70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Zakrzyczeć śmierć, znieczulić strach

Śmierć jest nie tylko próbą wierzącego, ale i próbą wiary. Tylko perspektywa nieuchronnej śmierci rodzi pytanie „co dalej?”. Nie jest to pytanie abstrakcyjnie, nie jest to dylemat poznawczy, jest to bolesny los każdego z nas.

Co to jest śmierć? Z jednej strony jest oczywistością biologii człowieka, tak jak każdego innego zwierzęcia. Oczywistością – jak narodziny, dojrzałość, potomstwo i starość. Oczywistością – jak pory roku, z których jesień i zima są tak samo nieuchronne jak wiosna, choć mniej przyjemne, a coraz bardziej dokuczliwe. Ale z drugiej strony jest horrorem, a nawet skandalem. Jakże to: żyjemy, wyrywamy kartki z kalendarza, leczymy choroby, planujemy przyszłość i nagle Nagle coś, o czym nic nie wiemy, choroba której nie da się uleczyć? Z tej perspektywy nie ma nic straszniejszego niż śmierć. Wszystko się kończy i nie wiadomo, co się zaczyna; może już nic? Jak zgaszenie światła obcą ręką w najbardziej niedogodnym dla nas momencie, zazwyczaj wtedy, gdy najbardziej pragniemy jasności. O śmierci nie ma co mówić, śmierci można się tylko bać, a najlepiej o niej w ogóle zapomnieć. Nie unikniemy jej przez to, ale może przynajmniej doznamy znieczulenia. Żebyż była tylko jak nagłe zgaszenie światła, ale wchodzi się w tą ciemną bramę zazwyczaj w bólu, krwi, śluzie i całej ohydzie cierpienia. Po co? Narodziny przecież nie są zbrodnią, więc dlaczego życie prowadzi do wyroku śmierci? Nie, nie warto o niej rozmyślać, nawet wtedy gdy z kalendarza wyrwiemy kartkę niedalekiego już dnia poświęconego zmarłym.

ZADUSZKI  PO  AMERYKAŃSKU 

A przecież można inaczej. Pomiędzy Atlantykiem a Pacyfikiem, pomiędzy Oceanem Lodowatym a Meksykiem ludzie już na wiele dni przed końcem października – kiedy zbliża się święto zwane Halloween – przygotowują wydrążone dynie, spiczaste czapki czarownic, maski upiorów i śmiertelne koszule wisielców. W ostatni wieczór października idą na rodzinne lub szkolne przyjęcia z dzieciakami przebranymi za wampiry, strzygi i pociesznych umarlaków, a zapalone lampki w wydrążonych tykwach udają stwory z tamtego świata. Rozwydrzone bachory biegają w tych strojach po sąsiedzkich domostwach, domagając się słodyczy. W Nowym Jorku na Szóstej Alei kłębi się pochód diabłów, rozebranych wampirzyc i pociesznie kuśtykających pająków, a szczelnie oblepiający trasę ludek nawet nie pamięta, że to tradycja stworzona przez homoseksualistów z Greenwich Village w imię swojej gejowskiej zabawy (gej to przecież naprawdę znaczy „wesołek”), trafiająca widać w tak tajną i nienasyconą cząstkę duszy amerykańskiej, że szybko zaakceptowana przez wszelką możliwą większość, w tym wypadku na pewno niemilczącą. Kiedy Polska milczy nad grobami najbliższych albo weteranów, Ameryka się bawi. Kwiaty na grobach poległych w przeróżnych zamorskich interwencjach składa się tu późną wiosną w Dniu Pamięci (Memorial Day) ustanowionym zrazu ku czci ofiar wojny secesyjnej.

Być może ta odległość między polskim dniem Wszystkich Świętych, a amerykańskim Halloween pokazuje istotną, choć mocno skrywaną różnicę między duszą wschodnioeuropejską a tamtejszą: postawę wobec śmierci. Ameryka śmierć lekceważy przez jej wyśmianie, a strach przed nią znieczula przez coroczny błazeński taniec w trumnie; ponieważ jednak śmiejemy się tylko ze spraw błahych i niegroźnych, a więc zapewne utraciła już odwieczny ludzki strach przed horrorem śmierci, a pewnie nawet i wiarę w życie pozagrobowe, choć przy każdej okazji Amerykanie (zwłaszcza wysocy urzędnicy państwowi) wzywają imienia bożego nadaremno. Polska natomiast śmierci się lęka i przez powszechną adorację umarłych usiłuje wyprosić lepsze miejsce na tamtym świecie, który – jak wierzymy – nieuchronnie nadejdzie. Gdyby ktoś napisał amerykańskie Dziady, byłaby to na pewno komedia – no, w najlepszym razie tragifarsa – której akcja musiałaby przebiegać na zakrapianym przyjęciu cmentarnych przebierańców. Przeczy jednak temu amerykański pogrzeb. Pogrzeb za oceanem jest krótki, wystawny i uroczysty, a prowadzenie domu pogrzebowego jest jednym z najlepszych interesów. Trzeba zobaczyć jak do tego domu wpadają na chwilę przyjaciele i krewni dla złożenia kwiatów i kondolencji i jak pryskają pospiesznie, aby tylko nie wziąć udziału w misterium pochówku, aby być jak najbliżej ruchu i ciepła życia, jak najdalej od chłodu grobowca. Amerykańskie Dziady, choć publika pokładałaby się od śmiechu, byłyby jednak podszyte skowyczącym strachem.

Bo Ameryka wynalazła sposoby na wszystko: na choroby ciała ma najlepsze na świecie szpitale, na choroby duszy najbardziej wnikliwych na świecie psychiatrów. Ameryka stanęła na Księżycu i przejechała się po Marsie. Pokonała Imperium Zła, właśnie pokonuje najgorszy od dziesięcioleci kryzys i wkrótce na pewno pokona wirusa HIV. Ale nie wynalazła i nigdy nie wynajdzie pigułki na śmierć. Ameryka wie o tym, ale nie przyjmuje tego do wiadomości. Dlatego wygłupem Halloweenu zagłusza swój paniczny lęk przed śmiercią. A Polska? W naszym cmentarnym dniu pamięci też ukryliśmy usypiające kłamstwo: jest to Dzień Zaduszny, ale nie Śmierci. Zmarli już przeszli przez – jak to powiada Psalmista – „ciemną dolinę”, mają to za sobą, lęk przed śmiercią już ich nie dotyczy W ten sposób, czcząc naszych Drogich Nieobecnych też – choć łagodniej niż Ameryka – znieczulamy myśl o czekającej nas nieuchronności.

NIEBOSZCZYK  SIEDZI  NA  DRZEWIE 

Pomysł, by jakimś hałasem albo doczesną przyjemnością zagłuszyć strach przed śmiercią nie jest nowy. Stąd stypa od dawna obecna w naszej kulturze. Ale nie jest prawdą, że najhuczniej ucztują na grobach Rosjanie albo Litwini wznoszący tam toasty i wylewający wódkę za dusze, które odeszły. Panichida oznacza w liturgicznym słownictwie cerkiewnym nabożeństwo żałobne albo nieraz wielodniowe czuwanie u trumny przed pochówkiem, lecz w potocznym, trochę „błatnym” żargonie ulicznym takie właśnie ma znaczenie: napijemy się za naszych umarłych, podzielimy się z ich duszami naszym smutkiem i naszą pociechą. Miałem okazję w takich alkoholowych obrzędach uczestniczyć. Ale rzeczywiście metodycznie i z przejęciem obrządek stypy odprawiają Chińczycy. Nie tylko po pogrzebie odbywa się uczta na grobie, ale też w kwietniu (bo to miesiąc zmarłych) liczna rodzina ze wszystkimi pociotkami zbiera się na cmentarzu, przywozi samochodami jedzenie i picie. Obcych się na taką uroczystość nie zaprasza, mogą sobie popatrzeć z odległości. Nie wiem, jak to bywa w Chinach kontynentalnych, bo je za słabo znam, ale chińska diaspora – liczna w krajach południowo-wschodniej Azji, gdzie kilka lat pracowałem – trzyma się wiernie tego obyczaju. Łączy się on z silnym wśród Chińczyków (niezależnie od religii) kultem przodków; zmarli są duchowo obecni w życiu rodziny, stawia się ołtarzyki, składa drobne ofiary, szanuje pamięć. Nie bez pewnej obawy, bo jeśli im się nie dogodzi, obrażeni przodkowie mogą płatać brzydkie psikusy. Ten kult przodków, dobrych i złych duchów, którym ofiarowuje się kwiaty i owoce, o których dobre samopoczucie trzeba dbać, silny jest też w buddyjskiej Tajlandii, ale bez chińskiej metodyczności. Bywałem tam na uroczystościach żałobnych, które odbywają się w domu zmarłego; opłakuje się go i wspomina tylko do chwili spalenia ciała, potem życie okazuje się silniejsze i bardziej pociągające, nikomu nie przychodzi więc do głowy wizytowanie prochów. Przodkowie mają swój ołtarzyk razem z duchami miejsca i jest to punkt święty dla tutejszego buddysty, ale pamięć o zmarłych jest bezosobowa. Ten ołtarzyk, którego lokalizację na posesji (nawet przy wielorodzinnym wieżowcu) wyznacza uprawniony mnich za stosowną opłatą, staje się dla wiernych ważniejszy niż świątynia; do pagody chodzi się tylko w wielkie święta, na ołtarzyku codziennie trzeba zmieniać kwiaty, palić kadzidełka. Trzeba też wykonać przed nim rytualne pokłony. Jest to jeszcze jeden dowód, że wielki monoteizm jest za trudny dla zwykłych ludzi. Budda był prorokiem nie jakiegoś osobowego i konkretnego Boga, lecz bezosobowej i niezbyt sprecyzowanej siły wyższej, o której niedoskonały człowiek może powiedzieć niewiele i która w bieg naszych spraw w świecie na pewno nie ingeruje. Stąd mnogość dobrych i złych duszków, a nawet bożków zapożyczonych z hinduizmu, o których przychylność trzeba zabiegać, które mogą pomóc, ale i zaszkodzić. W tak zagospodarowanym uniwersum da się żyć, bo wiadomo gdzie się zwrócić o deszcz, gdzie o szczęście w miłości, a jakie licho przegonić precz z domowych progów.

To rychłe zwycięstwo radości życia nad trwogą śmierci widziałem na hinduskich ceremoniach palenia zwłok. Jak wiadomo, odbywają się nad rzeką, gdzie nieboszczyk powinien zostać spopielony na stosie drewna, a prochy wrzucone do wody. Dla nas jest to dość ponury widok, bo stosy w różnych fazach kremacji lub przygotowania do niej są stłoczone ciasno na brzegu, a wszystko owiane wywołującą zły dreszcz legendą ceremonii „sati”, kiedy w dawniejszych czasach zmuszano wdowę (a czasem nawet służbę) do rzucenia się w ogień trawiący ciało ich pana. Dzisiaj drewno jest tutaj coraz droższe, więc zwykle stos okazuje się za mały, by dokładnie spopielić nieboszczyka. Dlatego nieraz w trakcie uczty – jaką rozpoczyna rodzina, gdy już buchnie ogień – widać, że osmalone ciało wciąż spoczywa na gasnących bierwionach. Nikt się tym nie przejmuje, nadpalony truposz zostaje bezceremonialnie wyrzucony do wody; niech sobie płynie w dół rzeki i nie przeszkadza żywym, kiedy wreszcie chcą odreagować przymusową żałobę.

Tak jak świat jest podzielony na kultury, które palą swoich umarłych i te które grzebią ich w ziemi, tak nie ma zgodności w kwestii koloru żałoby. W starożytnym Rzymie był to kolor czarny i przejęła to kultura europejska. Ale na Dalekim Wschodzie jest to biel, a w Iranie nawet kolor niebieski. Dawni Słowianie również uznawali biel, co pozostało reliktowo tu i ówdzie; na przykład w Rumunii widziałem wiejskie pogrzeby w bieli, kiedy w mieście zapatrzonym w Zachód używa się czerni.

Kiedyś w USA chciałem pocieszyć Amerykanina indiańskiego pochodzenia po stracie bliskiej osoby i kompletnie spudłowałem.

– My nie znamy żałoby – tłumaczył mi. – Śmierć to nie kres, lecz przejście do lepszego bytu. Zmarli są szczęśliwi u Wielkiego Ducha, uczestniczą niewidzialni w naszym życiu, wstawiają się za nas. Warto ich wspominać, ale nie trzeba płakać, bo są nareszcie wyzwoleni z cierpienia.

W północnej, górzystej części filipińskiej wyspy Luzon (w jej południowej i równinnej części leży Manila) są plemiona, które swoich zmarłych mumifikują w siedzącej pozycji na drzewach. Jak mi tłumaczono, chodzi o to, by byli obecni w życiu wsi, by znali jej problemy, przekazywali żywym swoje doświadczenie i interweniowali, kiedy będzie potrzebna ich nadprzyrodzona moc. Pomyślałem sobie, że powinniśmy uczyć się mądrości także od ludów, które pycha białego człowieka uznaje za prymitywne. Ale też spudłowałem, bo do takich miejsc terenowymi samochodami przywozi się z Manili międzynarodowych gapiów, by sobie poprztykali aparatami fotograficznymi, dali zarobić lokalnym restauratorom i sprzedawcom pamiątek.

ŚMIERĆ  JAKO  PRÓBA  WIARY 

Po co to wszystko? O śmierci można na jakiś czas zapomnieć, można lęk przed nią znieczulić, gdy jest jeszcze daleko i bezpośrednio nie zagraża. Stąd zresztą niepohamowany kult młodości, sprawności fizycznej i zdrowego wyglądu, jaki od wielu dziesięcioleci opanował Zachód, a z niego przyszedł i do nas. Też jest podszyty tym samym skowytem strachu, co inne znieczulające obrządki, bo praktykujący dobrze wiedzą, że nie da się wstrzymać biegu kalendarza, choć można przestać wyrywać zeń kolejne kartki i udawać, że czas fizyczny zatrzymał się dla nas w wieku trzydziestu, no ostatecznie trzydziestu pięciu lat. Dobrze wiedzą, ale przez siłownię, solarium, gabinet kosmetyczny i mnóstwo hałaśliwie reklamowanych specyfików, odpychają tę nieodwołalną konstatację jak najdalej od świadomości. Im człowiek starszy, im bliżej do konfrontacji z nieuchronnością, tym terapia droższa i coraz bardziej rozpaczliwa aż do wiadomego końca. Dla mężczyzn także, bo już dawno odszedł w zamierzchłą niedzisiejszość obraz szacownego starca dzielącego się z młodymi swym doświadczeniem i mądrością. Dziś można być tylko pogardzanym dziadygą, dinozaurem z parku jurajskiego, a to zdecydowanie niepociągające. Niegdyś trędowaci samym swym wyglądem głosili nieodwołalne „memento mori”, więc ich izolowano w bezludnych zakątkach. Dziś równie nieprzyzwoita jest starość.

Jak więc stanąć twarzą w twarz z nieuchronnym i bolesnym? Przecież, jeśli – wzorem Chińczyków, Indian czy górskich plemion z odległych zakątków świata – wierzymy, że zmarli są życzliwi, ratują w potrzebie, a nawet sprowadzają deszcz kiedy potrzeba, to nie łagodzi nasza wiara stojącego przed żyjącymi horroru śmierci, przez który nasi Drodzy Nieobecni już przeszli. Jeśli po katolicku wierzymy w zbawienie i szczęśliwość wieczną, to strach, ból i przerażenie śmiertelnego przejścia tak samo nas czekają, jak bezbożników. Co gorsza na tym progu między doczesnością a wiecznością musimy stanąć sami; umiera się osobno, choć zwykle żyje się razem. Nie poda nam dłoni ukochana osoba, nie wesprze kapłan; oni przecież zostaną na ziemi. Dlatego śmierć jest nade wszystko próbą wiary, niezależnie od tego, w co wierzymy. Jeśli w nicość, to przed tym nieodwołalnym progiem pojawia się trwożna nadzieja, że może jednak Stąd tyle nawróceń „in articulo mortis”. Jeśli w Boga, to czy wiara jest dość silna, by pomóc, kiedy przychodzi ból, strach i zwątpienie? Gdybyśmy byli nieśmiertelni, wszelka wiara i wszelka metafizyka byłyby niepotrzebne, robilibyśmy z nich użytek najwyżej dla pofantazjowania o tym, co może znajdować się poza zasięgiem naszego poznania. Ale nie dla osobistego spotkania z niewiadomym. Wątpliwość i strach nie dotyczą też nieśmiertelnego – on wie, że jest i że zawsze będzie. Dlatego śmierć jest nie tylko próbą wierzącego, ale i próbą wiary. Tylko perspektywa nieuchronnej śmierci rodzi pytanie „co dalej?”. Nie jest to pytanie abstrakcyjnie, nie jest to dylemat poznawczy, jest to bolesny los każdego z nas.

POLUBIĆ  WŁASNĄ  ŚMIERĆ?

Człowiek jest jedyną istotą na ziemi, która wie że umrze, rozważa, jak wejdzie do „ciemnej doliny” i co w niej znajdzie? Zwierzę umrze tak samo jak my, ale o tym nie wie; może jest szczęśliwsze, lecz zamknięte na wszystko, co ewentualnie znajduje się ponad nami. Zapewne tylko świadomość śmierci otwiera nas na metafizykę, bo zmusza do zadawania pytań ostatecznych, chociażby odpowiedzi bywały głupawe lub niepełne. Jeśli ateizm oznacza negację wszelkiej religijnie rozumianej duchowości, to jedyną konsekwentnie ateistyczną postawą wobec śmierci jest właśnie usiłowanie zakrzyczenia jej i znieczulenia przedśmiertnego strachu. Jeśli jednak rozum ateistyczny chce ją jakoś oswoić, musi zerkać w stronę duchowości i bytów o dłuższym niż człowiek trwaniu: mówi o sumieniu, kulturze, pamięci, dorobku ludzkości. Można – choć udaje się to tylko niektórym – przez wiarę w życie pozagrobowe lub pozagrobowy humanizm pogodzić się z nieuchronnością śmierci i oczekiwać jej pogodnie, mając tylko nadzieję, że los oszczędzi nam zbędnych tortur.

Ale pogodzenie się z nieuchronnym to jeszcze za mało. Tylko śmierć nadaje ostateczny sens naszej doczesności, bo tylko jej perspektywa sprawia, że każde zdarzenie jakie nas spotyka okazuje się jedyne i niepowtarzalne, każda przeżyta chwila nie da się już odtworzyć i przeżyć na nowo. Mając czas na tym świecie ograniczony do parudziesięciu lat dojrzałego i świadomego życia – poganiani perspektywą śmierci – musimy dbać o to, by te chwile były sensowne i dobrze zagospodarowane. Tylko życie śmiertelnika zna cenę upływającego czasu i dlatego tylko śmiertelnik potrafi cieszyć się nim naprawdę. Zna on bowiem cenę chwil najpiękniejszych i najlepszych, wiedząc, że nie powtórzą się już nigdy. Trwanie nieśmiertelnego nie ma nad sobą tego bata nieuchronności i ograniczenia; wszystko się jeszcze powtórzy, każdy grzech jest do naprawienia, każda radość będzie wznowiona aż do obrzydzenia, wobec tego nie trzeba dbać o nic. Nieśmiertelność bowiem jest atrybutem boskim; gdyby przydzielić ją człowiekowi, obróciłaby się przeciw niemu.

Największa mądrość i szczęście zarazem, jakie może osiągnąć człowiek, to polubić własną śmierć jako nadającą sens doczesności. Jedynie ten, co polubił swoją śmierć, potrafi cieszyć się życiem, bo on tylko pojmuje, że każda ludzka chwila na tym świecie jest wypełniona sensem, jak winne grono sokiem.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata