70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Glosy do rozważań Johna M. Ellisa

Czy nauka o literaturze, rozpatrywana nie ze względu na swe zobowiązania dydaktyczne i popularyzatorskie, przeżywa kryzys? Jeśli za jego przejaw uznałbym to, co mi nie odpowiada, odpowiedziałbym zdecydowanym „tak”. Tego wszakże, świadom, iż ewolucja nauki i jej języka stanowi konieczność, robić nie mam zamiaru.

Amerykański uczony porusza wiele problemów, niektóre z nich mają charakter uniwersalny, dotyczą w ogólności teorii literatury, a z nią – całej dyscypliny, inne zaś wynikają z tej konkretnej sytuacji, w jakiej znalazła się w Stanach Zjednoczonych humanistyka, a w jej obrębie – nauka o literaturze. Nie czuję się kompetentny, by wypowiadać się o tym, co dzieje się w tej dziedzinie za oceanem, tekst Ellisa traktuję jako inspirację do sformułowania kilku glos dotyczących tego, co w naszej dyscyplinie dzieje się w Polsce. Wyznać muszę, że i w tej dziedzinie nie uważam się za zbytnio kompetentnego. Teorią literatury (co nie znaczy – nauką o literaturze w ogólności) przestałem się czynnie zajmować przed laty, z mniejszą gorliwością śledzę publikacje z tej dziedziny, a metodologiczne dysputy znacznie mniej niż dawniej mnie pasjonują. Piszę o tym, gdyż osobista pozycja w jakimś stopniu określa to, co w tych glosach zamieszczę. Odstąpiłem od dawnych zainteresowań także z powodów całkiem prywatnych, po prostu zająłem się czym innym i te właśnie inne rzeczy wypełniają mój czas i ukierunkowują pracę. Ale nie tylko ten wzgląd zaważył, w nauce o literaturze radykalnie zmienił się paradygmat, trudno mi go przyjąć, wiele jego elementów do mnie nie przemawia, traktuję je jako obce, a niektórych nie jestem w stanie pojąć. Nie ubolewam z tego powodu, zmiany paradygmatów uważam za konieczność, bez nich dyscyplina skazana byłaby na stopniowe usychanie, przeżuwałaby to, co znane i od dawna przyswojone, pogrążałaby się w banałach, operowała oczywistościami, jestem zatem świadom, że tego, co minione, żaden cud nie wróci do istnienia. Nie znaczy to jednak, że ktoś, kto zaczynał działalność przed półwieczem, jak piszący te słowa, winien się takiemu czy innemu przemienionemu paradygmatowi podporządkowywać, ma prawo pozostać przy swoim, przy problemach, którymi się zajmował, i przy aparaturze pojęciowej, jaką się posługiwał. Z jednej strony nie powinien kwalifikować zmian jako przejawu upadku czy degeneracji, z drugiej zaś – bezkrytycznie przyjmować nowinek, bo to grozi utratą autentyczności i popadnięciem w modnisiostwo (nie bez pewnego rozbawienia obserwuję zaznaczające się czasem takie postawy). Piszę o tych sprawach o wyraźnym zabarwieniu osobistym, choć jestem świadom, iż glosy te mogą być przyjęte jako zrzędzenia starucha.

Gdyby ktoś zadał mi pytanie, czy nauka o literaturze przeżywa obecnie w Polsce kryzys, nie umiałbym na nie odpowiedzieć jednoznacznie. Zanim podejmę problem, wskażę na pewne konieczne ograniczenie. Mówiąc o nauce o literaturze, myślę przede wszystkim o filologii polskiej. Nie dlatego, że sam się nią zajmuję, czynię to z wielu względów. Przede wszystkim z tej przyczyny, że to właśnie poloniści zajmują się w Polsce niemal wyłącznie teorią literatury, przedstawiciele innych filologii konsekwentnie tego typu refleksji unikają (o ile wiem, wyjątkiem są angliści z Uniwersytetu Śląskiego). Jest to przejawem niepokojącego zjawiska, groźnego nie tylko dla nauki, ale ogólnie dla kultury. Neofilologie literackie przeżywają w Polsce od dziesięcioleci pogłębiający się z latami kryzys – z nielicznymi chwalebnymi wyjątkami (przede wszystkim w zakresie germanistyki, w której działa kilkoro wybitnych uczonych). Mówi się zresztą, że wydziały neofilologiczne na polskich uniwersytetach upodobniają się coraz bardziej do szkół uczących języków obcych, choć nie to powinno być ich główną rolą.

Kryzys danej dyscypliny wiedzy ma na ogół także przejawy zewnętrzne, w takich wypadkach chodzić może między innymi o to, że coraz mniej młodych ludzi wybiera daną dziedzinę jako przedmiot studiów uniwersyteckich. Jak się obecnie rzeczy mają z nauką o literaturze? Co roku biorę udział w końcowym ogólnopolskim egzaminie ustnym Olimpiady Literatury i Języka Polskiego, w której uczestniczą licealiści. Jest to wydarzenie budujące, na jego podstawie można sądzić, że poziom szkół średnich w nauczaniu literatury i języka jest znakomity, wielu konkursowiczów ujawnia wiedzę imponującą, to świetnie się zapowiadające talenty. Oczywiście, byłoby naiwnością sądzić na tej podstawie, że w tej dziedzinie jest tak dobrze. Na końcu rozmowy pytam zwykle zdającego, co zamierza studiować. W ostatnich latach ci zdolni młodzi ludzie rzadko deklarują, że ich kroki skierują się na wydziały filologiczne, a już zwłaszcza na polonistykę. Często mówią o studiowaniu prawa, o takim wyborze decydują niewątpliwie względy praktyczne, zawody nauczycielskie i – być może – również profesja pracownika naukowego stały się niezbyt pociągające także ze względu na ich degradację finansową. Jest faktem, że na ogół najzdolniejsi laureaci Olimpiady w ostatnich latach polonistyki nie wybierają. To smutne, ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, utraciła ona dawną atrakcyjność. Kryzys nie przejawia się – jak mi się wydaje – w kategoriach ilościowych. Wydziały polonistyczne są pełne nie tylko na państwowych uniwersytetach, także w wyższych szkołach prywatnych, choć – jak wiadomo – nie zawsze są one najwyższej próby. Nie mam w tej dziedzinie własnych doświadczeń, nie mogę się kompetentnie wypowiadać, dochodzą mnie jednak słuchy o obniżaniu się poziomu studiów, czemu ma sprzyjać między innymi przyjęty w Polsce tak zwany system boloński.

Powtórzę pytanie, jakie już sformułowałem: czy nauka o literaturze, rozpatrywana nie ze względu na swe zobowiązania dydaktyczne i popularyzatorskie, przeżywa kryzys? Jeśli za jego przejaw uznałbym to, co mi nie odpowiada, odpowiedziałbym zdecydowanym „tak”. Tego wszakże, świadom, iż ewolucja nauki i jej języka stanowi konieczność, robić nie mam zamiaru. Wywody Ellisa stanowią dobry punkt wyjścia do rozważań w tej materii. Przedmiotem jego bezwzględnej krytyki jest teoria literatury „rasowo-genderowo-klasowa”, a także tendencja zwana nowym historyzmem. Od razu trzeba zaznaczyć, że w obecnych warunkach polskich jedynie środkowa część tego negowanego tryptyku jest istotna. Jego człon początkowy w ogóle się nie zaznaczył, choćby z tego względu, że kategorie rasowe nie mają dla literatury polskiej (tak jak dla wszystkich bodaj literatur europejskich) tego znaczenia, jakim z powodów demograficznych i historycznych odznaczają się w literaturze amerykańskiej (nie biorę pod uwagę rasistowskiej nauki o literaturze, jaka ukształtowała się w Niemczech, wyprzedzając dojście nazistów do władzy, to całkiem inna sprawa). Człon trzeci nie budzi żadnego zainteresowania z innych powodów. Kryteria klasowe zostały do szczętu wyeksploatowane i w konsekwencji ośmieszone w nauce o literaturze reprezentującej wulgarny marksizm z okresu stalinowskiego[1]. Raczej trudno przypuścić, by one okazały się pociągające nawet dla badaczy pokolenia najmłodszego, dla których zideologizowana humanistyka tamtych czasów jest czymś w rodzaju baśni o żelaznym wilku, choć stosowane z umiarem i w sposób rozsądny mogłyby się ewentualnie okazać przydatne.

Pozostaje nurt genderowy. Niestety, nikomu nie udało się utworzyć godziwego polskiego terminu, z konieczności zatem musimy się posługiwać tym słownym potworkiem. Uwzględnianie tego aspektu w badaniach literackich wydaje mi się cenną innowacją, umożliwiającą mówienie o sprawach ważnych, dotychczas nieuwzględnianych lub sprowadzanych do biograficznych anegdotek z życia tego lub innego pisarza. Ujęcie genderowe znaczy poszerzenie horyzontów, równa się wprowadzeniu nowych perspektyw. Jest to na pierwszym miejscu zasługa tak zwanej krytyki feministycznej, trzeba to uznać nawet wówczas, gdy nie jest się zachwyconym jej radykalnymi postaciami, w Polsce zresztą chyba nie występującymi. Genderyzm (pozwalam sobie na ukucie potworka pochodnego) nie jest sprawą tematu, nie łączy się tylko z problemami biograficznymi, nie prowadzi do psychologizmu (aczkolwiek o inspiracji psychologicznej czy psychoanalitycznej zapominać nie należy), jest kwestią oglądu świata, a więc także języka. Uwzględnianie tego rodzaju czynników może wiele w dziele literackim wyjaśnić, a także rzucić nowe światło na procesy jego społecznego funkcjonowania.

W rozważaniach Ellisa osobną sprawą jest tak zwany nowy historyzm. Odrzuca on go zdecydowanie i konsekwentnie, stanowi bowiem według niego nieuprawnioną próbę relatywizacji literatury i wiedzy o niej. Myślę, że z perspektywy polskiej sprawy układają się inaczej. Polska nauka o literaturze w najogólniejszym zarysie jest zorientowana historycystycznie – może z wyjątkiem tych poszukiwań, które bezpośrednio wywodziły się z filozofii literatury Romana Ingardena. Miała ona i ma nadal moc inspirującą, jednakże w zasadzie nie oddziaływała na interpretację poszczególnych tendencji i utworów, wobec nich okazywała się bezradna, nie proponowała stosownych narzędzi, nie w tym celu powołana została do życia. W pismach Ingardena konkretne utwory przywoływane były, z rzadka zresztą, tylko i wyłącznie jako przykłady mające ilustrować tezy ogólne. Historycystyczne zabarwienie polskiej nauki o literaturze wyraża się także w pewnym zwyczaju językowym. Określenie „historyk literatury” bywa często traktowane jako synonim formuły „badacz literatury” i może się odnosić także do tego, kto się zajmuje innymi dziedzinami naszej dyscypliny.

Uwzględnienie uwikłań historycznych wydaje mi się niekwestionowaną wartością, zwłaszcza że nie można ich pomijać w przypadku literatury polskiej tak silnie i różnorako związanej z życiem społecznym i jego przemianami. Nie mam pewności, czy chodzi w tym wypadku o „nowy” czy „stary” historyzm, nie na każdą jego postać gotów byłbym się pisać. Nie odpowiada mi jego wersja deterministyczna, najbardziej od XIX wieku tradycyjna, szukająca tych czynników, które miały wpływ (rzeczywisty bądź urojony) na powstanie dzieła i jego funkcjonowanie, a także na szersze procesy literackie. Myślę, że podstawową wagę mają dwie inne sprawy. Najpierw to, co określiłbym jako uczestniczenie dzieła literackiego w dziejach. Nie jest ono tylko wypadkową zdarzeń, nie jest jedynie wynikiem takich lub innych dążeń i procesów, samo tworzy nową sytuację, zmienia świat. Następnie dzieło literackie samo jest pewnym mikrokosmosem historycznym, bo jedynie w danej sytuacji mogło powstać, w innej – wcześniejszej lub późniejszej – byłoby nie do pomyślenia. Dzieje się tak za sprawą rozmaitych czynników, chciałbym zwrócić uwagę przede wszystkim na rolę języka. Oglądany z tej perspektywy, jest on nośnikiem historyczności, bo pisarz nawet gdy archaizuje lub wyprzedza mowę swojej epoki, operuje językiem w danym czasie możliwym – nawet gdy jego reguły bywają przełamywane lub w taki czy inny sposób kwestionowane. Krytyka historyczności jest w wywodach Ellisa jednym z wyrazów dążności, która wydaje mi się mało pociągająca i jeszcze mniej inspirująca, a mianowicie skłonności do uprzedmiotowienia dzieła literackiego. Myślę, że z tendencji takiej nic ciekawego wyniknąć nie może. Nie przekonuje mnie polemika Ellisa z teoriami Haydena White’a. Choć jest przede wszystkim metodologiem historii, ma on dla nauki o literaturze ogromne zasługi. Pokazał, że zastosowanie narzędzi i metod poetyki daje wspaniałe rezultaty, gdy odnosi się je do różnego rodzaju tekstów, a więc także tych, które trudno traktować jako wypowiedzi literackie. Uczony ten wpłynął na rozwój narratologii, a więc na formowanie i rozpowszechnienie się jednej z najciekawszych dziedzin współczesnej nauki o literaturze. Można się jednak zgodzić, że niektórzy komentatorzy White’a (również polscy) niepotrzebnie koncepcje jego radykalizują.

Historyczność wszakże to nie tylko kwestia stosunku dzieła literackiego do tego, co znajduje się poza nim, to nie tylko rzecz asymilowania zewnętrznych czynników. Istnieje także zjawisko, które określiłbym jako immanentną historyczność literatury. Jest ono szczególnie ważne dla polskiej nauki o literaturze. To w niej właśnie w ostatnich dekadach XX wieku rozwinęła się dziedzina, którą zwykło się określać mianem poetyki historycznej. W rozważaniach Ellisa nie ma o niej wzmianki, gdyż w „nowym historyzmie”, który energicznie odrzuca, ta sfera problematyki świeci nieobecnością. Podobnie nie ma wzmianki o uwikłaniach socjologicznych nauki o literaturze, a jest to sprawa ważna. Rzeczy mają się podobnie jak w przypadku historyczności. Nie chodzi o szukanie społecznych determinant, w czym specjalizował się marksizm raz z mniejszym, raz z większym powodzeniem, niekiedy doprowadzając tego typu rozważania do karykatury. Chodzi o to, by uwzględniać społeczne mechanizmy dyskursu literackiego, a więc o to, co nazwać można jego immanentną socjologicznością. Dziedziną wiedzy, która sprzyja rozwijaniu tego typu problematyki, jest socjolingwistyka, niestety, w Polsce uprawiana nader skromnie.

Jest oczywiste, że Ellis odwołuje się przede wszystkim do tego, co ważne dla amerykańskiej teorii literatury, choćby do wielkiej dyskusji sprzed lat sześćdziesięciu o tak zwanym błędzie intencyjności, pomija zaś milczeniem to, co z jego perspektywy jest mniej znaczące. W tym rozdziale jego książki o strukturalizmie pojawia się ledwo wzmianka. Gdy rozważa się tę problematykę z perspektywy polskiej, kształtowanie się i rola strukturalizmu z konieczności musiałaby się znaleźć na pierwszym planie. Tak ze względu na to, co osiągnął, jak i z racji tego, jakie reakcje budzi u badaczy młodszego pokolenia, którzy się wobec niego określają – nawet gdy piszą uczone podręcznikowe syntezy na temat XX-wiecznej teorii literatury i go programowo umniejszają. Niestety, nie ma porządnej historii strukturalizmu tak w jego wersji polskiej, jak w postaci uniwersalnej, a opasła księga o strukturalizmie francuskim jest typowym naukowym kiczem, zresztą w sposobie ujęcia tematu nie mającym nic wspólnego z metodami strukturalnymi[2], bo jest to opowieść w dużej mierze dziennikarsko-anegdotyczna. Dla polskiej odmiany strukturalizmu najważniejsze wydaje się to, że ujęcia systemowe starał się łączyć z ukierunkowaniami interpretacyjnymi, że dążono do pogodzenia tego, co ogólne, z tym, co indywidualne i niepowtarzalne, jest to jeden z tych czynników, który sprawia, że strukturalizm w nauce o literaturze różni się zasadniczo od strukturalizmu w językoznawstwie. Nawet najświetniejsza wypowiedź jednostkowa nie zmienia bezpośrednio języka i bezpośrednio nie oddziaływa na jego ewolucje. Wybitne dzieło literackie zaś wpływa na rozwój literatury i zmienia system literacki. W dziejach światowej literatury (i polskiej również) przykładów wiele, by wymienić W poszukiwaniu straconego czasu, Ballady i romanse czy wiersze Baudelaire’a lub Rimbauda.

I na koniec sprawa języka, jakim posługują się ci nowocześni badacze literatury, z którymi Ellis polemizuje. Doskonale rozumiem jego niechęć, w dużej mierze ją podzielam. Paryskie mody, ustanowione głównie przez filozofów, wydają się irytujące; w Polsce zresztą są one pod pewnym względem dziwne, są bowiem przyswajane za pośrednictwem amerykańskim, gdyż wśród badaczy młodszego pokolenia znajomość francuskiego nie jest szczególnie rozpowszechniona. W takich sytuacjach jak obecna nie sposób wyrokować, co jest manierą i tylko manierą, co zaś stanowi nowatorskie osiągnięcie przyczyniające się do poszerzenia perspektywy, sprzyjające formułowaniu nowej problematyki. Zmiana paradygmatu, czy nawet jego stopniowa i powolna ewolucja, to w dużej mierze przekształcanie terminologii i języka, jakim posługuje się dana dziedzina humanistyki. Niechętnie reaguję na niektóre poczynania w tej dziedzinie, zdarza się, że po prostu nie rozumiem języka, którym posługuje się ta czy inna uczona osoba, staram się jednak być powściągliwy w odczuciach i w ocenach. Nie mam ochoty na przejmowanie nowych narzędzi, ale nie należę do tych, którzy z góry je odrzucają.

Michał Głowiński, prof. dr hab. w IBL PAN w Warszawie, historyk i teoretyk literatury, pisarz.


[1] Ostatnio ukazał się cenny zbiór studiów na ten temat. Zob. J. Smulski, Przewietrzyć zatęchłą atmosferę uniwersytetów. Wokół literaturoznawczej polonistyki doby stalinizmu, Toruń 2009.

[2] Przywołuję tutaj książkę François Dosse’a Histoire du structuralisme, dwa tomy, Paris 1991-1992, liczące sobie łącznie około tysiąca stron. Przekład angielski ukazał się w Minneapolis w roku 1997. Dla tego autora historia strukturalizmu jest niemal wyłącznie historią strukturalizmu francuskiego, tak jakby ten kierunek powstał w Paryżu, zresztą w czasie, w którym w innych miejscach funkcjonował już co najmniej od trzech, a może nawet od czterech dziesięcioleci. O tym, na jakim poziomie jest to „historia”, świadczy choćby fakt, że w tym opasłym dziele nazwisko Jana Mukarovsky’ego występuje raz tylko i w dodatku zostało przekręcone.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata