Ortodoksja a tolerancja (fragment)
OTO MÁDR
Jako konkurentki są sobie przeciwstawiane ortodoksja i tolerancja,
w sensie eklezjologicznym zaś: Magisterium i teologia. Na głębszym
poziomie w biegunową relację względem siebie wchodzą takie
fundamentalne wartości jak prawda i wolność.
Według wyników badań Instytutu Demografii w Allensbach, ogłoszonych w połowie lat
dziewięćdziesiątych XX wieku1, Kościołowi katolickiemu zarzuca się, że zbyt mało uwagi
zwraca na ludzkie oczekiwania, że niedostatecznie uzasadnia swoje stanowisko w różnych
kwestiach, że posługuje się językiem częściowo przestarzałym, że nadmiernie trzyma
się zdezaktualizowanych norm; w związku z tym wielu ludzi w łonie Kościoła zajmuje
wobec niego postawę krytyczną. Ten ostatni problem traktują niektórzy – nie tylko outsiderzy
– tak poważnie, że przepowiadają nawet nowy rozłam w Kościele katolickim.
1. Sytuacja
Trudny proces odnowy soborowej bynajmniej się nie zakończył, a niespokojna sytuacja
wewnątrzkościelna została teraz jeszcze zaostrzona przez śmiałe i zdecydowane
wstąpienie na arenę postmodernizmu. Nurt ten kontynuuje konsekwentnie główne linie
modernizmu, tak że – jak się wydaje – z grecko-rzymsko-żydowsko-chrześcijańskiego
fundamentu Europy niewiele już pozostało. Filozoficzny postmodernizm artykułuje
w swojej zamianie paradygmatów coraz większą niechęć do wyraźnie zarysowanych
struktur myślenia, działania i społeczeństwa. Na groźne skutki tego procesu wskazują z troską między innymi niektórzy politycy i mężowie stanu, na przykład Václav Havel.
Opowiada się on publicznie za efektywną moralnością, która – jego zdaniem – jest raczej
niemożliwa bez odniesienia do transcendencji. Podobną opinię wyraził już w roku
1939 Albert Einstein: ludzkości nie wystarczy nauka i technika, ważna jest żydowskochrześcijańska
formacja religijna z jej tradycjami i obrzędami.
Wydaje się, że postmodernizm zajmuje wobec religii stanowisko bardziej pozytywne
niż modernistyczny materializm i ateizm. Czy jednak letnia, rozmyta religijność nie jest
w gruncie rzeczy bardziej niebezpieczna, pokaże niedaleka przyszłość. W każdym razie postmodernistyczna duchowa „samoobsługa” stanowi zagrożenie dla każdej religii objawionej.
Nie jest tajemnicą, że również pewni teolodzy nie mają nic przeciwko takiemu
pojmowaniu religii. „Boga nie należy już rozumieć jako indywidualnej Osoby, która stoi
ponad wszystkimi (…), lecz raczej jako symbol”. Także w katolickiej teologii moralnej
pojawiają się koncepcje, dla których Bóg i Biblia są czymś zupełnie zbędnym.
Magisterium kościelne reaguje na to wyzwanie defensywnie i stara się umacniać swoją
pozycję. Powstałe w ten sposób napięcie między Urzędem Nauczycielskim a znaczną
częścią katolików, której kompetentnymi rzecznikami są przeważnie teolodzy, trwa nadal.
Wprawdzie w ostatnim czasie dialog wewnątrzkościelny przyniósł pewne dobre owoce (na
przykład w biblistyce), a co najmniej przyczynił się do postępu w dziedzinie ekumenizmu,
jednakże w sferze moralności i w stylu kierowania Kościołem ze strony hierarchii w dalszym
ciągu niewiele daje się wyczuć ducha odnowy soborowej. Proklamowanym celem „dysydentów”
pozostaje nadal demokratyzacja albo nawet protestantyzacja Kościoła.
Główne zadanie Soboru, aggiornamento, ujawniło pewien konkretny problem: napięcie
między tożsamością Kościoła a jego przystosowaniem w relacji do świata. Gwałtowne
kontrowersje wywołują dwa wynikłe stąd nurty: progresywna tendencja sekularyzacyjna grozi (w przypadku krańcowym) utratą tożsamości i zatonięciem Kościoła
w morzu coraz to nowych koncepcji antropologicznych; konserwatywna tendencja zachowawcza skrzydła tradycjonalnego petryfikuje (w przypadku granicznym) Kościół,
czyniąc z niego obce ciało w nieustannie rozwijającej się ludzkiej społeczności,
i sprzeniewierza się w ten sposób wyznaczonemu przez Boga zadaniu ewangelizacji.
Więcej na łamach listopadowego „Znaku”
Share
Zamów numer