|
ZDARZENIA – KSIĄŻKI – LUDZIE

Raport z utajonego miasta (fragment)
MARCIN CIELECKI
Gunnar S. Paulsson,
Utajone miasto. Żydzi po aryjskiej
stronie Warszawy (1940–1945)
Tłum. Elżbieta Olender-Dmowska
Znak, Centrum Badań nad Zagładą Żydów IFiS PAN, Kraków 2007
Były „trzy Warszawy”. Pierwsza to Warszawa
właściwa, zaangażowana, heroiczna,
walcząca albo rwąca się do walki. Jej
liczebność oceniano na 25 procent ludności
miasta. Znacznie większa, bo obejmująca
aż 70 procent, była „Warszawa państwa Kowalskich”
– bierna, pogrążona w stagnacji,
za jedyne pragnienie mająca przeżycie wojny.
I wreszcie trzecia, haniebna Warszawa,
z populacją 5-procentową. Jej mieszkańcy
odnaleźli się w nowej sytuacji, ich życie –
towarzyskie, finansowe, a nawet kulinarne
(w obfitującej w niedostatek stolicy!) –
rozwijało się w najlepsze. Dla nich koniec
wojny oznaczał koniec wszystkiego.
Jest rok 1942. Raport Delegatury Rządu
na Kraj opisujący „trzy Warszawy” nie
wspomina, że istnieje jedno jeszcze miasto.
„Utajone”. Jego ulice to ludzie, jego
adresy to pamięć, a ważne miejsca to nieraz
łut szczęścia, choć znacznie częściej
określona suma pieniędzy.
Wyobrażam sobie, że jedną z przyczyn napisania
przez Gunnara S. Paulssona Utajonego
miasta było postawienie sobie przezeń
kilku pytań. Jedno mogło brzmieć tak:
dlaczego w sterroryzowanej stolicy Polski
ukrywało się 28 tysięcy Żydów, czyli więcej
niż większość państw neutralnych przyjęła
w ciągu całej wojny (dość wspomnieć
Szwecję, która otworzyła granice tylko
dla 9 tysięcy)? Następnie mogło paść takie
oto pytanie: 28 tysięcy uciekinierów z getta
w kraju, gdzie za pomoc Żydom groziła
kara śmierci – dlaczego tak wielu? Zaś pytanie
kolejne mogło przybrać taką oto formę:
po aryjskiej stronie Warszawy przeżyło
11,5 tysiąca Żydów (z 28 tysięcy ukrywających
się) – dlaczego tak niewielu?
Uciekinierzy z getta zamieszkali w „utajonym
mieście” – bez oficjalnych adresów,
z fałszywą tożsamością. Miasto nie mogłoby funkcjonować bez siatki kontaktów, nici
ludzkich powiązań, strzępów znajomości.
„Utajone miasto” składało się z 28 tysięcy
Żydów oraz 70–90 tysięcy Polaków,
którzy im pomagali. W Warszawie przedokupacyjnej
liczba ludności żydowskiej
wynosiła około jednej czwartej mieszkańców
miasta. W czasie wojny kontakty międzyludzkie,
nawet po postawieniu muru,
nie zanikły całkowicie. Każdy Żyd miał po
aryjskiej stronie jakiegoś krewnego, przyjaciela,
znajomego, współpracownika…
Sytuację tę najlepiej opisuje stwierdzenie
przywołane przez Paulssona: „każdy Żyd
miał swojego Polaka, tak jak każdy Polak
miał swojego Żyda”. Ich wzajemne relacje
stawały się coraz słabsze wraz z przekazywaniem
ukrywających się w coraz dalsze
ręce. Wytworzona w ten sposób siatka
znajomych sięgała w każdy zakamarek
polsko-żydowskiej Warszawy. Oznaczało
to nie tylko bezpieczne schronienie, ale
także niebezpieczeństwo natrafienia na
żerujących szantażystów.
Więcej na łamach wrześniowego „Znaku”
Zamów numer
MARCIN CIELECKI, poeta,
publicysta, stały
współpracownik
miesięcznika
„W drodze”.
W następnym numerze:
HUMANISTYKA NA ROZDROŻU
POCZĄTEK STRONY |