|
POWIĘKSZENIA: ŚWIAT

Jak lew z tygrysem (fragment)
TADEUSZ JAGODZIŃSKI
Zakończenie wojskowej fazy konfliktu między rządem a tamilską mniejszością na Sri Lance jest
wymownym dowodem geopolitycznych
przesunięć i zmian w światowym układzie
sił.
W zamian za realne wsparcie
udzielone rządowi Chińczycy rozbudowują
już port w Hambantocie, w południowo-
zachodniej części wyspy; w przyszłości
pozwoli on im nie tylko przeładowywać
swoje towary eksportowe, ale
w razie potrzeby może stanowić strategiczne
„okno na Indie”. Historycy, którzy
zajmą się kiedyś dziejami tego konfl iktu,
z pewnością zwrócą też uwagę na wzorcowe
zastosowanie reguły „dziel i rządź”
w stosunku do separatystów w roku 2004,
kiedy to władzom udało się przeciągnąć
na swoją stronę pułkownika Karunę, dowódcę
Tygrysów na wschodzie Sri Lanki
(w rejonie między portowymi miastami
Batticaloa i Trincomalee). Był to punkt
zwrotny: w szeregach LTTE wybuchła krótka
wojna domowa, która poważnie osłabiła tę organizację, kontrolującą u szczytu
swej potęgi (w drugiej połowie lat 90.)
niemal jedną trzecią terytorium całego
kraju. Dziś Karuna (jego prawdziwe nazwisko
to Vinayagamurathi Muralitharan)
jest ministrem ds. integracji i pojednania
narodowego. Nie ulega wątpliwości, że
w przewidywalnej przyszłości nie będzie
mógł on narzekać na brak pracy. W prowizorycznych
obozach dla uchodźców
znalazło się bowiem ponad dwieście tysięcy
Tamilów z rejonów, które w ostatnich
miesiącach objęte były walkami.
Pamiętam, że dziesięć lat temu odwiedziłem
jedno z takich miejsc – gdzieś
między Anuradhapurą a Vavuniyą, na
północy Sri Lanki. W obozie mieszkali tamilscy
muzułmanie, którym ziomkowie
spod znaku Tygrysów (większość Tamilów
stanowią wyznawcy hinduizmu) nie
dowierzali do tego stopnia, że kazali im
się wynieść z rodzinnych wiosek w ciągu
48 godzin. Rząd w Kolombo również nie
darzył ich szczególną sympatią, wegetowali
więc od kilku lat w chatach o nieszczelnych
bambusowych ścianach, które
w porze deszczowej zachowywały się
jak durszlaki. Na domiar złego ich dachy
były kryte azbestem, a w okolicy roiło się
od jadowitych węży, w które bosonogie
dzieci czasem – ot, dla zabawy – rzucały
kamieniami. Zdarzało się, że trafi ony wąż
desperacko kontratakował, dzieci były za
blisko, a szpital za daleko, żeby w porę
wstrzyknąć antidotum. Mój kierowca
i tłumacz, Syngalez żonaty z Tamilką,
miał łzy w oczach po rozmowie z jedną
z miejscowych matek, która w takich właśnie
okolicznościach straciła kilkuletniego
syna: nie zdążyli go dowieźć do kliniki,
bo podróż się przedłużyła, gdy żołnierze
niepotrzebnie przeszukiwali
sa mochód na kilku posterunkach.
Więcej na łamach wakacyjnego „Znaku”
Zamów numer
TADEUSZ JAGODZIŃSKI, dziennikarz,
b. pracownik
Sekcji
Polskiej BBC,
absolwent
London
School
of Economics
and Political
Science.
W następnym numerze:
SPÓR O II WOJNĘ ŚWIATOWĄ
POCZĄTEK STRONY |