało się w okolicy wspomnianego głównego wejścia, było „pod hutą”. Oczywiście w moich uszach znów brzmiało to wszystko jak nazwy własne. Przystanek Pod Hutą. „Wyprowadził się Spod Huty”. Sklep Pod Hutą. W tym właśnie sklepie moja Mama miała być w końcóweczce lat siedemdziesiątych świadkiem wielkiej kompromitacji kobieciny stojącej w kolejce po cukier z dzieckiem na ręku. Znudzone czekaniem dziecko zapytało wreszcie: „Mamo, a po co nam tyle cukru? Przecież mamy już pełny tapczan”. Dziś wnętrze tego sklepu zajmuje bar, który oficjalnie już firmuje się szyldem „Pod Hutą” i jest to sprawiedliwe.

Przypominam, że przez cały czas mówimy o Starym Zakładzie. W 1973 roku na przeciwległym końcu miasta ruszył z kopyta nowoczesny zakład metalurgiczny zwany Nowym Zakładem, ale nie widziałem go na oczy, z jednym wyjątkiem, kiedy w ramach wagarów pojechałem „dziewiętnastką” kursującą na trasie Paulinów – Nowy Zakład do jej końcowego przystanku. Huta, o której opowiadam, to wyłącznie ta stara, bliższa.

I pora chyba przejść od szkicu historycznego, mimo jego lekkość i finezyjność stylu, do refleksji osobistych, które w dużej ilości posiadam. Albowiem kosmiczne prahutnictwo Hetytów, wędrówki Celtów, upadek Rzymu, śmiały plan Staszica, trud robotników, których nie było stać na welocypedy, sześć litrów czystego spirytusu na głowę i elegancja, z jaką Wincenty Wojtyła otwierał otwór spustowy – wszystko to znalazło swą mistyczną kulminację w 1983 r. po Chrystusie, kiedy w drzwiach Wydziału Zatrudnienia mieszczącego się wówczas przy Rondzie stanąłem ja. Dziewiętnastoletni, smukły jak cedr i twardy jak lilia, jeszcze nie odarty ze złudzeń, ale już trochę naddarty, gotów za wszelką cenę hartować żelazo, wykuwać stal i w ogóle iść w ogień czy gdzie tylko mnie popchną. Między panią Mariolą, której prawdziwego imienia historia nie przekazała, a mną, rozegrał się wówczas dialog, który trwale zapisał się w szeroko rozumianej kulturze, zwłaszcza w okolicach styku kultury wysokiej z kulturą robotniczą. Wielokrotnie opiewałem ów dialog w opowieściach, które stylizowałem na anegdotę, aby ująć nieco ciężaru słowom, jakie padły wówczas w głębokiej ciszy urzędniczej kanciapy. Tym razem jednak niech będzie mi wolno przytoczyć ten dialog dosłownie, tak, jak się dokonał.

– Wykształcenie?

– Podstawowe.

– To jako kto chce pan pracować?

– No, nie wiem. Wszystko jedno.

– To może na jakiś kurs najpierw pana zapiszemy. Brakuje spawaczy i suwnicowych.

– Ee… Chyba nie.

– No to co ja tu mogę panu zaproponować… – tu w sposób znamienny zaszeleściły papiery. – Może pan być odciągaczem wsadu, wybieraczem złomu albo zapinaczem hakowym. Pasuje?

– Tak, właśnie o czymś takim marzyłem!

– No to niech pan wybiera.

– Złom? Nie, chyba zapinacz wsadu najbardziej by mi pasował – powiedziałem, gdyż byłem w stanie szoku.

– Nie ma zapinacza wsadu. Jest odciągacz wsadu albo zapinacz hakowy.

– Właśnie zapinacza hakowego miałem na myśli. Czuję teraz wyraźnie, że właśnie do tego jestem powołany.

– No to dam pana na Centralne Składowisko. Może być?

– Wspaniale. Aha, a co taki zapinasz hakowy robi?

Pani Mariola popatrzyła na mnie wzrokiem, jakim biali sędziowie patrzyli na amerykańskiego Murzyna i mruknęła pod nosem coś po japońsku, czego nie zrozumiałem, a czego wymowa w pełnej jaskrawości dotarła do mnie dopiero na ulicy, kiedy nieco ochłonąłem. Powiedziała mianowicie: zapinahaki.

Centralne Składowisko. Przez góry Montany. Litwo, ojczyzno moja. Za jej Poli Raksy twarz. Niewiele jest fraz, które trącałyby najgłębiej we mnie ukryte struny rzewności i tkliwości z równą mocą. Jeżeli miarą człowieczeństwa jest pragnienie Wolności za wszelką cenę, to tutaj, nigdzie indziej, osiągnąłem pełnię tego człowieczeństwa, kiedy ujrzałem swoje nazwisko na pierwszym miejscu listy pracowników Walcowni Dużej z największą ilością bumelek w którymś tam półroczu. Jeśli mężczyzną zostaje się po pierwszym kieliszku czystego spirytusu, to tu właśnie stałem się mężczyzną. Ale idźmy po kolei. Przede wszystkim Centralne Składowisko Wsadu, w skrócie Centralne, choć formalnie należące do wydziału Walcowni Dużej, wbrew swej nazwie leżało na końcu świata, w samym narożniku rozległych terenów huty, za nim był już tylko płot. Właściwie mur, ale wszyscy mówili płot. Majster czy kierownik, który się tu wybierał z walcowni, musiał przeczłapać kawał Drogi. I było to dobre. Centralne, z czego nie od razu zdałem sobie sprawę, było też składowiskiem ludzkich wraków. W najlepszym tego słowa znaczeniu; takich wraków, co to jeszcze są na chodzie, a już zaczyna im być wszystko jedno. Zgłaszał się do roboty ktoś tak niewydarzony jak ja, zero jakichkolwiek ludzkich ambicji – na Centralne go. Wychodził ktoś z pierdla i nigdzie nie chcieli go przyjąć? Centralne Składowisko witało go szeroko otwartymi ramionami dźwigów. Zwolniony dyscyplinarnie? Rzucić go na odcinek, gdzie dyscyplina i tak jest rozluźniona, będzie w sam raz. Trafił się osobnik upośledzony tak lekko, że prawie w ogóle nie było tego widać? „No to dam pana na Centralne Składowisko”. Było mi tam jak u Pana Boga za martenowskim piecem. Stan wojenny miał się już ku końcowi i tylko udawał stan wojenny. W ogóle dużo było udawania, a najwięcej było udawania, że się pracuje, co od razu bardzo mi się spodobało. Czasy były heroiczne, ale inaczej, niż wtedy, kiedy Błażej Plewa łkał nad zepsutym motorem. Teraz był to heroizm bardziej wymagający. Kiedy Plewa i jego towarzysze postanowili jak najwięcej dymać, sprawa była prosta: pracować o suchym pysku, poruszać się biegiem i zostawać przy swoich stanowiskach pracy po godzinach. Natomiast heroizm dotyczący unikania pracy wymaga od robotnika inwencji i sprytu, rozwija go nie tylko w zakresie powierzonych mu zadań, ale także pod względem intelektualnym i gimnastycznym. Tu bezmyślną powtarzalność godną automatu hutnik musi zastąpić zmyślnością i pomysłowością, dostosowując się do zmiennych okoliczności i wyzwań. Za moich czasów załoga Centralnego Składowiska z dużą nawiązką odzyskała ponadplanowe godziny przepracowane ongiś przez powojennych przodowników pracy. W kosmosie znów zapanował porządek, choć w mikrokosmosie huty – niekoniecznie.

Na pozór wszystko funkcjonowało jak trzeba. Pracowało się na trzy zmiany w systemie czterobrygadowym. Ten genialny wynalazek polegał na tym, że na każdym stanowisku zmieniały się cztery robotnicze zespoły. Cztery dni na pierwszej zmianie, potem dzień wolny, cztery dni na drugiej zmianie, dzień wolny, cztery dni, a raczej noce, na trzeciej – dwa dni wolnego. Potem cykl zaczynał się od nowa. Dzięki temu można było sobie planować życie w sposób wolny od zabójczych dla tegoż życia monotonii i jednostajności. Najgorzej było na zmianie pierwszej – jeśli nie była to niedziela lub wolna sobota, huta pełna była ludzi, a naszą robotę nadzorowali, nierzadko bezpośrednio, mistrz zmianowy i kierownik. Byli to nadzorcy bardzo ludzcy, pełni wyrozumiałości dla człowieczych słabości takich jak niepunktualność, kac czy zwykłe bumelanctwo. Na ile mogli, tuszowali różne nasze niedoskonałości i wpadki, ale znali przerastające nasze rozumienie plany, które trzeba było wykonać, mieli też nad sobą przełożonych, przed którymi za realizację tych planów odpowiadali. Krótko mówiąc, gonili do roboty, ale kiedy na przykład ktoś się do roboty nie stawił albo się podczas dniówki uwalił, robili z niego chorego albo pozwalali przedymać kolejne osiem godzin koledze z poprzedniej zmiany, że niby było to umówione zastępstwo. Mistrzem zmianowym, czyli po prostu majstrem, był młody inżynierek, nazywał się chyba Wójcik, ale moi koledzy mówili o nim per „Wystraszony”. „Ej, Wystraszony idzie, bierzta jakieś grabki, że niby porządkujemy teren” – komenderował czasem nasz brygadzista, Adam Gardynik. Inżynier chyba czuł się obco w środowisku nie do końca ucywilizowanych robotników, uśmiechał się blado, klął nieprzekonująco jakby dopiero się uczył, a przede wszystkim był nietrunkowy. Pracować w owych czasach w Hucie im. Nowotki i jednocześnie nie pić to masochizm, którego chyba już nigdy nie zrozumiem. Ale majster jakoś sobie z nami i ze sobą radził, choć przychodziło mu to z widocznym trudem. Byliśmy dla niego jak Nowi Dzicy – zrozumieć ich się nie da, ale zaakceptować trzeba. Za to kierownik Zdzisław Nowak, zaocznie tytułowany „Zdzichem”, był to hutnik z krwi i kości, potrafił równo opierdolić, ale też pośmiać się, a jak nikt nie widział, to i napić się z nami. Wobec władzy wyższych szczebli tyle razy ręczył za nas głową, że nawet gdyby był wielogłowym smokiem, dawno by mu tych głów zabrakło. Miał dla nas ojcowską cierpliwość, jaką naprawdę zrozumieć mógłby tylko ktoś, komu urodziłaby się piętnastka synów nierobów i pijaków.

Winien jestem Iwaszkiewiczowi opisanie pradawnego stanowiska roboczego. Centralne Składowisko był to wielki plac zastawiony stosami wlewków, czyli stalowych kloców przeznaczonych do dalszej obróbki. Pociągi przywoziły je skądś na teren huty, gdzie albo trafiały bezpośrednio na odpowiedni wydział, albo składowano je u nas. Część Centralnego miały w swoim zasięgu dwie żyrafowate suwnice, pozostały jej teren obsługiwały ciężarowe dźwigi uwijające się w wąskich alejkach. Naszym, zapinaczy hakowych zadaniem, był rozładunek i załadunek tych półfabrykatów. Po prostu potrzebni byli ludzie, którzy zwisające z dźwigu liny podłożą pod końcówki wlewków i dopilnują, żeby maszyna podźwignęła ciężar w miarę pewnie i równo, żeby nikomu nie spadł na łeb. I my się do tego jak najbardziej nadawaliśmy.

