70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

O stosowalności prawnej definicji ludobójstwa decydują sądy. Na mocy werdyktu mamy prawo, a może wręcz obowiązek twierdzić, że na przykład w Srebrenicy doszło do ludobójstwa, że było to coś specyficznego – ta właśnie szczególna odmiana zbrodni przeciw ludzkości.

Ludobójstwo – coś rozumieć, by żyć dalej

Nie piszę sprawozdania z naukowej czy popularno-naukowej konferencji na temat ludobójstwa. Przekazuję swoje nota bene, echa i wnioski.

W Domu Spotkań z Historią spotkanie z Assumptą Mugiranezą, świadkiem w sprawie ludobójstwa na Tutsich z Rwandy. Świadkiem, który żyje, bo nie był na miejscu, kiedy zabijano. Ludobójstwa miewają głównie takich świadków. Z tym, że pani Assumpta, politolog i psycholog społeczny z Uniwersytetu Paris VIII, jest świadkiem wyjątkowo pilnym i odważnym. O samej rzezi wie z relacji tych, co wygrzebali się spod ciał, i tych, którym udała się ucieczka, ale widzieli jej początek. Assumpta jest też świadkiem swojego wnętrza, w które wdarło się to wszystko, i świadkiem prób życia dalej w kraju dotkniętym takim paroksyzmem. Przed osobą wysoko ceniącą formację naukową była jedna droga: poddać miażdżące doświadczenie świadomej refleksji. Stąd projekt na pierwszy rzut oka nie do udźwignięcia: porównawcze studium ludobójstwa.

Inne zagłady: plemienia Herrero w Namibii, Ormian, Żydów. Assumpta Mugiraneza współpracuje z paryskim Centrum Pamięci Szoa – ośrodkiem badań nad Zagładą. W Polsce jej przewodnikiem jest Konstanty Gebert.

Studium porównawcze zjawiska ludobójstwa nie musi koncentrować się wyłącznie na krótkim zestawie bezspornych przykładów. Ten zestaw jest taki, bo funkcjonuje definicja prawna ludobójstwa, która ten zestaw ogranicza. Czy go uzupełniać, interpretując tę definicję szeroko? Zdania prawników są podzielone[1].

O stosowalności prawnej definicji ludobójstwa decydują sądy. Na mocy werdyktu mamy prawo, a może wręcz obowiązek twierdzić, że na przykład w Srebrenicy doszło do ludobójstwa, że było to coś specyficznego – ta właśnie szczególna odmiana zbrodni przeciw ludzkości.

Bardzo trudno utrzymać porównywanie ludobójstw przy tym, co – moim zdaniem – najważniejsze, przy swego rodzaju fenomenologii tych zbrodni i przy pytaniu, jak żyć dalej, jak żyć z ludźmi niosącymi taką pamięć, czego potrzebują oni od reszty ludzkości, w tym od siebie nawzajem, ofiary od ofiar. Im bardziej precyzyjną definicję ludobójstwa uda się skonstruować i stosować w miarę konsekwentnie, tym więcej pokus, by skupić uwagę na pytaniu, które potworności wojen uznać za „ludobójstwa”, a które będą określane „tylko” jako „masakry”, „masowe mordy”, „zbrodnie wojenne”… Zamiast globalnej lekcji, zamiast ostrzeżeń i wsparcia w zapobieganiu najgorszemu, wdajemy się w podejrzenia i spory. Ustalanie, kto ewentualnie cierpiał więcej, dłużej, bardziej dotkliwie, jest bez sensu. Każda śmierć człowieka jest – jako jego śmierć –faktem niepowtarzalnym i nieporównywalnym. Porównywanie ludobójstw między sobą może jednak prowadzić do bardziej wnikliwej wizji każdego z nich, takiej, która odsłoni rysy własne danej zbrodni i zarazem pokaże, co łączy groźne wydarzenie odległe w czasie, spod innego nieba, a jednak odzwierciedlające – być może – ten sam haniebny, nieludzki model. Ludzie ludziom gotują straszny los, poniekąd podobny. Chodzi o to, by nie dopuszczać do rozwoju konglomeratu warunków prowokujących zbrodnię.

Jednym z konkretnych problemów jest bezkarność ludobójstwa, bezkarność ludzi, którzy uczestniczą w zabijaniu, a przede wszystkim organizatorów i świadomych inspiratorów wymordowywania.

*

Urok spotkań, także spotkań z historią, polega na zobaczeniu czegoś – wydarzenia, osoby – możliwie z bliska. To staje się pomostem od przeżyć do przeżyć. Wiem, iż Assumpta wie, że tak jest. I dlatego zdobywa się na to, by opowiedzieć także coś osobistego, a ja wiem, że choćby opowiadało się takie rzeczy wiele razy, zawsze – za każdym razem – jest to trudne i przynosi odnowienie bólu. Ale trzeba, bo inaczej nie warto się gromadzić ani skupiać przy czymś.

Mam zapisane w notatkach słowo „fotel”. Tak, Assumpta mówiła o fotelu. O tym, jak szukała domu swojej rodziny na jednym z tysiąca wzgórz Rwandy. Nie było nic. Trudno uwierzyć, że dom, nawet wiejski dom w Afryce, może zniknąć właściwie bez śladu, że tu coś było (u nas przynajmniej znajdzie się jakieś resztki cegieł, kamienie, piołun). Dom najbliższego sąsiada spokojnie stał na swoim miejscu. Tylko nikt dorosły nie wyszedł na powitanie. Dziecko uchyliło drzwi i Assumpta zobaczyła fotel z domu swoich nieżyjących rodziców.

Pomyślałam o powojennych czy nawet dzisiejszych żydowskich wizytach w dawnych sztetlach. Co mogą zobaczyć przez półotwarte drzwi, albo w wyobraźni przez zamknięte?

*

W trakcie konferencji raz po raz podkreślano rolę mediów. W Rwandzie istniało Radio Tysiąca Wzgórz, szerzące wezwanie do zabijania i nazywane tu Radiem „Maczeta”. Praktycznie jako monopolista, było istotnym czynnikiem sytuacji; zrozumienie jego roli wcale nie jest łatwe. Myśląc nad tym, co usłyszałam, dochodzę do przekonania, że tych ról było wiele: instruowanie, łączność, synchronizacja działań, tylko pozornie spontanicznych, wyglądających raczej jak seria planowych podpaleń. Ale najważniejsza chyba i w Rwandzie jest rola medium–twórcy tego, co oczywiste, kuźni przekonania o oczywistości planu ludobójstwa i kolejnych sekwencji wydarzeń. W tym planie zasadniczym zadaniem jest zdefiniowanie, kto ma zostać wymazany, usunięty, zgnieciony jako karaluch, zakała świata, uniemożliwiająca niezbędną i szczęściodajną naprawę. To „oni” – Herrero, Ormianie, Żydzi, Cyganie, Tutsi i kto wie, kto jeszcze – stoją na przeszkodzie. O tym trzeba mówić w kółko, o tym śpiewać piosenki i wybijać rytmy przywołujące na myśl słowa. To najważniejsze, bo przedtem nie było oczywiste, kogo trzeba się pozbyć, a ci ludzie przewidziani do usunięcia sami nie wiedzą o swojej złowieszczej roli.

Wśród uczestników konferencji to Konstanty Gebert najdobitniej wskazywał jak fundamentalna jest rola ludobójczej ideologii, teorii, wyprzedzającego wydarzenia pomysłu na to, „kto winien”. Było to spójne ze świadectwem Assumpty Mugiranezy. Warto jednak pamiętać, że ludobójczy pomysł nie musi być nowy, lepiej nawet, by nowy nie był. Skuteczne będzie przypominanie czegoś, co już zadziałało wcześniej (tak właśnie było w Rwandzie). Zawsze można powiedzieć, że po ludobójstwie jego sprawcy nie stworzyli wprawdzie nowego, wspaniałego świata, ale to dlatego, że zatrzymali się w pół drogi. Kolejny projekt będzie bardziej radykalny.

Myśląc o tym, utwierdzam się w przekonaniu, że ideologie ludobójcze muszą pozostawać poza granicą najszerszej możliwej tolerancji. Muszą być publicznie piętnowane jako to, czym są. Na przykład antysemita – póki mówi to, co mówi, twierdzi to, co twierdzi, podejrzewa to, co podejrzewa – nie jest partnerem dialogu. Jego projekt ulepszania świata nie może być dopuszczony do konkursu. Co to, to nie.

*

Żyć dalej. Żyć po tym, co naprawdę się stało. Żyć obok tych, którzy w tym uczestniczyli, obok ich potomków, w niepewności, czy nie szukają w Internecie albo wśród nawału komunikatów oficjalnych stacji – czegoś w rodzaju Radia Maczety… Żyć ze sobą, mając świadomość, że z rzeczywistości wypadło dno – mówią o tym ci, co to widzieli, jak Imre Kertész albo ci czy inni starsi bliscy. Ci spośród nich, którzy nie ukrywają tego przed sobą.

Nie ufam strategii ukrywania, choć może ona nieco stępić ostrze. W Rwandzie – jeśli dobrze zrozumiałam – nie wolno obecnie dzielić obywateli na Tutsich i Hutu. Wierzę Assumpcie, że kiedyś takiego podziału nie było. Że nie było go przed początkiem ludobójstwa. Ale nie może nie być po nim. Jak żyć, aby istniejący podział nie stał się znów ludobójczym?

Niezbędne wydają się obie połowy cudu w człowieku. Potrzebujemy ich wszyscy z obu stron podziału na sprawców i ofiary.

Relacja między przebaczeniem i pokutą jest tajemnicza, inna, niż się na ogół myśli. Przekonała mnie o tym Eva Kor, która tak jak Assumpta Mugiraneza była gościem tego samego środowiska (zob. „Znak” nr 598 marzec 2005, s. 124–128). Eva odkryła, że może żyć dalej, nie poddać się spustoszeniu wewnętrznemu po oświęcimskich przeżyciach i śmierci siostry, jeśli sama z siebie, nieproszona o to, samotnie wybaczy doktorowi Mengele. Ewa – niewierząca Żydówka – wierzy jednak w możliwość swego oderwania od doznanego zła. To oderwanie – wybaczenie – czyni ją wolną i silną. Jeśli możliwe jest takie wybaczenie, to na pewno ma sens pokuta, która je przyjmuje, pracuje nad możliwością uzyskania przebaczenia – chociaż przebaczenie, jeśli przyjdzie, będzie łaską.

Wiem, że to, co teraz notuję, nie mieści się w kategoriach rozważań psychologiczno-społecznych. Piszę to, by jeszcze raz podziękować Evie Kor i Assumpcie za ich świadectwa. Do nich – i im podobnych – chcę skierować tych, co zajrzą do moich „Różnych godzin”.

Sen z komentarzem

Pochylamy się nad Europą. Świadomie używam tego wyrażenia. Odbywa się jakieś międzynarodowe spotkanie, chyba ekumeniczne, na pewno bardzo krytyczne. Pasowałoby do nowo zasiedlonej kawiarni Nowy Świat. Z pracy w grupach wyłaniają się plakaty, które mają obrazować krytyczny ogląd różnych narodów. Są ciekawe, oglądam kilka, szkoda, że nie zapamiętałam pomysłów. Całą uwagę pochłonął plakat poświęcony Polsce. Fala skłębionych emocji, które przerywają sen i zmuszają do analizy tego, co zobaczyłam.

Plakaty we śnie nie były (jeszcze!) drukowane. To oryginały, po staroświecku na papierze. A może to pierwsze próbne wydruki?

Więc Polska. Czyjego autorstwa? Nie wiem. Najpierw widzę wybrany przez autora symbol. Nie orzeł, lecz napuszona wielobarwna kwoka. Słyszę, jak chełpliwie gdacze, potrząsając skrzydłami. Podejrzliwie łyska oczko jak paciorek.

Ale to nie wszystko. Powoli z tła wyłania się postać w pontyfikalnych szatach. To Jan Paweł II klęczy obok kwoki, osłania ją ramionami, lśni białe płótno i koronki alby. Smutna i poszarzała twarz zwrócona ku niebu.

We śnie ten widok nie jest dla mnie śmieszny. Odmienność techniki obrazowania wskazuje na montaż, komputerową animację. Ramiona Papieża są wyciągnięte, jakby coś chciał objąć, ale może nie tę kwokę. W tym miejscu lepiej wyobrazić sobie coś innego: baranka ofiarnego, dziecko ludzkie, drzewko, któremu zagrażają wichry. Wtedy byłby to obraz może kiczowaty. Skażony sentymentalizmami, ale nie obraźliwymi dla Polaków ani dla Papieża.

A ta kwoka?

Mamy trzy ptasie symbole Ojczyzny, różnej popularności: orła, pawia i papugę. Przywykliśmy do nich. Po co wydłużać listę? Sen budzi we mnie gniew. Gdybyż ta kura była wydarta z wilczych czy niedźwiedzich pazurów… Jeśli taką ma historię, to teraz sportretowana jest tak, jakby tylko co pozostawiła jajo w ciepłym gnieździe. Dumna jest z tego, a może z faktu bycia kurą, nie żadnym pelikanem czy drozdem. Ma prawo do tej dumy, dokładnie tak jak każdy. Ale glorii Papieża jej kwocza duma, a może wręcz pycha, na pewno nie posłuży.

Nie popieram krytycznego artysty ze snu. Dlaczego nie wybrał innego symbolu? Piszę o tym tutaj, bo obudziwszy się, nie bardzo wiem, gdzie szukać takiego symbolu.

 


[1] Fragment z Konwencji w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa (z 9 grudnia 1948 roku):

W rozumieniu Konwencji niniejszej ludobójstwem jest którykolwiek z następujących czynów, dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych, jako takich:

a) zabójstwo członków grupy,

b) spowodowanie poważnego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia psychicznego członków grupy,

c) rozmyślne stworzenie dla członków grupy warunków życia, obliczonych na spowodowanie ich całkowitego lub częściowego zniszczenia fizycznego,

d) stosowanie środków, które mają na celu wstrzymanie urodzin w obrębie grupy,

e) przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy” (art. II).

Dr Karolina Wierczyńska w swojej pracy Ewolucja pojęcia zbrodni ludobójstwa w świetle działalności międzynarodowych trybunałów karnych analizowała poszczególne fragmenty tej definicji (między innymi, co to jest ów zamiar zniszczenia) w kontekście orzeczeń trybunałów karnych ad hoc.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata