70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wojna przeciw Polsce i okupacja w pamięci zbiorowej Niemców

Druga wojna światowa stanowi w dziejach polsko-niemieckich najgłębszą i najtrwalszą cezurę, która naznaczyła wzajemne postrzeganie i określiła na dziesięciolecia relacje między obu narodami. Polska, która najwcześniej padła ofiarą agresji hitlerowskich Niemiec, jako pierwsza stawiła zbrojny opór, przeżyła najdłuższą okupację i poniosła ogromne ofiary, miała prawo oczekiwać, iż zbrodnie zostaną ukarane, ich sprawca uzna swą winę, a jej męczeństwo i heroizm zostaną przez świat dostrzeżone.

Wiedza o całym rozmiarze katastrofy miała stać się w oczekiwaniu ofiary podstawą edukacji i odnowy narodu niemieckiego. Rozmijanie się oczekiwań Polski z postawą zdecydowanej większości społeczeństwa niemieckiego i jej strategią kultury pamięci uniemożliwiało wzajemne zrozumienie, stało się źródłem nieufności, a w konsekwencji prowadzić musiało do konfliktów, obecnych do dziś w relacjach obu narodów.

Pamięć drugiej wojny, która w swym ludobójczym i rasistowskim charakterze wykraczała poza dotychczasowe wyobrażenia konfliktów zbrojnych, stanowiła dla narodu i państwa niemieckiego największe w dziejach wyzwanie. Jak po bezprzykładnej klęsce i w obliczu oskarżenia świata o zbrodnie ludobójstwa wskrzesić poczucie własnej wartości i stworzyć nową rzeczywistość? Toteż demokratyczna kultura nowych Niemiec rodziła się na bazie milczenia. Odsuwanie winy, jej przyswajanie, lata wielkiego milczenia i namiętnych sporów, oskarżania się i politycznych skandali, amnestii i amnezji, fałszowania historii i wyznawania prawdy, wszystko to stanowiło rozciągnięty w czasie proces. W ciągu 70 lat, jakie minęły od wybuchu wojny, oraz 20 od obalenia muru berlińskiego Niemcy jako wspólnota pamięci przeszli długą drogę. Czas ten wypełniły głównie zmagania z sobą, z własną tożsamością. W pamięci tej nie ma poza Holocaustem osobnych szuflad na gromadzenie krzywd zadanych poszczególnym narodom. Dotychczasowe doświadczenie historyczne oraz nagromadzony materiał empiryczny pozwalają bowiem na potwierdzenie tezy, iż pamięć koncentruje się zawsze wokół ofiary i własnej krzywdy; bycie ofiarą pozwala bowiem na formułowanie oskarżeń i żądań wobec innych, nade wszystko aspiruje zaś, by być po stronie dobra. Niemcy nie stanowią w tym względzie wyjątku. Integrowanie wokół nowego celu, jakim była budowa nowego porządku demokratycznego i przywrócenie społeczeństwu sensu życia, wykluczało pamięć o zbrodniach dokonanych na innych narodach. Historia dogoniła jednak Niemców. Potrzeba było czasu i przeobrażeń społeczno-politycznych w Niemczech i w Europie, by rozrachunek z przeszłością stał się integralnym elementem kultury politycznej i trwałym wspornikiem kultury symbolicznej naszego zachodniego sąsiada.

W sidłach uprzedzeń i propagandy

1 września nie zaistniał w zbiorowej pamięci Niemców. Początek wojny zarejestrowany w literaturze, kulturze, mediach niemieckich po 1945 roku wiązał się z agresją na ZSRR, głównie zaś z klęską pod Stalingradem. W pamięci kulturowej utrwaliły się bowiem te wydarzenia, które odebrano jako własną krzywdę. Obrazy literackie, a szczególnie filmowe powielały wizerunek budzących powszechne współczucie jeńców niemieckich, w łachmanach, z odmrożonymi kończynami, popędzanych przez „azjatyckich barbarzyńców”. Badania nad zbiorową pamięcią wykazały niezbicie, iż jej przedmiotem staje się zawsze tylko to, co z punktu widzenia teraźniejszych interesów i aktualnych celów jest dostatecznie ważne i istotne. Kultura pamięci jest bowiem w wieloraki sposób związana z polityką. Jako przedmiot sporów społecznych jest również ważnym instrumentem i celem polityki. Polityka pamięci służy bowiem legitymizacji nowej rzeczywistości, instytucji państwowych, zbiorowych wyobrażeń oraz działań. Kreuje tożsamość i nadaje sens symbolicznemu światu znaczeń.

W niemieckiej rzeczywistości powojennej Polska nie liczyła się jako podmiot polityki budzący zainteresowanie. Partnerem we wrogości i zwycięzcą pozostawał Związek Radziecki, liczące się w układzie sił mocarstwo. Jeszcze nie zakończyła się bowiem „gorąca”, kiedy dała o sobie znać „zimna” wojna, w której wschodni sąsiad uznany został jako nowy wróg. Oba państwa niemieckie znalazły się w obozach zwycięzców, z wymierzonym przeciw sobie konfrontacyjnym ostrzem. Granica z Polską była odległa od Bonn. Toteż kraj nasz funkcjonował w polityce i publicznej pamięci RFN jako satelicki element we wrogim łańcuchu państw komunistycznych, „zaborca” niemieckiego Wschodu, winny pozbawienia kilkunastu milionów Niemców ojczyzny. „Hańba” Wersalu, dominująca w propagandzie Niemiec międzywojennych, zastąpiona została „krzywdą” Poczdamu. Nieuznawanie granicy na Odrze i Nysie, poparcie dla hałaśliwych manifestacji organizacji ziomkowskich wypełniło przestrzeń publiczną, ułatwiając tłumienie odpowiedzialności za wyrządzone wschodnim sąsiadom zło i sprzyjając odwróceniu ról sprawcy i ofiary. Politycznym zwycięzcą okazali się Niemcy. Polakom pozostała tylko moralna satysfakcja.

Całkowita izolacja Polski wynikająca z ideologicznej konfrontacji uniemożliwiała jakiekolwiek kontakty osobiste. Toteż wiedza Niemców na temat wojny i okupacji Polski stanowiła niemal wyłącznie wypadkową negatywnych stereotypów, wpływu przedwojennej literatury, propagandy, systemu edukacji i rodzinnych narracji wspomnieniowych. Hitlerowska propaganda nie byłaby tak skuteczna, gdyby nie mogła się odwołać do szerokiego repertuaru utrwalonych w zbiorowej wyobraźni uprzedzeń i mitów.

Wybuch drugiej wojny nie wywołał w społeczeństwie niemieckim powszechnego entuzjazmu, jak to miało miejsce w momencie wybuchu pierwszej wojny światowej. Akceptacja celów polityki hitlerowskiej była jednak możliwa dzięki funkcjonującemu od początku Republiki Weimarskiej przekonaniu, iż Polska jako „państwo sezonowe”, „bękart Wersalu”, twór „zakłócający pokój” w Europie, istnieje wbrew interesom niemieckim. Już 15 marca 1921 roku w „Völkischer Beobachter” Hitler przekonywał: „Kto zabiera Niemcom Górny Śląsk, zabiera 15 milionom ludzi możliwość życia. W tym wypadku pozostaje naszemu narodowi tylko jeden wybór: albo zginąć z głodu, (…) albo stawić opór”[1]. 19 września 1939 roku podczas wystąpienia w Gdańsku Führerwyjaśniał potrzebę rewizji postanowień wersalskich jako koniecznego przywrócenia pokoju w świecie. Przypadek Gdańska traktował jako „ofiarę ówczesnego szaleństwa” [Wersalu, przyp. A. W.-P.], a państwo polskie jako „produkt tego bezsensu”, powstały wbrew logice rozumu i gospodarki[2]. Wszystkie rządy Republiki Weimarskiej i administracja polityczna III Rzeszy szerzyły poczucie niesprawiedliwości dziejowej. Propaganda zadbała o to, by upowszechnić obraz Polski jako kraju niedemokratycznego, rządzonego pałką i terroryzującego mniejszość niemiecką.

Agresja 1 września 1939 roku, funkcjonująca w nazistowskiej retoryce jako „kampania 18 dni”, jawiła się jako wojna obronna, wyrównanie rachunku krzywd. Sprawnie wyreżyserowane prowokacje sprawiły, iż w końcu Polacy obok Żydów obciążeni zostali odpowiedzialnością za wybuch wojny. Bogaty asortyment argumentów mających uzasadnić wybuch wojny jako konieczność dziejową w obronie pokoju wspierały uprzedzenia powstałe w XIX wieku, głównie w kręgu elit pruskiego zaborcy. Założenia kolonizacyjne i politykę germanizacyjną Prus tłumaczyć miały przypisane ludności polskiej cechy, łatwo przemawiające do potocznej opinii. Tak więc polskie dążenia do niepodległości były „polskim bezprawiem”, obrona przed wykupem ziemi „polską podstępnością”, „zachłannością”, „fałszywością”, wzmocnioną przez „żydowską podłość”. Dla tezy o niemieckiej wyższości kulturowej i niemieckiej misji na Wschodzie znalazły się liczne naukowe argumenty wykazujące niezdolność wschodnich ludów do samodzielnej egzystencji. Trzecia Rzesza zaadaptowała stare mity, nadając im bardziej dynamiczny wymiar. Polacy awansowali z wroga narodowego do rangi wroga rasistowskiego. Żołnierze Wehrmachtu mieli podążać starym szlakiem kolonizacyjnym, niosąc azjatyckim dzikusom dobra cywilizacyjne i kulturowe.

Dawna sprzeczność między pruską racją stanu a niepodległościowymi dążeniami Polaków uzupełniona została przez nazistowską propagandę obrazem Polaków jako odwiecznego wroga stojącego na drodze do zdobycia niezbędnej przestrzeni życiowej[3]. Podczas wspomnianego przemówienia w Gdańsku 19 września 1939 roku Hitler potwierdził tylko to, co wcześniej ugruntowała literatura popularna i edukacja szkolna, a mianowicie iż pochód niemiecki na Wschód był przywróceniem naturalnego porządku, dobrodziejstwem, powrotem na stare ziemie niemieckiego osadnictwa, zagospodarowane wysiłkiem niemieckiego potu i krwi.

Znowu okazało się, że tylko ten, kto sam jest wyposażony w siły kulturotwórcze, może na trwałe utrzymać rzeczywiste osiągnięcia kultury. 50 lat dalszego polskiego panowania wystarczyłoby, by te ziemie, które Niemcy z mozołem, pilnością i mrówczą pracą wydarli barbarzyństwu, powróciły do barbarzyństwa[4].

Po zakończeniu kampanii wrześniowej dziennikarze niemieccy otrzymali podczas konferencji prasowej 24 października 1939 roku takie między innymi wskazówki:

Dla wszystkich w Niemczech, aż do ostatniej dziewki od krów, musi stać się jasne, że polskość równa się podczłowieczeństwu. (…) Nie ma powodu, aby publikować głębsze rozważania i artykuły przewodnie o braku kultury w Polsce (…). Wystarczy, jeśli taki ton będzie pobrzmiewać w sposób hasłowy i pojawiać się będzie okazjonalnie w postaci pojęć: „polska gospodarka”, „polski upadek” i podobnych. Należy to czynić tak długo, aż każdy obywatel Niemiec będzie miał zakodowane w podświadomości, że każdego Polaka – obojętnie, czy robotnika czy intelektualistę – należy traktować jak robactwo[5].

Przydatny okazał się utrwalony przez filozofię zachodnią obraz barbarzyńskiej Azji i jej ludów jako urodzonych niewolników, którymi należy rządzić knutem. Z czasem cechy przypisywane narodom azjatyckim utożsamiono ze wschodem europejskim. Wizerunek Polski – uosobienie „bezproduktywności słowiańskiej”, narodu o niskiej wartości, niezdolnego do samodzielnej egzystencji, usprawiedliwiał potrzebę niemieckiego pana[6]. Toteż Hitler na fali zwycięskiego pochodu zapewniał 6 sierpnia 1942 roku w swej kwaterze w Wilczym Szańcu: „Pochłoniemy lub usuniemy śmieszne sto milionów Słowian”[7].

Hrabianka Libussa Fritz-Krockow, która klęskę Rzeszy przeżyła w swym majątku na Pomorzu, reprezentowała szeroko upowszechniony obraz Rosjan i Polaków. Ani jedni, ani drudzy nie dorastali do jej wyobrażenia zwycięzców „z wysoko uniesioną głową, wielkich i dumnie wystrojonych, z orderami i wieńcem laurowym”. Zaskoczył ją obraz „obdartych, z bronią na postronkach”, „zalęknionym spojrzeniem rabusia…”. O ile jednak dla Rosjan i ich „zwycięskiego prawa pięści” miałaby jeszcze zrozumienie, o tyle Polaków nie mogła zaakceptować jako zwycięzców, „lecz tylko ich [Rosjan] świtę”. „Dlatego przejęcie przez nich władzy ma inną jakość. Jest w nich coś zimnego, skrytego i przebiegłego, by nie powiedzieć podstępnego – i w tym sensie coś znacznie głębiej przejmującego grozą niż brutalna przemoc”[8].

Strategie uwalniania się od winy

Napięcie między obciążeniem winą a potrzebą budowania demokracji było po wojnie tak wielkie, iż pojednanie z samym sobą przez ucieczkę od przeszłości było powszechnym zabiegiem. Intelektualiści, którzy czuli się sumieniem narodu i dawali publicznie wyraz poczuciu winy, byli mało słyszalni. Głos pisarza Ernsta Wiecherta, który 11 listopada 1945 roku mówił do młodzieży: „Musimy zrozumieć, że jesteśmy winni i potrzeba może stu lat, aby zmyć z naszych rąk winę. Niech wina pomoże nam zrozumieć, że musimy pokutować, ciężko i długo. Że nie musimy mieć szczęścia, domu i pokoju, ponieważ przez nas inni nie mają szczęścia, są bezdomni i bez pokoju”[9], ginął w powodzi codziennej krzątaniny wokół aktualnych potrzeb. Nawoływanie do pokuty w kraju, gdzie priorytetem było uwolnienie się od stygmatu klęski, musiało zawisnąć w próżni.

Trwająca sześć lat okupacja Polski, bezprzykładna polityka rabunkowa, pacyfikacje, łapanki, uliczne egzekucje, eksterminacja ludności, szczególnie inteligencji pozostały przez dziesiątki lat poza obszarem zainteresowań Niemców. Wystawa o zbrodniach Wehrmachtu, która wzbudziła wielką debatę w zjednoczonych Niemczech, obejmuje okres od napaści na Związek Radziecki, jakby agresja na Polskę była epizodem, o którym nie warto wspominać. Zresztą pojęcie okupacja (Besatzung) zarezerwowane zostało w zbiorowej pamięci Niemców dla własnego kraju, podzielonego w latach 1945–1949 na strefy okupacyjne przez zwycięskie mocarstwa.

Niewiedza sprzyjała utrwalaniu negatywnych stereotypów. Zaprezentowane w 1963 roku wyniki badań przeprowadzonych w RFN na 1300 uczniach w wieku od 13–15 lat, mających na celu ukazanie postaw wobec ośmiu narodów wschodnioeuropejskich, dały wiele do myślenia. Na czele tabeli porządkującej najbardziej negatywne skojarzenia znaleźli się Rosjanie i Polacy. Jako cechy „wyróżniające” Polaków wymieniano kolejno: „brudni”, „leniwi”, „okrutni”, „podstępni”, „podli”, „bezczelni”, „kłamcy” (Dla porównania Węgrzy uznani zostali jako „odważni”, „pełni temperamentu”, „muzykalni”). Uczniowie hamburskich szkół, którzy kilka lat później mieli porównać Francuzów, Rosjan i Polaków, potwierdzili główny ton wypowiedzi. Polaków zakwalifikowano jako „prymitywnych”, „brutalnych”, „nieobliczalnych”, „chamskich”, „zimnych”, „nieprzyjaznych”, „podstępnych”. Polska postrzegana była przez młodzież jako mały, nieznaczący sąsiad Rosji. Rosja, mimo negatywnych skojarzeń, zaistniała w świadomości Niemców jako wielkie mocarstwo, które pokonało potężną armię niemiecką. Polacy skupili zaś na sobie wszystkie tradycyjne uprzedzenia na temat „zawszonych”, „wymagających pana Słowian”.

Motywy jednoznacznie negatywnych ocen Polaków są w pierwszym rzędzie skutkiem izolacji obozu wschodniego i brakiem w pierwszych dziesięcioleciach po wojnie jakichkolwiek kontaktów z Polską. Odrzucanie Polaków, „ponieważ są ludźmi słowiańskiego rodzaju”, opisy „znęcania się nad Niemcami”, ich „prześladowania” wskazują na skuteczność dawnej i wojennej propagandy. Wiedza uczniów o Polakach wyczerpywała się często na powielaniu zasłyszanych w domu klisz: „Oni mają złodziejską naturę, żądają terenów, które nigdy do nich nie należały (oni chcą dojść aż do Elby), są brudni i leniwi (…). Ulice wiejskie w Polsce pozbawione są wszelkiego piękna i czystości, podczas gdy wówczas, kiedy należały do Niemiec, były czyste i porządne”[10].

Nieobecność w polityce pamięci Polski i innych ofiar eksterminacyjnej i rasistowskiej polityki III Rzeszy rzutowała na polityczną edukację całego pokolenia powojennego. Bogaty materiał prac szkolnych na temat polityki hitlerowskiej, przygotowanych przez badaczy na przykładzie 3042 uczniów w wieku od 10–23 lat, zebrany w latach 1976–1977, potwierdza tezę, iż trzydzieści lat po wojnie praca nad pamięcią i rozrachunek z nazistowską przeszłością pozostawał w powijakach. W wypowiedziach uczniów Hitler jawił się jako między innymi „król Holandii”, „prezydent RFN, wszystkich armii i kolonii”, „następca cesarza Wilhelma”, „szef NATO”, „przywódca niemieckiej demokracji”, „kanclerz RFN”, ten, który „pomógł po wojnie stanąć Niemcom na nogi”, „największa osobowość w historii świata”, którego „najważniejszym dziełem było prześladowanie Żydów”. Hitler „gazował Żydów i psychicznie chorych” tylko dlatego, że „chciał Niemcy uwolnić od wszelkiego brudu” i „chciał mieć czysty kraj”. „Przybył do Niemiec w 1900 roku, a w 1905 wypowiedział Amerykanom wojnę”, „chciał dobrze dla Niemiec”, a „przegrał dlatego, że w Rosji padał śnieg”[11].

Polska jako pierwsza ofiara agresji Niemiec została zauważona w rzadkich wypadkach. Nie brakowało wypowiedzi, w których wojnę datowano na okres „1939–1965” lub „1945–1949”. Dominowało przeświadczenie, iż wojna rozpoczęła się dopiero wraz z agresją na Związek Radziecki. Nie należały do odosobnionych opinie, iż „atak na Polskę został dobrze zaplanowany”, „W 1945 roku Hitler dał rozkaz ataku na Francję i Polskę”, „Chciał przywrócić wolność Niemcom, dlatego rozpoczął wojnę przeciw Polsce”. Kilkakrotnie wyrażano przekonanie, że niemiecka armia odniosła wielkie zwycięstwo nad Polską, gdyż „Polacy sądzili, iż niemieckie czołgi są z papy”, oraz żal: „Wcześniej należała do nas Polska, NRD Rosja…itd. Tylko dlatego, że Hitler był tak chciwy, straciliśmy prawie połowę”. Autorzy prac szkolnych przyznawali, iż wiedzę o najnowszej historii swego kraju wynieśli głównie z domu rodzicielskiego.

Odwrócenie roli sprawcy i ofiary stanowiło element strategii odsuwania w niepamięć niewygodnych dla nowej tożsamości faktów. Polska jawiła się jako zaborca niemieckiego Wschodu. W centrum publicznej narracji postawiono bowiem pytanie: co nam uczyniono?, nie zaś: co uczyniliśmy innym? O utrzymanie stałego napięcia zadbały agendy organizacji ziomkowskich. Przyjęcie w 1956 roku przez Stałą Konferencję Ministrów Kultury zaleceń do „Wiedzy o Wschodzie” (Ostkunde) zadecydowało na lata o kształcie edukacji na temat Polski. „Niemiecki wschód musi być Niemcom, szczególnie młodzieży, znany i przyswojony. Jego osiągnięcia trzeba zakorzenić w niemieckiej świadomości historycznej. Niemcy winni mieć stosunek do terenów utraconych jako do ojczyzny, części swego narodu”[12].

Ostkunde jako zasada nauczania obowiązująca w czasach zimnej wojny, pielęgnowała obraz niemieckiego Wschodu jako utraconego raju, wzbudzając poczucie krzywdy, której sprawcą byli i pozostają Polacy. „Wschód, dawniej kraj niemieckiej nadziei i niemieckiej pracy, która wszystkim narodom wyszła na dobre i zjednoczyła je w jednej zachodniej wspólnocie losu, został rozbity. Stał się przedpolem Azji”[13]. Rewizjonistyczna terminologia, traktowanie polskich ziem zachodnich jako obszarów pod tymczasową polską administracją, nie służyło refleksji nad losem okupowanych narodów. Nawiązywało natomiast do przedwojennej retoryki i wspierało podtrzymywanie stanu wyjątkowego, tymczasowości i prowizorium w centrum Europy. Oba państwa niemieckie, jak i cała Europa, uwikłane zostały w ideologię konfrontacyjną: politykę RFN zdominował antykomunizm, NRD – antyimperializm. Negacja realiów powojennych przez RFN, komunistyczny dogmatyzm NRD i Polski, stanowiły przeszkodę nie do pokonania w zbliżeniu skonfliktowanych narodów. W 1951 roku tylko 8% społeczeństwa zachodnioniemieckiego optowało za uznaniem granicy z Polską, 80% było przeciwnych. Dopiero w sierpniu 1969 roku 34% obywateli tego kraju uznało możliwość pojednania z Polską.

Debatę nad niemiecką odpowiedzialnością za politykę III Rzeszy utrudniała postawa funkcjonariuszy organizacji przesiedleńczych, wspierana materialnie i politycznie przez kolejne rządy partii chadeckich. Krzywda „wypędzonych z ojczyzny” przekalkulowana została na siłę głosów wyborczych. Politycy kolejnych generacji powołują się do dziś na uchwaloną 5 sierpnia 1950 roku „Kartę niemieckich wypędzonych ze stron ojczystych” jako akt pokojowej woli współżycia w Europie. Głosi ona między innymi: „Świadomi swej odpowiedzialności przed Bogiem i ludźmi, świadomi swej przynależności do narodu niemieckiego i zdając sobie sprawę ze wspólnego zadania wszystkich narodów europejskich, wybrani przedstawiciele milionów wypędzonych z ojczystych stron” postanowili złożyć uroczyste oświadczenie: „My, wypędzeni ze stron ojczystych, rezygnujemy z zemsty i odwetu (…). Zdajemy sobie sprawę z bezmiaru cierpień, jakie w szczególności ostatnie dziesięciolecie sprowadziło na ludzkość”[14]. Nikt z polityków nawiązujących przy okazji rocznic historycznych do „Karty”, uznanej powszechnie za wyraz historycznej wielkoduszności, nie spojrzał przez ponad pół wieku krytycznie na dokument, który winą za wojnę obarcza nie nazistowskie Niemcy, lecz „ostatnie dziesięciolecie” i domaga się, by „narody świata wzięły odpowiedzialność za los wypędzonych z ojczyzny jako „najbardziej dotkniętych cierpieniem tych czasów”. Nie pędzeni do gazu Żydzi, nie więźniowie obozów koncentracyjnych, ofiary ulicznych egzekucji i tortur w okupowanej Europie, lecz wypędzeni wykreowani zostali na centralną ofiarę w Europie. Nie ma wzmianki o prawach do ojczyzny i życia Żydów, Słowian, Romów. Natomiast wypędzenie Niemców potraktowane zostało jako pogwałcenie praw Bożych:

Utraciliśmy nasze strony ojczyste. A pozbawieni stron ojczystych stają się obcymi na tej ziemi. Bóg umieścił ludzi w ich stronach ojczystych. Oddzielenie przemocą ludzi od ich stron ojczystych oznacza zabicie w nich ducha. Doznaliśmy i doświadczyliśmy tego losu. Dlatego czujemy się powołani domagać się uznania i urzeczywistnienia prawa do stron ojczystych jako przez Boga ofiarowanego podstawowego prawa ludzkości.

Zabrakło w powojennej przestrzeni refleksji, z jakiej zemsty i na kim pięć lat po wojnie rezygnowali wypędzeni. Przeciw komu miałaby być ona skierowana: zwycięskim aliantom?, najbliższym sąsiadom? W jakim kierunku potoczyłyby się wydarzenia, gdyby świat nie zrezygnował z odwetu na pokonanych Niemcach?[15]

Spoglądając w głąb własnego sumienia przeciętny Niemiec czuł się z wielu względów rozgrzeszony. Rozliczne pamiętniki najwyższych dowódców Wehrmachtu, jak i opublikowane listy polowe ukazywały zarówno generalicję, jak i „małego człowieka w uniformie” jako ofiary rozkazu. Tymczasem osiemnastomilionowa armia Wehrmachtu stanowiła szeroką reprezentację wszystkich grup społecznych. W świetle zachowanej dokumentacji nie da się obronić forsowanego przez dowództwo mitu „normalnej wojny” oraz armii jako autonomicznej wspólnoty, oderwanej od nazistowskiego aparatu przemocy.

Uspokoić własne sumienie przyszło o tyle łatwo, że wolni od poczucia winy czuli się najwięksi zbrodniarze. W imię czystości i porządku, swoiście rozumianego etosu pracy i poczucia obowiązku dokonywano zbrodni ludobójstwa, traktowanej jako moralna powinność[16]. Szanowane przez świat zewnętrzny cnoty niemieckie, jak zdyscyplinowanie, pracowitość i obowiązkowość zostały wprzęgnięte w służbę zbrodniczej machiny. Specyficzne pojmowanie obowiązku i moralności przebija z wypowiedzi Hansa Franka, generalnego gubernatora okupowanych ziem polskich, który skarżył się w zapiskach 30 maja 1940 roku: „Łatwo nam tu podpisać setki wyroków śmierci, ale powierzenie ich wykonania ludziom niemieckim, uczciwym niemieckim żołnierzom, to straszne obciążenie”[17]. Przesłuchiwani w Norymberdze najbliżsi współpracownicy Hitlera powoływali się na nazistowską moralność zabijania. Pozwalała ona traktować się im jako „uczciwym” mordercom. Rudolf Höß, komendant obozu Auschwitz, przedstawiał się jako człowiek, który „ma serce” i „nie jest zły”.

Poczucie misji i wykonanie zadania masowego mordu wymagały ogromnej pracy. Sprawcy byli zmęczeni, co pozbawiało ich zadowolenia. Dlatego Höß nie wyrażał żalu z powodu ofiar, lecz z powodu zaniedbań w „pracy”. Likwidacja więźniów to tylko nawał pracy, który umniejszał poczucie zadowolenia komendanta: „W Auschwitz od rozpoczęcia masowej zagłady nie jestem już szczęśliwy”. „Jestem niezadowolony z siebie. Do tego główne zadanie, niekończąca się praca i zawodność współpracowników”[18]

Zabijanie jako obowiązek wyższej rangi mieściło się w kanonie moralności pielęgniarek wstrzykujących truciznę więźniom obozów koncentracyjnych. Kiedy podczas przesłuchań zadano jednej z nich pytanie, czy w wypadku gdyby otrzymała rozkaz kradzieży lub rozboju, wykonałaby go posłusznie, odpowiedziała: „Napadu na bank ani kradzieży nie dokonałabym, ponieważ tego się nie robi. Poza tym kradzież nie należała do moich obowiązków… W trudnych czasach byłam sprzedawczynią i wówczas miałam wiele okazji do kradzieży, ale czegoś takiego nigdy nie zrobiłam. Po prostu wiedziałam, że tego się nie robi. Już jako dziecko nauczyłam się, że nie wolno kraść”. Inna pielęgniarka wyznała między innymi: „Podanie lekarstw, także tych mających na celu zabijanie psychicznie chorych, traktowałam jako powierzone mi obligatoryjne zadanie służbowe, którego wykonania nie mogłam odmówić”[19].

Zabijano nie tylko z poczucia obowiązku pracy, jak tłumaczył podczas przemówienia w Poznaniu 4 października 1943 roku Heinrich Himmler: „W sumie możemy powiedzieć, że wypełniliśmy to najtrudniejsze zadanie z miłości do naszego narodu i nie doznaliśmy przy tym żadnej szkody w naszej istocie, w naszej duszy, w naszym charakterze”. W imię porządku i dobrej organizacji dokonywał egzekucji Franz Stangl, komendant obozów w Sobiborze i Treblince. Uznany przez Berlin za „najlepszego komendanta obozowego w Polsce” Stangl, podczas którego „kadencji” w Treblince zamordowano 900 tys. osób, zeznawał w 1970 roku w więzieniu w Düsseldorfie: „Musiałem Żydów zagazować, w przeciwnym razie nie byłoby więcej miejsca w obozie”. „Wszystko, co robiłem z własnej woli, musiałem robić tak dobrze, jak tylko to możliwe. Taki już jestem”[20].

Na drodze pojednania

Tam, gdzie polityka okazała się bezradna, a dwa fronty ideologiczne zastygły w nienawiści, pierwsze kroki ku pojednaniu były inicjatywą zwykłych ludzi. Anonimowi aktorzy, bez poparcia instytucji, wykazali odwagę, którą czerpali „z mocy chrześcijańskiej wiary”. Drogę do Polski odnaleźli poprzez odwoływanie się do chrześcijańskiej wspólnoty. Przedstawiciele kręgów duszpasterskich z NRD i RFN znaleźli partnera i troskliwego gospodarza w postaci zespołu „Tygodnika Powszechnego”, później Klubu Inteligencji Katolickiej, ludzi „Znaku” i „Więzi”. Günter i Brigitte Särchen, narażając się organom bezpieczeństwa NRD, bez poparcia swoich biskupów, krok po kroku „na dolnym pokładzie i w maszynowni” podejmowali działania i współpracę ze środowiskiem polskich elit katolickich, które w aktach Stasi figurowało jako „prawicowi katoliccy funkcjonariusze”. Niemieccy wolontariusze pojednania podejmowali inicjatywy „świadczenia czynem pokucie”. Po latach wyznali, iż w epoce lodowej relacji niemiecko-polskich pragnęli „pośród ludzi” w Polsce dać wyraz swej postawie w imieniu innych Niemców. Pierwszą podróż z Magdeburga do Polski w 1960 roku postrzegali Särchenowie jako „swoją Golgotę” i marzyli o kryjącym się za nią „zbawieniu” oraz „zmartwychwstaniu” obu narodów[21].

Kontakty międzyludzkie, małe kroki ludzi z Pax Christi, Bensberger Kreis, Akcji Znaków Pokuty, obezwładnionych poczuciem winy, prowadziły do pojednania w dialogu. Na kilka lat przed listem polskich biskupów skierowanym do ich braci w urzędzie dr Lothar Kreissig, twórca Akcji Znaków Pokuty, wygłosił w 1958 roku apel:

Nie mamy ciągle jeszcze pokoju, głównie z powodu braku dostatecznego pojednania (…). Poprośmy narody, które doznały od nas przemocy, aby nam pozwoliły naszymi rękoma i przy użyciu naszych środków uczynić coś dobrego, postawić znak pojednania. Zacznijmy od Polski, Rosji i Izraela, którym to krajom wyrządziliśmy najwięcej krzywdy[22].

Zanim pierwsze grupy wyruszyły do Polski, by na terenie byłych obozów „pochylić się nad brzemieniem własnej przeszłości”, środowiska niemieckich duszpasterstw uczyniły pierwszy krok „ku wewnątrz”, ku „wewnętrznemu nawróceniu i refleksji”.

Wówczas zrodziła się idea „pielgrzymek” do Auschwitz, Majdanka i innych obozów. Erich Busse, pastor i organizator nabożeństw pokojowych jesienią 1989 roku w Berlinie, miał 18 lat, gdy w 1968 pierwszy raz udał się do Polski. Był poruszony życzliwością ludzi i brakiem nienawiści. Z historii Polski, którą przyswajał sobie i swoim rodakom, uczył się wewnętrznej suwerenności. Zanim stał się jednym z współtwórców pokojowej rewolucji w NRD, doszedł na terenie obozu Auschwitz do wniosku:

Dla mnie nie ma żadnej różnicy między drutem kolczastym obozu koncentracyjnego a drutem kolczastym na murze berlińskim. Ale to jest logiczne i sprawiedliwe. To Niemcy najpierw otoczyli drutem kolczastym innych ludzi. I drut kolczasty wrócił do Niemiec, tak jak wojna. I teraz my jesteśmy otoczeni drutem kolczastym we własnym kraju[23].

Dalszym, przełomowym krokiem w kontaktach z Polską był „Memoriał o sytuacji wypędzonych i o stosunku narodu niemieckiego do jego wschodnich sąsiadów” EKD z 1 października 1965 roku. Arcybiskup Bolesław Kominek powiedział w jednym z wywiadów, iż „Memoriał Kościoła ewangelickiego odważnie rozpoczęło dialog, zachęciło nas do napisania naszego listu”. W dokumencie ewangelickim pisano między innymi: „Jedynie akceptacja Bożego zrządzenia otwiera drogę do nowych zadań, jednak tę akceptację razem z wypędzonymi winien wyrazić ogół narodu, kierując się solidarnością jednej wielkiej wspólnoty winy i odpowiedzialności”. Autorzy Memoriału apelowali do spoczywającego na Niemcach „obowiązku zapewnienia pokoju” i wskazywali na wypędzenia polskiej i innej ludności[24]. Mimo iż upomniano się o elementarne prawa uznania realiów powojennej Europy, ani politycy, ani społeczeństwo nie byli gotowi do takiej pragmatyki. Dokument Kościoła ewangelickiego wywołał w Niemczech burzę. Wzywano publicznie do wystąpień z Kościoła, obrażano autorów memorandum, grożono im śmiercią, miały miejsca podpalenia. W zebranych przez Eberharda Stammlera listach przedstawicieli Związku Wypędzonych, skierowanych do Kościoła ewangelickiego, pęczniał gniew i oburzenie. Jedna z autorek, nauczycielka religii, pisała: „Pytam o pochodzenie tych pismaków, którzy chcą się uczynić sędziami naszego gorzkiego bólu i z naiwnością, graniczącą z czystą arogancją (…) opowiadają o >>Bożym gniewie<<, a do tego próbują to udowodnić naukowo i teologicznie”[25]. Broniąca prawa ewangelików do wypowiadania się w kwestii polityki wschodniej Hrabina Marion Dönhoff trafnie oceniła cele Memoriału: „Chce on zniszczyć iluzje, określić pewne czynniki, o których należy pamiętać, i zanalizować je oraz uzmysłowić nam pewne moralne postulaty”. Konieczność ta wynikła stąd, jak skomentował „Die Zeit”, że ci, którzy do takich zadań zostali powołani – partie, politycy i ziomkostwa – dotąd tego nie uczynili[26].

Polskiej opinii publicznej nieznana jest reakcja niemieckich katolików na list biskupów polskich z 18 listopada 1965 roku. Podczas 81. Katolikentaguw Bambergu w 1966 roku wydana została „Deklaracja w sprawie wymiany listów między polskimi a niemieckimi biskupami”. Czytamy tam m. in.:

Niemieccy katolicy, którzy domagają się poszanowania praw swego narodu (…) zapewniają uroczyście, że ze wszystkich sił będą się starać, aby naród niemiecki respektował prawa do narodowej egzystencji narodu polskiego. Mamy bolesną świadomość, że również niemieccy politycy traktowali w przeszłości te prawa narodu polskiego jako przedmiot handlu w cudzym lub własnym interesie. Gdyby wszakże tego rodzaju myśli miały się w naszym narodzie odradzać, będziemy im już w zalążku energicznie przeciwdziałać[27].

Skromnym osiągnięciem tego przedsięwzięcia było uzyskanie poparcia grupy przedstawicieli wypędzonych.

Bez stworzonego fundamentu porozumienia niewielkiej grupy ludzi opartej na nadziei nie byłoby zbliżenia niemiecko-polskiego w aspekcie politycznym. Przesilenie umożliwione przez socjaldemokratyczny rząd Willy’ego Brandta doprowadziło do traktatu polsko-zachodnioniemieckiego i symbolicznego przełomu wyrażonego gestem pokory kanclerza RFN u stóp Pomnika Bohaterów Getta w Warszawie. Brandt wyznawał po latach:

Wobec katastrofy historycznej Niemiec, pod ciężarem milionów pomordowanych uczyniłem tylko to, co czynią ludzie, gdy mowa staje się bezsilna. Teraz, po dwudziestu latach, nie potrafię tego lepiej wyrazić niż jeden ze sprawozdawców: „Oto klęczy ten, który nie musi, w imieniu tych, którzy muszą, ale nie klęczą – bo nie mogą się odważyć, nie potrafią albo nie chcą się odważyć”[28].

W 1979 roku, w 40. rocznicę wybuchu wojny, po raz pierwszy dano wyraz publicznie pamięci o tym, co uczyniono Polakom. Odbyło się szereg uroczystości. Prezydium SPD ogłosiło z tej okazji oświadczenie, w którym stwierdzano między innymi, iż „żadne zadośćuczynienie nie może rzeczywiście zadość uczynić temu, co zostało w niemieckim imieniu popełnione na milionach ludzi. Bez wspaniałomyślności zamęczonych narodów i bez przebaczenia tych, którzy przeżyli piekło, nie byłoby dla niemieckiego narodu żadnego początku”[29].

30 sierpnia w audycji dla ZDF wystąpił kanclerz Helmut Schmidt, który mówił o długu moralnym i zobowiązaniach przyszłych pokoleń wobec Polaków. Dla „Bergedorfer Zeitung” kanclerz powiedział: „Pierwszy września 1939 roku jest datą, która wywiera wpływ na całe nasze życie… Nie ma innego wydarzenia, z którego tak wiele możemy się nauczyć”. W radio i telewizji wystąpił prezydent Karl Carstens, polityk chadecki. Rocznicę napaści na Polskę potraktował on jako okazję do wyrażenia współczucia dla niemieckich żołnierzy. Akcentował dylematy żołnierzy Wehrmachtu jako ludzi, którzy stawali wobec „wewnętrznego konfliktu”. „Większość z nich wierzyła, że walczy za ojczyznę (…). Ci, którzy stracili życie, zasługują na nasze wspomnienie, ze czcią tak samo, jak wielu Niemców, którzy jako cywile ponieśli śmierć w kraju”[30]. „Słowo dla pokoju” o niemieckiej odpowiedzialności za wojnę i jej konsekwencji wraz z apelem o politykę odprężenia ogłosił z okazji rocznicy Kościół ewangelicki w RFN razem ze Związkiem Ewangelickich Kościołów w NRD[31]. W oświadczeniu katolickich biskupów zachodnioniemieckich przypomniano o współodpowiedzialności całego narodu niemieckiego. Kościół dokonał samokrytyki. Dalej poszło natomiast prezydium Pax Christi,przypominając mało chlubne wystąpienia niemieckich biskupów nawołujących katolickich żołnierzy, by z całym poświęceniem wypełniali swe „obowiązki” wobec Rzeszy i Führera[32].

Partnerstwo pamięci?

Przesłanką pokoju miało stać się, jak zapowiadał traktat westfalski w 1648 roku, „nieustanne zapomnienie i amnestia”. Czy takie założenie sprzyja demokracji i pokojowi społecznemu? Jak sobie radzą dziś z westfalskim przesłaniem decydenci polityczni, badacze, elity opiniotwórcze? Na początku XX wieku garstka pacyfistów zastanawiała się, jak skutecznie przeciwstawić się wszelkiej wojnie. Niemieccy reformatorzy systemu edukacji przygotowali w reakcji na I wojnę światową projekty „nowego wychowania” „nowych ludzi”. Pojednanie narodów przez wychowanie okazało się jednak utopią. W 1927 roku powstał Światowy Związek dla Odnowy Wychowania, którego działania nie wytrzymały konfrontacji ze zmasowaną agitacją propagandy hitlerowskiej.

W ciągu minionych 70 lat pamięć Niemców o wojnie uległa głębokiej metamorfozie. Stała się ona zintegrowanym elementem demokratycznej tożsamości społeczeństwa zjednoczonych Niemiec. Dotyczy to zarówno sfery kultury politycznej, jak i symbolicznej. Większość przedstawicieli ugrupowań przesiedleńczych współtworzy dziś niemiecko-polskie partnerstwa miast, gmin, szkół, parafii. Nowa sytuacja nie oznacza bynajmniej, iż wiedza i pamięć o agresji na Polskę i historii niemieckiej okupacji w Polsce przestała antagonizować oba narody. Dla Polaków pluralizm i demokratyzacja pamięci są zjawiskiem stosunkowo nowym. Trudno nam pogodzić się z tym, iż między zbiorową pamięcią a indywidualnym obrazem mogą istnieć rozbieżności. Skończyła się epoka, w której obowiązywał jeden kanon wizji przeszłości. Przykłady rozrachunków na własnym narodowym podwórku pokazują różnice w realizacji polityki pamięci w odniesieniu chociażby do ofiar agresji niemieckiej i radzieckiej. Rządy demokratycznej Polski zagubiły proporcje w przywracaniu honoru tym ofiarom wojny, które władze PRL dyskryminowały jako „siły reakcyjne” związane z władzami II Rzeczypospolitej.

Wielość interpretacji i wizji stanowi wyzwanie dla władz i elit refleksyjnych po obu stronach granicy. Doświadczenie ostatnich dwudziestu lat uczy bowiem, iż nie ma jednej uniwersalnej recepty na kształtowanie kultury pamięci. Okazuje się, że efekty edukacyjne są nieproporcjonalne do ogromnego wysiłku rozlicznych niemieckich instytucji pozarządowych realizujących setki programów spotkań z polską młodzieżą i z historią niemiecko-polską. Badania przeprowadzone w 1994 roku pokazują, iż wizyty w obozach koncentracyjnych nie zawsze wpływają na wrażliwość młodego człowieka. 83% młodych Niemców uznało, że obozy koncentracyjne jako miejsca pamięci są ważne dla ogólnej edukacji, ale tylko 7% przyznało, że wizyta ta skłoniła ich do refleksji[33].

Doświadczenie uczy, iż nie da się wyjść z cienia przeszłości bez dialogu pamięci. Szacunek dla sąsiada i partnera potrzebuje wzajemności: wysłuchania i zrozumienia. Wymaga tego ludzka godność. Mądrej pamięci nie zaordynuje i nie nauczy ani polityka zagraniczna państwa, ani żaden instytut pamięci. To pojednanie poprzez wysłuchanie drugiej strony musi wyjść od ludzi. Tak jak inicjatywy przedstawicieli świeckich elit chrześcijańskich, jest ono aktem indywidualnym. Zakłada zrozumienie i współczucie dla cierpienia i krzywdy innych narodów w poszanowaniu prawdy historycznej. Ważna jest funkcja pamięci; dlaczego wspominamy, w jakim celu. Nie ma dobrej lub złej pamięci. Są tylko dobre lub złe motywy jej ożywiania[34]. Efekty pracy nad pamięcią zależą od tego, jak otwarte i obywatelskie jest społeczeństwo, jak przygotowane jest do partnerskiej debaty nad przeszłością, której nie można zapomnieć.


[1] Adolf Hitler, Sämtliche Aufzeichnungen 19051924, hrsg. E. Jäckel, A. Kuhn, Stuttgart 1980, s. 350–351.

[2] M. Domarus, Hitler. Reden und Proklamationen 19321945. Kommentiert von einem deutschen Zeitgenossen, Bd. II: Untergang (1939–1945), Würzburg 1963, s. 1355.

[3] Spora literatura niemiecka obszernie pokazuje rodowód uprzedzeń. Zob. m.in. M. Broszat, Zweihundert Jahre deutsche Polenpolitik, München 1963; M. Lammich, Das deutsche Osteuropabild in der Zeit der Reichsgründung, Boppard am Rhein 1978; D. Friedrich, Das Bild Polens in der Literatur der Weimarer Republik, Frankfurt a. M. 1984; Ch. Kleßmann (Hg.), September 1939. Krieg, Besatzung, Widerstand in Polen, Göttingen 1989; H. A. Jacobsen, Vom Polenbild in Deutschland, w: Wie Polen und Deutsche einander sehen. Beiträge aus beiden Ländern, hrsg. von H.-A. Jacobsen, M. Tomala, Düsseldorf 1973, s. 175–203. Z polskiej literatury przede wszystkim T. Szarota, Niemcy i Polacy. Wzajemne postrzeganie i stereotypy, Warszawa 1996; T. Kranz (Hg.), Die Verbrechen des Nationalsozialismus im Geschichtsbewußtsein und in der historischen Bildung in Deutschland und Polen, Lublin 1998.

[4] M. Domarus, dz. cyt., s. 1355.

[5] Za E.C. Król, Propaganda i indoktrynacja narodowego socjalizmu w Niemczech 19191945. Studium organizacji, treści, metod i technik masowego oddziaływania, Warszawa 1999, s. 542.

[6] Zob. m.in. J. Sobczak, Propaganda zagraniczna Niemiec weimarskich wobec Polski, Poznań 1973; M. Laubert, Nationalität und Volkswille im preussischen Osten, Breslau 1925.

[7] Wypowiedź tę uczynił tytułem swej książki J. W. Borejsza, „Śmieszne sto milionów Słowian…” Wokół światopoglądu Adolfa Hitlera, Warszawa 2006.

[8] Ch. von Krockow, Czas kobiet. Wspomnienia z Pomorza 19441947. Według relacji Libussy Fritz-Krockow, tłum. I. Burszta-Kubiak, Warszawa 1990, s. 38, 73.

[9] E. Wiechert, Rede an die deutsche Jugend 1945, München 1946.

[10] H. E. Wolf, Stellungnahmen deutscher Schüler zu osteuropäischen Völkern, „Kölner Zeitschrift für Soziologie und Sozialpsychologie“ 3, 1963, s. 496. Por. również K.-Ch. Becker, Einstellungen deutscher Schüler gegenüber Franzosen, Polen und Russen – Ein Beispiel zum Problem des Ost-West Gefälles der Vorurteile, „Kölner Zeitschrift für Soziologie und Sozialpsychologie“ 4, 1970, s. 737–755.

[11] „Was ich über Adolf Hitler gehört habe…“ Folgen eines Tabus: Auszüge aus Schüler-Aufsätzen von heute, hrsg. von D. Boßmann, Frankfurt a. M. 1977. Cytaty z rozdziałów m.in.: Hitlers Ämter, Politischer Werdegang, Der Zweite Weltkrieg.

[12] Polen – ein Schauermärchen oder Gehirnwäsche für Generationen. Geschichtsschreibung und Schulbücher. Beiträge zum Polenbild der Deutschen, hrsg. von G. Berndt, R. Strecker, Reinbek bei Hamburg 1971, s. 13.

[13] F. Gause, Deutsch-slawische Schicksalsgemeinschaft, Würzburg 1953, s. 291.

[14] Erklärungen zur Deutschlandpolitik. Eine Dokumentation von Stellungnahmen, Reden und Entschließungen des Bundes der Vertriebenen – Vereinigte Landsmannschaften und Landesverbände, Teil I: 1949-1972, bearb. von W. Blumenthal, B. Fassbender, Bonn 1984, s. 17–18.

[15] Szerzej zob. M. Brumlik, Wer Sturm sät. Die Vertreibung der Deutschen, Berlin 2005; Z. Mazur, Centrum przeciw Wypędzeniom (19992005), Poznań 2006.

[16] Zob. H. Welzer, Täter. Wie aus ganz normalen Menschen Massenmörder werden, Frankfurt a. M. 2005.

[17] Deutsche Politik in Polen 19391945. Aus dem Diensttagenbuch von Hans Frank, Generalgouverneur in Polen, hrsg. von I. Geiss, W. Jacobmeyer, Opladen 1980, s. 71.

[18] Rudolf Höß, Kommandant in Auschwitz. Autobiographische Aufzeichnungen des Rudolf Höß, hrsg. Von M. Broszat, München 1963, s. 134.

[19] Za P. Huemer, G. Schurz (Hg.), Unterwerfung. Über den destruktiven Gehorsam, Wien 1990, s. 43.

[20] H. Welzer, dz. cyt., s. 27.

[21] G. i B. Särchen, Adres: Mietek Pszon, Kraków, w: Polacy i Niemcy pół wieku później. Księga pamiątkowa dla Mieczysława Pszona, red. tomu W. Pięciak, Kraków 1996, s. 36.

[22] F. Magirius, „Znaki Pokuty” – próba bilansu, w: Polacy i Niemcy pół wieku później…, dz. cyt., s. 44.

[23] E. Busse, Moja Polska, w: Polacy i Niemcy pół wieku później…, dz. cyt., s. 66.

[24] Za E. Heller, 1965 – rok przełomu, w: Polacy i Niemcy pół wieku później, dz. cyt., s. 316.

[25] Tamże, s. 318.

[26] Za H. Hild, Jakie było oddziaływanie Memoriału Niemieckiego Kościoła Ewangelickiego (EKD)?, w: Od nienawiści do przyjaźni. O problemach polsko-niemieckiego sąsiedztwa, praca zbiorowa pod redakcją F. Pflügera i W. Lipschera, Warszawa 1994, s. 112.

[27] Auf Dein Wort hin, 81. Deutscher Katholikentag Bamberg 1966, ZdK, Paderborn 1966, s. 189.

[28] W. Brandt, Przyklęknięcie w Warszawie, tłum. Ł. Gałecki, w: Od nienawiści do przyjaźni, dz. cyt., s. 72.

[29] Za „Trybuną Ludu” nr 198, 24 VIII 1979.

[30] K. Carstens, Bundesrepublik hat sich der Friedenspolitik verschrieben, „Der Tagesspiegel”, 1 IX 1979, s. 1.

[31] Gemeinsame Kundgebung der evangelischen Kirche in Ost und West anlässlich des Kriegsbeginns vor 40 Jahren, „Deutsche Allgemeine Sonntagsblatt“, 26 VIII 1979, s. 9.

[32] Die Erklärung der deutschen katholischen Bischöfe und des Pax-Christi-Präsidiums zum 40. Jahrestag des Beginns des Zweiten Weltkrieges, „Frankfurter Rundschau“, 4 IX 1979, s. 10.

[33] Za R. Barlog-Scholz, Historisches Wissen über die nationalsozialistischen Konzentrationslager bei den deutschen Jugendlichen, Frankfurt a. M. 1994.

[34] Zob ważny głos w dyskusji M. Berek, Gutes oder schlechtes Erinnern? Die Notwendigkeit des Politischen in der Erinnerungskultur, w: Erinnerungskultur und Versöhnungskitsch, hrsg. von H. H. Hahn, H. Hein-Kircher, A. Kochanowska-Nieborak, Marburg 2008, s. 71–85.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata