Literatura utracona. Programy społeczne
a rozkład humanistyki (fragment)
JOHN M. ELLIS
Gdy spotykamy się dziś z postulatem, by polityka zyskała bardziej
poczesne miejsce w świecie akademickim, naturalne byłoby
przypuszczenie, że wysuwają go profesorowie i studenci nauk
politycznych, być może chcąc zwiększyć wagę swojej dziedziny nauki.
A jednak to nie oni stawiają tego rodzaju żądania, lecz, o dziwo,
humaniści, a w szczególności wykładowcy literatury.
Jeszcze nie tak dawno byliśmy przyzwyczajeni do standardowego zestawu argumentów
dotyczących miejsca nauk humanistycznych w edukacji. Ludzie o przekonaniach
utylitarystycznych zwykle traktowali humanistykę dość chłodno: nieufnie podchodzili
do idei poświęcania zbyt dużej ilości czasu na dziedziny wiedzy, które nie mają przełożenia
na karierę i przyszłe źródło utrzymania. Prawo, polityka, ekonomia, nauki ścisłe,
technologia – to były praktyczne kierunki studiów; chociaż odrobina literatury, historii
czy filozofii mogła wprowadzić do życia miłe urozmaicenie, w zbyt dużej dawce byłaby jednak słabostką. Standardowa obrona nauk humanistycznych brzmiała z kolei, że
wykształcenie humanistyczne przynosi różnego rodzaju pożytki, z których wzbogacenie
czasu wolnego poprzez literaturę i sztukę jest akurat najmniej istotne. Argumenty
największej wagi głosiły, że nauki humanistyczne pozwalają nam spojrzeć z dystansu
na samych siebie, sprawiają, że jesteśmy bardziej oświeconymi obywatelami i w sposób
bardziej pogłębiony myślimy o istotnych kwestiach. Społeczeństwo ludzi wykształconych
nie tylko do uprawiania konkretnego zawodu, lecz do pełnego, inteligentnego
uczestnictwa we współczesnej demokracji byłoby znacznie lepsze i szczęśliwsze od dzisiejszego
– tak brzmiał argument – a owa użyteczność społeczna edukacji humanistycznej
kompensowałaby to, że nie daje ona bezpośrednio narzędzi do zarobkowania.
Te dwa przeciwstawne zdania padały po wielekroć i choć teoretycznie każdy człowiek
mógł wygłaszać jeden bądź drugi pogląd, ich stereotypowy rozkład był częścią naszej
codzienności. Przedstawiciele świata biznesu z większym prawdopodobieństwem
przyjmowali ów pierwszy punkt widzenia, zaś wykładowcy nauk humanistycznych byli –
naturalnie – obrońcami drugiego. Słyszeliśmy zatem, że ludzie, którzy zarabiają na życie
uczeniem trudnych, lecz wyjątkowych dzieł – takich jak Boska komedia, Faust czy
Iliada – z żarem przekonują o tym, jak Dante, Goethe czy Homer do głębi rozumieją
los człowieka i jak istotne stawiają pytania. Abstrahując od tego, że niewątpliwie argumenty
te były w jakiejś mierze interesowne, tego rodzaju logika wystarczała, by nawet
większość biznesmenów przekonać, że nauki humanistyczne powinny znajdować się
w programie nauczania ich dzieci. Przecież wymienieni pisarze to twórcy takiej klasy,
że – przyznawano to jednogłośnie – wybijają się ponad pozostałych; ich myśl jest tak
oryginalna, że prawie nikt, kto się z nią zetknął, nie potrafił się oprzeć jej urokowi.
Teraz niekiedy wypacza się ten stosunek do wielkich pisarzy i myślicieli, określając
go pogardliwie mianem biernego, bezkrytycznego zachłystywania się „prawdami odwiecznymi”.
Trudno sobie wyobrazić coś bardziej błędnego: pisarze ci przedstawiali raczej
odwieczne dylematy i problemy niż dogmaty, a choć u Szekspira, Dantego, Platona
czy Hume’a można znaleźć pewne doktryny czy pouczenia, rozwój myśli i ujmowanie
zagadnień z różnych stron zawsze były w ich dziełach znacznie bardziej wyraziste, niż
można by było wnioskować z tak karykaturalnego postawienia sprawy. Kanon klasycznych
dzieł literackich i filozoficznych tradycji Zachodu nie jest zbiorem idei, w które
należy ślepo wierzyć, lecz wyjątkową kolekcją fascynujących zmagań z różnorodnymi
problemami. Na poczesnym miejscu zawsze znajduje się konflikt i konkurencja między
ideami i wizjami różnych pisarzy, często widać też ich znaczny samokrytycyzm.
Więcej na łamach październikowego „Znaku”
Share
Zamów numer