70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Tratwa „Meduzy”, czyli o wspólnym dryfie religii i literatury

Cała humanistyka, ma wiele wspólnego z obecną kondycją katolicyzmu. To samo rzecz jasna dotyczyć musi sytuacji ludzi zajmujących się tymi dziedzinami – tak naprawdę jedziemy na jednym wózku i jest to wózek inwalidzki.

Bo kontemplacja gaśnie bez oporu

Z miłości do niej trzeba jej zabronić 

Czesław Miłosz „Traktat poetycki”

 

1.

Nie zwróciłbym pewnie uwagi na to, o czym chciałbym tu opowiedzieć, gdyby nie wesela. Ich skład i konsystencja niemal zawsze przypomina pseudo bigos, do którego wrzuca się wszystko, co pod ręką, bez względu na to, czy pasuje do siebie, czy nie. Niezawodnym sposobem, dzięki któremu ma nastąpić „przeżarcie się” mniej lub bardziej przypadkowych składników, ma być wielogodzinne duszenie ich w ciasnym garnku pod ciężką przykrywą. Chyba tylko na weselach tak różni, często widzący się po raz pierwszy w życiu, ludzie są postawieni w sytuacji, w której muszą spędzić z sobą  wiele godzin, nie mogąc się po prostu ignorować. Przydzielone miejsce przy stole jest jak wiadomo zobowiązaniem do podtrzymania konwersacji w najbliższym kręgu, która w pierwszej kolejności dotyczy najprostszych danych personalnych.

Kiedy podczas tych pełnych tyleż dobrej woli co kurtuazji rytuałów próbowałem odpowiedzieć na proste wydawałoby się pytanie, jaki jest mój zawód i co właściwie robię, reakcja (nie tylko ze strony tych rozmówców, których in gremium określano niegdyś w teatrach zgrabnym eufemizmem jako „mniej wyrobioną częścią publiczności”) była niemal zawsze ta sama – charakterystyczne „oooo!” lub „no proszę!”  mające wyrazić niekłamane uznanie i zaraz potem uprzejmy uśmiech, jakim starano się pokryć nie do końca chyba miłe zaskoczenie i konsternację. Towarzyska próżnia, która się wokół mnie po chwili wytwarzała, nie pozostawiała złudzeń, że moi rozmówcy znacznie lepiej się czują, utrzymując względem mnie pewną nieprzekraczalną fizyczną, a więc i psychiczną odległość. Nie żeby mieli coś przeciwko mojej osobie. Po prostu ciążyłem im w jakiś odrobinę przykry sposób, uwierałem jak drobny kamyk w bucie. W pierwszej kolejności gasły niczym zdmuchnięte przez przeciąg świece przaśne dowcipy, ludzie zaczynali uważać na swoje słowa, mówić okrągłymi zdaniami, niezręcznie podejmować  poważniejsze tematy, w końcu wyraźnie markotnieli i przesiadali się parę miejsc dalej, przedtem wyrzucając z siebie półgębkiem gdzieś w powietrze krótkie „przepraszam”.

Siedząc w osamotnieniu, niczym wewnątrz kręgu wypalonej trawy, dostrzegłem pewną analogię wobec sytuacji, w której się znalazłem. Przecież zdarza się, że w ten sam sposób ludzie reagują na obecność pozostającego incognito księdza, który nagle ujawnia swoją tożsamość! To samo przykre zaskoczenie, ten sam z trudem ukrywany popłoch i wreszcie ten sam usztywniony szacunek, za którym nic nie stoi, bo tak naprawdę ma stanowić alibi dla towarzysko usprawiedliwionej rezerwy.

Chyba już czas to powiedzieć: pracuję  na  filologii polskiej. Nauczam literatury współczesnej i piszę ten tekst, gdyż odnoszę wrażenie, że sytuacja, w jakiej znalazła się literatura, choć równie dobrze można tu powiedzieć cała humanistyka, ma wiele wspólnego z obecną kondycją katolicyzmu. To samo rzecz jasna dotyczyć musi sytuacji ludzi zajmujących się tymi dziedzinami – tak naprawdę jedziemy na jednym wózku i jest to wózek inwalidzki. Nękają nas niemal te same schorzenia i dolegliwości wywołane zachodzącymi w przyspieszonym tempie zmianami dotychczasowego modelu kultury, których prostą konsekwencją będzie wymieranie pewnych form ludzkiej umysłowości, bez których do niedawna nie można było sobie wyobrazić naszego świata. Duchownych i ludzi zajmujących się literaturą łączy nie do końca jeszcze uświadomiona wspólnota losu i przeznaczenia. O istnieniu tego ukrytego powinowactwa może świadczyć, że częściej niż na inne kierunki studiów trafiają do nas ludzie, którzy okazują się być niedoszłymi księżmi i zakonnicami. Z tego co mi wiadomo spora część naszych studentów to osoby wierzące i nierzadko związane z Kościołem poprzez duszpasterstwo akademickie, a wcześniej ruch oazowy. Tę specyfikę widać szczególnie wyraźnie na tle będących o wiele bardziej „na czasie”  kierunków, takich jak marketing, bankowość, zarządzanie, ekonomia, prawo czy informatyka, gdzie zjawisko to praktycznie nie występuje.  Także wśród pracowników filologii polskiej, przynajmniej tam gdzie pracuję, znaleźć można osoby, które mają za sobą epizod pobytu w seminarium duchownym lub poważnie rozważali kiedyś ten krok. Jest więc prawdopodobnie jakaś głębsza przyczyna tego, że kandydaci do życia duchownego naturalną dla niego alternatywę odnajdują za wysokim murem książek i nad nią chciałbym się tutaj zastanowić.

