Akademia contra humanistyka (fragment)
FRANK KERMODE
Humanistyka ulega rozkładowi na uniwersytecie, instytucji powołanej
przez społeczeństwo do zajmowania się w jego imieniu najczystszym,
najpoważniejszym myśleniem.
Jako emerytowany profesor literatury angielskiej, który od czasu do czasu wraca do nauczania,
zdaję sobie sprawę, że praca, którą staram się wykonywać ze swoimi studentami,
ma coraz mniej wspólnego z tym, co dzieje się w sąsiednich salach seminaryjnych.
Żałuję, że nie jestem na czasie, lecz za późno już, by zmieniać przyzwyczajenia ukształtowane
w ciągu całego życia. Nie uważam zresztą, by były to złe przyzwyczajenia. Studenci
siedzą w krąg przy stole, czytają i omawiają poezję, powiedzmy Yeatsa czy Donne’a.
Mój plan polega na przeprowadzeniu takiej analizy dzieł tych poetów, by każdy
uczestnik zajęć dysponował wiedzą pozwalającą mu rozumieć, jak mogą one zmieniać
i wzbogacać umysły niektórych przynajmniej czytelników – nawet jeżeli świadomość
odległości czasowej czy różnic ideologicznych może sprawiać, że autorzy nie będą budzić
w nich zrozumienia.
Może bowiem zdarzyć się tak, że studenci będą żywić dezaprobatę dla poglądów politycznych
czy religijnych danego twórcy albo doszukiwać się w jego dziełach ukrytych
sensów, wobec których właściwą postawą również byłaby dezaprobata; i tego rodzaju
uprzedzenia mogą stanąć im na przeszkodzie w pokochaniu tego, co czytają. Powinni
się jednak nauczyć, że wspaniała poezja może – a właściwie niemal zawsze musi – wyrażać
przekonania polityczne, religijne czy społeczne, których oni, czytelnicy, nie mogą
podzielać. Gdyby było inaczej, nie moglibyśmy czytać Homera, Dantego, T.S. Eliota
czy Ezry Pounda, nie odczuwając stale sprzeciwu, znużenia czy nawet obrzydzenia.
Muszę wyznać, że to niezwykle ożywcze doświadczenie obserwować, jak grupa inteligentnych
młodych ludzi przywyka do poety, który ma im bardzo niewiele do zaoferowania w kategoriach natychmiastowej gratyfikacji, patrzeć, jak analizują wiersz wyłącznie
jako wiersz, bez jakichkolwiek uprzedzeń. Może ich zakres zainteresowań wkrótce
się rozszerzy; może zechcą dowiedzieć się czegoś więcej o ekscentryku George’u Herbercie,
może nawet się zaciekawią, czy i pod jakim względem ekscentryczka Emily Dickinson,
która, jak wiadomo, skopiowała fragment jednego z jego wierszy, pozostawała
pod wpływem angielskiego poety. Miłość i szacunek do poezji szerzą się w taki właśnie
sposób. Ale najpierw musi pojawić się umiejętność dostrzeżenia mistrzostwa i zrozumienie,
że owo dostrzeżenie przynosi wiele pożytków. To, czy studenci są równie pobożnymi
anglikanami jak Herbert czy też potępiają fascynację Yeatsa faszyzmem, powinno
być kwestią drugorzędną; staną się bogatsi dzięki bezpośredniemu doświadczeniu
poezji. Gdy pedagodzy twierdzą – a czynią tak na wiele sposobów – że polityczne
uwarunkowania dzieła literackiego stanowią jego najważniejszy aspekt albo że dzieło
powinno się badać przede wszystkim jako dokument w jakimś historycznym sporze
o władzę, moim zdaniem sprzeniewierzają się swojemu powołaniu.
Przyznaję, że moje podejście do literaturoznawstwa jest przestarzałe. To, co owo
podejście wyparło – rozmaite sposoby zajmowania się (bądź niezajmowania) literaturą,
które zastąpiły jej badanie – stanowi przedmiot poważnej i groźnej w wymowie
książki Johna M. Ellisa, Literature Lost: Social Agendas and the Corruption of Humanities
(„Literatura utracona: programy społeczne a rozkład humanistyki”). Ellis jest zdumiony
i głęboko zaniepokojony niezwykłymi zmianami, które zaszły w nauczaniu humanistyki
na uniwersytetach w Stanach Zjednoczonych (i zostały powielone w pozostałych
regionach świata). Oczywiście, Ellis nie jest pierwszym komentatorem, który
wyraża zaniepokojenie tym, co się dzieje; wyróżnia go jednak z ich grona klarowność
spostrzeżeń i gotowość nieograniczania się do potępiania najnowszych trendów, a także
– zgodnie z akademicką tradycją, która, jego zdaniem, znajduje się w poważnym
niebezpieczeństwie – poddania ich bezstronnej analizie. Możliwie szczegółowo zgłębia
owe nowe trendy, by zdobyć argumenty na poparcie swojego poglądu, że myślenie,
na którym się opierają, trudno w ogóle nazwać myśleniem. Najbardziej niepokoi go to,
że trendy te są w świecie akademickim tak mocno zakorzenione, iż nie przeminą same
z siebie, jak przemijało już wcześniej wiele sezonowych mód, lecz będą dominować
przez katastrofalnie długi czas.
Więcej na łamach październikowego „Znaku”
Share
Zamów numer