70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Uwagi o Powstaniu Warszawskim

Czytając liczne, lepsze i gorsze relacje o Powstaniu, stwierdzam, że wiele jego realiów jest przemilczanych, pomijanych i skazywanych na zapomnienie. Podam jeden tylko przykład: jak dotąd nie napotkałem w literaturze żadnej relacji o zapachach Powstania, a przecież pachniało ono, i to silnie.

Muszę zacząć od wytłumaczenia, dlaczego w ogóle te „uwagi” piszę. Nie jestem z wykształcenia historykiem. Wprawdzie w wieku lat siedemnastu brałem udział w Powstaniu Warszawskim, ale fakt ten ma dla pisania o tym wydarzeniu znaczenie zarówno pozytywne, jak i negatywne. Pozytywne – bo bezpośrednio poznałem jedyny w swoim rodzaju klimat Powstania i jego realia, często nieznane lub niezrozumiałe dla ludzi, którzy ich sami nie przeżyli. Negatywne – bo poznając mały fragment tej olbrzymiej bitwy, mogę/muszę mieć skłonność do uogólniania własnych doświadczeń. A przecież każda dzielnica i każdy oddział miał swoją historię i charakter, odmienne od historii i charakterów innych dzielnic i oddziałów.

Decyduję się na pisanie głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, po okresie szkalowania Powstania nastał czas, w którym zaznaczają się dwie tendencje. Jedna to jego idealizacja, wzmocniona przez reakcję na czas oficjalnej nagonki. Druga to reakcja na tę reakcję: potępianie działalności AK w ogóle, a Powstania w szczególności. Obie te tendencje w różny sposób fałszują rzeczywistość. Pierwsza jest sympatyczna, ale – moim zdaniem – groźniejsza. Grozi mianowicie tym, że zamiast prawdziwej, rzetelnej wiedzy o Powstaniu w całej jego złożoności, wytworzymy nieprawdziwy mit. Ani przez chwilę nie kwestionuję niezliczonych czynów prawdziwie bohaterskich wielu żołnierzy i cywilów. Ale widząc blaski, nie zamykajmy oczu na cienie, fakty nieodpowiedzialności, głupoty, tchórzostwa czy zwyczajnych przestępstw.

Po drugie, czytając liczne, lepsze i gorsze relacje o Powstaniu, stwierdzam, że wiele jego realiów jest przemilczanych, pomijanych i skazywanych na zapomnienie. Za lat kilkanaście nie będzie już żyjących świadków Powstania i to, co do tego czasu nie zostanie o nim napisane, zniknie z ludzkiej pamięci. Podam jeden tylko przykład: jak dotąd, nie napotkałem w literaturze żadnej relacji o zapachach Powstania, a przecież pachniało ono, i to silnie. Takich pominięć jest mnóstwo.

Nie mam ambicji przedstawienia pełnej charakterystyki Powstania. Te „uwagi” nie są jego historią ani analizą. Są tylko uwagami dotyczącymi niektórych kwestii, niedopowiedzianych w znanej mi literaturze powstańczej. Oczywiście, nie uniknąłem przy tym pisania także o sprawach znanych.

 

Żołnierze Powstania

l. Pochodzenie.

W Powstaniu walczyli ludzie bardzo różni. Obok uczniów, studentów, rzemieślników, robotników, inteligentów, także – choć w mniejszej liczbie – ludzie z marginesu. Obok osób ze stażem konspiracyjnym – ochotnicy, którzy dotychczas z walką podziemną nie mieli do czynienia. Była tu reprezentowana cała ludność Warszawy. Łączyło ich jedno: chęć walki.

Monopolu na udział w Powstaniu nie mieli, wbrew pozorom, warszawiacy. Wspominając kolegów z oddziału, stwierdzam, że znaczna ich część pochodziła spoza tego miasta. W czasie wojny osiedliło się tu przecież mnóstwo uchodźców. Nie jest chyba możliwe ustalenie procentu przybyszów spoza Warszawy w oddziałach powstańczych, ale niewątpliwie było ich wielu. Ponadto w Powstaniu brali udział także cudzoziemcy.

2. Wiek.

W niektórych publikacjach dotyczących poszczególnych oddziałów podane są spisy żołnierzy, niekiedy z datami ich urodzenia. Spisy te – robione nieraz kilkadziesiąt lat później, bez dostatecznej dokumentacji – nie mogą nie mieć braków i nie zawierać omyłek, jednak ich twórcom należy się uznanie i wdzięczność.

Z procentowego zestawienia udziału różnych grup wiekowych w sześciu oddziałach powstańczych wynika, że najwięcej żołnierzy było w wieku od 16 do 24 lat, przy czym najliczniejsze były roczniki: 1923–1925. To zrozumiałe, gdyż roczniki te były w roku 1939 za młode, aby podlegać mobilizacji. Uderzające są różnice w rozkładzie wieku w poszczególnych oddziałach. Na przykład w kadrowym dywizjonie Jeleń, utworzonym w konspiracji jako kontynuacja Siódmego Pułku Ułanów Lubelskich, było wielu przedwojennych żołnierzy tego pułku i oficerów, tym samym procent ludzi w wieku ponad 30 lat był wysoki. Z kolei w batalionach Parasol i Zośka, budowanych systematycznie w czasie konspiracji i złożonych głównie z harcerzy, procent żołnierzy w wieku 16–24

lat był największy (Parasol – 80,8%, Zośka – 89,9%), a starszych niż 30 lat – najmniejszy (Parasol – 5,7%, Zośka – 3%).

Osobny problem stanowili najmłodsi (11–15 lat), którzy uciekali z domu i pętali się na linii frontu. Przeganiani, wracali jak bumerangi. Dowódcy poszczególnych oddziałów przyjmowali ich, bo chłopak słuchający rozkazów był bezpieczniejszy od tego, który biegał samowolnie. Chłopcy ci byli zwykle łącznikami. Ładny pomniczek Małego Powstańca nie ma nic wspólnego z powstańczą rzeczywistością, gdyż żaden mikrus nie miał broni – chyba że pożyczoną na chwilę do fotografii albo pistolecik, piątkę, który trudno nazwać bronią. Powstańcy po trzydziestce to prawie wyłącznie oficerowie lub podoficerowie.

3. Stan fizyczny.

Po pięciu latach okupacyjnej nędzy stan zdrowia warszawiaków był przeważnie zły. Przy przyjmowaniu ochotników do Armii Krajowej nie było badań lekarskich; stosowano tu dużą tolerancję. Przykładem jest utworzenie oddziału głuchoniemych, który skutecznie walczył w śródmieściu.

4. Płeć.

Liczba kobiet w oddziałach powstańczych była duża. W sześciu oddziałach – Parasol, Zośka, Jeleń, Gozdawa, Miłosz, Chrobry II – było ich od 11 do 22%. W czasie Powstania liczba ta rosła, gdyż ochotników – mężczyzn, jeśli nie mieli broni, na ogół nie przyjmowano do oddziału, a kobiety przyjmowano. Dziewczęta były sanitariuszkami i łączniczkami, także kucharkami. Istniały również kobiece oddziały minerskie. Pod koniec Powstania, kiedy liczba żołnierzy-mężczyzn zmalała, a ilość posiadanej broni wzrosła, tworzono niekiedy kobiece oddziały strzeleckie, przeznaczone głównie do służby wartowniczej.

Faktem nieuwzględnionym w znanej mi literaturze powstańczej jest brak menstruacji u wielu (wszystkich?) kobiet w Warszawie przez cały okres Powstania[1]. W kwestii uprawiania przez powstańców seksu ograniczę się do kilku uwag. Świadomość, że każdego dnia, każdej godziny i minuty można rozstać się z życiem, ułatwiała zbliżenia. Tak samo mogła działać, zwłaszcza u kobiet, egzaltacja wywołana prawdziwym lub domniemanym bohaterstwem partnera i prawdopodobieństwem jego rychłej śmierci. Domeną kontaktów płciowych nie była jednak linia frontu – raczej kwatery na tyłach. Przy tym każdy oddział miał swój styl, ustalony po części przez dowództwo: albo w stronę wstrzemięźliwości, albo w stronę użycia.

5. Przekonania polityczne.

Około 90% powstańczego wojska stanowiła Armia Krajowa. Na pozostałe 10% składały się formacje prokomunistyczne (Armia Ludowa, Polska Armia Ludowa, Korpus Bezpieczeństwa), Narodowe Siły Zbrojne i inni: Syndykaliści, Milicja PPS–WRN oraz Państwowy Korpus Bezpieczeństwa. W AK żadnej propagandy politycznej praktycznie nie uprawiano, służyli tu ludzie najróżniejszych przekonań. Natomiast w AL szkolenie polityczne było bardzo intensywne.

O wstąpieniu do danej organizacji w wypadku ludzi dojrzałych decydowały przekonania polityczne (skrajni nacjonaliści szli do NSZ, a komuniści do AL), ale u młodych chłopców często decydował przypadek. Chłopak dostawał się do organizacji dzięki znajomym: do NSZ, jeśli ów znajomy był na przykład oenerowcem, a do AL, jeśli był komunistą. Oczywiście, najczęściej wstępowano do Armii Krajowej, bo była ona największa.

Przygotowanie

Dobry i skuteczny żołnierz powinien: chcieć się bić (morale), umieć się bić (przeszkolenie), być odpowiednio uzbrojony i zaopatrzony, być dobrze dowodzony.

1. Jeśli chodzi o morale, było ono – zwłaszcza przed Powstaniem i na jego początku – bardzo dobre. Koszmar okupacji wzbudził powszechną i głęboką nienawiść do Niemców oraz chęć odwetu. Upokorzenie, jakim była klęska wrześniowa, ustąpiło po klęsce Francji i serii niemieckich zwycięstw, a osiągnięcia Polaków (Narwik, bitwa o Anglię, Tobruk, Monte Cassino i wspaniałe akcje krajowej dywersji) wzbudziły narodową dumę. Działała również tradycja powstań narodowych, a także pamięć walk (przeważnie wygranych) z sąsiadami naszego państwa po I wojnie światowej. Ten stan rzeczy nie tylko umożliwił, ale wręcz wymusił utworzenie w konspiracji ogromnej i żądnej walki armii podziemnej. W audycjach radiowych i telewizyjnych, poświęconych Powstaniu z okazji jego rocznic, parokrotnie słyszałem zdumiewające pytanie, zadawane byłym powstańcom przez dziennikarzy: dlaczego zdecydowali się na udział w Powstaniu? 1 sierpnia 1944 roku taka kwestia w ogóle nie istniała. Byliśmy żołnierzami AK, złożyliśmy przysięgę, a teraz otrzymaliśmy rozkaz. Jeśli był jakiś wybór, to tylko jeden: być żołnierzem czy dezerterem? Biadamy, że najlepsi poszli na śmierć, ale gdyby na nią nie poszli, nie byliby najlepsi.

2. Bardziej złożona była kwestia wyszkolenia. Większość powstańców to młodzi ludzie ze stażem w oddziałach konspiracyjnych. Nauczyli się trochę musztry, mieli na ogół okazję do rozebrania i złożenia broni krótkiej, pistoletu maszynowego, ręcznego karabinu maszynowego. Wkuwali na pamięć przedwojenne regulaminy wojskowe. W niektórych oddziałach przeprowadzano też ćwiczenia terenowe i strzeleckie. Chyba wszystkim wbito w głowę zasadę podstawową: rozkaz musi być wykonany. Wśród tej niewiele umiejącej masy żołnierskiej byli też ludzie z pewnym doświadczeniem bojowym: uczestnicy kampanii wrześniowej z przedwojennym przeszkoleniem wojskowym, a także ludzie z doświadczeniem partyzanckim lub dywersyjnym. Prawdziwe przeszkolenie bojowe przeszli powstańcy dopiero w walce i koszty tego przeszkolenia były duże.

3. Uzbrojenie i zaopatrzenie powstańców było cały czas złe, a na początku Powstania – wręcz katastrofalne. 1 sierpnia w Warszawie (nie licząc Kampinosu) AK miała do dyspozycji 26 cekaemów, 122 erkaemy, 602 pistolety maszynowe i 1925 karabinów. Było też około czterech tysięcy sztuk broni krótkiej oraz znaczna liczba granatów, głównie własnej produkcji, i butelek z benzyną. (Rzeczywista ilość broni była większa, gdyż części oddziały nie podawały do ewidencji, dotyczyło to jednak prawie wyłącznie broni krótkiej). Wartość broni maszynowej była ograniczona przez niedostatek amunicji. Broń krótka mogła być użyta w walce tylko w wyjątkowych sytuacjach (akcje policyjne). Granaty, bardzo skuteczne na małą odległość, były jedyną bronią wielu powstańców, miały jednak tę wadę, że po użyciu pozostawiały powstańca bezbronnym. Zaś butelki z benzyną to broń wyłącznie na czołgi.

1 sierpnia większość powstańców była więc bezbronna. W pierwszych dniach Powstania uzbrojonym żołnierzom towarzyszyli żołnierze bez broni, czekający (z dobrze uzasadnioną nadzieją) na śmierć lub zranienie posiadacza broni i (z nadzieją mniej uzasadnioną) na jej odziedziczenie.

Z początku, dość często, jedyną oznakę odróżniającą powstańca od cywila stanowiła biało-czerwona opaska. Nieliczni powstańcy nosili przechowane przedwojenne mundury. Pospolite były ubrania sportowe. Niektórzy okazali się tak bezmyślni, że poszli do Powstania w białych kurtkach, dobrze widocznych także w nocy i niewróżących, podobnie jak niegdyś ułanom siwe konie, długiego życia. W ciągu kilku pierwszych dni powstańcy na Woli ubrali się w zdobyte w magazynach niemieckie panterki. Niektórzy zdołali się także zaopatrzyć w hełmy – najczęściej niemieckie, ale także strażackie i wszelkie inne. Jako obuwie przeważały półbuty i sandały, które zdzierały się szybko na gruzach stolicy. Byli i tacy, którzy zadawali szyku w oficerkach, niepraktycznych w warunkach powstańczych.

O ile wiem, nie przygotowano żadnych zapasów jedzenia. Materiały sanitarne były przygotowane, na pewno jednak w niewystarczającej ilości. Później służba medyczna dokonywała cudów.

4. Dowodzenie w Powstaniu to sprawa bardzo trudna i złożona. Dobór starszych oficerów był w znacznej mierze dziełem przypadku. W ciągu pięciu lat konspiracji wpadki powodowały automatyczne awanse pozostałych na wolności oficerów. Jeśli w siłach zbrojnych na zachodzie stanowiska dowódcze obejmowali oficerowie sprawdzeni w kampanii wrześniowej, a także w okresie przedwojennym, to w kraju takiej selekcji prawie nie było. Wszyscy powstańczy dowódcy mieli jedną cechę wspólną: szczęście, że dożyli czasu Powstania. Jak pisze Adam Borkiewicz, byli to ludzie zmęczeni psychicznie latami ukrywania się, stresu, ciągłego zagrożenia[2]. Dowodzenie całością było, według wszystkich fachowców, złe. Różnie oceniano dowodzenie poszczególnymi dzielnicami i większymi zgrupowaniami. Wszystkim dowódcom zarzucano błędy, a wszystkie wielkie akcje zaczepne okazały się nieudane. Sukcesy ograniczały się do obrony oraz średnich (angażujących batalion lub kompanię) i małych akcji zaczepnych. Różnej jakości byli również oficerowie liniowi: podporucznicy, porucznicy, kapitanowie, dowodzący plutonami, kompaniami i batalionami. Niektórzy okazali duże zdolności dowódcze. Wysoką klasę reprezentowali oficerowie „cichociemni”.

Godzina W

Przedmiotem tych uwag nie jest historia Powstania. Jednakże dzień 1 sierpnia był dla powstańczego wojska wydarzeniem tak ważnym, że nie sposób go pominąć. W jego opisie oparłem się głównie na znakomitej książce pułkownika Borkiewicza[3].

Powstanie było źle przygotowane. Monter to niewątpliwie oficer bardzo dzielny i odważny, gorący patriota i przyzwoity człowiek. To bardzo dużo dla żołnierza, ale za mało dla dowódcy Powstania. Jego decyzje w końcu lipca wskazują na zdenerwowanie i brak opanowania. Rozkaz wybuchu Powstania został wydany bez zasięgnięcia informacji od oficera kierującego wywiadem. Zmiana (w ostatniej chwili) zadań poszczególnych oddziałów, połączona ze zmianą miejsca ich koncentracji, spowodowała bałagan. Zbyt krótki czas dany na mobilizację zwiększył ów bałagan i zmniejszył o połowę liczbę żołnierzy i broni w miejscach koncentracji. Przesunięcie godziny W z nocy na popołudnie przekreśliło też szansę zaskoczenia Niemców. Niepojętym błędem było pozostawienie im łączności telefonicznej, której zniszczenie wydawało się stosunkowo łatwe. Źle przygotowano łączność własną. Nie przedsięwzięto żadnych działań w celu opóźnienia przybycia niemieckich posiłków (np. wysadzanie mostów i torów, minowanie dróg wokół Warszawy). Wreszcie, przy katastrofalnym niedostatku broni i amunicji, zaatakowano wszystkie obiekty obsadzone przez Niemców na terenie Warszawy. Przyjęcie zasady atakowania wszystkiego zawsze niedostatecznymi siłami przesądziło wynik (na ok. 90 atakowanych obiektów zdobyto lub zajęto 15). A rozkaz Montera, by wywieszać flagi na budynkach zajętych przez powstańców, umożliwił niemieckim samolotom celne bombardowanie.

Bitwa była przegrana. Wszyscy wyżsi dowódcy, z wyjątkiem Montera, zdawali sobie z tego sprawę. I chociaż nie mogli się ze sobą porozumieć, ich reakcja była jednomyślna: należy wycofać oddziały do lasu i tam je zreorganizować i dozbroić. Pozostanie w mieście oznacza nieuniknione zniszczenie powstańczego wojska. I tak podpułkownik Grzymała wyszedł z Ochoty, podpułkownik Żywiciel z Żoliborza, podpułkownik Przegonia z Mokotowa, podpułkownik Radosław usiłował bez powodzenia wyjść z Woli, a podpułkownik Paweł ze Starego Miasta. Te decyzje, militarnie słuszne, były o tyle przerażające, że pozostawiały ludność cywilną na pastwę Niemców, nastawionych na jej mordowanie. (Polscy dowódcy nie znali rozkazu Himmlera mordowania wszystkich mieszkańców Warszawy; rzeź Woli miała się dopiero zacząć). Jednak Warszawa nie została przez powstańców opuszczona. Radosław i Paweł nie zdołali jej opuścić, a Żywiciel i część oddziałów z Ochoty i Mokotowa z podpułkownikiem Grzymałą na jedynie słuszny w tym przypadku rozkaz Montera wrócili do miasta.

Fakt, że Powstanie nie zakończyło się w ciągu pierwszych dwóch–trzech dni sierpnia, lecz miało trwać dwa miesiące, jest wynikiem dwóch czynników: zachowania się niemieckiego dowódcy, generała Stahela, i postawy ludności cywilnej i wojska powstańczego. Niemcy mieli dobre rozpoznanie sił powstańczych. Jak zwykle, wszystko wiedzieli i nic nie rozumieli. Atak na ich pozycje, mimo że odparty, sprawił, iż siły powstańcze wydały im się znacznie poważniejsze, niż przypuszczali. Zamiast 2 sierpnia atakować i zmiażdżyć zdezorganizowanych i osłabionych powstańców, zachowali się biernie, wzywając pomocy z zewnątrz. Absurdalne ryzykanctwo Montera zostało zrównoważone przez absurdalną ostrożność Stahela.

Oddziały powstańcze użyte do ataków 1 sierpnia poniosły ogromne straty, a ci, którzy to przeżyli, znaleźli się w szoku absolutnej klęski. Wszyscy powstańcy uświadomili też sobie przerażający brak broni i amunicji. Jednakże ich morale nie załamało się. Chcieli walczyć. Ogromne znaczenie miał entuzjazm znacznej części ludności cywilnej, zapał, z jakim budowano barykady, pomagano powstańcom, okazywano im najwyższe uznanie. Powstańcy wiedzieli, że są uważani za bohaterów, i to zobowiązywało. Do tego dochodził nieuleczalny polski optymizm. Pierwszy tydzień obfitował w sukcesy (np. zdobycie poczty na placu Napoleona, elektrowni na Powiślu, Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych na Starówce, Gęsiówki w getcie). To dodawało optymizmu.

Życie codzienne

W czasie Powstania miejski krajobraz zmieniał się z dnia na dzień. Kamienice niszczone artylerią i bombardowaniem lotniczym paliły się, rozsypywały, zamieniały w gruzy. Ulice – stopniowo zasypywane gruzem, tłuczonym szkłem i odłamkami pocisków – były poprzecinane barykadami i rowami, wykopanymi dla przechodzenia przez odcinki będące pod ostrzałem. Dzielnice silniej bombardowane zamieniały się w rumowiska, nieraz trudno było odróżnić, gdzie stały domy, a gdzie były chodniki i jezdnia. Niebo było słoneczne i zadymione w dzień, a w nocy czerwone od łun. Było ciepło; na początku września zrobiło się chłodniej, zwłaszcza w nocy. Wszędzie dominował ostry zapach przepalonej cegły. Tam, gdzie strzelano z karabinów i peemów, występował charakterystyczny zapach spalonego prochu. Sale operacyjne przenikał zapach krwi, a sale szpitalne – smród ropy. W miarę upływu powstańczych dni do zapachu przepalonej cegły dołączał mdły, słodki zaduch ciał gnijących w płytkich grobach i zawalonych domach.

Jak wiadomo, głównym zajęciem żołnierza na wojnie jest czekanie, a głównym uczuciem – nuda. Z tym, że czas czekania i nudy przerywają pełne bardzo intensywnych przeżyć okresy walki. Mogą one trwać całe dnie i tygodnie. Większość powstańców nie miała broni i czekała na tyłach. Część oddziałów na zmianę walczyła i odpoczywała. Niektórzy walczyli prawie ciągle.

Jeśli chodzi o wysiłki fizyczne powstańców, to – poza gaszeniem pożarów i wydobywaniem ludzi z zawalonych domów, zresztą wspólnie z cywilami – nie były one, moim zdaniem, nadmiernie ciężkie. Prawdziwie ciężkie były przejścia kanałami, czego zaznało parę tysięcy powstańców. Porównując wysiłek fizyczny powstańców i partyzantów leśnych, ci ostatni przez same marsze z obciążeniem pokonywali trudy bez porównania większe. Przyznanie wszystkim powstańcom kilkadziesiąt lat po wojnie Krzyża Partyzanckiego było – moim zdaniem – pomyłką. Zupełnie inne wymogi musiał bowiem spełniać partyzant, a inne powstaniec.

Dolegliwość ciężką do wytrzymania stanowił często brak snu. Wyżywienie było bardzo rozmaite w różnych dzielnicach i oddziałach. Na ogół żołnierze mieli co jeść, także mięso – najpierw wieprzowe i wołowe, potem końskie, w końcu psie i kocie. Duża część ludności cywilnej głodowała, podobnie jak pacjenci niektórych szpitali. Z wodą zaczęły się kłopoty, kiedy wodociągi przestały działać i czerpano ją z wykopanych studni. Trudności z wodą pogorszyły stan higieny. Improwizowane wychodki odstraszały – i ekskrementy były wszędzie. W wielu oddziałach w wyniku braku higieny i obfitości much szerzyła się biegunka. Żołnierze, zwłaszcza na linii frontu, byli brudni i coraz częściej zawszeni.

Życie powstańców na tyłach było raczej monotonne. Służba wartownicza, musztra, śpiewanie piosenek wojskowych (Serce w plecaku), gra w karty, rozmowy. Wspominano czasy przedpowstaniowe, omawiano wiadomości z powstańczej prasy, plotkowano, opowiadano kawały. Żarty miało często charakter wisielczy. Na przykład: „Co będzie z Warszawą? Monter ją rozmontował i Bór na niej wyrośnie”. Albo rozkaz do ataku na niemieckie bunkry: „Naprzód chłopcy. Może im zabraknie amunicji”. Nigdy natomiast nie słyszałem jakiegokolwiek gadania o bohaterstwie, Ojczyźnie, heroicznej walce…

Język używany przez powstańców był rubaszny. Występowały tu zresztą różnice między poszczególnymi ludźmi i oddziałami. O religijności powstańców dużo powiedzieć nie mogę. Szczególnego rozmodlenia nie widziałem. Na linii frontu nie było czasu ani warunków na praktyki religijne. Msze odprawiane na tyłach miały dużą frekwencję. Księża pełnili swoje obowiązki, odważnie udzielając ostatnich namaszczeń, na które był wielki popyt. Ci żołnierze, którzy mieli krewnych lub znajomych w pobliżu swoich oddziałów, odwiedzali ich w miarę możności – i te odwiedziny niewątpliwie krzepiły i żołnierzy, i rodziny przez sam fakt, że ich bliscy jeszcze żyją.

Cywile

Powstańcza walka nie mogłaby trwać tak długo, gdyby nie pomoc ludności cywilnej, która przenosiła rannych, budowała barykady, kopała rowy i studnie, grzebała zabitych, gasiła pożary, odkopywała ludzi w zawalonych domach, dokarmiała powstańców. Oczywiście, cywile byli różni, nawet bardzo różni. Ale większość cywilnej ludności Warszawy okazała się wspaniała. Jeśli w czasie tej wojny mieszkańcy bombardowanych miast angielskich i – trzeba to przyznać – niemieckich okazali nadzwyczajny hart ducha, to mieszkańcy Warszawy nie byli gorsi, a może i lepsi.

Z danych dotychczas opublikowanych wynika, że poległo około 20% cywilnych mieszkańców miasta i około 30% powstańców. Sądzę jednak, że Powstanie było dla walczących żołnierzy psychicznie łatwiejsze niż dla cywilów, gdyż mogli działać – byli intensywnie zajęci.

Walka

W istniejącej literaturze nie znalazłem szacunków, jaka część armii powstańczej brała bezpośredni udział w walce. Sprawą decydującą było tu uzbrojenie. Na początku Powstania po broń palną (nie licząc broni krótkiej) mogło jednocześnie sięgnąć około 3000 żołnierzy. Zmiany, zazwyczaj co 6 godzin, podwajały liczbę walczących żołnierzy. Później ilość posiadanej broni rosła, gdy dochodziła broń zdobyta, wyprodukowana w powstańczych warsztatach i broń ze zrzutów. Ale przez cały czas było jej za mało. Większość żołnierzy pozostawała nieuzbrojona i trzymana w rezerwie.

Niedostatek broni i amunicji wpływał na sposób walki. Mimo że wielu nieprzeszkolonych żołnierzy strzelało, nieraz nie widząc celu, generalnie stosowano daleko idącą oszczędność. Czytałem wspomnienia powstańca, który – służąc na pierwszej linii, na stosunkowo spokojnym odcinku – nie wystrzelił ani razu z przydzielonego karabinu. Na pewnych odcinkach amunicji było tak mało, że nie strzelano do dobrze widocznych Niemców, zachowując naboje na czas odpierania natarcia. W poszczególnych oddziałach objawiali się strzelcy wyborowi, zazwyczaj doceniani i zaopatrywani w broń i amunicję.

Można powiedzieć, że w powstańczej armii były dwa typy oddziałów: jedne z tradycją konspiracyjną, które zebrały się w godzinie W, i drugie – zaimprowizowane z żołnierzy pogubionych w wyniku spatałaszonej mobilizacji z różnych oddziałów oraz z ochotników. Tworzenie nowych oddziałów to jeden z fenomenów Powstania. Oficer bez przydziału 1 sierpnia wyciągał ze skrytki pistolet i szedł na miasto. Zbierając po drodze rozbitków z różnych oddziałów i ochotników, po paru godzinach walczył na czele plutonu, a po upływie kilku dni na czele kompanii lub batalionu. W oddziałach starych koledzy z jednej sekcji lub drużyny znali się dobrze. W nowych oddziałach ich członkowie czuli się początkowo dość samotni. Po pewnym czasie te nowe dorównywały zazwyczaj starym, często irytując niektórych oficerów zawodowych swoim niezupełnie wojskowym zachowaniem.

Walka w mieście ma swoją specyfikę. Miasto składa się bowiem z plątaniny obszarów, które są z jednej strony osłonięte przez mury, a z drugiej wystawione na ostrzał. Przy tym to odsłonięcie i zasłonięcie często się zmienia i wymaga szybkiej orientacji. Są tu też pewne prawidłowości, które muszą być szybko zrozumiane, jeśli żołnierz ma zachować życie. Przykładowo: jeśli kilku żołnierzy ma przekroczyć ulicę będącą pod obserwacją nieprzyjaciela, najmniej ryzykuje ten, który pobiegnie pierwszy. Nieprzyjacielski cekaemista zauważy pierwszego, ale zanim naciśnie spust, upłynie sekunda czy dwie – i trafi drugiego lub trzeciego z przeskakujących. Dla nieznającego tej reguły przeskakiwanie na pierwszego jest aktem odwagi, dla znającego ją – aktem przezorności. Konieczne do przeżycia jest nauczenie się natychmiastowego rozpoznawania niebezpieczeństw. Kiedy do walk w Warszawie dołączyły oddziały z zewnątrz – partyzanci z Kampinosu lub kościuszkowcy, okazywało się, że te oddziały, lepiej od powstańców uzbrojone i niewątpliwie mężne, ale nie znające walki w mieście, były natychmiast niszczone.

W czasie Powstania duże akcje zaczepne, angażujące kilkuset lub więcej ludzi, były stosunkowo nieliczne. Większość walk sprowadzała się do obrony posiadanej pozycji plus wypady i kontrataki. Linia walk powstańczych w krajobrazie kamienic i ruin rozpadała się na małe odcinki, na których działały w oderwaniu małe grupki kilku- lub kilkunastoosobowe. W związku z tym wyniki walk obronnych w dużym stopniu zależały od dowódców tych grupek, a utrzymanie linii frontu – od dobrej łączności i sprawności dowódców większych jednostek, tak aby zdążyć na czas ze wzmocnieniem zagrożonych punktów. Szczęśliwie w tych małych akcjach Niemcy zachowywali dużą ostrożność, w razie oporu zaczynając od niszczenia budynków ogniem z czołgów, miotaczami ognia i goliatami.

Trudna do ustalenia jest wartość poszczególnych oddziałów. Wydaje się, że niektóre wyróżniające się oddziały, na przykład Zośka, zawdzięczały to dobremu dowodzeniu i silnemu związaniu ze sobą dobrze znających się żołnierzy. Znaczenie miało także losowe znalezienie się oddziału w strefie najcięższych walk wymuszających największy wysiłek. Jednakże sądzę, że wartość bojową różnych powstańczych oddziałów można uznać za dość wyrównaną i bardzo dobrą. Lepsze lub gorsze wyniki walki zależały głównie od dowódców.

Istotne dla wartości oddziału jest koleżeństwo. Cechę specyficzną wojennej przyjaźni stanowi świadomość zagrożenia życia. Charakterystyczna jest obojętność na te cechy przyjaciela, które nie są związane z walką. Nieważne są zatem: wykształcenie, pozycja społeczna, poglądy religijne czy polityczne. Inną cechą wojennej przyjaźni jest łatwość jej zawiązywania. Przyjaźnie wojenne są najpowszechniejsze między szeregowcami. Po wojnie można je kontynuować albo nie, ale nie sposób ich zapomnieć. Są one w jakiś sposób niezniszczalne. Kiedy po prawie pięćdziesięciu latach spotkałem jednego z kolegów, którego znałem tylko w czasie Powstania, nawiązaliśmy natychmiast normalny kontakt, tak jakbyśmy się widzieli przedwczoraj. Żadną przeszkodą nie był fakt, że mieliśmy różne zawody, różne (poza Powstaniem) życiorysy i obracaliśmy się w zupełnie różnych środowiskach. To nie miało znaczenia. Byliśmy kolegami z jednej powstańczej kompanii, i tylko to było ważne.

Kilka słów na temat odwagi. W wojsku powstańczym była ona wysoko ceniona. Jej okazywanie decydowało o opinii kolegów i dowódców. Oczywiście, w każdej bez wyjątku armii jest pewien procent tchórzy i dekowników. Trudno ocenić, czy w AK było ich mniej czy więcej niż gdzie indziej. Armia Krajowa stanowiła formację ochotniczą, co powinno zmniejszać liczbę tchórzy, i tak zapewne było. Samo wstąpienie do niej było pewnym aktem odwagi, ale też całkiem innej odwagi niż ta okazywana w walce frontowej. W gruncie rzeczy wstępujący do AK, składając przysięgę, ryzykował więcej od walczącego powstańca, bo nie tylko śmierć czy rany, ale też – w razie aresztowania – tortury. W czasie Powstania świadomość, że Niemcy nie biorą jeńców, zwiększała determinację walki do końca. Oczywiście, taka świadomość mogła działać również w przeciwnym kierunku, nakłaniać do dezercji i ukrycia się między cywilami. Takie przypadki były jednak rzadkie.

Jeśli męstwem nazwiemy odporność na wszelkie ciosy losu i wytrzymałość w ich znoszeniu, to Powstanie było okazją do sprawdzenia męstwa zarówno powstańców, jak i ludności cywilnej. Ten egzamin został zdany. Przypadki załamania były rzadkie. Co prawda, doświadczenia z I wojny światowej wskazują, że trzeba średnio sześciu miesięcy frontu, żeby dzielnego i sprawnego żołnierza zamienić w galaretę, a Powstanie trwało „tylko” dwa miesiące. Osobną kwestią był stosunek do śmierci. Ludzie przeważnie nie lubią umierać, ale w tym czasie wielkiego umierania robili to na ogół bardzo spokojnie. Śmierć była rzeczą tak powszechną, codzienną i normalną, że stawała się chyba łatwiejsza. Również ból po zranieniu z reguły znoszono cicho i spokojnie. Było go tyle, że jakoś spowszedniał. W połowie września nie ulegało już wątpliwości, że Powstanie w krótkim czasie upadnie, a powstańcy prawie na pewno zostaną wymordowani. Tę świadomość wojsko jakoś wytrzymało. Intensywność życia w walce zacierała myślenie o przyszłości.

Cienie

W okupacyjnej Warszawie nie brakowało bandytów. Po wybuchu Powstania taki bandzior, często założywszy biało-czerwoną opaskę, zabierał się do wykonywania swego zawodu. W samej armii również był pewien procent, raczej niewielki, ludzi nieuczciwych. W rozkazach pułkownika Wachnowskiego na Starówce podawano pseudonimy strzelców, podoficerów i oficerów skazanych przez sąd wojskowy za rabunek na karę śmierci. Oto dowód, że Armia Krajowa tępiła przestępstwa, które w istniejących warunkach były nieuniknione. Norman Davies i Wacław Zagórski[4] mówią o zamordowaniu kilkunastu Żydów. Te zbrodnie wydają się jednak absolutnie wyjątkowe. W czasie okupacji istnieli tak zwani szmalcownicy szantażujący, obrabowujący i wydający Żydów Niemcom. Ich działalność była przez Państwo Podziemne karana śmiercią. Dowództwo AK tępiło antysemityzm. Żydzi walczyli również w Powstaniu. W momencie kapitulacji, kiedy wielu Żydów wyszło z miejsc dotychczasowego ukrycia, Komenda AK zarządziła dawanie im legitymacji akowskich, aby mogli przetrwać w stalagach. W obozie Zeithain, w którym siedziałem, było sporo Żydów i Żydówek, których wiek i stan zdrowia absolutnie wykluczał służbę w jakiejkolwiek armii. I żaden jeniec, a było tam też wielu NSZ-etowców, nie doniósł na nich do Niemców.

Jeśli chodzi o pijaństwo, nie było ono rzadkością, ale występowało głównie na tyłach. Na froncie picie uznawano za głupotę i dowód tchórzostwa. Z prawdomównością bywało różnie. Najczęstsze kłamstwo to (zwłaszcza u nieletnich ochotników) podawanie starszego wieku, żeby zostać przyjętym do oddziału. Często też podawano wyższy od faktycznego stopień wojskowy, a zwłaszcza cenzus podchorążego. Te autoawanse były jednak bardzo źle widziane. Morze – a przynajmniej jezioro – kłamstw wylało się po 1956 roku, kiedy ustały prześladowania akowców. Obok uczciwych relacji w wielu opowiadaniach i publikacjach wymyślano wówczas legendy o własnych, mężnych dokonaniach. Ustalenie, co jest prawdą, a co nią nie jest, nie zawsze okazuje się możliwe. Czytając relacje z wydarzeń, w których brałem udział albo byłem ich naocznym świadkiem, doszedłem do wniosku, że poza zupełnie jednoznacznymi, świadomymi kłamstwami, niekiedy autorzy wierzą w nieprawdę, którą opisują. Szczerze pamiętają zdarzenia, które się wcale nie wydarzyły. Czas potrafił zatrzeć wspomnienia mniej przyjemne.

Śmierć i przeżycie

Powstanie było znakomitym polem do zbadania, dlaczego niektórzy ludzie giną, a inni przeżywają. Przyczyny tego są dwojakiego rodzaju: zewnętrzne, losowe, niezależne od człowieka narażonego na śmierć, i wewnętrzne, wynikające z jego osobowości, cech fizycznych i psychicznych. Odróżnienie tych czynników nieraz nie jest łatwe.

Do czynników zewnętrznych, na które człowiek nie ma wpływu, należą na przykład: data jego urodzenia, miejsce zamieszkania, narodowość. Odpowiednio do tych cech człowiek bierze lub nie bierze udziału w wojnie. Znalezienie się w miejscu i w czasie, w których się szybko umiera, też zazwyczaj nie zależy od żołnierza. Tak samo rozkaz, zwłaszcza głupi, który może przesądzić o śmierci żołnierza, również należy do czynników zewnętrznych.

Czynniki wewnętrzne są bardzo różnej natury. Trzy spośród nich wydają mi się najważniejsze.

1. Inteligencja. Rozumiem przez nią świadomą sprawność umysłu, na którą się składa szybkie zrozumienie rzeczywistości, szybkie wyciągnięcie wniosków i zastosowanie się do nich, wreszcie zapamiętanie ich, czyli nabranie doświadczenia. W Wehrmachcie największe straty poniósł rocznik 1924, startujący w 1942 roku, podczas gdy żołnierze walczący od początku wojny i nabierający doświadczenia w mniej krwawych kampaniach wcześniejszych, mieli większe szanse w piekle frontów wschodniego i zachodniego w drugiej połowie wojny. Podobnie w wojsku powstańczym największy udział i straty miał ten sam rocznik. Wojny trzeba się nauczyć, jeśli ma się ją przeżyć.

2. Odwaga. Na ogół zwiększa ona prawdopodobieństwo śmierci, ale zasada jest taka, że giną najczęściej ludzie o cechach pod tym względem skrajnych: bardzo odważni, lubiący ryzyko, i najsłabsi, tchórzliwi, łatwo wpadający w panikę i postępujący w tym stanie nierozumnie.

3. Spostrzegawczość świadoma i nieświadoma. Człowiek w walce, w sytuacji zagrożenia, jest znacznie bardziej wyczulony na otaczający go świat niż normalnie: więcej i szybciej widzi, słyszy, węszy. Zdolność do takiego zwiększenia percepcji jest różna u różnych ludzi i faworyzuje w zachowaniu życia tych bardziej spostrzegawczych. Pospolitym zjawiskiem, ważnym w walkach miejskich, jest odczucie, kiedy ktoś przez nas niewidziany patrzy na nas. Różni ludzie odczuwają ów cudzy wzrok słabiej lub silniej, wolniej lub szybciej. Może to decydować o ich śmierci lub życiu. Prawdopodobnie gra tu też rolę „siła wzroku”. Na wzrok niektórych ludzi reakcja jest silniejsza, na wzrok innych słabsza.

Kiedy Niemcy zastosowali w Warszawie miotacze min, okazało się, że odgłosy odpalania min, podobne do krowiego ryku, są głośniejsze, gdy pociski uderzą blisko, i słabsze, jeśli dalej. Oczywiście, fala dźwięku z lufy skierowanej na słyszącego ma do niego krótszą drogę niż z lufy skierowanej inaczej. Ta obserwacja ocaliła życie wielu ludziom, gdyż niebezpieczeństwo było zapowiedziane kilka lub nawet kilkanaście sekund przed wybuchem miny. Odpalanie pocisków zwykłej artylerii też jest słyszane, ale w zgiełku bitwy człowiek świadomie nie odróżnia, które wystrzały są na niego skierowane. Natomiast prawdopodobnie w wielu przypadkach odróżnia to jego podświadomość i człowiek, nie wiedząc dlaczego, uskakuje w bezpieczniejsze miejsce. Pomijam tu zjawiska parapsychiczne, których na wojnie nie brakuje.

Na koniec dodam, że – niezależnie od wymienionych tu czynników – jest jeszcze coś ważnego i w dużym stopniu decydującego. Po prostu: jedni ludzie mają szczęście, a inni go nie mają.

Skutki i oceny

Wydaje się pewne, że Powstanie w tej sytuacji geopolitycznej, w roku 1944 wygrać nie mogło. Losy Polski zostały już przesądzone przez wielkie mocarstwa. W interesie Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Związku Radzieckiego było, żeby Powstanie przegrało, i to możliwie szybko. Liczenie na dotrzymanie umów i uczciwość Zachodu było takim samym absurdem, jak liczenie na pomoc militarną ZSRR.

Decyzja o wybuchu Powstania była zarazem aktem odwagi narażenia siebie i całego miasta na śmierć – i aktem politycznego tchórzostwa (obawa przed zarzutem, że nie chcemy konsekwentnie bronić naszej niepodległości, a także obawa przed niekontrolowanym wybuchem sprowokowanym przez bolszewików). Na najwyższych stanowiskach nie znalazł się żaden człowiek wielkiego formatu, który by do Powstania nie dopuścił. Obok niepojętych złudzeń w stosunku do naszych sojuszników działała tu jeszcze tradycja. Od blisko dwustu lat robiliśmy powstania, a wśród powstańców warszawskich nie brakowało synów uczestników obalenia okupacji niemieckiej w roku 1918, walk o Lwów, powstania wielkopolskiego, powstań śląskich ani też prawnuków powstańców styczniowych. Była też ogromna nienawiść do hitleryzmu, zaufanie do organizacji AK i złudne przekonanie, że potrząśniemy sumieniem świata, tak jakby coś takiego istniało. Moim zdaniem jednak, gdyby nawet Powstanie udało się militarnie i Niemcy wycofali się z Warszawy, wkraczające wojska bolszewickie niewątpliwie zaczęłyby rozbrajać Armię Krajową, doszłoby do walki i Związek Radziecki ogłosiłby światu, że współpracujemy z Niemcami, a Zachód takie oświadczenie by zaakceptował.

Powstanie było jedną z największych, jeśli nie największą klęską w naszej historii. Poza stratą dwustu tysięcy ludzi, zniszczeniem stolicy, gigantycznymi stratami materialnymi i kulturalnymi, spowodowało ono zniszczenie znacznej części naszej elity i tak już w dużym stopniu wytępionej przez Niemców i Rosjan. Polska weszła pod bolszewicką władzę osłabiona, opuszczona przez resztę świata i bez żadnych szans na rychłą niepodległość.

Ale obok bezmiaru strat były pewne skutki pozytywne:

1. Niezależnie od wszelkich popełnionych błędów u wielu ludzi pozostała świadomość, że w czasie II wojny światowej wykazaliśmy patriotyzm i dzielność, których to cech Powstanie było apogeum, i że tracąc niepodległość, zachowaliśmy narodową wielkość. Ta świadomość umożliwiła kolejne wystąpienia przeciwko narzuconej władzy (od 1956 do 1989 roku).

2. Bolesne doświadczenie Powstania w dużym stopniu sprawiło, że w czasie tych wystąpień, a także w momencie upadku komuny, cały naród zachował imponujące opanowanie, nie dał się otumanić prowokacjom, powstrzymał się od samosądów nad skompromitowanymi politykami i katami z UB i SB. Nikogo nie powieszono na latarni, choć tak wielu na to zasługiwało.

3. Związek Radziecki, niewątpliwie na podstawie historii Powstania Warszawskiego, uznał, że polski naród jest zdolny do szaleństw i kilkakrotnie powstrzymał się od interwencji zbrojnej.

Te trzy punkty wydają mi się pewne i oczywiste. Jest jeszcze punkt czwarty, który wchodzi już w zakres zaawansowanego „gdybania”, ale nie można go pominąć. Gdyby nie było Powstania, Związek Radziecki mógłby nas włączyć jako siedemnastą republikę, co jednak odłożył na dalszą przyszłość. Przy natychmiastowym włączeniu musiałby się bowiem liczyć ze znacznie większymi trudnościami w samej Polsce oraz z szokiem w świecie. A to byłby wielki cios dla bolszewickiej propagandy. Oczywiście, to tylko niepewne przypuszczenie, ale trudno je całkiem wykluczyć.

Na zakończenie chciałbym dodać, że cały ten artykuł jest listem skierowanym do bardzo dobrego, choć nieznanego mi pisarza, który kiedyś napisze, jacy byli powstańcy warszawscy.


[1] Analogiczne zjawisko zatrzymania menstruacji wystąpiło u mieszkanek Budapesztu w czasie oblężenia tego miasta w roku 1944/1945 roku. Zob. N. Davies, Europa, Kraków 2001, s. 155.

[2] Zob. A. Borkiewicz, Powstanie Warszawskie 1944, Warszawa 1957.

[3] Zob. A. Borkiewicz, dz. cyt.

[4] Zob. N. Davies, Powstanie 44, Kraków 2004, s. 389–390, oraz W. Zagórski, Wicher wolności. Dziennik powstańca, Warszawa 1990, s. 255–258.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata