|
REFLEKSJE

Czas wielkich przewartościowań
(fragment)
ADAM HERNAS
Sens jest ważniejszy od efektu,
skuteczność nie może być po prostu
ślepa, ponieważ w rachunku
ostatecznym obróci się przeciw
ludziom, wymykając się ich
możliwościom przewidywania.
Po dekadach względnej stabilizacji, która
stała się również od pewnego czasu naszym
udziałem, stanęliśmy dziś nieoczekiwanie
w obliczu cywilizacyjnego przełomu.
Być może to wcale nie wydarzenie
z 11 września, ale właśnie załamanie się
współczesnego, globalnego modelu gospodarowania
przejdzie do historii jako
milenijna granica epok. Coraz wyraźniej
widać bowiem, że to, z czym zmagamy
się dzisiaj, nie jest zwyczajną przypadłością
gospodarki rynkowej przechodzącej
swe mniej lub bardziej regularne cykle koniunkturalne.
Nie łudźmy się, to nie jest
przejściowy stan gospodarczego osłabienia,
który należy przeczekać, po którym
wszystko wróci do normy. Prosty powrót
do tego, co było, to znaczy do stanu pewnej
zwirtualizowanej ekonomii gwarantującej
w dalszym ciągu stały i szybki rozwój
w skali całego świata, jest niemożliwy.
Widzieliśmy, jak łatwo może się załamać
model gospodarki konsumpcyjnej oderwanej
od realnych potrzeb. Powszechna, stale zwiększająca się konsumpcja,
rosnące zapotrzebowanie na dobra, których
się w ogóle nie używa i nie potrzebuje,
swoista magia kupowania taniejących
produktów miały być niezawodnym
motorem rozwoju. Nakręcająca się spirala
inwestowania w coraz większe moce produkcyjne
po to, by zaspokoić ten wzrastający
i sztucznie podsycany popyt, zaprowadziła
w ślepą uliczkę, z której nie ma
łatwego wyjścia. Upowszechnienie kategorii
kapitału, który nie jest zwyczajnie
synonimem posiadania, lecz znaczy narzędzie
wirtualnego bogacenia się (mówi
się na przykład, że kapitał za nas pracuje,
nawet kiedy śpimy) doprowadziło do tego,
że każdy, czy tego chce, czy nie, jest dzisiaj
graczem na tej gigantycznej giełdzie, jaką
stał się rynek. W tym sensie nie ma już prostego
podziału na tych, którzy dysponują
kapitałem, i tych, którzy muszą sprzedawać
swoją pracę. Każdy w swojej skali jest
uczestnikiem w grze, posiadaczem jakiegoś
kapitału o zmiennej wartości, który
zyskuje lub traci zgodnie z ruchem rynkowego
wahadła. Właściwie nie ma też takiego
przedmiotu (i nie jest nim również
sam pieniądz, nawet wówczas gdy deponujemy
go w banku11), który nie podlegałby
permanentnej licytacji, ciągłemu przewartościowaniu,
co niesie za sobą także
nieustanne ryzyko straty. Z innej strony,
wytwarzany produkt przestał już dawno
być pewnym określonym dobrem, rzeczą
służącą w najlepszy sposób człowiekowi,
ale liczy się przede wszystkim jako środek
do osiągania zysku, a więc jako jeden
z elementów lub parametrów rynkowej
gry. Skutkiem tego jest wybitnie ilościowe nastawienie zarządzających, których podstawowa
strategia polega na wykorzystaniu
wszystkich atutów produktu dla maksymalnego
zwiększenia sprzedaży. Jakość
produktów nie jest celem samym w sobie,
ale zależy od reakcji rynku, który często
akceptuje wręcz pogorszenie jakości. Jeśli
możliwe jest zyskowne prowadzenie
sprzedaży towarów gorszych, nie ma właściwie
granic dla obniżania jakości. Myślenie
według reguł pewnej techniki rynkowej
jest dzisiaj powszechnie obowiązujące
w kręgach menadżerów specjalistów
zarządzających majątkiem powierzonym.
Bezkrytyczne rozwijanie przedsiębiorstw,
których najważniejszym celem nie jest
służenie klientowi (co przecież wynika
z profilu prowadzonej działalności), lecz
spełnienie oczekiwań właścicieli poprzez
permanentny wzrost, zdobywanie nowych
rynków zbytu, stałe powiększanie
zysku, programowe przejmowanie konkurentów,
budowanie ogromnych organizacji,
jak się dziś okazuje, jest drogą donikąd
i prędzej czy później musi doprowadzić do
załamania i poważnego kryzysu. Znajduje
to swoje inne odbicie w sposobie rozumienia
funkcji pracowników, którzy traktowani
są w wymiarze makro jako ekonomiczna
kategoria ludzkich zasobów, a więc
również jako jeden ze zmiennych parametrów
arytmetyki finansowej. Globalna
gospodarka, mimo że otwarła ogromne,
nieznane dotąd możliwości działania,
jednocześnie doprowadziła do głębokiego
zdehumanizowania relacji międzyludzkich
zarówno wewnątrz wielkich korporacji,
jak i w wymiarze interesów prowadzonych
między podmiotami, a także w bezpośrednich stosunkach między jednostkami
(chciwość, pazerność, korupcja
itd.). Ta smutna prawda pozostaje ukryta
za budzącym zaufanie publicznym wizerunkiem
firmy, jaki tworzy się przy pomocy
wysublimowanych technik reklamowych,
przez prowadzenie odpowiedniej
zewnętrznej polityki, przez akcje propagandowe
na przykład w zakresie działalności
charytatywnej itd. To tylko szkicowy
przegląd najbardziej charakterystycznych
symptomów diagnozowanej tu choroby.
Więcej na łamach październikowego „Znaku”
Share
Zamów numer
ADAM HERNAS, dr filozofii,
przedsiębiorca.
Wydał: Czas
i obecność
(2005)
W następnym numerze:
CZY KATOLICY PRZEGRYWAJĄ WALKĘ Z CZASEM?
POCZĄTEK STRONY |