70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

60 lat (intymnego) życia RFN

W latach młodości malowała sobie nieosiągalne na rynku pończochy na nogach, bezceremonialnie flirtowała z Francją, w 1990 roku zawarła małżeństwo z NRD. Wcześniej przetrwała terror RAF-u i puste niedzielne autostrady. Zakładała minispódniczki i rozkoszowała się rockandrollem. W tych dniach dobiegła 60-tki. Poniżej jej prawdziwa (intymna) historia.

Na świat przyszła w nocy z 23 na 24 maja 1949 roku. W dniu ogłoszenia ustawy zasadniczej, nie konstytucji, gdyż płód był ułomny, bez drugiej części organizmu (NRD). Niepełność   organizmu uwypukliła się w wyborze stolicy – malutkim, prowincjonalnym Bonn. Jej akuszerem był amerykański gubernator niemieckiej strefy okupacyjnej generał Clay, dżentelmen z południa Stanów o wyglądzie rzymskiego prokonsula. W ojca chrzestnego wcielił się 69-letni Konrad Adenauer, starzec z twarzą o obliczu Indianina ze sklepu z cygarami. Jako Nadreńczyk nie cierpiał Prusaków. Jak mantrę wypowiadał jedno zdanie: „Kto uczyni Berlin stolicą Niemiec, ten  stworzy duchowe Prusy”.  Świetnie zapamiętał słowa Churchilla, że Niemcy rzucają się albo do gardła, albo do stóp. Nie uczynił ani jednego, ani drugiego. Znał przywary Niemiec. Kałamarze w sali obrad Bundestagu kazał przyśrubować do pulpitów. Wyznawał credo, że tylko rodzina może zapewnić schronienie przed totalitarną inwazją.

Nie bacząc na tak nobliwego chrzestnego, pociecha w latach młodości szalała na skuterze. Najczęściej nocą i po kryjomu. I o wiele za szybko. Ta namiętność przetrwała w niej przez lata. Do dziś w Niemczech nie ma ograniczenia prędkości na autostradach, a samochód pozostaje zabawką numer jeden. Ale wówczas, na skuterze, roszkoszowała się uczuciem wolności i prywatności. Przyrównywano ją chętnie do eleganckiej i przyzwoitej dziewczyny. Choć równie często wytykano jej drobnomieszczańskie maniery oraz brak fantazji.  Długo milczała o swojej przeszłości. Ze wstydu i z bólu. U jej kołyski świat szepnął jej prosto w twarz: „Nie przestraszysz nas już więcej”. Co nowonarodzona wzięła sobie do serca. Z ciążącą jej na sercu hipoteką przeszłości zaczęła wypełniać dzień. Harując w pocie czoła. Przy odbudowie miast. W podziurawionych ubraniach.

Nie przyjęła roli baletnicy, która ze strachu przed koszem, nikogo nie prosi do tańca. Pragnęła usilnie zespolić się z nowym porządkiem świata, bez porywania się na mocarstwowość. Dzięki ojcu chrzestnemu randkowała z Francją i zaręczyła się z Europą Zachodnią. Obnażając się przed nią – dla przyzwoitości jednak, zamykając oczy. Zaślubiny udały się. Republika rosła w siłę (gospodarczą), a sąsiedzi nabierali do niej zaufania. Związek Radziecki dybał na jej duszę. Ratunkiem było NATO i Europejska Wspólnota Gospodarcza.

Jako nastolatka Republika rzuciła się w wir imprezowania. Czarną kredką malowała sobie szew na pończochach,  uchodzących za ostatni krzyk mody. I spijała spore ilości ajerkoniaku. A dzięki obecności amerykańskiej pochłaniała również tony frytek, ketchupu i hamburgerów.

Rozwijająca się gospodarka wprowadzała cały świat w podziw. Niemiecki cud gospodarczy wzbudził dla republiki jednak więcej szacunku niż sympatii. Flirt amerykański zaowocował też przejęciem zza oceanu demokracji. Ale to sukcesy w piłce nożnej napełniły Niemców nieobecną po wojnie dumą narodową. Najpierw zdobyli oni w Szwajcarii (1954) tytuł mistrzów świata, potem w finale 1966 na Wembley przegrali z Anglikami, choć decydująca o porażce bramka okazała się największa pomyłka sędziego – piłka nie przekroczyła linii bramowej.

Mieszkańcom republiki żyło się coraz dostatniej. Widmo bezrobocia nie zaglądało im w oczy. Wręcz odwrotnie. Do pracy ściągano Włochów, Portugalczyków i Turków. Republika stawała się krajem multikulturalnym. Jednocześnie letnie wyjazdy zagraniczne stały się dla Bundesbürger nawykiem. Podczas gdy wybrzeże Bałtyku świeciło pustkami, Niemcy kłębili się nad Côte d’Azur. W zamian za to nad Ren tłumami przybywali Japończycy. W szczególności upodobali sobie Heidelberg i bajkowy zamek szalonego Ludwika Witelsbacha w Neuschwanstein.

W końcu lat 60. nadszedł przełom. Obliczem republiki stał się Willy Brandt, a w szczególności jego sylwetka klęcząca na granitowej i mokrej od deszczu płycie przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie. Zmiany dotyczyły nie tylko politycznego DNA kraju. Wzorem Francji republika federalna demonstracyjnie pozbywała się biustonosza. Na ulicach niepodzielnie królowała minispódniczka, a w mieszkaniach jarzący się pomarańczowy na tapetach. Kolejne kryzysy lat 70. wzmocniły tylko republikę od wewnątrz. Przetrwała i zamach na olimpiadzie w Monachium i kryzys paliwowy z szokującymi pustymi autostradami w niedziele. Ba, nawet wymierzone w nią samą zamachy RAF-u. Wszystkie wstrząsy przetrwała prowadzona przez kanclerza żelaznego Schmidta. Wyśmiała natomiast jego naiwną sugestię pedagogiczno-moralną – dnia bez telewizora. Do dziś zasiada chętnie na sofie, preferując mało elitarne programy. Jak np. „Idola” czy „taniec z gwiazdami”, gdyż lubuje się w wysłuchiwaniu opowieści o nieuchronnym upadku cywilizacji Zachodu.

Rozłożona wygodnie na sofie republika popadła w latach 80. w stagnację. Sporadycznie tylko przeżywała ożywcze stany lękowe: czy przypadkiem Japończycy nie prześcigną jej w produkcji samochodów? Albo czy ZSRR nie wypuści na nią swoje SS20? Jak gromem z jasnego nieba huknęło dopiero w 89 roku. Krzyk zza niemiecko-niemieckiej granicy dobiegł aż do sybaryckiej sofy. W rezultacie jednej listopadowej nocy z 89 roku nieoczekiwanie zawarte małżeństwo z drugim krajem niemieckim okazało się najbardziej kosztownym przedsięwzięciem w dziejach Republiki. Jednocześnie jednak namiętnym i wartym zachodu. Jak w każdym związku nie brakło problemów. Scalanie się w jedną nację do dziś nie zostało ukończone.

Mimo to republika olśniewa gospodarką oraz stabilną demokracją, budząc podziw w świecie. A gdzieniegdzie i zazdrość. Pruską męską sążnistość zastąpiły eteryczne i wdzięczne ikony jej nowej tożsamości: Claudia Schiffer, Heidi Klum, a w polityce Angela Merkel, nie zażywająca już jak jej poprzednik uroków sauny Putina. Jedynie w Polsce postrzega się ją przez pryzmat demonicznej Eriki Steinabach. Zapominając przy tym o pacyfizmie całego społeczeństwa niemieckiego.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata