70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Niecodzienna codzienność czasu okupacji

„Tak jest dziwnie, tak jest inaczej” – zapisuje Zofia Nałkowska w swoim dzienniku w Wigilię 1940 roku. Mija wtedy rok od czasu jej powrotu do zajętej przez Niemców Warszawy, podczas którego prowadzone w kolejnych zeszytach codzienne zapiski pisarki zmieniają swój charakter. Przez pięć okupacyjnych lat, aż do wybuchu Powstania Warszawskiego, dziennik Nałkowskiej zapełnia się zapisami tego, co codzienne i powszednie w stopniu wcześniej nie istniejącym.

Na początku października 1939 Nałkowska, jak wielu innych, wraca do Warszawy z tułaczki na wschód i doznaje życia, w którym dużą część czasu pochłania troska o zaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb. „Kupiłyśmy z mamą korzec kartofli, mamy też przyrzeczoną tonę węgla. Ja nie zarabiam nic i, jak wiadomo, nie mam też pieniędzy. Gotuję, zmywam, sprzątam”[1] (17 XI 1939) – oto jeden z typowych zapisów tego dziennika. Wcześniej tego rodzaju bardzo powszednich, przyziemnych, by tak rzec, zapisów było w nim stosunkowo mało. Teraz wysuwają się one na plan pierwszy, a ich tematem staje się problem zaopatrzenia w najbardziej elementarne, niezbędne produkty, a także związana z tym kwestia znalezienia potrzebnych środków do życia. Pisarka uznaje teraz za warte zapisu to, czego wcześniej nie dostrzegała: palenie w żelaznym piecyku, cerowanie pończoch, sprzątanie, przygotowywanie codziennych posiłków. Jednocześnie wciąż towarzyszy jej poczucie „dziwności” okupacyjnego istnienia.

Podobnie dzieję się w dzienniku Stanisława Rembeka.  Autor wydanych w dwudziestoleciu powieści W polu i Nagan, traktujących o wojnie z bolszewikami 1920 roku, w czasie okupacji hitlerowskiej mieszka pod Warszawą, w okolicach Grodziska, dojeżdżając tak jak inni co jakiś czas do Warszawy kolejką EKD (tak samo dojeżdża mieszkający w niedalekim Stawisku Jarosław Iwaszkiewicz). W czasie okupacji Rembek prowadzi dziennik, który – we wstępie do jego drukowanego wydania – Marek Nowakowski nazwał fascynującym z powodu „gęstego od drobnych faktów opisu codzienności tamtych lat. Pisarz ten – pisze dalej Nowakowski – posiadał szczególny dar notowania spraw drobnych i codziennych obracając się w kręgach społecznych typowych dla podwarszawskich osad. Jego sąsiedzi i znajomi to robotnicy kolejowi, rolnicy, pracownicy magistratu, nauczyciele z miejscowych szkół, oficer rezerwy, sędzina, adwokat, były burmistrz, kamienicznicy, rzemieślnicy, restaurator i wielu innych. W beznamiętnym opisie codzienności okupacyjnej występują rozmaite ludzkie postawy, poczynając od egoistycznej woli przetrwania za wszelką cenę, po budzący się sprzeciw, chęć oporu i aktywnej walki z hitlerowskim najeźdźcą”[2].

Te dwa dzienniki, najbardziej chyba ze wszystkich dzienników pisarzy okupowanej Warszawy są nasycone zapisami codzienności. Dlatego chcę je uczynić najważniejszym punktem odniesienia dla mojego tekstu. Spośród innych dzienników prowadzonych wtedy w Warszawie możemy wskazać także diariusze Marii Dąbrowskiej, Karola Irzykowskiego, Andrzeja Trzebińskiego, nie zapominając jednak że dzienniki pisarzy, najczęściej wydawane drukiem, to tylko niewielki procent praktyki diarystycznej uprawianej w czasie okupacji w sposób bardzo intensywny, zarówno po stronie aryjskiej, jak i w getcie. Nic dziwnego więc, że właśnie dzienniki, dokonywane na bieżąco zapiski,  notatki, kroniki (dwie najważniejsze to: Kronika lat wojny i okupacji Ludwika Landaua oraz Kronika getta warszawskiego Emanuela Ringelbluma) stanowią bardzo ważny materiał dla opracowań traktujących o życiu w okupowanej stolicy.

Jeśli chodzi o specyfikę okupacyjnej codzienności Warszawy, to była ona już wielokrotnie opisywana, najobszerniej w książce Tomasza Szaroty Okupowanej warszawy dzień powszedni (III wyd. Warszawa 1988), a także, wraz z odniesieniem do innych stolic europejskich, w jego pracy Życie codzienne w stolicach okupowanej Europy (Warszawa 1995). Dzięki tym książkom wiemy dzisiaj dość dobrze, jak wyglądały okupacyjne menu i gastronomia, moda i ubranie, rozrywki i życie kulturalne. Codzienność getta warszawskiego wraz z jego końcem w postaci wielkiej akcji wysiedleńczej i odpowiedzi na nią, jaką było powstanie w getcie, to z kolei przedmiot obszernego opracowania Barbary Engelking i Jacka Leociaka Getto warszawskie. Przewodnik po nieistniejącym mieście (Warszawa 2001). Natomiast losy ludności cywilnej Warszawy podczas powstania w sierpniu i wrześniu 1944 roku śledzi Joanna K. M. Hanson w książce Nadludzkiej poddani próbie (Warszawa 2004). W dwu pierwszych z tych publikacji, obok materiałów autobiograficznych, bardzo istotną rolę odgrywają także zdjęcia. Zdjęcia właśnie, lepiej niż teksty, wydobywają codzienność minionej przeszłości, odsyłają bowiem do tego co z jednej strony widzialne i materialne, z drugiej ulotne, przypadkowe, „nieznaczące” – co jest domeną codzienności. Dlatego dla naszej wiedzy o życiu podczas okupacji coraz ważniejsze okazują się fotografie, zarówno wykonywane przez Polaków, jak przez Niemców, odszukiwane i wydawane w grubych albumach, np. Warszawa 1940-1941 w fotografii dr. Hansa Joachima Gerke (Warszawa 1997),  Warszawa 1943 – Warszawa 1944. Fotograf nieznany (Warszawa 2002), Brok. Eugeniusz Lokajski. Fotoreporter (Warszawa 2008).

Wszystkie wspomniane wyżej publikacje są przejawem wzrastającego dzisiaj zainteresowania cywilną i codzienną właśnie stroną wojny w porównaniu z dominującą do niedawna optyką bitewno-żołnierską. Na przykład Norman Davis w swojej monumentalnej książce Europa walczy 1939-1945. Nie takie proste zwycięstwo (Kraków 2008) działaniom wojennym na frontach poświęca trzykrotnie mniej miejsca (70 stron) niż zagadnieniom związanym z ludnością cywilną (200 stron). Przypomina zarazem, że  „na każdego mieszkańca Europy walczącego na frontach drugiej wojny światowej przypadało co najmniej dziesięciu cywili, którzy nie byli bezpośrednio zaangażowani w działania wojenne, ale musieli ponosić bolesne konsekwencje międzynarodowego konfliktu” (s. 365). To ludność cywilną przede wszystkim dotykały bombardowania, łapanki i masowe egzekucje, wtrącanie do więzień, wysłanie do obozów koncentracyjnych i obozów zagłady, grabieże i gwałty, wysyłka na przymusowe roboty do Niemiec, niemożność zaspokojenia podstawowych potrzeb mieszkaniowych, ubraniowych czy żywieniowych. Konsekwencją tego jest o wiele większa liczba „ofiar śmiertelnych związanych z wojną” wśród ludności cywilnej niż wśród żołnierzy. Dla obu tych grup Norman Davis podaje w swojej książce następujące liczby: 16.625.000 (ludność cywilna) oraz  9.326.000 (wojskowi). Przypomnijmy jeszcze, że w czasie Powstania Warszawskiego zginęło około 15.000 żołnierzy i 150.000 – 200.000 cywilów.

Ofiary przemawiają do wyobraźni. Natomiast z codziennością jest trochę tak jak z powietrzem. Wydaje się przezroczysta i oczywista, nie warta zastanowienia, a dostrzega się ją wtedy, gdy następują w niej „zakłócenia” czy „zanieczyszczenia”. Codzienność okupacyjna jest właśnie codziennością zakłóconą, wytrąconą z trybów „codziennego” funkcjonowania, „niezwykłą codziennością” – wedle formuły Małgorzaty Baranowskiej czy „nieujarzmioną powszedniością” – jak nazywa ją Jerzy Jedlicki[3]. Jest codziennością niecodzienną w wielu znaczeniach tego słowa. To, co do tej pory było normalne, oczywiste, stosunkowo łatwe czy dziejące się w sposób niemal bezwiedny lub automatyczny, takie jak dokonywanie codziennych zakupów czy przyrządzanie posiłków, przestaje takim być. Można powiedzieć, że rzeczywistość w swym najbardziej powszednim i codziennym wymiarze „stawia opór”, odsłaniając tym samym swą kulturową naturę. Wojna i okupacja jest czasem zakwestionowania wszelkich oczywistości i naturalności, poczynając od kwestii zaspokajania najbardziej podstawowych potrzeb człowieka, a kończąc na poczuciu trwałości i ciągłości życia, niezbędnej dla normalnego funkcjonowania. Dlatego właśnie w przestrzeni okupacyjnej codzienności dojdzie do stykania się ze sobą tego, co najbardziej zwykłe i tego, co najbardziej niezwykłe, a zarazem nabierania przez to, co zwyczajne znamion niezwyczajności i odwrotnie. Życie z jego powtarzalnymi, codziennymi czynnościami związanymi z potrzebami mieszkaniowymi, żywnościowymi, higienicznymi czy seksualnymi będzie zarazem życiem „na krawędzi istnienia”, jak pisze na gorąco Nałkowska w dzienniku (12 VII 1942), życiem w kręgu „ostatecznych doznań ludzkiego losu, jakby na granicach doświadczeń przypadających człowiekowi jako gatunkowej istocie” – jak wspomina po latach Jan Strzelecki w Próbach świadectwa[4].

Dlatego w czasie okupacji tak ważne są sposoby oswajania nowych doświadczeń, które stopniowo stają się czymś normalnym, zaczynają być traktowane jako składniki codzienności. Sfera „doświadczeń oswojonych” jest przykładem szerszego zjawiska, o którym Michał Głowiński w szkicu o dzienniku Nałkowskiej pisze jako o „narastaniu okupacyjnej zwykłości czy normalności (normalności w nienormalności)”. Przez to „okupacja staje się dniem codziennym, banalnością”, powstaje „okupacyjna >normalka<”. „ >Normalka< bowiem – konstatuje Głowiński – to codzienność uciążliwa, taka, której nie można aprobować, ale też nie można zmienić”[5] (s. 145).

Chcę zwrócić uwagę te zmiany, jakie dokonują się w sferze codzienności podczas okupacji, które dotyczą przede wszystkim takich elementów codzienności, jak praca, posiłki, a przede wszystkim komunikacja, choć mogą istnieć takie miejsca, w których zmiana ta jest niedostrzegalna. Trzeba przy tym pamiętać, że podczas okupacji zmianie ulegają same struktury codziennych doświadczeń, do których należy przede wszystkim zaliczyć struktury czasowe i przestrzenne. To one określają „ramy” codzienności, które mogą być różne dla różnych grup mieszkańców okupowanego miasta, ale nikt nie może się znaleźć całkiem poza nimi. Podczas okupacji całkowitej zmianie ulegają także relacje między tym, co jawne i tajne, oficjalne i konspiracyjne, legalne i nielegalne. Jawne, oficjalne i legalne ramy życia wprowadzone przez okupanta oznaczają nie tylko eliminację polskiego społeczeństwa, ale także skazują na powolną śmierć pojedynczych ludzi. W pierwszym rzędzie dotyczy to pracy, zdobywania środków do życia i sposobów zaspokajania elementarnych potrzeb, poczynając od zdobywania żywności.

„Jak każdy bezrobotny – pisze Nałkowska w końcu listopada 1939 roku – gotowa jestem wziąć >każdą pracę< – im dalszą od literatury, tym lepiej” (23 XI 1939). Trzy miesiące później pisarka myśli już o literaturze jako o swoim „dawno zapomnianym fachu”. Dzieje się to wtedy, kiedy nadarza się okazja, by sprzedać dawne powieści dzięki obrotności „papierosiarza i gazeciarza” Wacka, który „z ciężką jak kamienie walizą, wyładowaną Granicami i Niedobrymi miłościami” wypuszcza się na ulice okupowanej Warszawy i u ulicznych sprzedawców uzyskuje wyznaczoną cenę. Charakterystyczny jest komentarz Nałkowskiej do tej sytuacji opisanej w dzienniku, gdzie dominuje wzruszenie z uzyskanego zarobku, stanowiącego „ekwiwalent trzech czy czterech kilo masła” (28 II 1940), ale nie ma nic o wartości literackiej sprzedanych książek czy popularności wśród czytelników.

Dla Nałkowskiej potwierdzeniem własnej wartości okazuje się w czasie wojny prowadzenie wraz z siostrą rzeźbiarką sklepu tytoniowego, wymagające tyleż samo sprawności organizacyjnej, wytrzymałości fizycznej i skrupulatności w prowadzeniu księgowości firmy. Praca ta, choć tak wyczerpująca i daleka od literackich zajęć, daje autorce Granicy satysfakcję, a nawet szczęście. Pisarka nigdzie w dzienniku nie użala się nad tym, że „stosy papierów, kwitów, rachunków i cenników” zajmują miejsce rękopisów nowych utworów, a „nigdy się nie kończące obliczenia” (29 III 1941) przesłaniają całkowicie pracę twórczą. To inni – klienci sklepu, matka, koledzy po piórze – dziwią się i ubolewają nad tym, że tak wybitna pisarka, jest zmuszona poświęcać swój cenny czas i trwonić swój talent na tak nietwórcze zajęcia. Nałkowska, przeciwnie, w codziennej sprzedaży papierosów, w kontaktach z prostymi ludźmi, których głos waży dla niej tak wiele, i w którym „pisarka słyszy (…) rdzenną prawdę, rozmotaną ze zwojów intelektualnej retoryki”[6], słowem w tym wszystkim, co dokonuje się na najbardziej elementarnym, bezpośrednim poziomie życiowym i komunikacyjnym, Nałkowska odnajduje źródło ocalenia swej tożsamości, bycia sobą.

W czasie wojny następuje w ogóle wzrost znaczenia i wartości tego co najbardziej elementarne, zwykłe i przyziemne. Dotyczy to między innymi pracy fizycznej, zdobywania niezbędnych środków do życia, w tym przede wszystkim żywności, oraz związanej z nimi przestrzeni codziennych kontaktów. Dzieje się tak w sytuacji, kiedy niemożliwym staje się legalne wykonywanie dotychczasowych prac o charakterze umysłowym czy artystycznym, chyba że za cenę kolaboracji z okupantem. Częściowo możliwość aktywności dziennikarskiej, pisarskiej czy artystycznej będzie dawać poszerzająca się przestrzeń podziemnego życia kulturalnego. I choć w jego ramach funkcjonuje system honorariów, stypendiów, zasiłków i akcji doraźnych (tak jak słynne skupywanie rękopisów pisarzy przez Zbigniewa Mitznera i Władysława Ryńcę w 1943 i 1944 roku) to nie daje to źródeł utrzymania w stopniu wystarczającym. Stąd pisarze, dziennikarze czy artyści będą „szukać zarobku, gdzie się tylko dało, nie gardząc fizyczną pracą chałupniczą, jak i handlem, a właściwie pośrednictwem handlowym i spełnianiem najróżniejszych usług. Więc jedni – jak wspomina Witold Giełżyński – zajęli się szkleniem okien, inni poświęcali się murarstwu przy naprawie zrujnowanych domów, wielu jeździło na rykszach zastępujących dorożki i wozy towarowe, liczni zajęli się handlem książkami….”[7].

Poszukiwanie pracy będzie zarazem dotyczyć zarówno starszego, jak młodszego pokolenia. Na przykład Andrzej Trzebiński – poeta, dramaturg, publicysta, student podziemnej polonistyki i redaktor konspiracyjnego pisma „Sztuka i Naród”, wykonywał w czasie wojny pracę rikszarza i tracza na kolei, a potem był kierownikiem Biura Kolportażu konspiracyjnej Konfederacji Narodu. Jego kolega Tadeusz Borowski był magazynierem i nocnym stróżem w firmie handlującej materiałami budowlanymi. Zatrudniano się także na budowach, w fabrykach, szpitalach, przedszkolach, instytucjach opieki społecznej. W czasie okupacji normalnym, zwyczajnym, codziennym zjawiskiem stanie się nie tylko praca fizyczna młodzieży, ale również starszych dzieci. Na przykład młodzi chłopcy często handlowali papierosami, zdobywając je po niskich cenach i sprzedając wielokrotnie drożej na czarnym rynku. Dziesiątki takich chłopaków widuje w okolicach swego sklepu Nałkowska, komentując ten fakt w dzienniku w następujący sposób: „Przy ograniczeniach w kontyngencie wytwarza się cała taka Panama [czyli oszustwo na wielką skalę], sprawiająca, że w sklepach trudno jest dostać to, o co tak łatwo na ulicy” (25 XII 1939).

Inaczej niż Nałkowska, Stanisław Rembek nie ma żadnego stałego zajęcia. Tak jak inni pisarze stara się o zapomogi z tajnego funduszu kultury. Dostaje dorywczą pracę jako kelner w zaprzyjaźnionej restauracji, uprawia warzywa w przydomowym ogródku (stanowiące ważną pozycję w rodzinnym menu), handluje a to obrazami, a to wódką, papierosami lub prosiakami, sprzedaje rodzinne obrączki, stara się także sprzedać należącą do żony działkę. Poza tym niemal codziennie wybiera się na zakupy, w poszukiwaniu mąki, ziemniaków, chleba, cukru, słoniny, zamiast których czasami uda się dostać „tylko dwa kilo soli” (21 marca 1940). Dlatego w jego dzienniku często pojawiają się zapisy, w których mowa o głodzie: „W domu w dalszym ciągu głód: suchy chleb i bardzo cieniutka, bo nie ma kartofli, zalewajka na obiad” (13 marca 1940).

Podobnie jest u Nałkowskiej, która na sobie samej odczuwa skutki okupacyjnej codzienności: „Jestem zmarznięta i po prostu bardzo głodna” (11 X 1939), „Schudłam do tego stopnia, że stałam się kimś innym” (18 X 1939), „Straciłam jeszcze cztery kilo” (6 XII 1940). Przy czym pisarka z jednej strony dostosowując się do nowej, wojennej przestrzeni życia, z drugiej strony ma nieustannie poczucie jej dziwności, niesamowitości, obcości wobec tego, co do tej pory znaczyło dla niej poczucie rzeczywistości. „W najwymyślniejszym śnie nikt nie przewidział takiej rzeczywistości. Wszyscy żyją jak w koszmarze, pragnąc przebudzenia. Niewiarygodna ponurość i ubóstwo życia, niewiedza własnego jutrzejszego losu, niewiedza losów cudzych, zewsząd makabryczne opowieści” – zapisuje w listopadzie 1939 roku. Okupacja stanowi dla niej nade wszystko zakłócenie ustalonego porządku świata, a o zakłóceniach, jak słusznie pisze Michała Głowiński „można pisać wtedy, gdy jest się ich świadomym, gdy dysponuje się dystansem, który umożliwia porównania”[8]. Dlatego w dzienniku młodziutkiego Trzebińskiego, który razem z Borowskim zdaje maturę latem 1940 roku, wojna nie jest niczym „dziwnym”, a codzienność wojenna, choć dla niego tak uciążliwa (wielokrotna zmiana mieszkania, ciągły brak pieniędzy) prawie w ogóle się tu nie pojawia. Jeśli starania o żywność i przyrządzanie okupacyjnych posiłków stanowią jeden z głównych wątków w dziennikach Rembeka i Nałkowskiej, to u Trzebińskiego zapis na ten temat pojawia się tylko wyjątkowo, w bardzo lakonicznej postaci: „jadam zasadniczo raz dziennie. dużo i raz. gdzieś około 2-3 w południe. brak kolacji odczuwam, ale śniadania przestały być już moim nałogiem. nie czuję wewnętrznej potrzeby śniadań. nie mam czasu i zapominam”[9].

Jednak podczas okupacji, i to zarówno na samym jej początku, jak i przy końcu, zdarzają się również bardzo obfite posiłki, a nawet wystawne przyjęcia. Rembek, który niemal codziennie odwiedza zaprzyjaźnioną knajpę Dąbkowskiego w Grodzisku, po jednej z takich wizyt w lutym 1940 roku zapisuje: „Rozmawialiśmy wesoło przy wódce, kotletach i gulaszu, które postawił nam Olechowski” (13 lutego 1940). Dwa i pół roku później uczestniczy w urodzinach, które okazują się być prawdziwą ucztą: „Przyjęcie było tak wspaniałe, jakby żadnej wojny na świecie nie było. Byłem wycieńczony chorobą, a zmuszano do picia, toteż wstawiłem się całkowicie” (21 sierpnia 1942). Jak widać w obu przypadkach pojawia się alkohol i to na zasadzie raczej reguły niż wyjątku. Każdemu wyjściu do Dąbkowskiego, każdej wizycie u przyjaciół i rodziny czy ich odwiedzinom w domu Rembeka, każdej załatwianej sprawie, właściwie każdemu spotkaniu towarzyszy alkohol w dużej obfitości. „Oczywiście piło się tęgo – pisze Marek Nowakowski – Bimber, deputatowa wódka, spirytus i szlachetne trunki z dawnych zapasów (krupnik, likiery Baczewskiego) podnosiły ducha w udręce okupacyjnych dni”[10]. Do tej listy trzeba jeszcze dopisać choćby wino zbożowe, „wódkę bolszewicką” i – przede wszystkim – bimber, utrwalony nie tylko w dziennikach, wspomnieniach i opowieściach, ale też najsłynniejszych okupacyjnych piosenkach. Warto w tym miejscu przywołać zdanie badającego tę kwestię Sławomira Buryły, który zwracał uwagę, że jeśli alkohol w pracach naukowych poświęconych wojnie i okupacji pojawia się stosunkowo rzadko, to w źródłach historycznych, zapisach diarystycznych i relacjach pamiętnikarskich, a także w tekstach stricte literackich mamy do czynienia z jego „wszechobecnością”[11].

U Rembeka alkohol jest nieodłącznym atrybutem codziennych spotkań i rozmów. A że w czasie okupacji ich nie brakuje, więc i o alkoholu mowa tu bardzo często. Czasami nawet jednego dnia trzeba napić się wielokrotnie: „Poza tym spotykałem ciągle kogo innego: to Olechowskiego, to Bojarskiego, to Jaworskiego, a z każdym niemal musiałem wypić. Wróciłem do domu z Kisielem, ale już na pełnym gazie” (3 lutego 1942). Innym razem, spotkanie z przyjacielem zaczyna się od wspólnego poszukiwania wódki, którą udaje się „wreszcie dostać aż pod Żukowem za 40 zł. pół litra” (8 grudnia 1941). Konsekwencje takich okupacyjnych alkoholowych spotkań mogą być poważne, zwłaszcza kiedy o alkohol, nawet najmocniejszy, jest o wiele łatwiej niż o żywność, tak że często pije się bez jedzenia, a nawet zamiast niego: „Poszedłem do Grodziska, żeby zdobyć od Borkowskiego trochę pieniędzy. Nie dał mi ani grosza, poczęstował natomiast spirytusem. Ponieważ byłem prawie na czczo, więc spirytus, którego niewiele nawet wypiłem, tak silnie na mnie podziałał, że straciłem pamięć, kiedy i w jaki sposób przyszedłem do domu” (19 stycznia 1942). Ciekawe, że takich skutków nigdy nie wywołuje bimber, o którym zawsze pisze się w kontekście miłej i przyjemnej rozmowy: „Gawędziliśmy przyjemnie przy bimberku do późna” (10 stycznia 1942), „Spędziliśmy wieczór wesoło przy bimbrze” (12 marca 1942).

Dziennik Zofii Nałkowskiej, a zwłaszcza dziennik Stanisława Rembeka ujawnia w stopniu bardzo wyrazistym jeszcze jedną cechę okupacyjnej codzienności, związaną ze zmianą w obszarze komunikacji. Przede wszystkim trzeba tu zwrócić uwagę na wzrost znaczenia kontaktów bezpośrednich. Ludzie w czasie okupacji nieustannie ze sobą spotykają się i rozmawiają. Mamy tu do czynienia, jak pisał Wacław Jastrzębowski, z „mrowiskiem leśnym pełnym gorączkowej, nie ujętej w żaden widoczny system krzątaniny, a przecież będącym sprawnie działającym i zwartym organizmem, dzięki nieustannemu komunikowaniu się wszystkich ze wszystkimi i nieustannemu improwizowaniu przy zwalczaniu nastręczających się trudności”[12]. Intensywne kontakty bezpośrednie dotyczą wtedy zasadniczo trzech sfer życia. Po pierwsze tego, co związane z ze zdobywaniem środków do życia (pożyczki, zapomogi, poszukiwanie pracy), handlem, kartkowym bądź czarnorynkowym kupowaniem żywności i alkoholu. Po drugie tego, co nazywa się robotą konspiracyjną i podziemnym życiem kulturalnym (od redagowania, rozpowszechniania i lektury konspiracyjnej prasy, poprzez naukę w podziemnych uczelniach i uczestnictwo w konspiracyjnych wieczorach literackich, spotkaniach dyskusyjnych, przedstawieniach, pokazach i koncertach, po działalność o charakterze dywersyjnym i akcje zbrojne przeciwko okupantowi). Po trzecie tego, co można nazwać wymianą i obiegiem informacji.

Trzy przestrzenie komunikacyjne uzyskują w czasie wojny wyróżnioną pozycję: ulica, sklep i prywatne mieszkanie. Na ulicy się handluje, poszukuje niezbędnych towarów i produktów, załatwia się interesy, co jest szczególnie widoczne na początku okupacji. W końcu października 1939 roku Nałkowska zapisuje w dzienniku: „Cały właściwy handel odbywa się na ulicy. Nie tylko owoce, kartofle, kalafiory. Ale konfekcja, trykotaże, galanteria, świece, papierosy, zapałki tylko tu można znaleźć. Raz nawet cukier i mąka. Ohydne ciasteczka domowe, cukierki, czekolada. Wszystko to z rabunku albo resztki z rabunku pozostałe. (…) spotykam dużo ludzi. Wszyscy są wciąż na ulicy – ci dawniej przemykający się niewidzialnie w tramwajach i taksówkach” (29 X 1939). Potem, z czasem funkcję miejsca handlu na nowo odzyskują sklepy, służąc zarazem za miejsce spotkań i rozmów, a ulica, zwłaszcza kiedy wzrasta zagrożenie bombardowaniami, łapankami i agresją ze strony okupanta – staje się przestrzenią coraz to bardziej nieprzyjazną. Nałkowskiej w dzienniku udaje się uchwycić tę sytuację, kiedy sklep z papierosami staje się przestrzenią zbliżenia i porozumienia, swoistej okupacyjnej wspólnoty, zawiązującej się na poziomie życia codziennego między osobami z różnych warstw i grup społecznych: „Cóż za nieprzebrany świat, ci ludzie przychodzący tak zewsząd po te papierosy (…). Jestem zmarznięta i głodna jak oni, jak oni nie mam węgla ani drzewa, porozumienie jest tak całkowite, słowa tak przyjazne, dowcipy niekiedy pierwszorzędne – jak ta anegdota o królu cygańskim. (…) Cóż za łatwość zbliżenia z tymi ludźmi, cóż za mnóstwo powiedzeń, dowcipów, opinii, charakterów!” (20 XII 1940, 2 III 1941).

Dom i mieszkanie, zapewniające elementarne poczucie bezpieczeństwa, to przestrzeń przyjacielskich i rodzinnych, a także konspiracyjnych spotkań. We wspomnieniach dotyczących podziemnego Uniwersytetu Warszawskiego wielokrotnie pojawią się zdania mówiące o wyjątkowości okupacyjnej wspólnoty między studentami i profesorami, dodatkowo wzmacnianej przez fakt odbywania się kompletów w ich własnych mieszkaniach. W czasie okupacji wzrasta jednocześnie znaczenie mieszkania jako przestrzeni prywatnej, która, choć otwarta na potrzeby sąsiadów, rodziny, znajomych czy współpracowników z konspiracji, a także nieustannie zagrożona przez niespodziewaną wizytę gestapo, daje jednak elementarne poczucie schronienia i ochrony własnej indywidualności.  Nałkowska, mającą skądinąd bardzo silne poczucie wspólnoty z mieszkańcami okupowanej Warszawy, jest wyczulona na zanikanie indywidualnej, osobistej wrażliwości w sytuacji, kiedy „wszystko odbywa się <hurtem>, wszystkiego już doznaje się kolektywnie” (19 III 1943). Dlatego tak bardzo ceni własne, indywidualne, domowe czynności – od sprzątania i przygotowywania posiłków, do lektury i prowadzenia dziennika. „Nie chcę podlegać prawom powszechnym, nie chcę czuć tego, co inni. (…) Pochmurnie i wbrew wszystkiemu obstaję przy swej tożsamości” – zapisuje diarysta w marcu 1942 roku.

W tym kontekście warto przyjrzeć się na koniec miejscu w życiu okupowanej Warszawy trzech najważniejszych słownych form komunikacji: mowie, pismu i drukowi. Wyraźnie widać, że następuje tu wzrost znaczenia mowy i – w pewnym sensie – także pisma na niekorzyść słowa drukowanego. Obszar słowa drukowanego jest bowiem najbardziej kontrolowany przez okupanta, podczas kiedy mowa i pismo pozwala na o wiele większą swobodę wypowiedzi.

Drukowaną postać mają oficjalne zarządzenie i obwieszczenia, propagandowe plakaty i „gadzinowa” prasa na czele z „Nowym Kurierem Warszawskim”. I choć z drugiej strony druk oczywiście pojawia się także (obok techniki powielaczowej) w wydawnictwach konspiracyjnych (w samej Warszawie wydawano w podziemiu około 650 tytułów prasowych i 800 tytułów książkowych), to ich istnienie jest ograniczone do przestrzeni domowej i prywatnej, podczas kiedy oficjalna przestrzeń publiczna jest domeną druku jako narzędzia represji okupanta. Skądinąd i w tej przestrzeni publicznej zdarzają się akcje podziemia przy użyciu słowa drukowanego. Tomasz Szarota w książce Okupowanej Warszawy dzień powszedni opisuje prześmiewcze wobec ustawodawstwa okupanta obwieszczenie, rzekomo podpisane przez generalnego gubernatora Hansa Franka, które polskie podziemie rozlepiło jesienią 1943 roku (s. 43-44).

Ważne znaczenie w działaniach przeciwko okupantowi mają różnego rodzaju praktyki związane z użyciem pisma. W przestrzeni publicznej są to przede wszystkim symbole, znaki i napisy malowane na murach, ścianach domów, chodnikach, bramach, latarniach. Najsłynniejsze z nich to, jak wiadomo, kotwica z wpisaną w nią literą P – znak Polski Walczącej, a potem Powstania Warszawskiego, litera V – znak zwycięstwa oraz rysunek żółwia – znak akcji „powolnej pracy” w zakładach produkujących na rzecz okupanta. Pierwsze znaki Polski Walczącej pojawiły się na murach Warszawy 20 marca 1942 roku, a po dwóch tygodniach było ich już kilka tysięcy, przede wszystkim dzięki harcerzom z „Szarych Szeregów”, w tym szczególnie Tadeuszowi Zawadzkiemu „Zośce”, który namalował ich najwięcej, za co przyznano mu drugi pseudonim „Kotwicki”. Znak V i znak żółwia były związane z akcjami podejmowanymi naraz w wielu stolicach okupowanej Europy latem 1941 (pierwszy z nich zniknął po jego zawłaszczeniu przez Niemców, drugi był malowany do końca okupacji). Rembekowi podczas jego wyjazdów do Warszawy znaki te od razu rzucają się w oczy. W październiku 1941, po kolejnej wizycie w stolicy zapisuje:  „W Warszawie uderzyła mnie wielka liczba żółwi, wyrysowanych kredą na parkanach i murach kamienic” (11 października 1941). Pół roku później pisze: „Po drodze wszędzie widziałem na murach napisy: „Polska walcząca”, utworzone w ten sposób, że na czele stała kotwica, której górna część stanowiła literę P, a dolna W” (1 kwietnia 1942).

Inny, bardzo ciekawy i ważny rodzaj pojawiania się pisma w przestrzeni miasta, to wykorzystywanie murów jako swoistych „tablic” czy „szpalt” ogłoszeniowych w sytuacji olbrzymiej potrzeby tego rodzaju ogłoszeń i braku miejsca na nie w zagarniętej przez okupanta przestrzeni druku. Było to szczególnie widoczne w pierwszych tygodniach okupacji, które Stefan Kisielewski wspominał w następujący sposób:  „Na murach wypalonych domów, na drewnianych parkanach ponaklejane było mnóstwo karteczek – pod karteczkami tymi gromadziły się tłumy wytrwałych czytelników studiujących w skupieniu zawiadomienia o tym, co kto ma na sprzedaż albo kto kogo poszukuje”[13]. Aktywność ta, która była przejawem spontanicznej samoorganizacji mieszkańców okupowanego miasta, bardzo szybko, została uznana przez okupanta za groźną i zakazana. 3 stycznia 1940 roku Ludwik Landau w swojej kronice zapisał: „Dziś ukazało się w Warszawie obwieszczenie niemieckiego prezydium miasta o zakazie samowolnego rozlepiania plakatów. Rzeczywiście mury, płoty itp. są obecnie pokryte niezliczoną ilością ogłoszeń, czasem drukowanych, w większości zaś ręcznie pisanych. Ta prymitywna reklama – estetycznie rzeczywiście godna potępienia – jest jednak z jednej strony odpowiednikiem pauperyzacji, z drugiej wynikiem skurczenia się prasy do jednego organu gadzinowego, niechętnie przez ludność kupowanego; w tych warunkach zarządzenie o plakatowaniu stwarza jeszcze jedno utrudnienie dla ledwo tlącego się płomyka życia gospodarczego”[14].

Praktyki pisma pojawiające się w przestrzeniach prywatnych okupowanego miasta, w domach i mieszkaniach, ale także piwnicach, schronach, kryjówkach, bunkrach, to przede wszystkim prowadzone przez setki i tysiące osób w zeszytach, notesach, na kartkach, świstkach papieru, a przy braku tego rodzaju standardowych nośników pisma czasami również na opakowaniach po produktach spożywczych, etykietach, formularzach, książkach, kawałkach papieru toaletowego etc. codzienne zapisy o charakterze diarystycznym lub kronikarskim. Książka o dziennikach okupowanej Warszawy, zwłaszcza tych prowadzonych po aryjskiej stronie, jest dopiero do napisania. Mamy już natomiast bardzo interesującą książkę Jacka Leociaka o dziennikach i innego rodzaju „relacjach z getta warszawskiego” Zwraca się w niej uwagę na swoisty „fenomen pisania: dokumentowania faktów, sporządzania rejestru terroru, cierpienia i zbrodni, notowania bieżących wydarzeń, przeżyć, refleksji”, który to fenomen w sposób szczególny stanowi „znamienną cechę żydowskiego doświadczenia getta”[15], ale daje się go również zaobserwować w całej okupowanej Warszawie.

Prowadzenie dzienników, rejestrowanie obserwacji, spisywanie przeżytych doświadczeń, nawet jeśli jest to robione w celu sporządzenia świadectwa zbrodni dokonywanych przez okupanta, ma charakter indywidualny. Natomiast praktyki słowa mówionego dokonują się zawsze w obrębie jakiejś grupy, jakiejś zbiorowości, stąd ich nasilenie w czasie okupacji jest między innymi związane z ich funkcją ustanawiania wspólnoty. Bezpośrednia rozmowa jest przejawem wspólnotowości, poczucia bycia razem, które pozwala łatwiej przetrwać trudy okupacji. Dzienniki Rembeka i Nałkowskiej, jak wiele innych, poświadczają ten oto fakt, że w czasie okupacji ludzie nieustannie mówią do siebie, gadają, rozmawiają, dyskutują: w domu, na ulicy, w sklepie, restauracji, miejscu pracy. Słowo mówione służy między innymi do załatwiania bieżących interesów i potrzeb, przede wszystkim zaopatrzenia w żywność czy opał. Przestrzeń okupacyjnego słowa mówionego, rozmowa, gadanie, słuchanie opowieści, to także sposób na odreagowywanie zagrożeń związanych z życiem pod okupacją. Stąd tak częste opowiadane sobie dowcipy czy przepowiednie. Jednak jego wyróżnioną ze względu na okupacyjny kontekst funkcję stanowi przepływ informacji.

Informacje w okupowanym mieście, a zwłaszcza na jego obrzeżach, gdzie trudniej o konspiracyjną prasę, zdobywa się przede wszystkim drogą ustną. Odwiedziny u znajomych czy rodziny są zawsze okazją do uzyskania informacji. W przypadku Rembeka dobrą okazję stanowią pobyty w Warszawie, tam bowiem następuje niejako „zagęszczenie” zasłyszanych opowieści przechodzących z ust do ust: „Wracając wstąpiłem do magazynu gorsetów Olka Jakowlewa. Dowiedziałem się, że jest on w niewoli. Stacha Niedźwiedzka leży jeszcze po zapaleniu płuc, ale czuje się coraz lepiej. Zastałem u niej Helutę Wolską oraz jakąś blondynkę z Gdańska i Sopot. Opowiadała ona, że jest tam głód. Na tydzień wydaje się na kartki jedynie kilo koniny. Poza tym są tylko śledzie. Spotkała tam znajomego oficera niemieckiego, który przyjechał na trzytygodniowy urlop wypoczynkowy z linii Zygfryda. Miał on jej opowiadać, że trwa tam nieprzerwany ogień artyleryjski i bomb lotniczych, aż ludzie wariują” (20 lutego 1940).

Rembek niemal codziennie wybiera się specjalnie do Grodziska w celu zdobycia wiadomości. Czasami, w sytuacji „informacyjnego podniecenia” te wyprawy staja jeszcze częstsze: „Wszyscy tak jesteśmy podnieceni pogłoskami o bitwie morskiej u wybrzeży Norwegii, że dwa razy chodziłem do Grodziska zasięgnąć języka” (13 kwietnia 1940). Pogłoski, o których mowa w tym cytacie, to chyba najbardziej typowy sposób rozchodzenia się informacji. W dzienniku Rembeka o usłyszanych pogłoskach mowa jest wyjątkowo często, niemal na każdej stronie. Niekiedy mają one całkiem fantastyczny charakter: „Rozeszła się zupełnie nieprawdopodobna według mnie pogłoska, że Libia ma zostać kolonią polską” (1 stycznia 1942). Pogłoski narastają w sytuacjach przełomowych dla losów wojny. Już w kwietniu 1940 roku Rembek zapisuje: „Krążą fantastyczne pogłoski o zmianie polityki sowietów” (28 kwietania 1940). Rok później, od końca lutego 1941 roku, „znowu wszyscy mówią  rychłym wybuchu wojny z bolszewikami, który ma nastąpić za dwa tygodnie. Przypuszczam – komentuje ten fakt Rembek – że jest to nowy jakiś trik bolszewickiej propagandy” (28 lutego 1941). Tuż po rozpoczęciu wojny niemiecko-sowieckiej w czerwcu 1941 roku, pogłoski jeszcze przybierają na sile: „Ogromna masa pogłosek i wieści. Najbardziej smutne, że Warszawa jest znów bombardowana przez bolszewików. (…) O położeniu na froncie krążą najsprzeczniejsze wieści” (24 czerwca 1941).

W czasie okupacji pojawia się więc bardzo intensywny obieg niesprawdzonych i niepewnych informacji, których nośnikiem jest słowo mówione. Sytuację tę można nazwać stanem permanentnej niepewności informacyjnej. W takiej sytuacji następuje ciągłe konfrontowanie ze sobą informacji z różnych źródeł, np. oficjalnej prasy i tego co „mówi się” na mieście: „Pod wieczór przyniosłem <Warschauer Zeitung> z triumfalnymi wiadomościami o ostatecznej klęsce Francuzów i Anglików we Flandrii. Poszliśmy spać pod wrażeniem tej katastrofy. (…) Rano Marysieńka przyniosła z Grodziska, gdzie byłą na targu, sensacyjne pogłoski o przełamaniu frontu niemieckiego pod Valenciennes i pod Sedanem. W gazetach niemieckich nie było o tym najmniejszej wzmianki. (…) „Wczorajsze sensacyjne pogłoski nie potwierdziły się” (30 maja-1czerwca 1940).

Jedyne pewne informacje w czasie okupacji to te, które są oparte na naocznym świadectwie. Dlatego tak bardzo wzrasta jego wartość.  Ludzie informują się na bieżąco o tym, co widzieli, zapisują to także w swoich dziennikach. Starają się również wnioskować z tego o widzą o możliwym dalszym przebiegu wojny (np. idące bez przerwy na wschód kolumny wojska świadczą o zbliżającej się wojnie niemiecko-rosyjskiej). Oparte na naocznym świadectwie docierają do Rembeka na przykład informacje o łapankach w Warszawie czy o sytuacji w getcie. Naoczne świadectwo pozwala zarazem, a właściwie przymusza do przyjęcia do wiadomości tego, co wydaje się nieprawdopodobne. Dotyczy to zwłaszcza okrucieństwa i bestialstwa okupanta. „Wracając – pisze Rembek jeszcze przed zamknięciem warszawskiego getta – spotkałem długą kolumnę trójkową Żydów o wyglądzie inteligentów. Jeden z pędzących ich młodzieńców hitlerowskich biegał niestrudzenie jak pies owczarski od czoła do tyłu i z powrotem, bijąc i szturchając jednego po drugim. Gdybym tego nie widział, nigdy bym nie uwierzył, że może istnieć podobna nienawiść” (17 lipca 1940).

Przestrzeń okupowanego miasta, zwłaszcza pod koniec okupacji, w roku 1943, 1944, jest tak nasycona ludzkim cierpieniem, że można ją wytrzymać tylko dlatego, że nie wszystko staje się przedmiotem naocznego świadectwa. Rembek pod koniec 1942 roku, kiedy „zaczynają się dziać coraz gorsze okropności”, dostaje „rozstroju nerwowego” i przestaje w sposób regularny prowadzić dziennik. Pół roku później, wiosną 1943 roku, Zofia Nałkowska, która swój dziennik prowadzi do końca okupacji, pod wpływem wydarzeń w getcie, jego likwidacji i walki powstańców, zapisuje: „Rzeczywistość jest do wytrzymania, gdyż nie cała dana jest w doświadczeniu, nie cała jest widzialna. Dociera do nas w ułamkach zdarzeń, w strzępach relacji, w echach wystrzałów – straszliwa i niedotyklana – w kłębach dymów, w pożarach, o których historia mówi, że >obracały w perzynę<, choć nikt nie rozumie tych słów. Ta rzeczywistość daleka i zarazem rozgrywająca się o ścianę jest do wytrzymania” (28 IV 1943).


[1] Zofia Nałkowska, Dzienniki, t.5: 1939-1944, oprac., wstęp i komentarz H. Kirchner, Warszawa 1996, s. 164. Dalej cytaty z tego dziennika lokalizuję z tekście podając tylko datę zapisu.

[2] Marek Nowakowski, Przedmowa, w: Stanisław Rembek, Dziennik okupacyjny, Warszawa 2000, s. 5. Cytaty z dziennika Rembeka lokalizuję w tekście podając datę zapisu.

[3] Tak zatytułowane teksty Małgorzaty Baranowskiej i Jerzego Jedlickiego znalazły się we wspomniany albumie Warszawa 1943 – Warszawa 1944. Fotograf nieznany, red. Anka Grupińska, Warszawa 2002.

[4] Jan Strzelecki, Próby świadectwa, w tegoż, Ślady tożsamości, Czytelnik, Warszawa 1989, s. 165.

[5] Michał Głowiński, „Tak jest dziwnie, tak jest inaczej”, w tegoż, Narracje literackie i nieliterackie, Prace wybrane, pod red. Ryszarda Nycza, t. II, Kraków 1997, s. 145.

[6] Hanna Kirchner, Wstęp, w: Zofia Nałkowska, Dzienniki, t.5: 1939-1944, dz. cyt., s. 7.

[7] Cyt. Za : Tomasz Szarota, Okupowanej Warszawy dzień powszedni, Warszawa 1988, s. 121.

[8] Michał Głowiński, „Tak jest dziwnie, tak jest inaczej”, dz. cyt., s. 144.

[9] Andrzej Trzebiński, Pamiętnik, oprac., wstęp i przypisy Paweł Rodak, Warszawa 2001, s. 148 (1 listopada 1942).

[10] Marek Nowakowski, Przedmowa, s. 7-8.

[11] Sławomir Buryła, Wojna i alkohol. Zaproszenie do tematu, w tomie: Wojna. Doświadczenie i zapis. Nowe źródła, problemy, metody badawcze, red. Sławomir Buryła i Paweł Rodak, Kraków 2006, s. 207.

[12] Wacław Jastrzębowski, Gospodarka niemiecka w Polsce 1939-1945, Warszawa 1946, s. 363, cyt za: Tomasz Szarota, Okupowanej Warszawy dzień powszedni, dz. cyt., s. 220.

[13] Cyt za: Tomasz Szarota, Okupowanej Warszawy dzień powszedni, dz. cyt., s. 21.

[14] Ludwik Landau, Kronika lat wojny i okupacji, tekst do druku przygotowali Zbigniew Landau i Jerzy Tomaszewski, przedmowa Witold Kula, Warszawa 1962, t. 1, s. 170.

[15] Jacek Leociak, Tekst wobec Zagłady (O relacjach z getta warszawskiego), Wrocław 1997, s. 38.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata