Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 NAPISZ DO REDAKCJI

 

PAŹDZIERNIK 2009, NUMER 653

Strona główna


 

REFLEKSJE




Tratwa „Meduzy”, czyli o wspólnym

dryfie religii i literatury
(fragment)

PIOTR MILLATI


Cała humanistyka ma wiele wspólnego z obecną kondycją katolicyzmu. To samo, rzecz jasna, dotyczyć musi sytuacji ludzi zajmujących się tymi dziedzinami – tak naprawdę jedziemy na jednym wózku i jest to wózek inwalidzki.


Nie zwróciłbym pewnie uwagi na to, o czym chciałbym tu opowiedzieć, gdyby nie wesela. Ich skład i konsystencja niemal zawsze przypominają pseudobigos, do którego wrzuca się wszystko, co pod ręką, bez względu na to, czy pasuje do siebie czy nie. Niezawodnym sposobem, dzięki któremu powinno nastąpić „przeżarcie się” mniej lub bardziej przypadkowych składników, ma być wielogodzinne duszenie ich w ciasnym garnku pod ciężką przykrywą. Chyba tylko na weselach tak różni, często widzący się po raz pierwszy w życiu ludzie są postawieni w sytuacji, w której muszą spędzić z sobą wiele godzin, nie mogąc się po prostu ignorować. Przydzielone miejsce przy stole jest, jak wiadomo, zobowiązaniem do podtrzymania konwersacji w najbliższym kręgu, która w pierwszej kolejności dotyczy najprostszych danych personalnych.

Kiedy podczas tych pełnych tyleż dobrej woli, ile kurtuazji rytuałów próbowałem odpowiedzieć na proste, wydawałoby się, pytanie, jaki jest mój zawód i co właściwie robię, reakcja (nie tylko ze strony tych rozmówców, których in gremium określano niegdyś w teatrach zgrabnym eufemizmem jako „mniej wyrobioną część publiczności”) była niemal zawsze ta sama – charakterystyczne „oooo!” lub „no proszę!” mające wyrazić niekłamane uznanie i zaraz potem uprzejmy uśmiech, jakim starano się pokryć nie do końca chyba miłe zaskoczenie i konsternację. Towarzyska próżnia, która się wokół mnie po chwili wytwarzała, nie pozostawiała złudzeń, że moi rozmówcy znacznie lepiej się czują, utrzymując względem mnie pewną nieprzekraczalną fizyczną, a więc i psychiczną odległość. Nie żeby mieli coś przeciwko mojej osobie. Po prostu ciążyłem im w jakiś odrobinę przykry sposób, uwierałem jak drobny kamyk w bucie. W pierwszej kolejności gasły niczym zdmuchnięte przez przeciąg świece przaśne dowcipy, ludzie zaczynali uważać na swoje słowa, mówić okrągłymi zdaniami, niezręcznie podejmować poważniejsze tematy, w końcu wyraźnie markotnieli i przesiadali się parę miejsc dalej, przedtem wyrzucając z siebie półgębkiem gdzieś w powietrze krótkie „przepraszam”.

Siedząc w osamotnieniu, niczym wewnątrz kręgu wypalonej trawy, dostrzegłem pewną analogię do sytuacji, w której się znalazłem. Przecież zdarza się, że w ten sam sposób ludzie reagują na obecność pozostającego incognito księdza, który nagle ujawnia swoją tożsamość! To samo przykre zaskoczenie, ten sam z trudem ukrywany popłoch i wreszcie ten sam usztywniony szacunek, za którym nic nie stoi, bo tak naprawdę ma stanowić alibi dla usprawiedliwionej towarzyskiej rezerwy.

Chyba już czas to powiedzieć: pracuję w instytucie filologii polskiej. Nauczam literatury współczesnej i piszę ten tekst, gdyż odnoszę wrażenie, że sytuacja, w jakiej znalazła się literatura, choć równie dobrze można tu powiedzieć: cała humanistyka, ma wiele wspólnego z obecną kondycją katolicyzmu. To samo, rzecz jasna, dotyczyć musi sytuacji ludzi zajmujących się tymi dziedzinami – tak naprawdę jedziemy na jednym wózku i jest to wózek inwalidzki. Nękają nas niemal te same schorzenia i dolegliwości wywołane zachodzącymi w przyspieszonym tempie zmianami dotychczasowego modelu kultury, których prostą konsekwencją będzie zanikanie pewnych form ludzkiej umysłowości, bez których do niedawna nie można było sobie wyobrazić naszego świata. Duchownych i ludzi zajmujących się literaturą łączy nie do końca jeszcze uświadomiona wspólnota losu i przeznaczenia. O istnieniu tego ukrytego powinowactwa może świadczyć to, że częściej niż na inne kierunki studiów trafiają do nas ludzie, którzy okazują się niedoszłymi księżmi i zakonnicami. Z tego, co mi wiadomo, wynika, że spora część naszych studentów to osoby wierzące i nierzadko związane z Kościołem poprzez duszpasterstwo akademickie, a wcześniej ruch oazowy. Tę specyfikę widać szczególnie wyraźnie na tle będących o wiele bardziej „na czasie” kierunków, takich jak marketing, bankowość, zarządzanie, ekonomia, prawo czy informatyka, gdzie zjawisko to w zasadzie nie występuje. Także wśród pracowników filologii polskiej, przynajmniej tam, gdzie pracuję, znaleźć można osoby, które mają za sobą epizod pobytu w seminarium duchownym lub poważnie rozważały kiedyś ten krok. Jest więc prawdopodobnie jakaś głębsza przyczyna tego, że kandydaci do życia duchownego naturalną dla niego alternatywę odnajdują za wysokim murem książek, i nad nią chciałbym się tutaj zastanowić.

Więcej na łamach październikowego „Znaku”

Share

Zamów numer

PIOTR MILLATI, adiunkt w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego.



W następnym numerze:

CZY KATOLICY PRZEGRYWAJĄ WALKĘ Z CZASEM?

POCZĄTEK STRONY

 

 

 


© Copyright by SIW ZNAK Sp. z o.o.
Strona wykonana przez Akrateia Inc.