Najistotniejszym elementem stanowiska roboczego był barakowóz, zwany zwyczajnie „budą”. Nie muszę chyba dodawać, że wewnątrz panowały warunki bardzo nędzne i krańcowo niechlujne. Tam się przebieraliśmy, tam jedliśmy kaszankę i salceson z hutniczego sklepiku, tam można się było skryć przed deszczem, przed słońcem oraz przed pracą i tam kwitło nasze życie towarzyskie: męskie rozmowy, gra w karty (najczęściej w chuja idealnie dopasowanego do naszych możliwości intelektualnych), oczywiście picie. Za moich czasów w pamięci starszych kolegów żywe jeszcze było koszmarne wspomnienie telefonu, który w tej pakamerze straszył. Było to dla nich przekleństwo, ponieważ wynalazek, którego pan Bell dokonał w jak najlepszej wierze, używany był do wydawania na odległość poleceń służbowych. W każdej chwili byle kierownik mógł zadzwonić i wezwać brygadę z Centralnego na wydział do jakiejś roboty. Chłopaki tyle razy uszkadzali linię telefoniczną i sam aparat, że wreszcie go zlikwidowano i Centralne Składowisko odetchnęło z ulgą. Teraz tylko w bardzo ważnych sprawach nasz brygadzista szedł na posterunek straży przemysłowej, żeby skorzystać z tamtejszego aparatu. I właśnie ten posterunek był jedynym od zwycięskiej wojny z telefonem mieczem damoklesowym nieustannie nad nami wiszącym. Usytuowany był niebezpiecznie blisko, tam, gdzie wąską bramą wjeżdżały i wyjeżdżały z huty składy towarowe. Nad torami wznosiła się wieżyczka obserwacyjna, na którą strażnik się wspinał, żeby z góry zaglądać do wagonów, czy Sabotażysta nie próbuje się dostać na teren zakładu i czy maszynista nie wywozi z huty czegoś do opylenia na boku. Rolą tych wartowników było też wyłapywanie wszystkich próbujących nielegalnie dostać się na teren huty lub przeciwnie, czmychnąć z niej. Podobno mieli nawet obiecane za nasze głowy premie, więc sprawa była poważna. O ile bowiem na pierwszej zmianie raczej zmuszeni byliśmy spędzać w pracy bite osiem godzin, o tyle na zmianie drugiej około piątej, szóstej, w najgorszym razie ósmej, szło się „na płot”. Naszą budę dzieliło od niego raptem pięć metrów, a tuż przy płocie rosło drzewo, po którym łatwo było się wspiąć. Drzewo było ważne, bo szczytem ogrodzenia biegły rzędy drutów kolczastych przymocowanych do betonowych łuków. Łuki wyginały się do wewnątrz, żeby z huty trudniej było wyjść, niż wejść. W dodatku zaraz za płotem biegł wzdłuż niego kanał doprowadzający wodę na teren fabryki i jedyna Droga ucieczki wiodła wzdłuż płotu w stronę budki strażników, dopiero na rogu, przebiegłszy kolejowym mostkiem można było poczuć się wolnym. Tylko z opowieści znam przypadek prawdziwej obławy strażników na moich kumpli, kiedy wzięci w dwa ognie Lechu Hanecki i Heniek Ciesielski salwowali się bohaterską ucieczką wpław. Przed taką desperacją jednak mnie ostrzegano, kanał nie był szeroki, ale podobno bardzo głęboki. Niedawno odwiedziłem to miejsce po ćwierćwieczu. Kanał zdążył wyschnąć i przekonałem się, że starsi koledzy mieli rację, strome koryto jest głębokie na trzy metry.

Z trzeciej zmiany uciekało się rzadko, za to czasem przychodziło się na nią dopiero nad ranem, żeby pokazać o szóstej kierownikowi, jak pięknie schodzi się ze stanowiska pracy. Głównym celem na nocnej zmianie było jak najlepiej się wyspać. To tutaj nauczyłem się spać w każdych warunkach, na przykład na ławce o szerokości trzydziestu centymetrów albo w pomieszczeniu dla majstrów przy Walcowni Dużej, z głową na biurku i w potwornym, borującym mózg huku wielkiego pieca słyszalnym na dwa kilometry.

Zasady były takie: jeśli po przybyciu do pracy czekała na nas robota, należało jak najszybciej ją wykonać. Potem brygadzista zapisywał w specjalnej książce raportowej, co zostało zrobione, odpowiednio wydłużając czas pracy. Swoimi kanałami upewniał się, że hutniczy kolejarze nie wepchną nam kolejnych wagonów przed końcem zmiany i można było wiać do domu lub iść spać. Jeżeli zaś jakieś wagony pojawiały się nie w porę, było pod dostatkiem sposobów, żeby się od niechcianej roboty wywinąć. Można było na przykład doprowadzić do kontrolowanej awarii suwnicy lub dźwigu. Albo przeciąć dwie „splotki” w stalowej linie, co czyniło ją groźną dla naszego życia, i nie móc znaleźć innej liny nadającej się do użytku. Wieczorem można było wspiąć się na wieżę oświetleniową i wykręcić parę żarówek, żeby przez całą noc nie móc pracować z powodu awarii oświetlenia, ale to była ostateczność i na pewno nikt nie robił tego na trzeźwo, bo wieże były naprawdę wysokie.

Nie lubię określenia „szkoła życia”, ale muszę przyznać, że praca zapinacza hakowego to było właśnie to. I nie chodzi mi nawet o mądrość przekazywaną konusowi, którym byłem, bezpośrednio, zawartą choćby w niezliczonych złotych myślach w rodzaju „Robota to głupota” czy „Największy grzech: pół litra na trzech!”. Ale na przykład wyćwiczyłem wtedy swój instynkt samozachowawczy, nabrałem nawyków, które zostały mi na całe życie. Do dziś, jeśli widzę przed sobą młot, upewniam się, że z tyłu nie ma kowadła, a jeśli dojrzę psie łby Scylli oglądam się, czy za mną nie czai się inna hybryda, lubię mieć trochę przestrzeni za plecami i tyle. Ponieważ staraliśmy się odwalać swoją robotę jak najszybciej, obciążaliśmy starodawne dźwigi marki „Lech” i „Polan” nad miarę. Im dalej taki dźwig musiał sięgnąć swoim ramieniem, tym trudniej mu było podołać zadaniu, to logiczne. Zdarzało się, że kiedy już kołyszący się ładunek był w powietrzu, przeciągał dźwig na swoja stronę używając niepodważalnego argumentu grawitacji, wskutek czego dźwig tracił stabilność, dwa jego koła odrywały się od ziemi i wtedy ratując go przed wykopyrtnięciem się, operator dźwigu ryczał ostrzegawczo: „Swobodne!!!” i miało się sekundę, żeby wiać, gdzie pieprz rośnie. „Swobodne” oznaczało swobodne spadanie, po prostu operator musiał natychmiast zwolnić wajchę utrzymującą ładunek w górze i parę ton żelastwa waliło się na ziemię bez ładu i składu. Dlatego w alejkach między stosami wlewków należało zawsze tak się ustawiać, żeby było dokąd uciekać.

W tym miejscu wypada oddać hołd operatorom dźwigów, z których żaden nie wyprawił na tamten świat nikogo z nas, a że Adamowi Gardynikowi zgniotło raz palec u stopy, to jego wina, że postawił nogę tam, gdzie nie trzeba. Moim idolem był i pozostanie na zawsze Stanisław Szot, drobnej postury kowboj ujeżdżający dzikiego stalowego rumaka z lekkością i wdziękiem, wyczyniający z „Lechem” takie cuda, że mógłby występować w cyrku. O niezapomniana nocy pod gwiazdami Centralnego Składowiska, kiedy Szot przyjechał swoim dźwigiem pod dobrą datą, a po małej rozgrzewce z nami był już tak natrąbiony, że w połowie roboty nagle i bez słowa odjechał w stronę barakowozu, wyskoczył z kabiny w biegu i spał już, kiedy jego dźwig jeszcze jechał sobie w siną dal. O straszny poranku, kiedy okazało się, że dźwig ugrzązł na torach i został staranowany przez wagony wepchnięte tu dla pierwszej zmiany! Kolejarze też byli leniami i zamiast kulturalnie podstawiać wagony w odpowiednie miejsce mieli zwyczaj popychać je lokomotywką tak, że siłą rozpędu wtaczały się na Centralne, gdzie torowisko było lekko wklęsłe, więc wagony przez pewien czas bujały się w tę i tamtą stronę, aż nieruchomiały tam, gdzie było najniżej.

Przy kieliszku Szot hojnie nas raczył z życia wziętymi historyjkami, z których najlepiej pamiętam tę o porwaniu jego dziecka. Otóż pewnego razu żona Szota zostawiła go w domu samego z dzieckiem. Kiedy więc wybiła godzina Prawdy, a żona nie wracała, Szot poszedł do knajpy, zaś wózek z dzieckiem kulturalnie zaparkował na ulicy przed wejściem. W knajpie oczywiście spotkał kolegów, zatem trochę się zasiedział. Kiedy wyszedł, wózka nie było! Cała ostrowiecka milicja została postawiona na nogi, kidnaping w tym spokojnym mieście nie zdarzał się często. „Ukradli mi dziecko! Szukajta mojego dziecka!” – pieklił się na komisariacie pijany Szot. Za pomocą działań operacyjnych milicja szybko ustaliła, że wózek z dzieckiem zabrała spod knajpy żona Szota. Kiedy mu to zakomunikowali, zamiast się ucieszyć próbował naruszyć nietykalność cielesną funkcjonariusza, na którego rzucił się z krzykiem: „Co? Ty taki owaki, mojo Wandzia złodzij?!”.

Przez moją brygadę przewinęło się sporo osób, które nie zagrzały w niej dłużej miejsca, ale jej zasadniczy kościec trwał bez zmian przez lata. Był to skład następujący: Adam Gardynik, Lechu Hanecki, Heniek Ciesielski, Maniek Kostucha, Stach Janasiewicz zwany powszechnie „Piździkłakiem” i ja. Kolejność nie jest przypadkowa. Adam był brygadzistą i to on odpowiadał za to, żebyśmy żyli w zgodzie ze wszystkimi. Miał dobre kontakty z kolejarzami i z majstrami z macierzystego wydziału, on i Lechu reprezentowali nas też, kiedy trzeba było postawić wódkę straży przemysłowej. Osobiście tylko raz dostąpiłem zaszczytu picia w budce strażników i pamiętam, że odbyło się to w atmosferze głębokiej konspiracji. Człowiek w mundurze to jest jednak człowiek w mundurze. Jeśli Adama zabrakło, jego nieformalnym zastępcą był Lechu, miał prawo wypisywać raporty i musiałem mieć jego zgodę, jeśli chciałem się urwać wcześniej. W razie potrzeby raport potrafili też napisać Heniek i Maniek, choć ten ostatni z językiem na brodzie, natomiast Piździkłak był prawdopodobnie całkowicie niepiśmienny. Stałym punktem żartów z niego była propozycja: „Stachu, wypisz dzisiaj raport, bo ja już muszę lecieć na płot, żeby mi autobus nie uciekł”. Mieliśmy dużo czasu, często głupieliśmy z nudów i nasze żarty i rozmowy raziły powtarzalnością. Najczęściej robiliśmy psikusy Mańkowi Kostusze. Był naiwny, miał chyba siedmioro dzieci i regularnie podpytywał chłopaków, jak oni to robią ze swoimi żonami, że nie przybywa im przychówku. Otrzymał dziesiątki tyleż fachowych, co fantastycznych porad, które były wspaniale nieskuteczne. Jeśli spaliśmy i do naszej budy ktoś pukał, wszyscy zrywali się na równe nogi i w pośpiechu wskakiwali w buty, żeby było widać, że nie śpimy, bo to nigdy nie wiadomo, kto puka. Jeśli czyjeś buty okazywały się przybite do drewnianej podłogi gwoźdźmi, to na pewno były to buty Mariana. Śmiechu było co niemiara. Stachu Janasiewicz znany był z panicznego lęku przed kobietami, więc też się nasłuchał docinków na wiadomy temat. A miał on dziwną pasję, godzinami potrafił czyścić i szlifować paznokcie. Czasem, kiedy chłopaki rżnęli w karty, ja czytałem książkę a Stachu piłował, podnosił mysią mordkę znad pilniczka i mówił z politowaniem: „Oj, Jacek, Jacek, co za głupoty tam znowu czytasz? Ja ci już nieraz mówiłem, że lepiej by Pan Bóg zrobił, jakby duszę wpierdolił w wierzbę, a nie w ciebie!”. Szczególnie częste stały się te przymówki, kiedy chłopaki znaleźli w „Walczymy o Stal” wywiad ze mną. Kulisy tego wstydliwego incydentu były takie, że składałem już w owym czasie wierszyki i odważyłem się jeden wysłać na konkurs jednego wiersza do Katowic. I w tych Katowicach, w Pałacu Młodzieży, dali mi drugą nagrodę. Po uroczystości wręczenia dyplomu i bambulca podszedł do mnie prawdziwy dziennikarz i poprosił o rozmowę. W ogóle nie chciał rozmawiać z laureatem pierwszej nagrody, tylko ze mną, bo jak się okazało był współpracownikiem „Walczymy o Stal” i poeta-hutnik trafił mu się tam jak grzyb w kompocie. Lubiłem potem czasem ubarwiać sobie noty biograficzne podając „Walczymy o Stal” jako miejsce swego debiutu literackiego.

Nie mogę pominąć milczeniem słabo zbadanego tematu, jakim jest życie seksualne robotników Huty im. Nowotki, muszę jednak zastrzec, iż moje obserwacje w tym względzie są wyrywkowe i mogą służyć co najwyżej za przyczynek do szerzej zakrojonego opracowania. Jak się wydaje, akty współżycia płciowego na terenie huty nie miały, w odróżnieniu od aktów pijaństwa, charakteru ciągłego, lecz występowały incydentalnie. Naocznym świadkiem takiego zdarzenia byłem tylko raz, a i wtedy nie widziałem wszystkiego. Pewnego letniego popołudnia któryś z kolegów zauważył, że zaraz za naszym płotem, nad kanałem, jakaś para nagrzana słońcem i jabolami idzie na całość. Po chwili dyskretnej obserwacji kochanków ktoś rozsądnie zauważył, że z ich reklamówki wyturlały się na murawę jeszcze dwa nietknięte wina. Próby miłosnego zespolenia trwały na tyle długo, że chłopaki zdążyli sklecić wędkę z pętlą na końcu i próbowali zza płotu zwędzić im chociaż jedną flaszkę. Ponieważ jako najmłodszy stażem nie mogłem się dopchać bezpośrednio do punktu widokowego, stając na palcach widziałem tylko, jak dróżką po tamtej stronie kanału przemieszcza się przypadkowy rowerzysta. Był tak zaczarowany pornograficzną scenką rodzajową wzbogaconą o surrealistyczne próby połowu poprzez mur, że jadąc do przodu, patrzył do tyłu, aż wpadł na sterczące wysoko szyny torowiska i wygrzmocił się jak ta lala. Drugi interesujący przypadek miał miejsce pod moją nieobecność, ale Adam i Lechu tyle razy z lubością ją relacjonowali, że czuję się, jakbym widział ją na własne oczy. Otóż wypadło im kiedyś iść na Walcownię do roboty w samym środku nocy. Zrozumiałe, że zakładanie odzieży ochronnej trochę im zajęło, i że nie szli bardzo szybko. Na miejscu czekała już na nich suwnicowa, z którą mieli pracować. A jak długo taka suwnicowa może czekać bezczynnie? Nie za długo. Kiedy dzielni zapinacze dotarli wreszcie na wydział, okazało się, że suwnicową w jej kabince zapina już jakiś jurny hutnik. Jak suwnicowa zobaczyła z góry, że przyszli lenie ze Składowiska, to się zestresowała. I z serdecznego uścisku, który połączył ją i hutnika, nijak nie mogli się wyzwolić! Wyobrażacie sobie to? Trzecia w nocy, mroczna hala Walcowni Dużej, dymiące żelazo, plany kwartalne zagrożone, a pod sufitem w maleńkiej ruchomej budce mężczyzna nie może zakończyć czegoś, co miało trwać tylko chwilę. Pół trzeciej zmiany się zbiegło szukać sposobu zaradzenia tej anormalnej sytuacji. Jak rano przyjdą do pracy kierownicy, to koniec. Niby można by wezwać lekarza, ale niech lekarz zakwalifikuje całe zdarzenie jako wypadek przy pracy, a wtedy pozjeżdżają się komisje z całego województwa! Wreszcie ktoś wpadł na pomysł, żeby nieszczęsnej suwnicowej polać wódki, to się kobieta rozluźni, a jak się rozluźni, to łatwiej jej się będzie, za przeproszeniem, rozluźnić. No i pomogło, bo wódka hutnikom zawsze pomoże. Słuchając tej historii, musiałem mieć taką minę, jak Stachu, kiedy mu wspominałem, że w lesie pod Ostrowcem widziałem żyrafę. Czyli minę czujnie obojętną, że niby wierzę, ale żeby w każdej chwili można było powiedzieć: „Przecież od początku wiedziałem, że to bujda”. Młody byłem i nieopierzony, wiedziałem, że takie sytuacje zdarzają się w świecie psów, ale żeby wśród ludzi?

Podobnie czułem się słuchając opowieści Janusza O., nazwisko przemilczam, bo a nuż prowadzi dziś stateczne i przykładne życie. Przyjmijmy, że nazywał się Ogier. Przemknął przez naszą brygadę jak meteor, bo szybko go wyrzucili, ale wymazać go z pamięci już się nie da. Młody, przystojny, niewyżyty. Janusz zamęczał nas niekończącymi się historiami swoich podbojów. Ile w tym było szczerości, a ile zmyślenia, tego nie wiem, ale jeśli co piąta historyjka była prawdziwa, to i tak mógłby być ghostwriterem Wisłockiej. Miał i dar, i nałóg opowiadania; przypuszczam, że o anatomii kobiety więcej się wówczas dowiedziałem od niego, niż w całym pozostałym życiu. Ponadto używał barwnego a tajemniczego języka, obfitującego w zwroty takie jak „na misia” czy „w kakałko”, który przez swą niezrozumiałość tym bardziej pobudzał wyobraźnię. Co jakiś czas, kiedy zmęczył się monologiem, z pobłażaniem rzucał nam grzecznościowe pytanie w rodzaju: „A wy jak, chłopaki, też lubicie na misia?”, na co ja, kryjąc rumieniec pod kaskiem, odpowiadałem: „No pewnie, na misia to jak najbardziej”, Maniek marzycielsko parskał: „Na misia, hehehe”, a Adam próbował szybko znaleźć wszystkim jakąś robotę. Muszę się jednak pochwalić, że kiedy Janusz wrócił po kilkudniowej bumelce i opowiadał, jak to przygruchał sobie jakąś pannę w pociągu i obsłużył ją w umywalce „na stojaka”, to ja pierwszy załapałem, o co chodzi.

Co do mnie, hutniczy los chyba nie odcisnął wyraźniejszego piętna na mojej, prawdaż, seksualności. Suwnicowe zupełnie mnie nie pociągały. Inaczej niż reporter Bajorek, „oderżniętych jak na balet” dziewcząt na terenie huty nie widywałem. O ile będąc uczniem zmagającym się do upadłego z dwiema pierwszymi klasami ogólniaka zdążyłem się kilkakrotnie zakochać w licealistkach, o tyle okres pracy w hucie był pod tym względem zupełnie jałowy. Prawdopodobnie mógłbym nawet wystąpić o jakieś odszkodowanie z tego tytułu, ale nie ma do kogo: huta upadła na pysk. Na sprawach gospodarki państwowej znam się tak samo, jak na przemyśle ciężkim, toteż nie potrafię ocenić, na ile przyczyniło się do tego upadku moje odejście z zakładu. Faktem jest, że już w 1996 roku po Centralnym Składowisku została jedna unieruchomiona suwnica, nieczynne wieże oświetleniowe i zarastający krzakami ogromny plac. Wiem o tym, bo w filmie poświęconym mojej umiarkowanie skromnej osobie, z tego właśnie roku, reżyser ustawił mojego byłego kierownika w tych krzakach i kazał mu o mnie opowiadać. W krótkiej, poszatkowanej wypowiedzi kierownik Nowak mówi o mnie per „pan Podsiadło Jacek” i wygląda na smutnego. Tylko raz coś na kształt uśmiechu przebiega przez jego szczerą, hutniczą twarz, kiedy mówi, że byłem grzeczny i spokojny, po czym dodaje: „No, jak to młody”. W domyśle: niechby młody próbował fikać, to by mu się dopiero dało popalić! O moim bumelanctwie kierownik Nowak wspaniałomyślnie milczy. Występ przed kamerą kończy stwierdzeniem, że lubiłem wsiąść do byle jakiego pociągu i jechać sobie „do końcowego przystanku”. To już na bank podyktował mu zdesperowany reżyser, bo zwyczaju takiego nie miałem ani wtedy, ani nigdy później, choć jak najbardziej chciałbym taki mieć.

Od kilku lat dawnych terenów huty strzegą tylko tabliczki z napisem „Wstęp surowo wzbroniony”. Budynek z bramą główną wyburzono. Część starych pomieszczeń wykupili prywatni przedsiębiorcy pod nowe, lepsze biznesy. Na teren Centralnego można wleźć bez skakania, dziurą w płocie. Chwasty sięgają miejscami twarzy. Nie ma już wieżyczki wartowników ani wież oświetleniowych, tylko wciąż ta samotna suwnica sterczy jak dinozaur, który nie zdążył wyginąć w porę. Przeszedłem się teraz po tych dziczejących obszarach aż do Walcowni Dużej. Zamiast huku maszyn towarzyszył mi śpiew ptactwa. Błażejowi Plewie albo pękłoby serce, albo zesrałby się z nadmiaru goryczy, to zależy, czy jego dalsze losy opisywałby Bogdan Hamera, czy ja. Budynek Walcowni stoi jak stał, tylko w środku panuje wielka cisza. Podszedłem do jednego z wybitych okienek, żeby tej ciszy posłuchać, i uderzył mnie niezmieniony po tylu latach zapach rdzy, stygnącego żelaza i murów przesiąkniętych parą i dymem. Sztachnąłem się z pięć razy przez zakatarzony nos i ta woń szarpnęła mnie wewnętrznie, jakby świat był autobusem, który nagle, po latach postoju, znów ruszył z miejsca.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata