70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Europejski marsz do katastrofy

Pesymizm, pustka po 1918 roku i wyrugowanie religii z wielu obszarów światowej filozofii wręczyły carte blanche nowemu typowi Mesjasza o niepohamowanym apetycie do panowania nad całą ludzkością. Nic dziwnego, że świat nie musiał długo czekać, by z zaproszenia skorzystali gangsterzy polityczni: Hitler i Lenin.

Kultura względności

Międzywojenna Europa narodziła się w chwili, kiedy 26-letni Albert Einstein, nudzący się podczas pracy w urzędzie patentowym w leniwym, podalpejskim Bernie wydał rozprawkę O elektrodynamice ciał. Zawarty w niej wywód, nazwany później teorią względności, zelektryzował ludzkość. Pojęła ona w mig, że zostały obalone fundamenty jej bezpieczeństwa: czas absolutny i długość absolutna zostały zdetronizowane, zaś czasoprzestrzeń zakrzywiona. Wielowiekowy dorobek cywilizacji, na którego podstawie rozwinęło się Oświecenie, dokonała rewolucja przemysłowa i imponujący postęp XIX wieku, runął w gruzach. „Czasie zwichnięty!”, wzdychano po obu stronach Alp, powtarzając złorzeczenie Hamleta. Nagle wszystko przestało być pewne. Tezy Einsteina wzbudziły duże zainteresowanie opinii publicznej, szczególnie po 1919 roku, kiedy zaczęto znajdować ich empiryczne potwierdzenie w naturze. Nigdy wcześniej żadna teoria naukowa nie była tak powszechnym tematem rozmów i artykułów prasowych, a sam naukowiec – tu: Albert Einstein – postacią znaną, o którą biły się uniwersytety. Błędnie jednak zaczęto relatywność mieszać z relatywizmem, przecinając więzy z moralnością judeochrześcijańską. Uczony był oszołomiony wnioskami, które prowokowała jego teoria. „Jestem jak ta legendarna postać, której dotknięcie zamieniało wszystko w złoto, tyle że ja zamieniam wszystko w gazetową wrzawę”, pisał do Maxa Borna. Einstein wierzył wszak w Boga, w normy dobra i zła. Był jednak świadkiem, jak relatywizm (uważany przez niego za chorobę) niczym epidemia objął cały świat. „Czasami żałowałem, że nie zostałem zegarmistrzem”, wzdychał pod koniec życia. Bo oto w oparciu o jego teorie na początku lat 20. zaczął rozpowszechniać się pogląd, jakoby nadszedł kres wszystkich absolutów: czasu, przestrzeni, dobra i zła, wiedzy, a przede wszystkim wartości. Publiczna reakcja na teorię względności miała nadać kształt historii XX wieku. „Europa zaćmienia” pointuje lata 1914–1945 Norman Davis.

Recepcja teorii względności nabrała zawrotnego tempa również dlatego, że zbiegła się w czasie z rozpowszechnieniem pod koniec I wojny światowej myśli Zygmunta Freuda. Wprawdzie idee wiedeńskiego psychiatry znane były już wcześniej, ale światowy rozgłos psychoanalizie przyniosło dopiero jej masowe zastosowanie w leczeniu „nerwicy wojennej”, kiedy ofiarą neurozy padło wiele tysięcy oficerów pochodzących z tzw. dobrych domów, załamanych psychicznie po powrocie z frontowych okopów. Teorii Freuda brakowało naukowej koherencji, lecz mimo to przyciągała jak magnes. W latach 20. dzieła wiedeńskiego psychiatry przekładano na angielski „w rozmiarach przemysłowych”. Tłumaczono je nawet na chiński i japoński, zapisywano w alfabecie Braille’a. W sierpniu 1931 roku opiniotwórczy miesięcznik Süddeutsche Monatshefte notował: „Teoria Freuda wywiera wpływ na całą ludzkość, zatruwając jedną z niewielu sfer ludzkiego życia, jaką ludzkość uznaje jeszcze za świętą”. Już w 1920 roku wystawiono w Nowym Jorku Hamleta w ujęciu psychoanalizy. Do popularności Freuda przyczyniła się też artystyczna bohema. Przyznanie mu najcenniejszego wyróżnienia literackiego Niemiec – nagrody miasta Frankfurtu im. Goethego – było zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. „Toż to właśnie to, co zawsze myślałem”, zapisał w dzienniku zafascynowany Freudem André Gide. Freudyzm infekował pisarzy: od Artura Schnizlera (filmową adaptację jego Traumnovelle, pod tytułem Oczy szeroko zamknięte, przygotował wiele lat później Stanley Kubrick), przez młodego Aldousa Huxley’a, po konserwatywnego Tomasza Manna. Kultura, wzorem polityki, zachłysnęła się przekonaniem o budowaniu nowego świata na ruinach starego.

Za sprawą ogromnego wstrząsu, jakim okazała się I wojna światowa, w tym przede wszystkim upadek reżimów (Hohenzolernów, Habsburgów, imperiów Osmanów i Romanowów), kultura splotła się z polityką, by w tej symbiozie osiągnąć nierozerwalność węzła gordyjskiego. Nieprzypadkowo w 1916 roku to Zurych stał się miejscem zamieszkania Jamesa Joyce’a, Tristana Tzary i Włodzimierza Lenina. Nieprzypadkowo I wojna światowa była również wojną kultur. Wreszcie, nieprzypadkowo, na pustą, powojenną scenę (również polityczną) wkraczały: dadaizm, futuryzm i ekspresjonizm, sprawiając przy tym wrażenie, że są wizualną ekspresją idei Freuda i Einsteina. Pod pozorną niezależnością kolejnych „izmów” kryło się zafascynowanie teorią względności, zagubienie w czasie i przestrzeni, seksualny gnostycyzm Freuda, a także postępująca dekompozycja tradycyjnych stylów. Salvador Dali tworzył freudowskie pejzaże ze snów, Hans Arp rzucał ścinki papierów na podłogę. W czerwcu 1919 roku Marcel Proust wydał W cieniu rozkwitających dziewczyn, inicjując literaturę, w której desynchronizacja czasu i ukryta w człowieku seksualność stały się motorem jego działania. Nie skończył się nawet 1919 rok, a Proust już odbierał nagrodę Goncourtów, francuskiego Nobla w dziedzinie literatury.

Dzieła Prousta czy Joyce’a były początkowo nielicznym. Francuz z własnej kieszeni musiał pokryć koszty wydania pierwszego tomu cyklu Ulissesa – książki tej w ogóle nie można było opublikować w Anglii. Jednak znaczenie tych dzieł było ogromne. Thomas S. Eliot, który podobnie jak Luigi Pirandello literacko oddawał poczucie dezorientacji i niszczenia (Ziemia jałowa) stwierdził w 1922 roku, że Proust i Joyce „zniszczyli dziewiętnastowieczną literaturę”. W sferze myśli uczynili to Einstein, Freud, Marks i Nietzsche. Ich przesłanie dla epoki – „świat jest inny niż nam się wydaje, gdyż nie można dłużej wierzyć zmysłom i doznaniom empirycznym” – urosło do rangi głosu nowych czasów. Marks opisywał świat, w którym to stosunki ekonomiczne są sprężyną napędową ludzkości. Freud dostrzegł ją w popędzie seksualnym, zaś Nietsche w „woli mocy”. Einstein, dowodzący, że czas absolutny nie istnieje, a czasoprzestrzeń jest zakrzywiona, zdjął naszą planetę z osi, wokół której dotychczas wirowała i porzucił ją jakby we wszechświecie, czym zdetronizował Absolut z wyznaczonego mu wcześniej miejsca. Publiczna reakcja na te teorie dowiodła, że geniusz czystej nauki wywiera na ludzkość większy wpływ niż politycy. Oto bowiem u progu lat 20. XX wieku zaczęły się rozpowszechniać poglądy o nadejściu kresu wszelkich absolutów: czasu, przestrzeni, dobra, zła, wiedzy, a w końcu wartości. Teorie Marksa i Freuda, odsłaniające pod powłoką rzeczy istnienie ukrytych sił, podważały poczucie odpowiedzialności jednostki i trwałości zasad moralnych. Pod wpływem idei desynchronizacji czasu Einsteina oraz seksualnego gnostycyzmu Freuda autorzy Ulissesa oraz W poszukiwaniu straconego czasu obwieszczali narodziny nowego antybohatera, a zarazem koniec romantycznego indywidualnego heroizmu oraz indywidualnej odpowiedzialności i okazywali wzgardę wobec werdyktów oraz zakazów moralnych.

Teorie Marksa, Freuda i Einsteina podważały powinności jednostki wobec zaakceptowanych zasad moralnych. Wrażenie moralnej anarchii potwierdzała empirycznie I wojna światowa, stanowiąca największe nieszczęście od upadku antycznego Rzymu oraz kulminację pesymizmu, najbardziej charakterystycznej przypadłości przedwojennej filozofii niemieckiej. Dryfujący w odmętach zawieruchy wojennej świat po 1918 roku tonął w oceanie pesymizmu. „Wielka czwórka” próbowała racjonalnie wyjaśniać mechanizmy sterujące światem, ale nie udało jej się tchnąć w ludzkość optymizmu. Koniec wojny zbiegł się z publikacją dzieła Oswalda Spenglera Zmierzch cywilizacji Zachodu, które przyjęto z zapartym tchem. Wszechobecny pesymizm garściami czerpał z potworności czynów popełnionych przez cywilizowaną Europę w ciągu czterech lat wojny. Niegodziwości te szły jednak nie na konto jednostek, lecz cywilizowanych państw, obdarzonych autorytetem parlamentów, rządów i sądów. Bestialski totalitaryzm państwowy kierował się zarówno przeciwko wrogowi jak i przeciwko sługom własnego państwa. „Co za świnia się włącza?”, wrzeszczał do słuchawki kanclerz Theobald von Bethmann Holweg, kiedy słyszał w niej trzaski. Podsłuch był jednak legalny. Prawodawstwo wojenne pozwalało także lokalnym dowódcom cenzurować prasę. A Erichowi Ludendorffowi zapędzić na roboty do Niemiec 400 tysięcy Belgów, czym wyprzedził sowieckie lagry i nazistowskie obozy koncentracyjne.

Ewangelia przemocy

Życie kulturalne w Europie znalazło się pod wpływem nastrojów powojennych, kwestionujących tradycyjne wartości. Sprzężenie kultury i polityki objawiło się „kryzysem demokracji międzywojennej, będącej kryzysem wartości” (Moritz Bonn). Wprawdzie równoległym strumieniem płynęły myśli Henri’ego Bergsona i Jacquesa Maritaina, modernizujących filozoficzną i społeczną naukę Kościoła, Martina Bubera, umiędzynarodawiającego debatę religijną, Karla Bartha, próbującego odbudować fundamenty protestantyzmu, czy szkoły frankfurckiej (Theodor Adorno, Max Horkheimer). To jednak pesymizm, pustka po 1918 roku i wyrugowanie religii z wielu obszarów światowej filozofii wręczyły carte blanche nowemu typowi Mesjasza o niepohamowanym apetycie do panowania nad całą ludzkością. Nic dziwnego, że świat nie musiał długo czekać, by z zaproszenia skorzystali gangsterzy polityczni: Hitler i Lenin. Obydwaj reprezentowali europejskich pariasów 1918 roku: Niemcy i Rosję. Objęcie przez bolszewików władzy w Rosji pod przewodnictwem charyzmatycznego prawnika Lenina rozpoczęło pochód komunizmu przez stulecie. Natomiast pokonanie Niemiec i narzucenie im upokarzających warunków kapitulacji 1918 nakręciło koniunkturę dla Hitlera, który kilka lat później porwał naród do rewizji postanowień traktatu wersalskiego. „11 listopada 1918 roku stałem się politykiem”, mówił o sobie dotychczasowy kopista pocztówek. Wszystko przez to, że zwycięscy alianci zamiast ustanowić sprawiedliwy porządek, dali się w Wersalu ponieść małostkowemu nacjonalizmowi, przemocą upokarzając Niemcy przez okrojenie ich terytorium i obarczenie wyłączną winą za wybuch wojny. Brytyjski oficer Archibald Wavell z sarkazmem komentował wersalskie postanowienia: „Po długiej wojnie, kończącej wszystkie dotychczasowe wojny, wymoszczono w Paryżu pokój, wykańczający wszystkie dotychczasowe układy pokojowe”. Upokorzone Niemcy głośno dyszały zemstą. Austrii odebrano wszystkie dawne posiadłości, co spowodowało że jedna trzecia ludności kraju znalazła się w głodującym Wiedniu. Traktat wersalski zabronił Austrii unii z Niemcami, stwarzając jeszcze większą pokusę dla Anschlussu.

Hitler i Stalin pchnęli Europę ku jeszcze większej przepaści niż uczyniła to la belleépoque w latach 1914–1918. W miejsce wierzeń religijnych wprowadzili totalitarną ideologię świecką i oblekli w nią niemieckie i rosyjskie nacjonalizmy. Obydwaj odurzeni narkotykiem władzy, („jeśli raz zdobędziemy władzę, nie oddamy jej nigdy, chyba że jako trupy” – Joseph Goebbels) owładnięci obsesją przemocy o niespotykanym dotychczas napięciu, poczęli gwałtem stwarzać despotyczne utopie, nim w końcu, w 1941 roku, sami skoczyli sobie do gardła.

Wodą na młyn dla Hitlera i Stalina była banalizacja przemocy – najważniejsze dziedzictwo I wojny. Przemoc w różnych formach wtargnęła nie tylko do międzywojennej polityki, ale i do świata symboli czy życia codziennego, przyczyniając się do powolnego wymierania dziewiętnastowiecznych konwenansów i przeobrażając w niespotykanym tempie dotychczasowy porządek społeczny. Mechanizacja wojny, której symbolem stały się karabiny maszynowe i czołgi, wycisnęły piętno na psychice wpływając na morale całej generacji. Na giełdzie europejskich wartości życie ludzkie mocno potaniało: wszak miliony istnień ludzkich na cztery lata zostały wysłane na śmierć do okopów, które podchodziły wodą, były pełne szczurów i pcheł, cuchnęły rozkładającymi się zwłokami ludzi i koni. Każdego dnia, na wszystkich frontach I wojny traciło życie 6 tysięcy żołnierzy. Ale przemoc nie skończyła się wraz z wojną. Lata 1918 i 1919 przyniosły Europie falę przewrotów i wojen domowych. Oprócz Lenina i Hitlera Europa zaludniła się despotami mniejszego kalibru, zanurzającymi się w niedemokratycznych oparach: Benito Mussolinim (Italia), gen. Francesco Franco (Hiszpania), Antonio Salazarem (Portugalia), admirałem Miklośem Horthym (Węgry), marszałkiem Ionem Antonescu (Rumunia) czy Józefem Piłsudskim. Dramatycznie cierpiał na tym prestiż państwa. Wzrosła liczba zamachów politycznych. W jednym z nich zginął polski prezydent Gabriel Narutowicz. Wprawdzie i w przeszłości w Krakowie czy Warszawie knuto spiski na życie koronowanych głów, ale ostatnim władcą polskim, który w zamachu stracił życie, był w XIII wieku Leszek Biały. W 1934 roku z ręki zamachowca zginął król Jugosławii Aleksander I Karadziordziewić. Właśnie w parlamencie jugosłowiańskim triumf ewangelii przemocy, a zarazem kryzys demokratycznych wartości uzyskał swoją emanację: zastrzelenie w Skupsztinie szefa chorwackiej partii chłopskiej przez serbskiego posła. Zresztą w europejskich parlamentach powszechnie walczono już nie tylko na słowa, ale i krzesłami. Zgromadzenia narodowe stały na forami, które społeczne, narodowe i ekonomiczne napięcia potęgowały, a nie rozwiązywały. Ewangelię przemocy legitymowały rzesze ewangelistów. Najpierw poddawani politycznej presji intelektualiści, których brak moralnej integralności czynił podatnymi na uroki totalitaryzmów epoki (Julien Benda, Zdrada kleryków). Podczas wizyty w stalinowskiej Rosji George B. Shaw żachnął się: „Szkoda, że nie wprowadziliśmy w Anglii pracy przymusowej. Nie mielibyśmy wtedy dwóch milionów bezrobotnych”. Potem nadszedł czas na myślicieli (od Filippo Tommaso Marinettiego po Ernsta Jüngera). Ich wyznanie wiary podsumował Pierre Drieu La Rochelle w Le Jeune Européen: „Bez wylanej krwi, nie osiągnie się niczego. Cieszę się na krwawą łaźnię”. Myślicielom sekundowali politycy: od szefa SA Ernsta Röhma, przez przywódcę angielskich faszystów Oswalda Mosleya i flamandzkiego nacjonalistę Borisa van Severena, po węgierskiego Ferenca Szálasiego…

Antagonizmy narodowościowe przetaczały się przez Europę środkową i wschodnią. Tylko w latach 1919–1922 toczyło się na tych terenach ponad dwadzieścia lokalnych wojen, inspirowanych nacjonalizmem polskim, czeskim lub serbskim. Wszystkie przyłożyły się do chronicznego braku stabilizacji w Europie międzywojennej. Ofiarą przemocy padli również Żydzi. Obniżenie się w konsekwencji I wojny światowej poziomu życia w Europie i wielki kryzys lat 30. nakręciły nastroje antysemickie. Na Węgrzech i w Niemczech wzrost antyżydowskich emocji łączył się z gorzkim doświadczeniem przegranej wojny. W Polsce, która walczyła o przetrwanie z bolszewicką Rosją, ukuto jeszcze oskarżenie Żydów o sympatie probolszewickie. Pojęcie „żydokomuny” wprowadziło tlący się nie tylko w Polsce konflikt katolicko-żydowski w nowy wymiar. Kultura przemocy wdarła się do życia codziennego. Nieprzypadkowo na popularności zyskały po wojnie boks i zapasy.

Nowy porządek wyznaczony został siłą i terrorem faszyzmu i komunizmu. Lenin, Stalin i Hitler, jakkolwiek ucieleśniali wspólnotę społecznych namiętności, są jednak przykładem zasadniczej roli jednostki w dziejach dwudziestowiecznego totalitaryzmu. Śmierć Hitlera nieprzypadkowo zbiegła się z upadkiem narodowego socjalizmu. Śmierć Stalina z kolei ukazała paradoks systemu rzekomo wpisanego w prawa rozwoju społecznego, tak naprawdę jednak uzależnionego od woli jednego człowieka. Bo gdy Stalin umarł, cały system zatrząsł się w posadach. Gigantyczna koncentracja woli politycznej przez charyzmatycznych przywódców jest w tej epoce bezprecedensowa. Bez Lenina nie byłoby października 1917 roku, bez Stalina – stalinizmu. Hitler z kolei realizował swój prywatny scenariusz rodem z Mein Kampf, wymyślony w monachijskich piwiarniach. Niemniej każdy z nich reprezentuje inny typ rewolucjonisty, co nadaje indywidualne piętno faszyzmowi włoskiemu i niemieckiemu, leninizmowi i stalinizmowi.

Lenin był ponurym i nietowarzyskim działaczem, teoretykiem i mówcą wiecowym, który żył rewolucją przez 24 godziny na dobę. W tym celu wyrzekł się wszystkiego co lubił: jazdy na łyżwach, studiowania łaciny, szachów, a nawet muzyki. Wierzył, że rewolucje wybuchają nie za sprawą nieubłaganej historii, lecz przeprowadza je elita kierowana przez lidera, którą to rolę zarezerwował dla siebie. Identyfikował się z historią, stawiając ją poza jakimikolwiek ograniczeniami moralnymi. Ten sam ultrarewolucyjny dekalog wyznawał też Mussolini. W przeciwieństwie do Lenina posiadał on jednak pewne cechy ludzkie: oprócz 169 kochanek, głównie próżność i żądzę zaskarbienia sobie popularności wśród mas. Stąd podczas I wojny światowej, zwietrzywszy opary nacjonalizmu, począł je wdychać wielkimi haustami. Na tym tle drogi leninizmu i protofaszyzmu Mussoliniego rozeszły się. W chwili, gdy Lenin umieścił ideę rewolucji w sercu skrajnej lewicy, Mussolini zawarł hasło dobrodziejstwa ludu w ideologii prawicy. Obydwa obozy skoczyły sobie do oczu za sprawą tego, co je dzieliło, lecz także tego, co je łączyło. Mussolini, naśladując strategię Lenina, począł wściekle zwalczać włoski komunizm. Marksiści, którzy w swojej historiozofii nie przewidzieli tego najistotniejszego kierunku w polityce po I wojnie światowej, „zagubionego dziecka bolszewizmu”, szybko wepchnęli faszyzm w swoją historiografię, postrzegając go jako groźny pomruk ginącej burżuazji, którym ruch ten nigdy nie był. Następca Lenina, Stalin, rewolucyjny bandyta o ospowatej twarzy, nie miał własnego programu ideologicznego. Rozdarty między lękami a ambicją, niesiony uczuciem zemsty, usprawnił dramaturgię terroru na skalę wcześniej niespotykaną. Zakończywszy największy eksperyment w dziejach ludzkości w zakresie inżynierii społecznej, polegający na zabiciu pięciu milionów chłopów i zesłaniu dalszych dziesięciu do obozów, pozyskał w osobie Hitlera (na dwanaście lat przed Holokaustem) ucznia, wyznawcę, a w końcu rywala. Wyznając determinizm biologiczny, podobnie jak Lenin darwinizm społeczny, dzieląc z nim konspiracyjne dążenie do władzy i snując plany eksterminacji ludzi na jeszcze większą skalę, Hitler różnił się od Lenina właściwie jednym: romantyczno-artystycznymi instynktami. To dzięki nim w 1933 roku uwiódł Niemcy. Nie będąc w stanie zawładnąć ich umysłami – Niemcy byli najbardziej wykształconym narodem na świecie – poskromił ich serca i wrażliwość, honorując niemieckie przywiązanie do wyobrażeń narodowych: muzyki Wagnera, tonących we mgle lasów, gdzie rodzili się tytani o blond włosach, do cwałujących Walkirii, płonących Walhalli. Nawet gdy sprowadził mundury z Włoch, ulepszył je tak, że te elegancją przewyższyły oryginał. Natomiast od Stalina odróżniał się tym, że osobiście nie zajmował się represjami, obarczając tym zadaniem swoich pretorianów (Himmler).

Odwrót od „linearnego” scenariusza katastrofy zawsze był możliwy

Czy Europa kroczyła nieuchronnie od katastrofy pierwszej do tragedii drugiej wojny światowej? Z pewnością plany Hitlera doprowadziły świat do wojny. A fenomen wodza „tysiącletniej” Rzeszy nie może być rozpatrywany w oderwaniu od traktatu wersalskiego, europejskich nacjonalizmów, kultu przemocy lat 1914–1939. I istnienia Związku Radzieckiego, skoro właśnie lęk przed komunizmem wyniósł Hitlera do władzy i umożliwił mu utrzymanie się przy niej. Jednocześnie odwrót od „linearnego scenariusza” zawsze był możliwy, nawet w 1938 roku, jeśli Anglia i Francja walnęłyby w Monachium pięścią w stół, miast „ugłaskiwać” Hitlera. Historia nie pozostaje pod zauroczeniem sterującego nią Merlina. Jej bieg jest jednak zawsze syngularny, wyznaczony tą jedną, jedyną nitką, która została utkana.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata