70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kiepskie prognozy dla nosorożców…

To nie jest tak, że zabraknie żywności. Ale w konkretnym miejscu pogorszyć się może sytuacja konkretnych ludzi. To jest nasz zasadniczy problem – nie to, że zniszczymy życie na Ziemi albo że wytępimy nasz gatunek, ale że obniży się poziom życia na dużych obszarach albo przynajmniej przestanie się podnosić, co jest zwykle percypowane jako jego obniżanie się.

Michał Bardel: Osiemdziesiąt lat temu Max Scheler, szukając dla człowieka odpowiedniego stanowiska w kosmosie, opisał nas jako zwierzęta nadzwyczaj słabe z fizycznego punktu widzenia, które tylko dzięki obecności ducha, intelektu potrafią nadrobić braki związane ze słabym wzrokiem, słuchem, niemal nieistniejącym węchem i innymi defektami cielesnymi. Czy w tym nadrabianiu zaległości nie posuwamy się dziś zbyt daleko? Jak po osiemdziesięciu latach zmieniło się nasze miejsce w kosmosie?

January Weiner: Przede wszystkim już samo postawienie sprawy przez Schelera jest fałszywe. Nie ma zwierząt lepszych i gorszych. Są takie, które są, i takie, które już wymarły. Te, które są, są wystarczająco dobre, czego dowodem jest to, że są. Znamy całe mnóstwo organizmów, które nic nie potrafią, nawet myśleć, a jednak jakoś sobie radzą na przestrzeni milionów lat. Można wręcz powiedzieć, że człowiek wyewoluował w kierunku pewnych umiejętności, których nie mają inne zwierzęta, i to zmniejszyło presję działania doboru naturalnego na cechy fizyczne. Człowiek nie musiał nadrabiać żadnych braków – mógł po prostu nie rozwijać pewnych umiejętności, bo dobór naturalny mu na to pozwalał.

Istnieje natomiast obawa, nierzadko podnoszona przez biologów, że oto jesteśmy świadkami czasów, w których ustała u człowieka ewolucja. W związku z tym gromadzą się cechy patologiczne, ponieważ dochodzą do rozrodu osobniki, które w warunkach pierwotnych nigdy by do niego nie doszły, przeżywają takie, które w normalnych warunkach nie byłyby zdolne przeżyć. Są oczywiście takie miejsca na świecie, gdzie dobór wciąż działa – wolelibyśmy jednak, by te miejsca tak nie funkcjonowały. Myślę o działaniu doboru naturalnego w Afryce, gdzie rozprzestrzenia się AIDS. Mówi się, że być może w drodze naturalnej ewolucji utrwalą się w populacji geny odporności na tę chorobę. Jeśli dzieci nie będą dożywały do rozrodu, rozrodu nie będzie i ewolucja ustanie.

Pamiętajmy jednak, że mówiąc o człowieku, mówimy o bardzo krótkim epizodzie w dziejach przyrody. To jest w końcu tylko kilkanaście tysięcy lat…

 

Dość jednak burzliwe kilkanaście tysięcy lat.

Wyłącznie z naszego punktu widzenia. Z punktu widzenia biologicznego jesteśmy gatunkiem, który chwilowo „buja” w przyrodzie i zupełnie nie wiadomo, co z nim będzie.

 

Mówiliśmy o miejscu człowieka w świecie zwierząt. A jakie jest jego miejsce dziś w relacji do całej przyrody, do biosfery? Jak wygląda bilans sił? Po której stronie jest przewaga?

Wszystko zależy od skali. Do tej pory wymarło 99,99 % wszystkich gatunków, które żyły około dziesięć milionów lat. Z punktu widzenia biosfery gatunek który żyje czterdzieści tysięcy lat, nie ma jeszcze nic do gadania. Człowiek jest tylko epizodem w historii świata. Człowiek biosferze nic nie zrobi. Bo to, czy na świecie jest gatunków trochę więcej czy trochę mniej, czy istnieją te czy inne, z punktu widzenia życia na Ziemi, które trwa prawie cztery miliardy lat, nie ma żadnego znaczenia. Oczywiście pojawiają się groteskowe, megalomańskie zupełnie pomysły, że człowiek może zniszczyć Ziemię. Udział człowieka w różnego rodzaju procesach w biosferze jest większy niż innych gatunków, to prawda, ale to nie znaczy, by mógł zagrozić normalnemu biegowi życia na Ziemi…

A na odwrót? Czy prawdopodobne jest, by sama przyroda obróciła się przeciwko człowiekowi, jak organizm, który poprzez wewnętrzną regulację próbuje zwalczyć nowotwór?

To są pomysły, od których biologowie zupełnie się dystansują. Zakładając, że przyroda może się obrócić przeciwko nam, nadaje Pan osobowość przyrodzie, zakłada Pan, że biosfera działa celowo, dba o swoją integralność, sama się reguluje…. A tak nie jest. Pojedynczne organizmy zbudowane są celowo, owszem, ale nie cała przyroda. Nie ma takiej celowości i nie ma wynikających z niej regulacji. Nie ma żadnych zadanych parametrów. A to, czy człowiek przetrwa czy nie przetrwa, to jest zupełnie inna sprawa. Większość gatunków wymarła, bo gatunki mają to do siebie, że powstają i giną. Będzie dobrze, jeśli osiągniemy przynajmniej średnią ssaczą, czyli kilka milionów lat, ale na razie jesteśmy na samym początku.

 

Skoro celowość w przyrodzie ogranicza się do pojedynczych organizmów, to na jakiej podstawie próbujemy przewidywać rozwój całej biosfery?

To jest znów problem skali. Nauki przyrodnicze zmierzają do tego, żeby wyjaśniać, czyli znajdywać związki przyczynowe. Te związki pozwalają przewidywać, to znaczy tworzyć hipotezy, potem je sprawdzać, testować. I to nam do pewnego stopnia wychodzi. Istnieją jednak układy nieliniowe, skomplikowane, w których działa wiele mechanizmów naraz, a efekty są nieproporcjonalne do przyczyn.  Jednostkowo można je dobrze opisywać, ale całościowo są trudne do ujęcia. Te układy mają jeszcze tę cechę, że ich stan w danym momencie determinuje stan następny, sytuacja cały czas się zmienia. Takiemu opisowi podlegają zjawiska  biosfery, zjawiska klimatyczne itd. Zatem choć zasadniczo jesteśmy zdolni do przewidywania skutków pewnych wydarzeń, to szczegółowe przewidywanie, co się zdarzy pojutrze, jest niemożliwe: zbyt wiele jest elementów do połączenia. Możemy powiedzieć dość dokładnie przy dużej skali ogólności, co się będzie działo z biosferą na przestrzeni bardzo wielu lat, ale nie możemy odpowiedzialnie prognozować, co nam się przydarzy w ciągu lat piętnastu.

To jest jedna strona medalu. Z drugiej strony pamiętajmy, że mówimy o tym, co człowiek zrobi. A to nie mieści się w domenie nauk przyrodniczych. Nauki społeczne nie mają, niestety, tej mocy przewidywania co nauki przyrodnicze. Tego, co ludzie zrobią, przewidzieć nie możemy.

Co się dotychczas udało ekologom przewidzieć i czemu udało się przeciwdziałać? Myślę na przykład o dziurze ozonowej. Wydaje się, że dość szybko zdołaliśmy problem zdiagnozować…

Tak, została wykryta i bardzo wcześnie została także wykryta przyczyna jej powstawania, tj. obecność freonu w powietrzu. Zrozumiano znaczenie problemu, zresztą ku zdumieniu tych, którzy walczyli o zapobieganie rozszerzaniu dziury ozonowej. A nie było wielkiego optymizmu. Ale wciąż do końca pewności nie mamy – dziura przestała rosnąć, a nawet maleje, ale może się okazać, że wpływa na to jeszcze coś innego, o czym nie wiemy. Niewątpliwie zwrócenie uwagi na to, że efekt cieplarniany może być wynikiem działania człowieka, to wielki sukces nauk przyrodniczych, które potrafiły pewne rzeczy pokazać dokładnie: na przykład jak wiele biosfera jest w stanie wyprodukować materii organicznej. To są liczby twarde. Możemy się zatem zastanowić nad tym, ile procent z tego potencjału możemy zabrać. Wydaje się, że zabieramy obecnie od kilkunastu do trzydziestu procent. To jest ogromna część produkcji biosfery. Nie ma innego źródła zasilania energetycznego i  pokarmowego dla istot żyjących na Ziemi. Możemy także powiedzieć, jaki jest bilans węgla. Węgiel, który krąży w biosferze, to jest sto miliardów ton rocznie. Sto miliardów ton jest wiązane i uwalniane w prawie domkniętym obiegu. To, co nas niepokoi, to skala tego niedomknięcia – jakieś dwa miliardy ton. Tego typu informacje pozwalają coś przewidzieć, na przykład że jeśli ten bilans nie będzie się domykał przez ileś tam lat, to średnia temperatura globu podniesie się o stopień–dwa.

Jaka  przyszłość widzi Pan przed ekologią?

W Polsce panuje pewne rozmycie pola semantycznego. Nie bardzo wiemy, co mamy na myśli, mówiąc „ekologia”. To dobrze, że istnieje ekologia rozumiana jako działalność ludzi zajętych ratowaniem środowiska; dobrze, że istnieje ekologia jako dziedzina nauki. Jeśli chodzi o tę drugą, widzę pewne kryzysy, które są w nauce źródłem optymizmu, bo jak jest kryzys, to można się spodziewać, że coś się będzie nowego działo. W dalszym ciągu nie wiemy, jak powstają wielogatunkowe zespoły organizmów określane po polsku mianem biocenozy; co gwarantuje ich stabilność i  czy w ogóle to pojęcie ma tu jakieś zastosowanie. Chętnie posługujemy się pojęciem niszy ekologicznej, ale okazuje się, że wciąż nie wiemy, co to takiego jest.

Jeśli natomiast chodzi o przyszłość ekologii w sensie społecznym, ekologii jako ochrony środowiska, to widzę jedną bardzo ważną rzecz, która musi się wydarzyć. Wydarzyła się już w świecie, a w Polsce ciągle nie. Myślę o udziale w tych działaniach socjologów, ekspertów rozumiejących i przewidujących ludzkie zachowania, rozumiejących, co stanowi dla ludzi prawdziwą wartość w odróżnieniu od wartości deklarowanej, bo to są czynniki, które będą miały realny wpływ na bieg przyszłych wydarzeń w przyrodzie.

Jak Pan postrzega naszą współczesną wrażliwość ekologiczną? Czy jej brak nie jest także istotnym problemem?

To jest problem natury ludzkiej. Biologia oczywiście tutaj także wniosła wkład w odsłonięcie natury ludzkiej, mechanizmów, które ją ukształtowały. Psychoanaliza dała pewne nieprecyzyjne intuicje, biologia ewolucyjna je dopracowała. Natura ludzka jest zasadniczym problemem. Dam przykład: mamy postęp techniczny, jeśli chodzi o zużywanie energii potrzebnej do przemieszczania się – samochody i inne pojazdy są coraz bardziej wydajne, zużywają jej coraz mniej. Więc powinno być coraz lepiej, a jest… coraz gorzej. Dlaczego? Dlatego, że kiedy możemy jeździć samochodem, który pali cztery litry na sto, to co robimy? Kupujemy sobie ciężarówkę z napędem na cztery koła, żeby zawieźć dziecko do przedszkola. Proszę zobaczyć, co jeździ po polskich ulicach. Tendencja do dominacji, tendencja do przejawiania agresji, które mają głębokie zakorzenienie w naszych – nazwijmy rzecz po imieniu – motywacjach seksualnych. I to powoduje, że nie udają się racjonalne metody gospodarowania zasobami. Co powinniśmy zrobić, żeby zwiększyć wrażliwość ekologiczną? Musielibyśmy jakoś stłumić nasze wrodzone motywy, żeby działać dla dobra wspólnego, a to jest bardzo trudne. Dobór naturalny nic takiego nie wytworzył, wytworzył ewentualnie mechanizmy współdziałania w maleńkiej grupie, najlepiej rodzinnej. Stuosobowe stadko spokrewnione albo dobrze zaznajomione ze sobą może działać w miarę solidarnie, ale stadko trzydziestomiliardowe przejawia to, co widzimy codziennie w telewizji – rozbieżne interesy.

Pytanie, co to znaczy mieć świadomość ekologiczną. Myślę, że w bardzo wielkim stopniu za motywację ludzi angażujących się w ochronę środowiska odpowiada system wartości etyczno-estetycznych, czyli całkowicie irracjonalnych, które nie mają nic wspólnego z zaspokajaniem elementarnych potrzeb. Kiedy mówimy o ochronie gatunkowej, o ochronie różnorodności, nikt się nie przyzna, że jest przeciw. Ale argumenty, których się używa, żeby przekonać nieprzekonanych, mają charakter pragmatyczny i to jest chyba błąd. Moim zdaniem naprawdę liczą się argumenty pozaracjonalne, bo te praktyczne są trudne do obrony: nie wiemy, czy różnorodność gatunków jest w świecie potrzebna czy niepotrzebna. Ludzie, którym z jakiegoś powodu potrzebne jest to, żeby w świecie żyły nosorożce i tukany, mają prawo do tego, żeby realizować te swoje aspiracje. Ale one są poza systemem podstawowych potrzeb. Tej świadomości nam brakuje, ale to pod warunkiem, że się umówimy, iż chcemy mieć wspólny spójny system wartości. Wtedy musimy ludziom uświadamiać te dodatkowe motywy…

To jest chyba rola nauk społecznych…

Żeby przynajmniej rozpoznać sprawę, a nie ulegać złudzeniom. Bo złudzenia są takie: w ramach deklaracji na ogólnym poziomie, wszyscy są za ochroną przyrody, wszyscy poprą prawo dotyczące ochrony gatunkowej, ale jak przychodzi do utworzenia chronionego obszaru, to mamy dylemat: tu motylek, tu czyjeś prywatne interesy. Ale sam motylek, sama przyroda nie mają z tym wiele wspólnego. Są ludzie, dla których motylek jest wartością, i ludzie, dla których ważniejsze są inne sprawy. To jest poza biologią, tym się powinna zająć socjologia.

Wspomniał Pan o wciąż nierozpoznanych mechanizmach powstawania biocenozy. Biocenozą nam najbliższą jest miasto, w którym większość z nas spędza i organizuje sobie życie. Czy miasto jest naturalnym środowiskiem dla człowieka?

To jest bardzo ciekawe. Imię Wilson wymyślił termin „biofilia”, który mówi o tym, że człowiek ma pewne wrodzone skłonności dotyczące swojego optymalnego miejsca w przyrodzie. W jaki sposób sprawdzić te skłonności? Najlepiej zobaczyć, jak żyją ludzie, którzy nie mają żadnych ograniczeń związanych z wyborem miejsca do życia, ludzie najbogatsi. Okazało się, że wybierają dom na wzgórzu, z rozległym widokiem na krajobraz przypominający sawannę i płynącą w pobliżu wodę. Taki jest powtarzalny wzorzec. Ale tych ludzi jest niewielu. Okazuje się, że zaspokojenie największej liczby potrzeb można znaleźć najłatwiej w mieście, bo wzgórz z widokiem na sawannę dla wszystkich nie starcza. Miasto to jest niestety nasza przyszłość. Wyobrażam sobie, że okoliczności naszego życia w przyszłości będą przypominały centrum handlowe, pod dachem izolującym od czynników atmosferycznych, których nie będziemy mogli już kontrolować. Tam będzie wszystko, cała rozrywka, przyrody na tyle tylko….

Przyroda znajdzie się wyłącznie gdzieś w rezerwacie…

Nie, będzie tam w środku, pod dachem. Ogród zoologiczny, wielkie akwaria, filmy przyrodnicze, na których przyrodę widać lepiej niż w naturze. Przecież jak się pojedzie w jakieś miejsce, które się widziało na filmie przyrodniczym, to tam nic nie widać, żyrafę można z daleka zobaczyć i tyle – a przed telewizorem można jej spojrzeć w oczy. To będzie w pewnym sensie paliatywne zaspokojenie naszych potrzeb, ale to się pewnie tak właśnie skończy. Na zewnątrz będzie zdegenerowane środowisko i być może rzeczywiście jakieś szczątkowe rezerwaty, o ile uda się je utrzymać, ale nie jestem w tej kwestii wielkim optymistą. Obawiam się, że nosorożce na swobodzie wyginą jeszcze za mojego życia.

A co z rolnictwem? Czy będziemy mogli sobie pozwolić na jego zaniedbanie?

Jeżeli będziemy się koncentrować w miastach, to uwolnimy teren pod uprawy. Rozproszona wieś gorzej eksploatuje teren niż skoncentrowana farma. Na pewno trzeba będzie pożegnać się z mrzonkami na temat unikania genetycznej modyfikacji żywności. Będziemy prędzej czy później zależeli od sztucznie hodowanej żywności. Być może będziemy musieli – nie na skutek ideologicznych argumentów wegetarian czy ludzi, którzy nam tłumaczą, że krowy produkują metan i powodują ocieplenie globalne, tylko dlatego, że mięso podrożeje – używać znacznie więcej pokarmów roślinnych, soja genetycznie zmodyfikowana zastąpi w zasadzie wszystko i za jakiś czas przestaniemy się na nią wykrzywiać.

Myślę, że jeszcze długo rolnictwo będzie w stanie zapewnić wystarczającą ilość pożywienia nawet rosnącej populacji ludności, ale to będzie się odbywało już pod całkowitą kontrolą. Tak jak powiedziałem, dwadzieścia-trzydzieści procent całej produkcji pierwotnej biosfery jest w naszych rękach, a będzie pewnie więcej. A to nie jest tylko cała żywność, jaką produkujemy, ale także prawie całe włókno, papier i bawełna. To wszystko jest produkowane przez organizmy, bardzo niewiele produkujemy materiałów wolnych od źródła organicznego, od zasilania przez fotosyntezę. Rolnictwo na pewno się zatem zmieni, ale to nie od przyrody będzie zależało, czy jest głód czy nie. Głód nie pojawia się tam, gdzie jest za mała produkcja, ale gdzie ludzie źle gospodarują.

Trochę gorzej jest z wodą. Jest jej ograniczona ilość, krąży w określony sposób, bardzo łatwo ją zepsuć, tak że nie będzie nadawała się do użycia. Oczywiście jest bardzo dużo słonej wody, ale przystosowanie jej do celów rolnictwa wymaga ogromnych nakładów energetycznych. Ponadto problem z wodą jest taki, że my polegamy na produkowaniu biomasy przez rośliny. A roślina nie została zaprojektowana do produkcji biomasy na eksport, dla człowieka. Roślina została zaprojektowana, jak wszystkie organizmy, do tego, żeby zrobić następną roślinę, mieć wnuki, mieć takie potomstwo, które będzie miało potomstwo. Rośliny pod tym względem bardzo różnią się od zwierząt. Zwierzęta są bardzo oszczędne, jeśli chodzi o użytkowanie wody, dlatego że mają pompkę. Od pierwotniaków począwszy, wszyscy mamy pompkę, w związku z tym możemy korzystać z zamkniętego obiegu wody w organizmie. Rośliny też muszą mieć obieg wody, ale są tak skonstruowane, że pobierają wodę z korzeni, a potem ją odparowują – to jest niesłychana rozrzutność. Jeśliby udało się człowiekowi zrobić taką „roślinę”, która będzie produkowała fotosyntetycznie biomasę przy zamkniętym obiegu wody, to będzie prawdziwy przełom.

Czy ktoś już nad tym pracuje?

Na pewno. Ale to jest taki rodzaj badania, że jeśli się nad nim pracuje na serio, to nie publikuje się wyników. Dopiero wtedy, kiedy się okaże, że stara technologia jest droższa, nadarzy się właściwy czas, by pochwalić się nową. Takie zbyt wczesne patenty kupuje się i chowa do szafy.

To tłumaczy sytuację z alternatywnym napędem dla samochodów…

Ślepa uliczka…

Zbyt duże byłyby podobno koszty przebudowania milionów stacji benzynowych.

Tak działa ewolucja: zapędza adaptację gatunków w ślepe uliczki. Nie ma takiego inżynierskiego planu, żeby wszystko globalnie optymalizować. Optymalizujemy tylko chwilowo: żeby mój ewentualny potomek był trochę lepszy od potomka mojego brata.

Jak dziś, w 2009 roku, wyglądalibyśmy, jak wyglądałby nasz świat, gdyby dwadzieścia lat temu ruch ekologiczny nie zaczął bić na alarm, na przykład w sprawie efektu cieplarnianego?

To jest bardzo trudne pytanie. Sądzę, że tego typu ruchy mają o wiele mniejszy wpływ na nasze działania, na działania państw i instytucji, niż nam się wydaje i niż byśmy chcieli. One bardzo często przewidują rozmaite wydarzenia i wskazują właściwy kierunek, ale dopóki nie ma presji twardych faktów, nic nie da się zmienić. Był czas, kiedy wydawało się, że pod wpływem ruchów ekologistycznych przerwane zostaną prace nad elektrowniami jądrowymi. Ale popatrzmy na to z punktu widzenia koncernów energetycznych, które miały w swoim ręku w niektórych krajach Europy zarówno energię jądrową, jak i klasyczną. „Nie chcecie energii jądrowej – mówił ich przedstawiciel – to dobrze, będziemy produkowali tę bardziej szkodliwą, tańszą”. Tak naprawdę zdecydował rachunek ekonomiczny: energia jądrowa stała się droga, bo ekologiści zaczęli żądać wysokich parametrów bezpieczeństwa.

Spróbujmy spojrzeć w przyszłość,  w rok 2025. Czy umiałby Pan zarysować możliwe scenariusze naszej relacji z naturą?

Nie mogę przewidzieć, co się zmieni do roku 2025 w naszej technologii. Gdyby mnie piętnaście lat temu zapytano o możliwość korzystania z telefonów komórkowych, to nie wiedziałbym, o czym mowa. Ale na pewno można powiedzieć jedno: pozostanie tendencja do zmian klimatycznych powiązanych ze zmianami biogeochemicznymi (nieustabilizowany bilans węgla w biosferze). One będą wywierały konkretny wpływ w konkretnych miejscach świata. My to odczuwamy jako tzw. uderzenia ekstremalne. Czy wyciągniemy z tego wnioski? Czy zaczniemy wreszcie zakopywać kable, zamiast je ciągnąć jak pajęczynę i po każdym wiaterku narzekać, że się pourywały – to już jest znowu kwestia dla socjologów.

Na pewno nic się nie zmieni w naturze ludzkiej. Nie znikną tendencje do ekspansji, do marnotrawstwa, które się z tym wiąże, dopóki ekonomia nie wymusi oszczędności i specyficznych zachowań. Do 2050 roku będziemy mieli jasność co do tego, jak się zmienił klimat. Nie wierzę w to, że będziemy mieli wpływ na zmiany klimatu, ale być może nauczymy się lepiej do nich przystosowywać.

I precyzyjniej je przewidywać

Tak, przewidywać i przedsiębrać środki zapobiegające skutkom.

Na przykład dotyczące przesuwania się stref upraw przy ocieplaniu klimatu.

Tak, wystarczy zmiana średniej temperatury o dziesiątą część stopnia. To są znów efekty ekonomiczne. Jeżeli utrzyma się tendencja do ocieplenia, to oczywiście nie spowoduje to jakichś wielkich katastrof, ale może się okazać, że zmieni się granica geograficzna obszaru opłacalności poszczególnych upraw. Na przykład ziemniaki trzeba będzie podlewać. Są kraje, gdzie się podlewa ziemniaki i są kraje, w których pomysł podlewania ziemniaków spowodowałby katastrofę ekonomiczną. Za tym pójdzie emigracja. To już trwa. Jeżeli na polskiej granicy pojawiają się Tamilowie, to będzie oznaczało, że mamy już wędrówkę ludów. To nie jest tak, że zabraknie żywności. Ale w konkretnym miejscu pogorszyć się może sytuacja konkretnych ludzi. To jest nasz zasadniczy problem – nie to, że zniszczymy życie na Ziemi, albo że wytępimy nasz gatunek, ale że obniży się poziom życia na dużych obszarach albo przynajmniej przestanie się podnosić, co jest zwykle percypowane jako jego obniżanie się. To spowoduje natychmiast zmiany i napięcia społeczne – tego bym się najbardziej obawiał. Poza tym na pewno będzie trwało tępienie gatunków.

No właśnie, które z gatunków podzielą los nosorożców, a które przeciwnie – gwałtownie się rozprzestrzenią?

Nawet nie wiemy, ile jest tych gatunków – zakładamy, że od kilku do kilkunastu milionów. Generalnie – historycznie rzecz biorąc – liczba gatunków rośnie. Tempo powstawania nowych przewyższa tempo wymierania istniejących. W tej chwili mamy epizod z niewątpliwym udziałem człowieka, w którym liczba gatunków maleje, bo zmieniamy siedliska, bo eksploatujemy bezpośrednio, bo wprowadzamy obce gatunki, które dewastują lokalne układy. To będzie trwało jakiś czas, ale nie wiemy, z jakimi skutkami. Na wszelki wypadek próbujemy wszystkim wmawiać, że jest to szkodliwe i to oczywiście ma sens – bo jeśli nie wiemy, co się może wydarzyć, lepiej temu zapobiegać.

Na pewno będzie przyrastała liczba ludności. I nawet jeżeli prawdą jest, że krzywa wzrostu ludności nie wznosi się już tak stromo jak do niedawna, to takie epizody już się zdarzały i okazały się krótkotrwałe. Nawet jednak gdyby to była prawda, to na razie mówimy o zmniejszeniu stromości tej linii. Demografia nam mówi, i nic na to nie poradzimy, że jeśli chcemy mieć długie życie i stałą liczbę ludności, to proporcje wiekowe będą takie, jakie nam grożą w Europie, tj. przewaga ludzi starych, ludzi w wieku poprodukcyjnym. A jeżeli chcemy mieć lepszą proporcję wiekową, to populacja musi rosnąć. Musi zajmować nowe tereny, wpływać na ekosystem, na lokalną różnorodność. Na pewno pożegnamy się w związku z tym z kilkoma gatunkami zwierząt.

Dlaczego właśnie z nosorożcami?

Bo potrzebują dużej przestrzeni, to z jednej strony, z drugiej natomiast padają ofiarą maniaków, którzy potrzebują tych nosorożców nieżywych. Pocieszam się tym, że odkrycie viagry z czasem może polepszyć sytuację tych zwierząt, że uda się przekonać prawie niepiśmiennych kacyków, iż działa ona skuteczniej niż sproszkowany róg nosorożca. Ale to może zająć sporo czasu i możemy nie zdążyć…

Jest coś takiego w człowieku, że jeśli gdzieś się zadomowi, to odczuwa jakiś rodzaj przymusu, żeby natychmiast wytępić miejscową faunę.

To jest niestety prawda. My w tej chwili zaczynamy na szczęście działać trochę bardziej racjonalnie – wiemy, że jeżeli się coś zbyt mocno eksploatuje, to od następnego roku nie będzie już co eksploatować. Tak jak z dorszem atlantyckim, którego już nie ma i nie da się odrodzić stada, bo został całkowicie odłowiony,  czy ze słynnym „blitzkriegiem”, jakiego człowiek dokonał, wchodząc do Ameryki przez przesmyk Beringa. W bardzo krótkim czasie ją zajął, a front rozprzestrzeniania się białego człowieka na tym lądzie pokrywał się z frontem tępienia dużych stad. Wciąż na Bałtyku mamy problem z utrzymaniem równowagi. Umawiamy się, że będziemy odławiali określoną ilość, wszyscy oszukują, a niektórzy dodatkowo strajkują, walczą, żeby mieć prawo do jeszcze większych połowów. Ale jeśli złowią więcej, za dwa lata nie będą mieli w ogóle co łowić. To się nazywa w literaturze ekologicznej „tragedy of the commons”. Był taki słynny artykuł Garretha Hardina z lat 60., w którym użył metafory z pastwiskami gminnymi w Anglii. Umawiano się na odpowiednią liczbę zwierząt na wspólnym pastwisku, ale i tak każdy sobie wprowadzał jeszcze jedną dodatkową owieczkę i w rezultacie pastwisko znikało.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata