|
REFLEKSJE

Tratwa „Meduzy”,
czyli o wspólnym
dryfie religii i literatury (fragment)
PIOTR MILLATI
Cała humanistyka ma wiele wspólnego
z obecną kondycją katolicyzmu. To
samo, rzecz jasna, dotyczyć musi
sytuacji ludzi zajmujących się tymi
dziedzinami – tak naprawdę jedziemy
na jednym wózku i jest to wózek
inwalidzki.
Nie zwróciłbym pewnie uwagi na to,
o czym chciałbym tu opowiedzieć, gdyby
nie wesela. Ich skład i konsystencja niemal
zawsze przypominają pseudobigos,
do którego wrzuca się wszystko, co pod
ręką, bez względu na to, czy pasuje do
siebie czy nie. Niezawodnym sposobem,
dzięki któremu powinno nastąpić „przeżarcie
się” mniej lub bardziej przypadkowych
składników, ma być wielogodzinne
duszenie ich w ciasnym garnku pod ciężką
przykrywą. Chyba tylko na weselach tak
różni, często widzący się po raz pierwszy
w życiu ludzie są postawieni w sytuacji,
w której muszą spędzić z sobą wiele godzin, nie mogąc się po prostu ignorować.
Przydzielone miejsce przy stole jest,
jak wiadomo, zobowiązaniem do podtrzymania
konwersacji w najbliższym kręgu,
która w pierwszej kolejności dotyczy najprostszych
danych personalnych.
Kiedy podczas tych pełnych tyleż dobrej
woli, ile kurtuazji rytuałów próbowałem
odpowiedzieć na proste, wydawałoby
się, pytanie, jaki jest mój zawód i co
właściwie robię, reakcja (nie tylko ze strony
tych rozmówców, których in gremium
określano niegdyś w teatrach zgrabnym
eufemizmem jako „mniej wyrobioną
część publiczności”) była niemal zawsze
ta sama – charakterystyczne „oooo!” lub
„no proszę!” mające wyrazić niekłamane
uznanie i zaraz potem uprzejmy uśmiech,
jakim starano się pokryć nie do końca chyba
miłe zaskoczenie i konsternację. Towarzyska
próżnia, która się wokół mnie po
chwili wytwarzała, nie pozostawiała złudzeń,
że moi rozmówcy znacznie lepiej się
czują, utrzymując względem mnie pewną
nieprzekraczalną fizyczną, a więc i psychiczną odległość. Nie żeby mieli coś przeciwko
mojej osobie. Po prostu ciążyłem im
w jakiś odrobinę przykry sposób, uwierałem
jak drobny kamyk w bucie. W pierwszej
kolejności gasły niczym zdmuchnięte
przez przeciąg świece przaśne dowcipy,
ludzie zaczynali uważać na swoje słowa,
mówić okrągłymi zdaniami, niezręcznie
podejmować poważniejsze tematy, w końcu
wyraźnie markotnieli i przesiadali się
parę miejsc dalej, przedtem wyrzucając
z siebie półgębkiem gdzieś w powietrze
krótkie „przepraszam”.
Siedząc w osamotnieniu, niczym wewnątrz
kręgu wypalonej trawy, dostrzegłem
pewną analogię do sytuacji, w której
się znalazłem. Przecież zdarza się, że
w ten sam sposób ludzie reagują na obecność
pozostającego incognito księdza, który
nagle ujawnia swoją tożsamość! To samo
przykre zaskoczenie, ten sam z trudem
ukrywany popłoch i wreszcie ten
sam usztywniony szacunek, za którym
nic nie stoi, bo tak naprawdę ma stanowić
alibi dla usprawiedliwionej towarzyskiej
rezerwy.
Chyba już czas to powiedzieć: pracuję
w instytucie filologii polskiej. Nauczam
literatury współczesnej i piszę ten
tekst, gdyż odnoszę wrażenie, że sytuacja,
w jakiej znalazła się literatura, choć równie
dobrze można tu powiedzieć: cała humanistyka,
ma wiele wspólnego z obecną
kondycją katolicyzmu. To samo, rzecz jasna,
dotyczyć musi sytuacji ludzi zajmujących
się tymi dziedzinami – tak naprawdę
jedziemy na jednym wózku i jest to wózek
inwalidzki. Nękają nas niemal te same
schorzenia i dolegliwości wywołane
zachodzącymi w przyspieszonym tempie
zmianami dotychczasowego modelu kultury,
których prostą konsekwencją będzie
zanikanie pewnych form ludzkiej umysłowości,
bez których do niedawna nie można
było sobie wyobrazić naszego świata.
Duchownych i ludzi zajmujących się literaturą
łączy nie do końca jeszcze uświadomiona
wspólnota losu i przeznaczenia.
O istnieniu tego ukrytego powinowactwa
może świadczyć to, że częściej niż na inne
kierunki studiów trafiają do nas ludzie,
którzy okazują się niedoszłymi księżmi
i zakonnicami. Z tego, co mi wiadomo,
wynika, że spora część naszych studentów
to osoby wierzące i nierzadko związane
z Kościołem poprzez duszpasterstwo
akademickie, a wcześniej ruch oazowy. Tę
specyfikę widać szczególnie wyraźnie na
tle będących o wiele bardziej „na czasie”
kierunków, takich jak marketing, bankowość,
zarządzanie, ekonomia, prawo czy
informatyka, gdzie zjawisko to w zasadzie
nie występuje. Także wśród pracowników
filologii polskiej, przynajmniej tam, gdzie
pracuję, znaleźć można osoby, które mają
za sobą epizod pobytu w seminarium duchownym
lub poważnie rozważały kiedyś
ten krok. Jest więc prawdopodobnie jakaś
głębsza przyczyna tego, że kandydaci do
życia duchownego naturalną dla niego alternatywę
odnajdują za wysokim murem
książek, i nad nią chciałbym się tutaj zastanowić.
Więcej na łamach październikowego „Znaku”
Share
Zamów numer
PIOTR MILLATI, adiunkt
w Instytucie
Filologii
Polskiej
Uniwersytetu
Gdańskiego.
W następnym numerze:
CZY KATOLICY PRZEGRYWAJĄ WALKĘ Z CZASEM?
POCZĄTEK STRONY |