70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Zapowiada się długa kampania wyborcza

Sierpień przyniósł wyraźne obniżenie temperatury życia politycznego,  co ma ewidentny związek z wakacjami parlamentarnymi. Sprawą, która w tym miesiącu chyba najbardziej poruszyła opinię publiczną, było niewywiązanie się przez katarskich inwestorów z obietnicy zakupu stoczni w Szczecinie i w Gdyni.

Opozycja z prawa (PiS) i z lewa (SLD) przystąpiła do ataku, zarzucając premierowi Tuskowi i ministrowi Gradowi cyniczne roztaczanie iluzji, dotyczących pomyślnej przyszłości stoczni (zdaniem opozycji, chodziło o zdobycie głosów przed wyborami do Parlamentu Europejskiego), podczas gdy w rzeczywistości rząd zaniedbał tę sprawę. Zażądano dymisji Aleksandra Grada, a sam premier znalazł się w niezbyt zręcznej sytuacji, gdyż publicznie zapowiedział, że zdymisjonuje ministra skarbu, jeśli sprawa stoczni do końca sierpnia nie znajdzie pozytywnego finału.

Nie znając kulisów negocjacji z Katarczykami, trudno się autorytatywnie wypowiadać, jak naprawdę wyglądały szanse zakupu obu stoczni przez finansowych potentatów z Zatoki Perskiej. Przypuszczam jednak, że polskiemu rządowi bardzo zależało na sfinalizowaniu owej transakcji i zapewne zrobił w tej sprawie wszystko, co było w jego mocy. Nie wierzę, by celowo zwodził opinię publiczną. Na pewno jednak i premier, i minister skarbu popełnili błąd, przedwcześnie ogłaszając sukces. Stoczniowcy ze Szczecina i Gdyni, słuchając rządowych zapewnień, mieli podstawy, by wierzyć, że ich zakłady i miejsca pracy zostały uratowane. Tym boleśniejszy spotkał ich zawód.

Wypływa stąd jeden wniosek: rządzący powinni składać obietnice z rozwagą i poczuciem odpowiedzialności. Prawda, nawet bolesna, jest lepsza od pobożnych życzeń, także tych wypowiadanych w najlepszej wierze.

Wrzesień od samego początku znacznie podniósł polityczną temperaturę. Obchody 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej mają, oczywiście, znaczenie niezależne od faktycznie zaczynającej się już kampanii prezydenckiej. Trudno jednak było nie zauważyć, że stały się one okazją dla prezydenta Kaczyńskiego i premiera Tuska do zaprezentowania się Polakom (na międzynarodowym tle) w roli narodowych przywódców, pretendujących do rangi mężów stanu, i pokazania różnic w podejściu do polityki zagranicznej i historycznej pamięci.

Zaproszenie na uroczystości rocznicowe premiera Putina było decyzją kontrowersyjną i ryzykowną. Obecne władze Rosji budują poczucie dumy narodowej i mocarstwowej świadomości Rosjan, nie tylko odwołując się do ich heroizmu i ofiary krwi z czasów wojny ojczyźnianej i zwycięstwa nad III Rzeszą, ale także czują się spadkobiercami tych wszystkich, którzy budowali potęgę rosyjskiego i radzieckiego imperium, a zatem i Stalina. Znalazł on miejsce w narodowym panteonie, tworzonym przez dzisiejszych przywódców Rosji, obok Aleksandra Sołżenicyna – przenikliwego i bezkompromisowego krytyka systemu komunistycznego. Zapraszając Putina do Polski, należało się więc liczyć z tym, że wizja genezy II wojny światowej i ocena jej początków, jaką przedstawi rosyjski przywódca, będzie się zasadniczo różnić od prawdy historycznej i polskiego punktu widzenia.

W stosunku do rosyjskiego gościa wyraźnie zaznaczyła się różnica podejścia pomiędzy Lechem Kaczyńskim i Donaldem Tuskiem. Niestety, nie była ona wynikiem uzgodnionego podziału ról. Prezydent swoje wystąpienie inaugurujące obchody na Westerplatte poświęcił w istocie polemice – choć nie wprost – ze stanowiskiem Putina w sprawach najnowszej historii oraz zawarł w nim niezawoalowaną krytykę obecnej polityki Rosji. Premier natomiast starał się zawrzeć przesłanie bardziej uniwersalne, skierowane w przyszłość ponad różnicami w ocenie przeszłości, niemniej podczas sopockiej konferencji prasowej – sprowokowany wypowiedzią Władimira Putina dotyczącą historii i pytaniem przedstawiciela rosyjskiej telewizji – twardo mówił prawdę o bardzo nieprzyjemnych dla Putina faktach z historii relacji polsko-radzieckich. W sumie nie ulegało jednak wątpliwości, że polski prezydent chce schładzać stosunki polsko-rosyjskie, a premier pragnie je ocieplać. Dla mnie zaś było oczywiste, iż obaj mają wyraźnie różne wizje polskiej polityki zagranicznej oraz że stały się one elementem toczącej się już kampanii prezydenckiej. W następnych dniach to wrażenie potwierdziła wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, zdecydowanie krytykująca zaproszenie premiera Putina do Polski.

Wszystko wskazuje na to, że czeka nas długa kampania prezydencka. Nie jest to dobre, zważywszy na miejsca, jakie zajmują obaj konkurenci w konstytucyjnej i realnej strukturze władzy, i ze względu na to, że kryzys gospodarczy nie został jeszcze przezwyciężony. Te fakty powinny obu polityków skłaniać do współdziałania Tymczasem możemy się raczej spodziewać czegoś przeciwnego: walki i wzajemnego blokowania się. Zwłaszcza prezydent ma spore możliwości blokowania posunięć rządu, dysponując prawem weta.

Mamy więc w Polsce paradoksalną sytuację. Największy ciężar gatunkowy mają wybory parlamentarne. To zatem stanowisko premiera powinno być najbardziej pożądane przez ambitnych polityków, chcących odcisnąć swój ślad w historii Polski. Jest jednak inaczej. Klasa polityczna i opinia publiczna najbardziej interesują się wyborami prezydenckimi. Dzieje się tak, gdyż w powszechnych wyborach zderzają się osobowości. Kiedy jednak polityk, obdarzony przez rodaków największym zaufaniem, osiąga upragniony cel (prezydenturę) – natrafia na konstytucyjne, bardzo poważne ograniczenia swej władzy. Aby być faktycznie numerem jeden, musi mieć za sobą obóz polityczny, dysponujący parlamentarną większością, i lojalnego premiera, który świadomie będzie ograniczał swą swobodę w korzystaniu z konstytucyjnych uprawnień. Spełnienie obu tych warunków jest bardzo trudne.

Patrząc na układ sił politycznych w Polsce, można założyć, iż usunięcie paradoksu, wynikającego z wielkiej rangi wyborów prezydenckich i ograniczonych możliwości prezydenta (które wynikają z kolei z jego uprawnień konstytucyjnych), nie będzie łatwe.

6 września 2009

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata