70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Kiedy ulica staje w poprzek”

Wyjście tłumu na ulice zawsze stanowi sprawdzian dla władzy. Niezależnie od stopnia zasadności skandowanych haseł (a jak ustalił bard: „Kiedy ulica staje w poprzek, nie zawsze chodzi o kiełbasę…”) jest ono próbą sił, w której racje „ludu” zderzają się z determinacją rządzących i lojalnością aparatu bezpieczeństwa.

Oczywiście, jej przebieg zależy od splotu różnych czynników (sama skala protestów jest tylko punktem wyjścia; kluczową rolę może odgrywać na przykład stopień organizacji opozycjonistów czy poziom frustracji napędzających zamieszki) – i nie ma stuprocentowych recept na opanowanie sytuacji. W końcu nawet najostrzejsze represje niekoniecznie prowadzą do „normalizacji”, a polityka ustępstw nie gwarantuje powstrzymania rewolucji. Ale to właśnie rewolucyjny potencjał ulicznych protestów włącza sygnały alarmowe w rządowych gabinetach, testując zarówno ideologiczną spójność elit, jak i wytrzymałość zarządzanych przez nie systemów.

W ostatnich tygodniach trzy bardzo odmienne pod względem kultury politycznej kraje (Iran, Honduras i Chiny) stały się areną tego typu konfrontacji; ich władze zareagowały jednak na to wyzwanie z podobną  determinacją. Chronologicznie pierwszy był Iran, gdzie kością niezgody okazały się wybory prezydenckie z 12 czerwca. Szyiccy duchowni, sprawujący faktyczną władzę (formalnie na szczycie dość skomplikowanych struktur irańskiej teokracji stoi Najwyższy Przywódca, ajatollah Ali Chamenei), nie rozpoznali chyba należycie pęknięć w obrębie własnego reżimu i nie przewidzieli reakcji na domniemane sfałszowanie wyników głosowania. Wprawdzie dołożono starań, aby do wyborów dopuścić tylko kandydatów po uprzedniej „selekcji”, ale już sam przebieg kampanii wyborczej ujawnił istotne różnice opinii między ubiegającym się o powtórny wybór Mahmudem Ahmadineżadem (preferowany kandydat ortodoksyjnego „betonu”) a jego bardziej elastycznie podchodzącymi do ideologii „rewolucji islamskiej” przeciwnikami z obozu „reformatorów”: Mehdim Karroubim czy Mir-Hosseinem Mousavim. Sondaże wskazywały na wyrównaną walkę między tym ostatnim a urzędującym prezydentem i (w związku z tym) na duże prawdopodobieństwo drugiej rundy wyborów. Dlatego triumfalne wystąpienie Ahmadineżada tuż po zamknięciu urn, w którym informował on o swoim przygniatającym zwycięstwie, wywołało zrazu  konsternację, a później… było już tylko gorzej. Na ulice Teheranu i innych miast wyległy setki tysięcy zwolenników reform z dość retorycznym pytaniem adresowanym do władz: „Gdzie się zapodział mój głos?”. W oczach demonstrantów reżim mułłów obnażył swe dyktatorskie oblicze, co zresztą po kilku dniach protestów dobitnie potwierdził, sięgając po argument siły i ostrej cenzury informacyjnej. Zdumiewające jednak, że w obliczu ostrych represji (liczbę ofiar dotychczasowych starć należy szacować w setkach) opozycja się nie rozpierzchła, a jej liderzy wciąż podważają oficjalny wynik wyborów, mając przy tym popleczników w najwyższych sferach (m.in. wpływowy przewodniczący Rady Ekspertów i zarazem były prezydent Iranu Haszemi Rafsandżani). Po drugiej stronie barykady skrzydło nieprzejednanych – mimo oficjalnego zaprzysiężenia Ahmadineżada i rozpoczęcia pokazowych procesów „wybranych” opozycjonistów (w tym pracowników zachodnich ambasad) – nie może być wcale pewne trwałości odniesionego „sukcesu”. Ich oponenci mają teraz „swoich” męczenników (symbolem protestów stała się 27-letnia Neda Soltan, zastrzelona podczas manifestacji w Teheranie), powszechnie rozpoznawalne twarze liderów i prawdopodobnie dość szybko stworzą alternatywny program polityczny. Wszystko to zwiastuje niestabilność na irańskiej scenie, co – zważywszy na regionalną i globalną rangę Iranu – najpewniej będzie miało poważne reperkusje na arenie międzynarodowej.

Nieporównanie mniejszą rangę należałoby przypisać stłumieniu niedawnych rozruchów w Hondurasie, niemniej powód, dla którego wybuchły (podobnie jak swoisty pat w tamtejszym konflikcie politycznym), także doprowadził do „umiędzynarodowienia” czysto wewnętrznego, zdawałoby się, kryzysu. Punktem zwrotnym w tym procesie stał się „konstytucyjny zamach stanu” z 28 czerwca, w wyniku którego obalono prezydenta Manuela Zelayę. Puczyści, tłumacząc się wolą uniknięcia rozlewu krwi, w środku nocy zawieźli go w piżamie na lotnisko i wyekspediowali za granicę. Konieczność zamachu uzasadniali z kolei niekonstytucyjnymi planami rozpisania referendum, które miałoby umożliwić przedłużenie prezydenckiej kadencji Zelayi (ograniczenie kadencyjności jest w Hondurasie traktowane dość zasadniczo ze względu na wieloletnie doświadczenie dyktatury). Sęk w tym, że do rozlewu krwi jednak doszło, gdy liczni zwolennicy populistycznego prezydenta wyszli na ulice, żądając jego powrotu. On też głośno domagał się tego samego „na emigracji”, a szybko wsparła go w tych roszczeniach Organizacja Państw Amerykańskich (włącznie z USA), podważając przy okazji legalność nowych władz. Taki rozwój wydarzeń zaowocował regionalnym bojkotem Hondurasu, którego nowi rządcy – być może nie do końca świadomie – sprawili, iż kontrowersyjny prezydent w ciągu kilku dni stał się symbolem demokratycznych aspiracji swoich rodaków i teraz przez dłuższy czas nie pozwoli im o sobie zapomnieć.

Zbliżony skutek uboczny miały też działania władz chińskich w Sinkiangu, które z jednej strony brutalnie stłumiły protesty muzułmańskich Ujgurów (większość etniczna w tej najbardziej na zachód wysuniętej prowincji Chin), a z drugiej „wykreowały” ich przywódczynię – Rebiję Kadir. Geneza protestów z 5 lipca w Urumczi (stolicy Sinkiangu) pozostaje niejasna, ale ich straszliwego żniwa nikt nie kwestionuje: prawie 200 zabitych, ok. 900 rannych i tysiące zatrzymanych. Pekin nie ma wątpliwości, że zamieszkami sterowała z emigracyjnego oddalenia Kadir, „kobieta-demon”, w ocenie władz uosabiająca „potrójne zło: ekstremizmu, frakcyjności i separatyzmu”. Poczucie dyskryminacji Ujgurów oficjalne media chińskie dyskretnie, lecz konsekwentnie przemilczają. Tak się chyba nie zaczyna prawdziwego dialogu.

8 sierpnia 2009

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata