|
REFLEKSJE

Humanizm, erotyzm, katolicyzm
(fragment)
PIOTR GRACZYK
Ruch myśli nie był dla Brzozowskiego
dziedziną wyodrębnioną ze świata, ale
częścią procesu erotycznego, który
poprzedzał jednostkowe myślenie i ku
czemuś innemu, wyższemu prowadził,
nadawał myśleniu cel i treść. Tak
pojmował humanizm.
Platon rozpoznał filozofię jako postać erosa.
Erotyzm platoński jest z pewnością czymś
innym niż to, co nazywamy dzisiaj seksualnością.
Seks to wynalazek XIX-wieczny,
wiktoriański; XX-wieczny freudyzm, jak
przekonywał Michel Foucault jest tylko odmianą
wiktorianizmu. Wielu odczuwających
osamotnienie w dzisiejszej cywilizacji
miłośników starej Grecji ubolewało nad degradacją
współczesnego erosa, który sprowadzony
został do seksualności. Na świadków
w tej sprawie przywołać można dwoje
myślicieli, którzy uwodzili swoich czytelników
tak mniej więcej, jak Alcybiadesa
uwiódł Sokrates, platońskie uosobienie erosa – tzn. nie robiąc nic, aby uwodzić;
nie poruszając się (żywą postać Sokratesa
pod chitonem Alcybiadesa Arystoteles zaklął
później w abstrakcję, nieporuszonego
poruszyciela). Oboje nie żądali bowiem niczego
dla siebie i traktowali swój umysł jako
środowisko, przez które jedynie przepływają
myśli, jakim zobowiązani są udzielić
schronienia. Mówię tu o Simone Weil i Nicolásie
Gómezie Dávili, postaciach skrajnie
się różniących pod względem politycznych
temperamentów (jak tylko żydowska aktywistka
skrajnej lewicy może się różnić od
południowoamerykańskiego patrycjusza,
posiadacza ziemskiego i reakcjonisty), ale
zarazem bliźniaczo do siebie podobnych
samotnikach filozoficznych. „Zmysłowość
jest spadkiem po świecie antycznym. Społeczeństwa,
w których ślad grecki i rzymski
bądź się wymazuje, bądź nie istnieje, znają
wyłącznie sentymentalizm i seksualność” –
napisał Dávila. W podobnym duchu wypowiadała
się Weil. Łączyła ją z Dávilą nie
tylko samotność, lakoniczność i tęsknota za
greckim erosem. Oboje byli – a w każdym
razie chcieli być – katolikami; a związek katolicyzmu
i erotyzmu wydaje mi się właśnie
czymś w najwyższym stopniu godnym uwagi.
By przemyśleć ten związek, patronem
niniejszego tekstu uczynię jednak innego
wielkiego uwodziciela, najbardziej polskiego
spośród filozoficznych uwodzicieli dwudziestowiecznych,
który pod względem stylu
pisania był co prawda raczej przeciwieństwem
Weil i Dávili. Stanisław Brzozowski,
bo o nim mowa, był tym lekarzem kultury
polskiej, który swoim czytelnikom wypisał
receptę nie na to czy inne lekarstwo intelektualne,
tylko – jak twierdził Irzykowski – na
całą aptekę. Otóż na końcu jego drogi życiowej
okazało się, że jest to apteka katolicka,
czy też raczej – że to katolicyzm jest
apteką, w której są wszystkie leki, wszystkie
trucizny, słodkie i gorzkie, dobre i złe.
Brzozowski, jeden z najbardziej przepełnionych
erotyzmem polskich autorów, odkrywa
w pewnym momencie, że jego erotyzm,
jego donżuanizm intelektualny, jest
katolicyzmem. Rozważyć chciałbym niektóre
przesłanki i konsekwencje tego odkrycia.
Grecki erotyzm i XIX-wieczna seksualność
są czymś innym nie z tego powodu, że
są zbiorami rozłącznymi. Seksualność zawiera
się w erosie, jest fragmentem całości,
owszem, ale takim fragmentem, który
niejako zasłania sobą całość. Rzecz w tym,
że ujmowanie erotyzmu jako seksualności
uniemożliwia rozpoznanie erosa w sensie
platońskim – nie prowadzi w górę, ponad
siebie, nie ma w sobie twórczej siły, która
charakteryzuje erotyzm; nie może być
dźwignią transcendencji. Seksualność to
eros, który staje się potrzebą, głodem; wystarczy go nasycić, aby zamilkł. Seksualność
jest jak film pornograficzny, to znaczy
jest przede wszystkim czymś beznadziejnie
nudnym, powtarzaniem tych samych, kompletnie
wyprutych z treści gestów. Płodnym
sensem tych gestów, zanim jeszcze się ulotnił,
był albo mógłby być erotyzm.
Więcej na łamach listopadowego „Znaku”
Share
Zamów numer
PIOTR GRACZYK, filozof,
tłumacz. Publikował m.in. w „Znaku” i „Tekstach Drugich”.
W następnym numerze:
JA, AFRYKA
POCZĄTEK STRONY |