2.

Ogólnie rzecz biorąc, są cztery podstawowe sposoby pisania o kryzysie kultury wysokiej, cztery postawy wobec tego tematu, a więc po kolei: postawa „źle się stało”, postawa „tym gorzej dla was, że tak się stało”, postawa „nic się nie stało” i postawa „dobrze się stało”. Pierwsza z nich to lament, rozdzieranie szat, jeremiada i wróżenie nieuchronnej cywilizacyjnej katastrofy jako prostej konsekwencji odrzucenia tego, co było najwspanialsze w dziejach ludzkości. Jest to postawa niewątpliwe szlachetna w swych intencjach, lecz retorycznie bezsilna. Ton skargi na współczesne czasy, która w niej dominuje, nie wywoła w czytelniku współczucia, raczej przekorę i niechęć. Bycie „nie na czasie” nie budzi w nikim sympatii i niemal każdy skorzysta z okazji, aby utwierdzić się w swojej aktualności, dystansując się wobec tego, który za światem nie nadąża. Postawa druga to strzykanie śliną i rzucanie inwektyw z wysokich pięter intelektu na  przelewającą się poniżej niezróżnicowaną ludzką masę, której wytyka się z tego bezpiecznego dystansu pustkę, głupotę, konsumpcjonizm i infantylizm.  Stosunkowo popularna i mogącą liczyć na spory poklask czytelniczej publiczności, która jak każda lubi patrzeć, kiedy się kimś poniewiera. Trzecia postawa – bagatelizowanie problemu – polega na zbijaniu argumentów postawy pierwszej. Przewodnia jej teza brzmi, że zawsze tak było, jak jest  i przeświadczenie o jakimś kryzysie to podszyte często osobistą histerią złudzenie (bo np. w średniowieczu większość ludzi była analfabetami i jakoś nikt nie narzekał na niski poziom czytelnictwa). Postawa równie naiwna jak pierwsza, szczególnie ulubiona przez tych, którzy lubią błysnąć w towarzystwie   „niezależnością” myślenia wolnego od obiegowych komunałów. W końcu czwarta – z mściwą satysfakcją oznajmia się tu definitywny koniec męskiego, logocentrycznego świata, posiadającego twarde ideologiczne centrum, świata obciążonego wielowiekowym grzechem,  zarówno fizycznej, jak i symbolicznej przemocy wobec grup sobie podporządkowanych lub stanowiących liczebną mniejszość. Jedną z największych korzyści z praktykowania takiego stanowiska jest możliwość entuzjastycznego zamanifestowania swej przynależność do czasu teraźniejszego. Okazja nie do pogardzenia, skoro obecnie nie ma chyba większego przewinienia niż się zestarzeć czy wypaść z obiegu. Słabością każdej z tych strategii, gdy występują w swych czystych postaciach, jest ich niewielka wiarygodność. Od pierwszego niemal zdania wiadomo, że mamy do czynienia z łatwo przewidywalną narracją, za którą stoi jakieś wstępne założenie czy wręcz ideologia, dyktujące argumenty i wnioski. Jest jeszcze piąty sposób mówienia o tym problemie – cechuje go chłodny obiektywizm, dystans, który pozwala dostrzegać sprawy we właściwych proporcjach, racjonalna trzeźwość ocen i sądów, i on jest oczywiście najlepszy, ale niestety nie odpowiada mojemu usposobieniu. Rozwiązanie tej sytuacji widzę w swobodnej żonglerce wszystkimi typami naraz, nie dając żadnemu z nich pierwszeństwa, co też postaram się tu zrobić. 

3.

„-Nie modlą się , nie chodzą do kościoła, nie znają Pisma, po prostu nie interesuje ich to. Przychodzą wtedy, kiedy chcą mieć ślub w ładnych dekoracjach” – mówił mi o swych parafianach pewien ksiądz, który dopiero co zaczął pracę na jednym z nowopowstałych warszawskich osiedli. –„Nie czytają, nie obchodzi ich ani Mickiewicz, ani Borges” – odpowiadam „na pocieszenie” i tak jak on czuję zażenowanie tą pretensją, która, gdyby ją skierować do dorosłych ludzi, mogłaby wzbudzić co najwyżej szyderczy uśmiech.  Obaj to świetnie rozumiemy, ale zostanie to przemilczane. Gdyż upominanie się o wartość, którą zdecydowaliśmy się wspierać, rozwijać i chronić, idąc każdy za swoim powołaniem,coraz częściej przypomina bezsilną skargę śmiesznego belfra i z takim zapaszkiem nie może odnieść żadnego skutku.

Oczywiste jest powolne, lecz nieustanne topnienie kry, na której znalazły się Kościół i literatura. Zasięg ich wpływów i znaczenia z roku na rok umniejsza się, bez względu na to, czy chcemy to przyjąć do wiadomości, czy nie i mam poczucie, że żadna działalność ewangelizacyjna, żadne reformy w Kościele, żaden wysiłek edukacyjny, żadne pieniądze wrzucone w promowanie kultury wysokiej nie są w stanie odwrócić tej tendencji.

Tak, wiem, upraszczam i przesadzam, jestem jednostronny i z nonszalancją ignoruję oczywiste fakty: „no bo przecież czytają Coelho, Dana Browna, Harry’ego Pottera, Janusza Wiśniewskiego, Katarzynę Grocholę, piszących też nie brakuje, mamy prawdziwy wysyp poetów, prozaików i dramatopisarzy, wydaje się mnóstwo nowych tytułów, a sztuka pisania w najlepsze pleni się w Internecie. Kościoły podczas niedzielnych mszy nadal są pełne ludzi, w czasie wielkanocnym przed konfesjonałami stoją często kilkugodzinne kolejki, ze wszystkich zakątków Polski wciąż wyruszają na Jasną Górę tłumne pielgrzymki, jest ogromna „rodzina” „Radia Maryja”, katolickie społeczeństwo sfinansowało budowę monumentalnej bazyliki w Licheniu, a jeśli chodzi o młodych, to wystarczy wybrać się w czerwcu do Lednicy, gdzie wielotysięczny tłum co  roku maszeruje w religijnym uniesieniu pod bramą – rybą.  Tak, to są fakty i trudno im zaprzeczać, ale mimo ich krzepiącej wymowy wszyscy czujemy to dobrze – i trzeba naiwności lub hipokryzji, aby temu zaprzeczyć – ma miejsce postępujący odwrót, odpływ, regres znaczenia religii i literatury, które stają się coraz bardziej marginalnymi, niszowymi, egzotycznymi dziedzinami naszego życia. Nie jest to być może obserwacja ani zbyt odkrywcza, ani może nawet szczególnie kontrowersyjna i nie na niej zamierzam poprzestać. Chciałbym tu głośno podzielić się  przypuszczeniem, że te same przyczyny, które decydują o zaniku życia religijnego, są odpowiedzialne za dekadencję sztuki pisania i czytania. Zanim jednak dotknę tej sprawy, powtórzę raz jeszcze – nie wykluczam , że spłycam, ale wydaje się, że czasami, aby nazwać rzeczy po imieniu, trzeba je uprościć, pominąć niuanse, wziąć w nawias całą złożoność problemu, gdyż przekraczająca pewną granicę skrupulatność potrafi sparaliżować bezczelną śmiałość dotykania sedna. Gdy przyjrzeć się zbyt blisko i zbyt dokładnie choćby zwykłemu szalikowi, zamienia się on w gęsty splot włókien, które nie wiadomo, czym są i czemu mają służyć.

4.

Wymuszane przez szkołę czytanie, jak i wymuszane przez katechetów życie sakramentalne stało się w przeważającej mierze domeną dzieci i młodzieży do pewnego wieku – a więc szkolnym zadaniem do odrobienia, czymś naznaczonym piętnem dziecięctwa, z czego się wyrasta i co ewentualnie powraca jeszcze pod koniec życia w wieku starczym, gdy potrzeba jakiejś poręczy, aby przejść na tę drugą stronę. Dlatego modlitwa rzadko kiedy wychodzi poza infantylną fazę klepanego bezmyślnie „paciorka”, który zupełnie pozbawiony jest siły, a takie postacie literackie jak Wokulski z Lalki, Konrad z Dziadów, Józio z Ferdydurke nie są nikim interesującym, nikim, z kim chciałoby się spotkać w rzeczywistości, porozmawiać zapoznać czy zaprzyjaźnić, nawet gdyby to było możliwe. Bohaterowie szkolnych lektur są zwyczajnie nieatrakcyjni towarzysko. W pubach siedzieliby zapewne w odosobnieniu, gdzieś w kącie, sącząc bez słowa swe piwo i z ponurą miną przeżuwając swoje dziwne problemy. W skrajnych przypadkach bywają zapamiętani jako „psychiczni popaprańcy”, nocne zmory z koszmaru szkolnych lektur, raz na zawsze przepłoszone z jawy tych, którzy już uzyskali pełnoletniość.

Edukacja staje więc na rzęsach, by umieścić, choćby na krótko, te dziwolągi w polu niecierpliwej i przyzwyczajonej do silnych bodźców uwagi ucznia. Jedną z metod ma być „uwspółcześnianie”  książek poprzez wydobycie z nich wątków, które mają szansę wzbudzić błysk zainteresowania. Na przykład Cezarego Barykę należy pokazać w takim wypadku od strony jego miłosnych i erotycznych przygód. Wszystkie te działania przypominają próbę zainstalowania oprogramowania od archaicznych commodore na najnowszym macu. Jest to niemożliwe, gdyż nić wiążąca przeszłość z teraźniejszością została ostatecznie zerwana i literaccy bohaterowie, takiego choćby romantyzmu, stali się obcy niczym postacie z sumeryjskiego mitu, którego sens został raz na zawsze zapomniany.

Szekspir przez setki lat nie wymagał tego rodzaju galwanizacji. Był czytany i rozumiany, ponieważ wciąż mówił o czymś, co było naprawdę istotne dla kolejnych pokoleń. To się jednak najwyraźniej skończyło. W ostatnich dziesięcioleciach gwałtownie się zestarzał i w końcu dostał zapaści, z której próbuje go teraz wydobyć tłum krytyków, historyków literatury, reżyserów, rozciągając go na prokrustowym łożu swych interpretacji, które mają wychodzić naprzeciw domniemanym oczekiwaniom współczesnego odbiorcy. Ale ten żenujący serwilizm wobec wymogów czasu, który wydaje się im jedynym wyjściem, aby ocalić coś z wielkiej literatury, prowadzi donikąd. Nikomu nie jest potrzebny Szekspir w postaci artystycznego fast-fooda, podanego choćby w ostrym homoerotycznym sosie, który ma nadać jakąś wyrazistość smaku mdłej dla przeciętnego odbiory klasyce. Eksces i perwersja nie przyciągnie do teatru tzw. szerokiej publiczności, gdyż ona znajdzie o niebo bardziej ekscytujące ich realizacje w telewizji albo na odpowiednich stronach www. Z kolei tych, którzy poszukują w sztuce czegoś więcej niż bezmyślnej rozrywki, zrazi banalnością przekazu i tanim efekciarstwem.

O żywotności dzieła świadczy jego zdolność do wejścia w rezonans z odbiorcą i niestety jest to niezależne od jego artystycznej wielkości i głębi. Jeśli autor Burzy sam nie ma sił, by stanąć o własnych nogach na grząskim gruncie popkultury i mówić na tyle głośno, aby być w tym zgiełku słuchany, to nie pomoże mu żadna reanimacja. Najważniejszą przyczyną jej nieuchronnego fiaska wydaje się to, że wyparował jakiś ogólniejszy kontekst, dzięki któremu można było naprawdę się przejąć tragedią króla Leara czy Hamleta – bez niego ich rozpacz zwyczajnie nie porusza. Punkt ciężkości duszy współczesnego człowieka znajduje się w zupełnie innym miejscu niż u postaci z szekspirowskich sztuk. Już choćby taka zmiana obyczajowa jak rozluźnienie więzi rodzinnych przekładać się musi na niewielką empatię wobec katastrofy zranionego w swych ojcowskich uczuciach władcy.

Wybitna literatura najwyraźniej przestała być lustrem ludzkiej duszy. Nie dostarcza już bohaterów, którzy reprezentują sobą jakiś modelowy typ ludzkiego doświadczenia lub charakteru, jak choćby Molierowski świętoszek czy skąpiec. Literaccy bohaterowie nie stają się już ikonami kultury, bohaterami masowej wyobraźni jak niegdyś postacie stworzone przez Goethego, Oscara Wilda, Sienkiewicza, Jacka Londona albo Hermana Hessego. Już nikt nie wzoruje na nich swojego życia. Literatura utraciła swą mitotwórczą siłę na rzecz kina i muzyki rozrywkowej, z wielką łatwością produkujących kolejne postacie, do których zwykli ludzie pragnęliby się upodobnić.

Język, jakim się posługujemy, od  dłuższego już czasu nie wzbogacił się o pojęcie zapożyczone z literatury pięknej, które stałoby się powszechnie zrozumiałym, trafnym i poręcznym,  określeniem tego, co się nam w życiu przytrafia, tak jak Gombrowiczowskie „upupianie” lub „sytuacja jak z Mrożka”. Niegdyś pozostające w szerokim użyciu słowa, takie jak: donkiszoteria, hamletyzm, faustyzm, bovaryzm, wallenrodyzm, tworzą listę zamkniętą.  Powoli wychodzą zresztą z użycia i  już niewielu wie, jakie jest ich właściwe znaczenie.

Może wyjątkiem jest tu Nabokovowska Lolita. Zawdzięcza ona jednak swą wielką karierę jednemu z najsilniejszych fantazmatów seksualnych Zachodu i jej popularność najlepiej pokazuje, w jakim wymiarze jeszcze literatura może być potrzebna masom.

W podobnej sytuacji jak bohaterowie literaccy znajdują się chrześcijańscy święci. Ich towarzyska atrakcyjność jest niemal równie niska (o czym właściwie mielibyśmy z nimi gadać i co wspólnie robić?), więc w przyspieszonym tempie znikają ze zbiorowej świadomości Europejczyków. Jedynym wyjątkiem jest św. Mikołaj, gdyż przeobraził się w Santa Claus – pogańskie bóstwo konsumpcji, o którego chrześcijańskim pochodzeniu prawie nikt już nie pamięta.

Choć Kościół w ostatnich dziesięcioleciach zrobił naprawdę wiele, aby nadać świętości bardziej atrakcyjne dla współczesnego człowieka oblicze, znacznie rozluźniając surowe rygory kanonizacji, to jednak efekt tych działań na pewno jest mniejszy niż tego oczekiwano. Jego święci w o wiele większym stopniu budzą przerażenie i rezerwę niż miłość, podziw i zachwyt. Tak jest z pewnością ze świętym Maksymilianem Kolbe, którego szokujący dla współczesnego człowieka gest poświęcenia życia dla nieznanej zupełnie osoby, czyni go kimś obcym, bo kierującym się jakimiś kompletne niepojętymi zasadami ekstremistą. To samo dotyczy Adama Chmielowskiego, czyli brata Alberta, który odrzucił szansę kariery artystycznej na rzecz niesienia pomocy nędzarzom, bezdomnym i alkoholikom. Jak wiadomo mieszkał w śmierdzących przytułkach, aby dzielić do końca ich los.  Albo św. Gianna Baretta, zdawałoby się tak bliska współczesnym kobietom poprzez laickość i macierzyństwo – odstrasza, a nie przyciąga swą wręcz „nieludzką” determinacją, by nie usuwać dziecka, które ostatecznie zabierze jej własne życie.

Tak więc święci mogą budzić szacunek, ale nie imponują, gdyż ich życiowe aspiracje kompletnie rozbiegają się z aspiracjami współczesnych ludzi. Ich wielkość jest nie tylko zbyt trudna, ale przede wszystkim zbyt obca – „nie z tego świata”. Tak jak z innego świata są bohaterowie powieści Fiodora Dostojewskiego, Józefa Conrada czy opowiadań Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, z którymi wymienieni powyżej zrozumieliby się bez trudu. To jeszcze jeden dowód na to, że wszyscy oni należą do jednego uniwersum, w którym mówi się innym językiem i panują inne zupełnie prawa niż w tzw. normalnym świecie.

Pamiętamy dobrze lament ludzkości spowodowany śmiercią księżnej Diany Spencer, który prawie zupełnie  zagłuszył  inną śmierć, mającą miejsce niemal w tym samym czasie – śmierć matki Teresy z Kalkuty. Zdarzenie to chyba najwymowniej pokazuje, po której stronie bije obecnie serce człowieka.

5.

Witkacy był jednym z tych myślicieli, dla których sztuka, religia i filozofia miały wspólny krwiobieg, wywodziły się jednego pnia. Tym wspólnym ich źródłem była odwieczna ludzka potrzeba ekspresji tzw. uczuć metafizycznych. Pod tym pojęciem autor Nienasycenia rozumiał nieustanny niepokój istnienia, wywołany zdziwieniem zarówno samym jego faktem, jak i niepojętym charakterem. Ta niegasnąca, jak by się wydawało, wrażliwość na dziwność egzystencji owocowała przez wieki wielkimi osiągnięciami ludzkiej myśli – religijnymi i filozoficznymi koncepcjami, dziełami sztuki. Wszystkie one były próbą odpowiedzi na najbardziej fundamentalne pytania dotyczące naszego bytu. Jednak, gdy w polityce i kulturze, na skutek postępującej demokratyzacji i umasowienia życia, zaczął dominować człowiek przeciętny, tuzinkowy, banalny, wraz ze swym jarmarcznym gustem i do bólu przyziemnymi potrzebami, religia, filozofia i sztuka najzwyczajniej przestały być potrzebne i w ten sposób skazane zostały na zagładę wraz z określonym typem ludzi, dla którego stanowiły środowisko naturalne.

Myślę, że warto przypomnieć to credo Witkiewiczowskiego katastrofizmu, gdyż wciąż wydaje się ono właściwym kluczem, do zrozumienia przemian, które wokół nas zachodzą. Warto też jego myśl trochę rozwinąć i dodać do niej swoją drobną glosę.

Trzeźwy pragmatyzm, którego Witkacy tak nienawidził, i uważał za jeden z nowotworów zżerających współczesną mu filozofię, wydaje się towarzyszyć ludzkości od zawsze i w równym natężeniu. Nie jest więc produktem współczesnych Witkiewiczowi czasów, ani  pozytywizmu, ani nawet oświecenia. Choć uzyskuje swoją filozoficzną dojrzałość dopiero na początku dwudziestego wieku za sprawą Williama Jamesa, jest podstawową zasadą niezmiennie regulującą ludzkie życie.

Co nie jest naprawdę potrzebne, zostaje prędzej czy później wycofane z obiegu. Niezachwiane poczucie ich niezbędności wzniosło zarówno egipskie piramidy, jak i gotyckie katedry i nie powstają już one obecnie z tej samej przyczyny. Banalna ta uwaga nie została  oszczędzona czytelnikowi, tylko z tego powodu, że mimo swej trywialności dobrze posłuży próbie wyjaśnienia przyczyn postępującej dekadencji religii i literatury. Zanikanie tak ważnych do niedawna filarów naszej cywilizacji jak religia i literatura świadczyć może tylko o jednym: że przestały być już potrzebne. Najwidoczniej nie podpierają już sklepienia naszego świata, a jak nas uczy teoria ewolucji – narząd nieużywany zanika. Można przypuszczać, że na ich miejsce pojawiły się inne elementy albo rozwiązania konstrukcyjne, które zapewniają stabilność tego gmachu. Tak jak po wprowadzeniu do budownictwa żelbetonu, nie było już potrzeby stosowania kolumn i przypór. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, czym została zastąpiona religia i literatura. Można tylko przypuszczać, że osłabienie ich znaczenia ma związek z ogromnym postępem technicznym połączonym z sukcesem w rozwiązaniu problemów niesprawiedliwości społecznej we wszelkich niemal wymiarach. Za sprawą tego podwójnego osiągnięcia udaje się ludzkości sprawować kontrolę nad rzeczywistością niemal we wszystkich dziedzinach. Dzięki technice, zapewniającej bezpieczeństwo i rozrywkę, oraz humanitaryzacji społecznego życia człowiek w końcu pogodził się ze światem, zaakceptował go i nie szuka już innego poza nim. Rozsmakował się w życiu doczesnym i o żadnym innym już nie myśli. Po raz pierwszy możemy powiedzieć, że żyjemy niemal w najlepszym z możliwych światów, a przynajmniej, że innego już nie będzie. Prawa człowieka są w Europie Zachodniej zasadniczo przestrzegane, kolejne już pokolenia nie doświadczyły wojen, większość barier uniemożliwiających  swobodny rozwój poszczególnych grup społecznych zniesiona, a medycyna, choć nadal bezradna wobec śmierci i niektórych chorób, jest w stanie wyeliminować w znaczący sposób z naszego życia cierpienie. Eutanazja, dla której wyraźnie rośnie ostatnio zrozumienie, pozwala wymknąć się z życia bocznymi drzwiami, na długo przed pierwszą stacją drogi krzyżowej agonii. Religia i literatura pełniły rolę buforu między człowiekiem a twardą rzeczywistością. Były próbą stworzenia rzeczywistości bis, rzeczywistości nam przyjaznej, prawdziwie ludzkiej, w której można zamieszkać, chroniąc się przed nieludzkimi ostatecznościami prawdziwego świata. Obie nadawały sens i znaczenie temu wszystkiemu, co  trzeba było przyjąć jako konieczne, lecz z czym nie można się było pogodzić.  Gdy człowiek wreszcie uczynił sobie świat poddanym w tym stopniu, że już nie chce żadnego innego, ten amortyzator przestał być  mu potrzebny. Tak więc to dlatego, że żaden inny świat nie jest ani potrzebny, ani wyczekiwany religia i literatura odchodzą w niebyt. Wydaje się, że rzeczywistość musi stawiać nam dużo większy opór, aby miały szansę utrzymać swą wagę i znaczenie (patrz motto na początku tekstu).

W konsekwencji odrzucenia eschatologicznej perspektywy cała dotychczasowa głębia ludzkiego istnienia została zredukowana do grubości kartki papieru, ale tylko dla nielicznych uczucie to okazało się nieznośne. Jeszcze pod koniec lat 1940. Sartre mógł liczyć na jakiś szerszy rezonans, demaskując metafizyczny skandal, jakim miał być absurdalny charakter naszego życia. Egzystencjalizm stał się na jakiś czas intelektualną modą i to nie tylko kadry profesorskiej. Kawiarnie Europy Zachodniej zaroiły się od młodych ludzi w charakterystycznych czarnych golfach z zaczytanym egzemplarzem Bytu i nicości, spoczywającym na stoliku obok kawy i mocnych papierosów. Dziś ulica nie zwróciłby już najmniejszej uwagi na te rewelacje. Okazało się, że ludzie świetnie znoszą zarówno „absurd istnienia”, jak i „fenomen obojętności świata”. Znoszą je tak dobrze, gdyż szczerze mówiąc w ogóle ich to nie dotyczy. Filozofia nie przekracza już bram uniwersytetów, tak zresztą jak wybitna literatura.

Chyba najmocniej zbliża religię do literatury podejmowany przez nie nieustanny wysiłek nadawania ludzkiej rzeczywistości głębszego sensu, doszukiwania się w niej ukrytego znaczenia. W tym zawiera się być może istota każdej z nich. Pierwszym założeniem światopoglądu religijnego jest wiara, że  ten prawdziwy, naprawdę ważny, bo niezniszczalny, nurt ludzkiego życia jest przed nami ukryty.  Świat oraz nasze istnienie ma mieć jeszcze drugi, oprócz doświadczanego zmysłami, wymiar, i jest on zakotwiczony w metafizyce.  Platońska podwójność istnienia stanowi jedną z najbardziej fundamentalnych intuicji ludzkości i jest wyrazem potężnej potrzeby, która towarzyszyła nam od zarania dziejów człowieka.

Ta sama dwuwymiarowość struktury rzeczywistości  jest w pewnym sensie  wpisana w każde wybitne dzieło literackie. Zarówno literatura, jak i religia są namiętnością poszukiwania drugiego dna, są wiarą, że to drugie dno naprawdę istnieje. Jeśli dzieło literackie należy do prawdziwie wielkich, wszystkie jego elementy znaczą coś więcej, niżby wynikało to ich z dosłownego odczytania. Ale nie w tym najbardziej oczywistym sensie, w jakim każdy tekst literacki ze swej natury jest wieloznaczny. Chodzi raczej o tę szczególną sytuację, gdy opowiadana historia i uwikłani w nią protagoniści zostają obdarzeni cudowną mocą, aby wyjść poza swą jednostkową dosłowność, przekroczyć horyzont tego, co w nich partykularne, by wcielić się w powagę odwiecznego mitu, stać się spersonifikowaną metaforą ludzkiego losu. Każde literackie arcydzieło, nawet to w najczystszej postaci realistyczne, jak choćby powieści Balzaka, pozostaje więc jednocześnie symboliczne, gdyż w swej ostatecznej instancji odsyła poza siebie – do ukrytej struktury, naczelnej zasady porządkującej naszą rzeczywistość. Pogłębione czytanie, podobnie jak i autentyczna modlitwa, jest obcowaniem z tak rozumianą metafizyką.

6.

Tak jak Kościół nie będzie istnieć bez wiernych, tak literatura nie może istnieć ani się rozwijać bez czytelników. I nie wystarczy dla ich przetrwania i twórczego rozwoju mała, izolowana grupa, choćby najbardziej oddanych im pasjonatów. Wielu jest jednak takich, którzy w pogłębiającej się niszowości literatury czy katolicyzmu nie widzą żadnego problemu. Argumentują, że takim samym procesem objęte są wszystkie zjawiska społeczne w postnowoczesnym świecie, który nie jest już zwartym kontynentem z jasno określonym centrum, ale archipelagiem równoprawnych postaw, idei i wierzeń. Tak więc trzeba się z tym raz na zawsze pogodzić i jakoś żyć, robiąc po prostu swoje. Myślę, że można by i nawet przystać na tę uczącą pokory myśl, gdyby nie fakt, że są takie części tego rozbitego kontynentu, które, gdy stają się samotnymi wyspami, zaczynają się kurczyć, zanikać i w końcu rozmywać w obmywającej je zewsząd obojętności. Literatura i religia, według mojego przekonania, do nich właśnie należą. Pisać książki to nie to samo, co zbierać znaczki czy militaria. Wierzyć w Chrystusa nie jest tym samym, co być „wyznawcą” linuxa przeciw windowsom. W literaturę i w religię jest z definicji wpisana powszechność ich obowiązywania, wiara w ich uniwersalizm oraz ogólnoludzką ważność. Bez tego nie powstałoby żadne literackie arcydzieło. Pisarz musi mieć przekonanie, że mówi coś, co jest istotne dla wszystkich, choć nie wszyscy go przeczytają. Podobnie jak żaden z męczenników Kościoła nie zdecydowałby się na śmierć, aby pozostać wiernym temu, w co wierzy, gdyby miał uznać, że to tylko jego prawda i gdzie indziej nie obowiązuje.

Józef Conrad, zrażony nikłym zainteresowaniem czytelników swoimi zbyt ambitnymi dla nich książkami, pisał: „Tego, czego się zawsze najbardziej obawiałem to nieświadomego dryfowania do pozycji pisarza dla zamkniętej koterii; dryfowania do pozycji, która byłaby dla mnie równie wstrętna jak poddanie pod wątpliwość słuszności mego przekonania o solidarności rodzaju ludzkiego na płaszczyźnie prostych idei i podstawowych emocji”[1].

Tak więc dla autora Nostroma, który świetnie zdawał sobie sprawę, że nie jest pisarzem łatwym, funkcjonowanie w obiegu ograniczonym dla tzw. znawców i miłośników w ogóle nie wchodziło w rachubę. Literatura była dla niego istotną częścią żywego, kolektywnego ciała, a nie jakimś niezobowiązującym hobby, które stanowi rozrywkę wąskiej, wyspecjalizowanej do jej odbioru elity. Miała być wymownym świadectwem istnienia powszechnej, funkcjonującej poza wszelkimi kulturowymi podziałami, ludzkiej wspólnoty, jak i czynnikiem, który taką wspólnotę stwarza i cementuje.

Wydaje się, że literatura jak i katolicyzm osiągnęły swoją wielkość dzięki takiemu właśnie przekonaniu i bez niego skazane są na powolną agonię. Dla ich normalnego metabolizmu niezbędne jest uczestnictwo w krwiobiegu całego społeczeństwa. Aby żyć, muszą pozostać jednym z niezbędnych narządów organizmu społecznego, choć niekoniecznie jego sercem. Teraz jednak coraz bardziej przypominają wyrostek robaczkowy, jakąś szczątkową pozostałość po czymś, co kiedyś było ważne, co jednak można bez szkody wyciąć.

Powiedzieć, że książki Tomasza Manna są przeznaczone tylko dla specjalistów i niech oni je sobie czytają, to to samo, co powiedzieć, że Biblia, sakramenty, prawdy wiary to zawodowa domena księży i ich tylko one mogą interesować.

Jestem przekonany, że nawet tak programowo postmodernistyczni pisarze jak John Barth, Italo Calvino czy Umberto Eco nie podjęliby nigdy wielkiego wysiłku niezbędnego do napisania swych książek, gdyby grono ich czytelników miało się ograniczyć do „branżowych” środowisk, związanych z równie licznymi, jak i izolowanymi, czasopismami młodoliterackimi.

W swej mowie noblowskiej poeta Josif Brodski mówił słuchaczom: „Nie może być praw, które by nas broniły przed samymi sobą, i dlatego żaden kodeks nie przewiduje kar za zbrodnie przeciw literaturze. Pośród tych przestępstw nie jest bynajmniej prześladowanie autorów, restrykcje cenzury itp., ani nawet oddanie ksiąg płomieniom na pożarcie. Istnieje zbrodnia znacznie cięższa  – lekceważenie książek, ich nieczytanie”[2].

Książę Myszkin, Anna Karenina, Józef K., Leopold Bloom z Ulissesa, Maga z Gry w klasy, Hrabalowski stryjaszek Pepi są jak duchy, które bezwzględnie potrzebują odnawialnego wciąż obcowania z życiem kolejnych pokoleń. Bez trwałej obecności w ludzkich umysłach tracą swą magiczną moc przyciągania uczuć, myśli i wyobraźni, bledną i rozwiewają się w nicość, która jest brakiem sensu i znaczenia. Kartki nieczytanych książek prędzej czy później padają łupem pleśni – sklejają się, zrastają i w końcu nie można już ich otworzyć.

Z tego samego powodu Kościół tak obsesyjnie nawołuje do praktykowania modlitwy – jest ona przecież formą aktywnego kontaktu z boskim wymiarem rzeczywistości. To, co jest poza nasza uwagą, obraca się od razu w proch i tylko poprzez nieustanne podtrzymywanie mentalnej więzi może się cieszyć twardą egzystencją. Dlatego też nieobecność na niedzielnej mszy świętej została obłożona skutkiem „śmiertelnego grzechu”. Czy bez wiary, a przynajmniej bez obecności wiernych w ogóle może dojść do przeistoczenia? Chrystus rozumiał dobrze ten problem, kiedy mówił: „gdzie dwóch albo trzech zgromadzonych jest wokół mojego imienia, tam ja jestem między nimi”.

7.

Jeśli ktoś łka ze wzruszenia, czytając Samotność w sieci Janusza Wiśniewskiego, jeśli ściska go w dołku z zachwytu na widok długich na pół metra żelowych tipsów, pomalowanych na wściekły róż, fabuły telenowel całkowicie wyczerpują jego odczucie złożoności ludzkiego istnienia, a początek naszej cywilizacji wiąże z przybyciem na Ziemię miliony lat temu kosmitów, to nie ma takiej siły, która by mogła ten autentyczny poryw serca zdławić. Co więcej – jest to jego święte prawo być wiernym swemu najgłębszemu „ja”, którego wyrazem jest taki właśnie rodzaj gustów i upodobań. Wolność bycia sobą to jedno z największych osiągnięć najnowszych czasów i myślę, że niewiele jest takich wartości w imię których można by ją pogwałcić. Choć konsekwencje takiej wolności dla niektórych z nas (choćby właśnie księży i prawdziwych pisarzy) muszą być dość przykre, to jednak wszelkie próby jej ograniczania przemocą generują nieporównanie większe zło. Uczy nas tego historia dwudziestowiecznych totalitaryzmów.

Wydają się mocno przesadzone apokaliptyczne wizje krytyków współczesnego świata, którzy usiłują wykazać, że nieuchronną konsekwencją nieczytania poezji czy powszechnej bezideowości jest zagłada cywilizacji i barbaryzacja naszego życia. Wystarczy przypomnieć, że najbardziej monstrualnych zbrodni w historii ludzkości dokonały pokolenia wychowane w tradycyjnym duchu szacunku dla religii i literatury (zamiłowanie Hitlera i Stalina do książek zostało opisane choćby przez Allana Bullocka w jego Hitlerze i Stalinie)

Etyka już dawno wyemancypowała się od religii i nie jest tak, że świat bez Chrystusa natychmiast się musi pogrążyć w przemocy i zbrodni. Przykładem na to jest niemal w całości ateistyczne społeczeństwo Szwecji, gdzie osiągnięto tak wiele, jeśli chodzi o humanitaryzm i solidarność społeczną.

Niemal doszczętnie zlaicyzowane i pozbawione ideologii społeczeństwa Europy Zachodniej jak najdalsze są od militarystycznych euforii swoich przodków, które przez stulecia dawały o sobie znać regularnymi nawrotami febry niszczycielskich wojen.

Często się powtarza, że kultura wysoka nie przetrwa bez ochrony i  promocji, że katolicyzm nie da sobie rady bez specjalnego wsparcia w walce z lansowanym powszechnie przez media relatywizmem i konsumpcjonizmem.

Dwa tysiące lat temu z niepozornej sekty powstałej na peryferiach największego wówczas imperium, wykiełkował potężny nurt nowej ludzkiej wrażliwości. Mając po swej stronie cztery dość krótkie i nie do końca zborne wersje życia i śmierci Żyda, uważającego się za Boga, a przeciw sobie nie tylko potęgę świetne funkcjonującego państwa wraz jego niezwyciężoną armią, ale całą niezwykle wyrafinowaną kulturę duchową i materialną tamtych czasów, rozsadził od środka cały antyczny świat. Jeśli literatura i katolicyzm są naprawdę ludziom potrzebne, to nie przepadną, choćby sprzysięgły się przeciw nim wszystkie prawdziwe i urojone moce. Jeśli zaś nie…cóż…, ostatecznie nie tak trudno jest sobie wyobrazić życie bez nich. I nie musimy w tym celu od razu sięgać po  Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya czy Możliwości wyspy Michela Hoeullebecqa. Może wystarczy po prostu już teraz wyjść na ulicę i się uważnie rozejrzeć? Bo cóż się takiego w końcu stanie? W świecie bez chrześcijaństwa i literatury już niemal nikt nie wyrecytuje jednym tchem dziesięciorga przykazań, młode dziewczyny i chłopcy nie będą tłumnie uczestniczyć w godzinkach i gorzkich żalach, przypadkowy przechodzień zapytany o Kawafisa szeroko otworzy ze zdziwienia oczy, piękna książeczka O naśladowaniu Chrystusa Tomasza à Kempis nie będzie już ulubioną lekturą maklerów giełdowych. A przede wszystkim na pewno nie ukaże się na księgarskich półkach, pośród bestsellerów, kolejny numer „Znaku”, ani mój tekst, który się w nim znajduje. Ale jak wielu w ogóle zauważy tę nieobecność?


[1] Cyt. za: Jecelyn Baines, Joseph Conrad, London 1993, s. 382., tłum. P.M..

[2] Cyt. za: J. Illg, Dar przyjaźni (posłowie),w: J. Brodski, Tym tylko byłem. Wybór wierszy,tłum.wielu, Kraków 2006, s. 233.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata