|
REPORTAŻ

Cela numer 21 (fragment)
GRZEGORZ SZYMANIK
Martwisz się. Czym się martwisz? Dają
jeść? Nie biją? Tym się przecież nie
martwisz. Boisz się, że zaczną. Że nie
wytrzymasz i powiesz. Wszystko,
nazwiska, daty, adresy. Bo za dużo
myślisz. Bo za dużo masz czasu na
myślenie.
I
Jesteś? Jesteś. Więc słuchaj: cela jest długa
na siedem kroków, szeroka na sześć.
Dokładnie siedem i sześć. W środku stół,
łóżko, zieleń. Kolor przegniłej trawy.
Psiakrew, obrzydliwy. Wszystkie ściany
obrzydliwe. Obrzydliwie zielona podłoga,
nawet okno. Tak, okno też zamalowano
na zielono, więc i światło, które
przez nie wpada jest obrzydliwie zielone.
No, rzygać się chce. Tylko górna szyba
czysta i lufcik można uchylić do połowy.
Jak przystawić stolik i stanąć na palcach,
to widać prawie cały dziedziniec.
Ale w drzwiach jest małe, okrągłe okienko.
Trzeba na nie uważać. Przez okienko
spoglądają czasem żandarmskie oczy.
Jeśli stoisz na stole, a drzwi się otworzą…
Mogą się wtedy wydarzyć dwie rzeczy.
To zależy.
Od tego, kto pojawi się w drzwiach.
Czy jest pijany, czy trzeźwy. I jak długo tu pracuje. Czy już po obiedzie, czy jeszcze
przed.
Od wielu rzeczy zależy.
Albo: wywlecze za nogi, metalowym
knutem strzaska plecy – skóra będzie pękać
i otwierać się jak przejrzały owoc,
krew spłynie po drewnianej podłodze,
wsiąknie w kamień.
Albo: splunie, a potem zamknie drzwi
obrzydliwie zielonej celi, siedem na sześć.
II
Spisek zawiązał się w łukowskim gimnazjum,
w starej szkole pijarów. Spiskowcami
byli gimnazjaliści z Łukowa, studenci
z Warszawy, urzędnicy, pomniejsi łukowscy
oficjaliści. Na spotkania przychodził
także nauczyciel miejscowej szkoły Jan
Thierbach. Siadał w kącie i przysłuchiwał
się dyskusjom. Broń miała pochodzić
z prowincji. Planowali rozbroić stacjonujące
rosyjskie oddziały. Jeśli zrobić
to ostrożnie, naprawdę ostrożnie – by
wieść nie rozniosła się zbyt szybko – mogłoby
się udać.
Wszystkich aresztowano zimą. Dwieście
osób. Jedną po drugiej wskazał nauczyciel
Jan Thierbach. Zapakowano ich
w kibitki. Sznur wozów ruszył w stronę
Warszawy. Skrzypiały koła. Było zimno,
bolały kości. Widzieli, dokąd jadą. Przez
kraty: w oddali, na stoku, wznosiły się ceglane
mury. Cegła była czerwona, prószył
biały śnieg.
Więcej na łamach listopadowego „Znaku”
Share
Zamów numer
GRZEGORZ SZYMANIK, student
dziennikarstwa
i polonistyki UW.
W następnym numerze:
JA, AFRYKA
POCZĄTEK STRONY |