Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 NAPISZ DO REDAKCJI

 

LIPIEC–SIERPIEŃ 2009, NUMER 650–651

Strona główna


 

POWIĘKSZENIA: ŚWIAT




Jak lew z tygrysem
(fragment)

TADEUSZ JAGODZIŃSKI


Zakończenie wojskowej fazy konfliktu między rządem a tamilską mniejszością na Sri Lance jest wymownym dowodem geopolitycznych przesunięć i zmian w światowym układzie sił.


W zamian za realne wsparcie udzielone rządowi Chińczycy rozbudowują już port w Hambantocie, w południowo- zachodniej części wyspy; w przyszłości pozwoli on im nie tylko przeładowywać swoje towary eksportowe, ale w razie potrzeby może stanowić strategiczne „okno na Indie”. Historycy, którzy zajmą się kiedyś dziejami tego konfl iktu, z pewnością zwrócą też uwagę na wzorcowe zastosowanie reguły „dziel i rządź” w stosunku do separatystów w roku 2004, kiedy to władzom udało się przeciągnąć na swoją stronę pułkownika Karunę, dowódcę Tygrysów na wschodzie Sri Lanki (w rejonie między portowymi miastami Batticaloa i Trincomalee). Był to punkt zwrotny: w szeregach LTTE wybuchła krótka wojna domowa, która poważnie osłabiła tę organizację, kontrolującą u szczytu swej potęgi (w drugiej połowie lat 90.) niemal jedną trzecią terytorium całego kraju. Dziś Karuna (jego prawdziwe nazwisko to Vinayagamurathi Muralitharan) jest ministrem ds. integracji i pojednania narodowego. Nie ulega wątpliwości, że w przewidywalnej przyszłości nie będzie mógł on narzekać na brak pracy. W prowizorycznych obozach dla uchodźców znalazło się bowiem ponad dwieście tysięcy Tamilów z rejonów, które w ostatnich miesiącach objęte były walkami.

Pamiętam, że dziesięć lat temu odwiedziłem jedno z takich miejsc – gdzieś między Anuradhapurą a Vavuniyą, na północy Sri Lanki. W obozie mieszkali tamilscy muzułmanie, którym ziomkowie spod znaku Tygrysów (większość Tamilów stanowią wyznawcy hinduizmu) nie dowierzali do tego stopnia, że kazali im się wynieść z rodzinnych wiosek w ciągu 48 godzin. Rząd w Kolombo również nie darzył ich szczególną sympatią, wegetowali więc od kilku lat w chatach o nieszczelnych bambusowych ścianach, które w porze deszczowej zachowywały się jak durszlaki. Na domiar złego ich dachy były kryte azbestem, a w okolicy roiło się od jadowitych węży, w które bosonogie dzieci czasem – ot, dla zabawy – rzucały kamieniami. Zdarzało się, że trafi ony wąż desperacko kontratakował, dzieci były za blisko, a szpital za daleko, żeby w porę wstrzyknąć antidotum. Mój kierowca i tłumacz, Syngalez żonaty z Tamilką, miał łzy w oczach po rozmowie z jedną z miejscowych matek, która w takich właśnie okolicznościach straciła kilkuletniego syna: nie zdążyli go dowieźć do kliniki, bo podróż się przedłużyła, gdy żołnierze niepotrzebnie przeszukiwali sa mochód na kilku posterunkach.

Więcej na łamach wakacyjnego „Znaku”

Zamów numer

TADEUSZ JAGODZIŃSKI, dziennikarz, b. pracownik Sekcji Polskiej BBC, absolwent London School of Economics and Political Science.



W następnym numerze:

SPÓR O II WOJNĘ ŚWIATOWĄ

POCZĄTEK STRONY

 

 

 


© Copyright by SIW ZNAK Sp. z o.o.
Strona wykonana przez Akrateia Inc.