70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Ale przecież zwykły, codzienny sens powszechnej praktyki modlitwy za umarłych musi być zakorzeniony w jakiejś krótkiej, niekoniecznie deklarowanej metafizyce. Świeckie rocznice nie są od metafizyki odcięte.

Pomyślałam, że tekst upamiętniający pożegnanie profesora Leszka Kołakowskiego powinien mieć formę komentarza do którejś z Jego wypowiedzi, krótkiej, by mogła pomieścić się w tej ulotnej rubryce. Od razu pomyślałam, że mogłoby to być jedno z 11 przykazań Profesora dla polskiego inteligenta [TP 1-2/2009]. Na przykład to jedenaste, które głosi, że ów inteligent może wyznawać dowolną wiarę lub niewiarę, byle nie przypisywał jej wartości poznawczej tego typu, co naukom przyrodniczym.

Na pierwszy rzut oka to przykazanie wydaje się proste i oczywiste. Tak sądziłam od młodości, od czasów gimnazjalnych (ok. 1947). Oficjalni misjonarze ateizmu usiłowali wtedy przekonywać młodzież, że nowoczesne nauki przyrodnicze skłaniają do odrzucenia religii. A równolegle co lepsi duszpasterze głosili, że właśnie owe nauki, ukazując doskonałość świata natury, podbudowują dowody istnienia Boga. Owszem, podobało mi się raczej ich podejście, ale efekt wspierania wiary przez podziw dla dzieł Stwórcy, miałam za efekt niejako prywatny; akt podziwu to już skok ponad to, co sama nauka może stwierdzić. Podobna sprawa z aktem zwątpienia. „Światopogląd naukowy”, tak czy inaczej pojęty, nie jest dziełem nauki, nie łączy się z nią związkiem wynikania.

Przykazanie Kołakowskiego ostrzega, by swojej opcji religijnej nie traktować tak, jak traktujemy wiedzę naukową. W obrębie współczesnego cywilizowanego świata wiedza naukowa w zasadzie łączy ludzi. Niemniej na etapie wstępnych hipotez, naruszających aktualny paradygmat, może też dzielić. W świecie nauki pewne zacietrzewienie pojawia się w punktach żywej aktywności twórczej.

Kołakowski nie walczy z tym zjawiskiem; za niegodne inteligenta uważa natomiast nie tylko zacietrzewienie religijne, lecz wszelkie upodobnianie religii do nauki (przy czym modelem nauki miałyby być nauki przyrodnicze). Błąd ten – grzech przeciw 11 przykazaniu  Profesora – pojawia się wtedy, gdy ktoś uważa swoją religię za ugruntowaną poznawczo w taki sam sposób, jak ugruntowane są teorie przyrodnicze. Czy więc zdaniem Kołakowskiego w kwestiach religijnych inteligent powinien być „irracjonalistą”? Nie sądzę, by Kołakowski to sugerował. Jego przykazanie wzywa, by rozróżniać domeny i odpowiednio do tego, w której z nich operujemy, miarkować dążenie do jednomyślności, pokusę przekonywania, dążenie do wprowadzenia innych na swoją drogę.

Taki z tego mój wniosek przy świecy ku czci profesora: w etosie inteligenckim mieści się szacunek, może wręcz podziw i fascynacja poszukiwaniami duchowymi, które się obserwuje, usiłuje opisać, zgłębić, ale nie podzielając pojawiającej się w nich afirmacji, niejako ujmując ją w cudzysłów czy nawias. Warto pamiętać, że mowa tu o inteligencji polskiej, której Kołakowski jest jednym z najwspanialszych ucieleśnień.

* * *

Czy to wszystko? Świeca spokojnie pali się dalej.

Mam przed sobą inny krótki fragment tekstu Kołakowskiego, wskazany mi przez Janka Turnaua. To refleksja o czasie i „metafizyce”, która staje się niezbędna w konfrontacji z czasem. Tu też szukam cudzysłowu, ale nie znajduję. Zamiast cudzysłowu – konstatacja, że metafizyki „innej nie będzie”. Mam wrażenie, że powtórzenie tych słów ma wykluczyć wszelką możliwość cudzysłowu. Bez cudzysłowu jako maski, bez osłony-obrony mamy się zmierzyć z przygodnością życia. Nie mam odwagi komentować tego tekstu. Przeczytajmy go teraz jako antyfonę do Psalmu 23., którym żegnaliśmy Profesora w kościele św. Marcina na Piwnej.

… Kompletna i krótka metafizyka. Innej nie będzie. Innej nie będzie.

Na czterech węgłach wspiera się ten dom, w którym, patetycznie mówiąc, duch ludzki mieszka. A te cztery są: Rozum, Bóg, Miłość, Śmierć.

Sklepieniem zaś domu jest czas, rzeczywistość najpospolitsza w świecie i najbardziej tajemnicza.

Od urodzenia świat wydaje się nam realnością najzwyklejszą i najbardziej oswojoną. (Coś było i być przestało. Coś było takie, a jest inne. Coś się stało wczoraj albo przed minutą i już nigdy, nigdy nie może wrócić). Jest zatem czas rzeczywistością najzwyklejszą, ale też najbardziej przerażającą. Cztery byty wspomniane są sposobami naszymi uporania się z tym przerażaniem.

Rozum ma nam służyć do tego, by wykrywać prawdy wieczne, oporne na czas.

Bóg albo absolut jest tym bytem, który nie zna przeszłości ani przyszłości, lecz wszystko zawiera w swoim „wiecznym teraz”.

Miłość, w intensywnym przeżyciu, także wyzbywa się przeszłości i przyszłości, jest teraźniejszością skoncentrowaną i wyłączoną.

Śmierć jest końcem tej czasowości, w której byliśmy zanurzeni w życiu naszym, i być może, jak się domyślamy, wejściem w inną czasowość, o której nic nie wiemy (prawie nic). Wszystkie zatem wsporniki naszej myśli są narzędziami, za pomocą których uwalniamy się od przerażającej rzeczywistości czasu, wszystkie zdają się temu służyć,

by czas prawdziwie oswoić.

TP 43/2004

ZNÓW POWSTANIE

Aktualność wątpliwa. Minęło. W zasadzie minęło rocznicowanie. W swoim blogu [jurodiwy-pietruchblog – archiwum] zadaje ciekawe pytanie czy też rzuca spostrzeżenie: rocznice świeckie nie są przecież czymś takim, jak święta roku kościelnego. Tak naprawdę „godzina W” w roku 2009 nic nie ma wspólnego z „Godziną W” roku 1944. Tych godzin nie łączy ta sama prawda, podczas gdy właśnie prawda łączy początek życiorysu Jezusa z Nazaretu z naszym Bożym Narodzeniem 2009. Ewangeliczny życiorys świadczy o wierze w to, kim jest Jezus; podobnie, choć nie z aż taką siłą i przejrzystością mówi o tym nasze współczesne święto Bożego Narodzenia. W świecie wiary Wielki Piątek realnie konfrontuje wierzących ze śmiercią Jezusa. Konfrontuje inaczej niż się to działo kiedyś, ale jednak tak, jak pod krzyżem w pobliżu jednej z bram Jerozolimy.

Podkreślam: tak jest w świecie wiary. To wierze zawdzięczamy rzeczywistość kontaktu z tajemnicą, którą czcimy.

Napisałam kiedyś, że Jan Paweł II w szczególny sposób sam przeżywał i dlatego bardzo promował obchodzenie rocznic, także świeckich, nadając im charakter w gruncie rzeczy religijny.

Odwołam się do już cytowanej tu „krótkiej metafizyki” Kołakowskiego. Jedną z jej tez jest, że dla opanowania przerażenia bezpowrotnym upływem czasu możemy się uciec do idei Boga-Absolutu nieuwięzionego w czasie. Człowiek, któremu wiara pozwala mieć żywy kontakt z Bogiem, może spoglądać w przeszłość z poczuciem jej trwającej obecności. Nie tylko historia święta – historia zbawienia, dzieje ludu z jego Bogiem, lecz cała historia trwa jako znana Bogu, w Nim równa teraźniejszości. Rzadko o tym myślimy, to są prawdy zawrotne, nieoswojone.

Ale przecież zwykły, codzienny sens powszechnej praktyki modlitwy za umarłych musi być zakorzeniony w jakiejś krótkiej, niekoniecznie deklarowanej metafizyce. Świeckie rocznice nie są od metafizyki odcięte.

„Rocznica” to dzień z teraźniejszości upamiętniający, a nawet uobecniający dla nas wydarzenie wydobywane z przeszłości. Możliwość uobecnienia zawdzięczamy władzy pamięci i odczuciom, które wiążą się z tym wydarzeniem do dziś. Z wydarzeniem z przeszłości wiąże żal, wdzięczność, poczucie współodpowiedzialności, uznanie, afirmacja, duma. Ale bywa, że gniew, wstyd. Zależy to od poznania, od stanu wiedzy, poziomu zniekształceń, ubytków informacji. Coś się jednak przez tę magmę przedziera.

W świetle Krótkiej Metafizyki możemy uznać, że Bóg zna pamiętane przez nas wydarzenie – ale nie tak, jak my, Jego myśli nie są naszymi myślami, On jest Panem nad naszą teraźniejszością i nad przeszłością, jak nad jedną krainą. Horyzont Boga – określenie nieadekwatne! – obejmuje też przyszłość, którą dopiero będziemy kształtować, która dla Niego jest już, ale jeszcze nie ma jej ani w nas, ani dla nas.

Usiłując wydobywać z przeszłości wydarzenia znaczące, aby poświęcić im jakiś fragment teraźniejszości, w istocie uprawiamy grę z czasem – z własnym życiem jako strumieniem czasu, z życiem tych, których przywołujemy. Myślę, że ta gra powinna być bezinteresowna. Przeszłość nie powinna być używana jako narzędzie. Zabrania tego szacunek dla ludzi, tych co żyli przed nami i dla nas samych przedtem, przed tym, co teraźniejsze.

Termin „polityka historyczna” ma wiele znaczeń. Niestety dla mnie pierwsze skojarzenie to tromtadracja, efekciarstwo, biało-czerwony PR. Oczywiście – nie do przyjęcia. Głębiej, to próby „zarządzania pamięcią”, może „gospodarowania pamięcią”. A przecież pamięć jest domeną osobistą. Pamięć buduje się od wewnątrz, chociaż karmi się nie tylko wydarzeniem jako przeżytym kiedyś, lecz i tym, co dociera do wnętrza później, uzupełnieniami danych i propozycjami interpretacji.

Człowiek powinien poruszać się po świecie, który dostarcza jego pamięci różnorodnych bodźców. „Ministerstwo prawdy” ani „ministerstwo historii” nie powinno tym światem „zarządzać”. Niech lepiej pielęgnuje 95 kwiatów, unikając hodowania szaleju.

 

REWIZJA ŻYCIA

Wciąż jest rok 1975. Kolejna „rozmowa przy ogniu”. Czuję, że te rozważania zachowały aktualność. Czy się mylę sądząc, że mogą się komuś jeszcze przydać? Obecny odcinek jest w zasadzie przedostatni. Wyobraźmy sobie jesienne ognisko, przy którym grupa przyjaciół dzieli się myślami. Pewnego rodzaju kontynuacją są „samorekolekcje” w moim „Myślenniku”.

1. Ewangelia coś nam daje: wizje dobra, obietnicę, że będziemy uczestniczyć w Zwycięstwie Jezusa. Ale to nie wszystko: dar jest także zadaniem.

Przykazania nie są istotą Dobrej Nowiny, stanowią raczej jej konsekwencję, a nie główną treść. Ale są, obowiązują. W moim stosunku do przykazań wyraża się mój stosunek do Boga. Ewangelia jest przecież także Prawem – prawem Chrystusa.

Kiedy patrzę na Ewangelię jako na Prawo określające moje obowiązki, ogarnia mnie lęk. To Prawo wyznacza mi ton za wysoki… Czy naprawdę mój projekt życia ma zakładać aż to –

rzeczy tak trudne, jak miłowanie nieprzyjaciół? Czy to jest realne? To znaczy, czy ja mogę zakładać, że kiedykolwiek dojdę do tego, by rzeczywiście żyć według Ewangelii? Ale z drugiej strony nie odpowiada mi wcale sytuacja, w której Prawo Chrystusa byłoby traktowane jako odległy ideał, jako coś dla świętych, lecz nie dla mnie.

Podobnie jest z projektem życia – czy ten projekt nie funkcjonuje jako dokumentacja oficjalna, która niewiele ma wspólnego z tym, co się dzieje na placu budowy, gdzie panuje bałagan, totalna prowizorka – lub nic się nie dzieje, bo akcja zakończona, czekamy na premie?

Zdaję sobie sprawę, że co pewien czas muszę rewidować swoje życie w zestawieniu z projektem, dokonać przeglądu, jakoś podsumować… Ale wciąż brak mi na to spokoju, dystansu, czasu.

Odczuwam lęk przed zaglądaniem w swoje wnętrze i przed poważniejszym analizowaniem swego postępowania.

Gdy żyję z chwili na chwilę, z dnia na dzień – wszystko jakoś jeszcze się trzyma. Mam wrażenie, że nie jestem najgorszym człowiekiem. Ale kiedy zaczynam myśleć, właśnie kiedy przeprowadzam rewizję życia – sytuacja zaczyna być groźna. Przygnębia mnie to tak bardzo, że nie odczuwam nic prócz upokorzenia. Wszystkie moje starania, by się ustawiać inaczej, by zmienić swój stosunek do ludzi okazują się bezowocne – uznaję ich potrzebę, ale wydają się bez sensu, skoro nic z nich nie wynika.

Co robić, by rewizja życia była czymś więcej jak rozpamiętywaniem, co się nie udało, na co mnie nie było stać, na co zabrakło dobrej lub dość silnej woli?

Jakieś wyjście, ale dostępne tylko dla wierzących, widzę w powiązaniu rewizji życia ze spowiedzią. Spowiedź akcentuje udział Boga w mojej pracy nad sobą.

[dziewczyna w okularach]

2. Przygotowanie do spowiedzi bywa okazją do rewizji życia. Ale nie wszyscy tak to przygotowanie pojmują. Mnie przez całe życie wystarczało przypomnienie sobie standardowych grzechów – wciąż tych samych i wzbudzanie żalu, który, jak mi się zdaje, bardzo był pomieszany ze wstydem, że znów to samo mam księdzu do powiedzenia. Oczywiście towarzyszyło temu także poczucie, że w tych przewinieniach wyraża się moja nędza, małość, brak siły woli, egoizm… Chcę się uwolnić od tego wszystkiego, zacząć lepiej od początku.

I teraz tego pragnę, lecz myślę także, że muszę się zdobyć na ostrzejsze widzenie siebie, moich dążeń, tego, ku czemu idę – a zarazem moich niekonsekwencji, zaniedbań, nie tylko w sensie konkretnych przewinień, ale przede wszystkim braku pracy, braku zaangażowania, rozproszenia.

W związku z tym widzę potrzebę przesunięcia akcentu. Takie spojrzenie w siebie nie jest tylko „przygotowaniem do spowiedzi”, czymś co trzeba zrobić, bo inaczej co powiedzieć w konfesjonale?

Zastanawiam się nad swoim życiem, bo trzeba to robić, bo inaczej utracę kontrolę nad tym, czym się staję, mój projekt życia pozostanie teorią. To zastanawianie się prowadzi do decyzji, do konkretnych posunięć mających na celu zmianę, poprawę, większą sensowność tego co robię, większą zgodę z Bogiem, z Ewangelią. Widzę zło, grzech w sobie i to mnie boli. Uznaję, że tylko Bóg może mnie uleczyć, podnieść – On jest źródłem przebaczenia. A więc moja rewizja życia nie kończy się ani poczuciem klęski, ani nawet samotnym postanowieniem poprawny. Jest w niej także zwrot do Boga. I ten zwrot do Boga wyraża się w spowiedzi.

[Pani w wiatrówce]

3. Dla mnie ważny jest jeszcze jeden element – wspólnota. Spowiedź włącza mój nowy początek w wysiłek wspólnoty. Zło we mnie obciążyło i obciąża innych. Dlatego w osobie kapłana szukam drugiego człowieka, szukam bliźniego. Ten bliźni jest zarazem – dzięki Jezusowi i przez Jego obietnicę – przedstawicielem Boga. Mówię tu o tym, jak przeżywam spowiedź, a nie o teologii sakramentu pokuty. To są moje zwierzenia – dzielę się z wami tym, jak staram się przezwyciężyć moje osobiste bardzo silne opory, niechęć do wywnętrzania się wobec obcej osoby, wobec człowieka, który nie jest przyjacielem. To dla mnie sprawa trudna. Pomaga mi nie tylko świadomość, że spowiadając się zwracam się do Boga (bo z Bogiem mam nawet kontakt bez pośredników), lecz także odczucie, że wyznaję swoje winy przedstawicielowi wspólnoty, którą moje zło obciąża.

[Dziewczyna z warkoczami]

4. Znam grupy przyjacielskie, które praktykują wspólną rewizję życia. Pewnie zawsze istniały takie grupy, myślę, że nawet pustelnicy z sąsiadujących oaz rozmawiali między sobą o swoim życiu, o trudnościach i rozwoju swojej modlitwy…

Samo słowo „rewizja życia” wymyślili młodzi Francuzi, pracujący w ekipach katolickich organizacji młodzieżowych JOC i JEC. Były to grupy ludzi zaangażowanych, pragnących pociągnąć swoje środowisko ku Ewangelii, a zarazem uwrażliwionych na problemy sprawiedliwości społecznej. Ci ludzie mieli w znacznej mierze wspólny projekt życia, o wiele bardziej konkretny niż tylko „być chrześcijaninem”.

Osobista, indywidualna rewizja życia jest możliwa, gdy człowiek żyje już dość świadomie, dąży do czegoś. Wspólne zastanawianie się wymaga większej świadomości (ale też ją rozbudowuje).

Właściwym punktem wyjścia rewizji życia nie jest – jak w klasycznym „rachunku sumienia” – gotowy katalog wad i grzechów, które często popełniają różni ludzie. Zaczynamy od światła, nie od ciemności, zaprzeczenia i zdrady. Pytamy kim jesteśmy i co nam mówi Ewangelia o tym, kim mamy być. Najpierw musimy to zobaczyć, jeszcze raz przyjąć, zaaprobować swoje powołanie – a potem dopiero można przejść do zestawienia tej wizji z tym, jaki jest nasz dzień powszedni, jak układamy swoje życie, o co naprawdę zabiegamy, w co wkładamy najwięcej energii, co nas niepokoi, gniewa, męczy, przenika troską… Na co nie zdobywamy się – choć wiemy, że trzeba – co jest stale odkładane na później. Musimy porównywać w zasadzie przyjęte priorytety z tymi, których rzeczywiście przestrzegamy. Czy to, co w naszym projekcie życia jest najważniejsze – w jego praktyce jest chociaż na tyle ważne, że zajmuje miejsce nie ostatnie?

Oczywiście można i trzeba czasem pójść jeszcze głębiej – zrewidować sam projekt życia: czy jest dość ewangeliczny? Czy i tu nie zakorzenił się egocentryzm i egoizm? Czy nie projektujemy życia za bardzo ku sobie i dla siebie – nie mówiąc już o tym, że ono samo z dnia na dzień w tym kierunku zbacza… Czy nie projektujemy życia za ciasno, za mało ofiarnie? Czy nie brak nam odwagi, nie tylko w chwilach rzeczywistych prób, ale nawet w stawianiu sobie celów, w zakreślaniu horyzontu? Trzeba odwagi, by widzieć swoje powołanie w całym jego ogromie, chociaż wiemy, jak bardzo do niego nie dorastamy.

[ten łysy]

5. W rewizji życia będą elementy związane z tym, jaki jest mój (nasz) konkretny projekt życia. Ale w warstwie najbardziej podstawowej chyba każda prawdziwa rewizja życia musi zawierać kontakt z tym, co stanowi problem podstawowy: muszę zobaczyć siebie w swoim egoizmie, odmowie, zaprzeczeniu wobec dobra – muszę zobaczyć swoje NIE.

Jest to naprawdę rzecz przerażająca, która może prowadzić do rozpaczy. Rozpacz jest ostatecznie także egocentryczna w swojej istocie. Poddając się rozpaczy przekreślam siebie – bez troski o resztę rzeczywistości, która może mnie potrzebować pomimo wszystko.

Nie mam prawa do rozpaczy jeśli widzę siebie naprawdę jako cząstkę ładu, porządku, który mnie przerasta, ale zarazem przyjmuje. Mówiąc TAK rzeczywistości godzę się również na siebie, przyjmuję siebie jako zadanie, jako jedno z zadań. To bardzo trudne. Ten porządek, ład przyjmujący mnie byłby dla mnie niedostrzegalny, gdyby nie wiara.

W pewnym sensie wierzę w ten ład. To jest wiara podstawowa. Naprawdę silną czyni ją dla mnie Ewangelia.

I jeszcze jedno. Skoro wierzę Ewangelii, to czuję także, że prawdziwy żal za grzechy, ten którego usiłowano mnie nauczyć przed pierwszą spowiedzią – żal doskonały, żal ze względu na Boga – nie jest gorzki. Jest czysty i pełen światła, bo w nim jest już radość zaufania, bliskości i powrotu.

[Chłopak w dresie]

6. Chrześcijańska rewizja życia, ta, w której miarą, podstawą samooceny jest Ewangelia, musi się moim zdaniem różnić od życiowego obrachunku, bilansu, jaki na pewno każdy człowiek musi od czasu do czasu przeprowadzić. Myślę, że chrześcijanin musi zawsze czuć się „dłużnikiem” – jego projekt życia zakłada otrzymywanie od Boga i dążenie do czegoś, co po ludzku nie jest możliwe… Trzeba spojrzeć na własną nędzę – ale jednocześnie widzieć przychodzące lekarstwo. Znieść ból widzenia czym jestem, odsłonić się na ten ból, nie uciekać przed nim – tak, ale jednocześnie wierzyć, z wysiłkiem wierzyć, że On mnie przyjmie.

Pomaga mi świadomość, że na przebaczenie Boże nie muszę czekać. Wiara mówi mi, że to Bóg czeka na mój zwrot ku Niemu. On już przebaczył, to ja zwlekam i to moje zwlekanie jest moją winą.

W mojej rewizji życia bardzo ważną rzeczą jest właśnie spojrzeć na swoje postępowanie z tego punktu widzenia – jak często, jak skutecznie, jak daleko uciekam przed sobą, przed prawdą o sobie, przed przeżyciem do głębi spraw swego sumienia. W jakim stopniu zagłuszam swoją świadomość moralną, ratuję się rozproszeniem, bezmyślnością, unikami? Wiem, że nie jestem potworem moralnym. To, przed czym uciekam, nie jest niczym nadzwyczajnym. To jest takie zupełnie normalne, standardowe „niedorabianie” moralne, odmowa wierności, niedopełnienie wierności, które wcale nie ma kosmicznych wymiarów. A jednak to jest korzeń zła. Coś, co przeczy mojej uczciwości w stosunku do Ewangelii, do Boga, stawia znak zapytania nad tym, czy naprawdę mój wybór jest autentyczny, całkowity. A jednak – skoro to widzę i pragnę, aby było inaczej – Bóg mnie prostuje, podnosi, dzięki Niemu należę do Niego. To jest zawsze przede mną otwarte, jak drzwi pełne światła prowadzące na wolność. I teraz, w tej chwili mogę w nie wejść.

[Dziewczyna z warkoczami]

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata