Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 NAPISZ DO REDAKCJI

 

LISTOPAD 2009, NUMER 654

Strona główna


 

REPORTAŻ




Cela numer 21
(fragment)

GRZEGORZ SZYMANIK



Martwisz się. Czym się martwisz? Dają jeść? Nie biją? Tym się przecież nie martwisz. Boisz się, że zaczną. Że nie wytrzymasz i powiesz. Wszystko, nazwiska, daty, adresy. Bo za dużo myślisz. Bo za dużo masz czasu na myślenie.


I

Jesteś? Jesteś. Więc słuchaj: cela jest długa na siedem kroków, szeroka na sześć. Dokładnie siedem i sześć. W środku stół, łóżko, zieleń. Kolor przegniłej trawy. Psiakrew, obrzydliwy. Wszystkie ściany obrzydliwe. Obrzydliwie zielona podłoga, nawet okno. Tak, okno też zamalowano na zielono, więc i światło, które przez nie wpada jest obrzydliwie zielone. No, rzygać się chce. Tylko górna szyba czysta i lufcik można uchylić do połowy. Jak przystawić stolik i stanąć na palcach, to widać prawie cały dziedziniec. Ale w drzwiach jest małe, okrągłe okienko. Trzeba na nie uważać. Przez okienko spoglądają czasem żandarmskie oczy. Jeśli stoisz na stole, a drzwi się otworzą… Mogą się wtedy wydarzyć dwie rzeczy. To zależy.

Od tego, kto pojawi się w drzwiach. Czy jest pijany, czy trzeźwy. I jak długo tu pracuje. Czy już po obiedzie, czy jeszcze przed.

Od wielu rzeczy zależy.

Albo: wywlecze za nogi, metalowym knutem strzaska plecy – skóra będzie pękać i otwierać się jak przejrzały owoc, krew spłynie po drewnianej podłodze, wsiąknie w kamień.

Albo: splunie, a potem zamknie drzwi obrzydliwie zielonej celi, siedem na sześć.

II

Spisek zawiązał się w łukowskim gimnazjum, w starej szkole pijarów. Spiskowcami byli gimnazjaliści z Łukowa, studenci z Warszawy, urzędnicy, pomniejsi łukowscy oficjaliści. Na spotkania przychodził także nauczyciel miejscowej szkoły Jan Thierbach. Siadał w kącie i przysłuchiwał się dyskusjom. Broń miała pochodzić z prowincji. Planowali rozbroić stacjonujące rosyjskie oddziały. Jeśli zrobić to ostrożnie, naprawdę ostrożnie – by wieść nie rozniosła się zbyt szybko – mogłoby się udać.

Wszystkich aresztowano zimą. Dwieście osób. Jedną po drugiej wskazał nauczyciel Jan Thierbach. Zapakowano ich w kibitki. Sznur wozów ruszył w stronę Warszawy. Skrzypiały koła. Było zimno, bolały kości. Widzieli, dokąd jadą. Przez kraty: w oddali, na stoku, wznosiły się ceglane mury. Cegła była czerwona, prószył biały śnieg.

Więcej na łamach listopadowego „Znaku”

Share

Zamów numer

GRZEGORZ SZYMANIK, student dziennikarstwa i polonistyki UW.



W następnym numerze:

JA, AFRYKA

POCZĄTEK STRONY

 

 

 


© Copyright by SIW ZNAK Sp. z o.o.
Strona wykonana przez Akrateia Inc.