Nawrócenia. Chrześcijaństwo w poszukiwaniu nowych szlaków (fragment)
CHARLES TAYLOR
Utożsamiając życie chrześcijańskie z życiem zgodnym z normami
naszej cywilizacji, straciliśmy z oczu przyszłą, głębszą przemianę,
którą zapowiada wiara chrześcijańska, a więc przebóstwienie
ludzkiego życia.
1.
Dwóch porządków, w których żyli na co dzień chrześcijanie, a które za świętym Augustynem
można by nazwać Miastem Bożym i miastem ziemskim, nigdy nie udawało
się pogodzić. Zawsze występowały między nimi napięcia. Znajdowały one
odzwierciedlenie w odmiennych regułach postępowania, które mogą się nam dzisiaj
wydać przejawem hipokryzji lub braku konsekwencji. Wojna bywała na przykład
dopuszczalna w pewnych okolicznościach, ale duchownym nie wolno było
uczestniczyć w walkach. Kościół nie mógł używać siły do zwalczania herezji, zadanie
to powierzano zatem „świeckiemu ramieniu” władzy. Nie sposób zaprzeczyć,
że wszystkie te zabiegi służyły często jedynie zachowaniu pozorów niewinności
i neutralności Kościoła. W ramach panującego wówczas światopoglądu nie dało się jednak w całkowicie zadowalający sposób pogodzić wymagań stawianych
przez oba porządki.
We wcześniejszych rozdziałach opowiadałem przede wszystkim o tym, jak ruch reformatorski
w Kościele próbował doprowadzić do ujednolicenia tych wymagań. Główną
ideą Reformy było ustanowienie Kościoła, w którym każdy okazywałby taki sam stopień
osobistego zaangażowania i oddania, jaki cechował dotąd elitę kościelną. Miał to być Kościół,
którego wszyscy faktyczni członkowie (z wyjątkiem potępionych) staraliby się wypełniać
wiernie nakazy Ewangelii. Przeprowadzenie takiej Reformy wymagało zdefiniowania
dostępnej dla każdego drogi życia, prowadzącej do takiej konsekwentnej postawy.
Jedynym sposobem osiągnięcia tego celu było zaś przybliżenie nakazów wiary chrześcijańskiej
temu, co osiągalne w doczesnym świecie i możliwe do zrealizowania w historii.
Dystans między niebiańskim Miastem Bożym i odpowiednio przystosowanym do wymogów
wiary miastem ziemskim miał zostać zredukowany.
Jeśli doprowadzimy ideę zbliżenia obu wspomnianych porządków do jej ostatecznych
konsekwencji, popadniemy w rodzaj deizmu, w którym wcielenie utraci wszelki sens, Jezus
stanie się tylko wielkim nauczycielem objaśniającym przykazania Boże, a same przykazania
okażą się systemem moralnym, odmianą nowoczesnego porządku moralnego, który pozwala
żyć człowiekowi w pokoju i harmonii z innymi. Zadanie religii sprowadza się wówczas do
krzewienia owej moralności, co znacznie ogranicza charakter przemiany, do której jesteśmy
wezwani. „Inny świat” zmienia swoją funkcję. Nie jest już dopełnieniem rozpoczętej na ziemi
drogi „przebóstwienia” (theosis), lecz źródłem nagród lub kar, będących sprawiedliwą odpłatą
za nasze doczesne postępki. Napięcie między oboma porządkami znika całkowicie.
Choć rzadko wyciągano aż tak radykalne wnioski i choć prawosławie zachowało nadal
w swoim nauczaniu ideę dwóch odrębnych porządków, to jednak koncepcja ograniczenia
dzielącego je dystansu wpłynęła w istotny sposób na główny nurt chrześcijaństwa zachodniego,
zwłaszcza – choć oczywiście nie tylko – w krajach protestanckich. Dystans ten
zmniejszył się w pewnym sensie w XIX i XX wieku, kiedy poczucie cywilizacyjnej wyższości,
ugruntowane w epoce podbojów kolonialnych, splotło się z pojmowaniem chrześcijaństwa
jako podstawy tej cywilizacji. Misjonarze nieśli wiarę chrześcijańską do nowego
świata, żywiąc często nadzieję, że kładą w ten sposób podwaliny pod przyszły dobrobyt,
ład i postęp, wierząc nawet niekiedy, że krzewią demokrację i wolność. Wielu z nich miało
poważne problemy z odpowiedzią na pytanie, czym jest chrześcijaństwo. Zbawieniem
ludzkości czy postępem zapewnianym przez kapitalizm, rozwój techniki i demokrację?
Obie odpowiedzi zlewały się ze sobą. Jeszcze trudniej było odróżnić zbawienie od zaprowadzania
słusznego porządku moralnego.
Więcej na łamach listopadowego „Znaku”
Share
Zamów numer