70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jak lew z tygrysem

Ostatni akt trwającego od ponad ćwierć wieku dramatu na Sri Lance rozegrał się w pierwszej połowie maja na niewielkim skrawku ziemi na północy wyspy w pobliżu miejscowości Mullaitivu. A dokładnie na kilku kilometrach kwadratowych dżungli, odgrodzonych od oceanu laguną i płaską, piaszczystą plażą, gdzie za usypanymi z ziemi szańcami zdziesiątkowane siły Tamilskich Tygrysów usiłowały bronić ostatniej reduty przed ofensywą wojsk rządowych.

Sama końcówka tego starcia była wyjątkowo paskudna. Wprawdzie na miejscu nie było niezależnych świadków, ale wszystko wskazuje na to, że tamilscy separatyści, od miesięcy wycofujący się przed jednostkami lankijskimi (w przeważającej mierze rekrutującymi się z syngaleskiej większości), gnali przed sobą w charakterze „żywych tarcz” tysiące cywilów. Po drugiej stronie wietrząca pełne zwycięstwo armia nie wahała się użyć moździerzy i śmigłowców bojowych… 18 maja było już po wszystkim. Świat obiegły fotografie martwego Velupillaia Prabhakarana,  przywódcy Tygrysów,  który ponoć usiłował wyrwać się z okrążenia w ambulansie. Na jego charakterystycznej, wąsatej twarzy – z nienaturalnie szeroko otwartymi oczami – malował się wyraz bezgranicznego zdumienia. Jakby nie mógł uwierzyć, że to już… Razem z nim w ostatniej bitwie obok setek szeregowych bojowników (i nieznanej liczby cywilów) mieli zginąć prawie wszyscy polityczni i wojskowi liderzy LTTE (Tygrysów Wyzwolenia Tamilskiego Ilamu).

Na ulicach Kolombo, stolicy Sri Lanki, zaczęto fetować prezydenta Mahindę Rajapaksę, który – wbrew apelom zachodnich stolic i organizacji międzynarodowych – doprowadził ofensywę do końca i mógł ogłosić „eliminację terroryzmu”. Demonstranci skandowali słowa podziękowania dla… Chin, które wspierały władze lankijskie militarnie (sprzęt) i dyplomatycznie (zabezpieczenie przed niekorzystnymi decyzjami ONZ), umożliwiając im w ten sposób konsekwentną realizację ponad półtorarocznej operacji przeciwko Tamilom. W tym sensie zakończenie wojskowej fazy konfliktu między zdominowanym przez Syngalezów rządem a tamilską mniejszością na Sri Lance jest wymownym dowodem geopolitycznych przesunięć i zmian w światowym układzie sił. W zamian za realne wsparcie udzielone rządowi Chińczycy rozbudowują już port w Hambantocie, w południowo-zachodniej części wyspy; w przyszłości pozwoli on im nie tylko przeładowywać swoje towary eksportowe, ale w razie potrzeby może stanowić strategiczne „okno na Indie”. Historycy, którzy zajmą się kiedyś dziejami tego konfliktu, z pewnością zwrócą też uwagę na wzorcowe zastosowanie reguły „dziel i rządź” w stosunku do separatystów w roku 2004, kiedy to władzom udało się przeciągnąć na swoją stronę pułkownika Karunę, dowódcę Tygrysów na wschodzie Sri Lanki (w rejonie między portowymi miastami Batticaloa i Trincomalee). Był to punkt zwrotny: w szeregach LTTE wybuchła krótka wojna domowa, która poważnie osłabiła tę organizację, kontrolującą u szczytu swej potęgi (w drugiej połowie lat 90.) niemal jedną trzecią terytorium całego kraju. Dziś Karuna (jego prawdziwe nazwisko to Vinayagamurathi Muralitharan) jest ministrem ds. integracji i pojednania narodowego. Nie ulega wątpliwości, że w przewidywalnej przyszłości nie będzie mógł on narzekać na brak pracy. W prowizorycznych obozach dla uchodźców znalazło się bowiem ponad dwieście tysięcy Tamilów z rejonów, które w ostatnich miesiącach objęte były walkami.

Pamiętam, że dziesięć lat temu odwiedziłem jedno z takich miejsc – gdzieś między Anuradhapurą a Vavuniyą, na północy Sri Lanki. W obozie mieszkali  tamilscy muzułmanie, którym ziomkowie spod znaku Tygrysów (większość Tamilów stanowią wyznawcy hinduizmu) nie dowierzali do tego stopnia, że kazali im się wynieść z rodzinnych wiosek w ciągu 48 godzin. Rząd w Kolombo również nie darzył ich szczególną sympatią, wegetowali więc od kilku lat w chatach o nieszczelnych bambusowych ścianach, które w porze deszczowej zachowywały się jak durszlaki. Na domiar złego ich dachy były kryte azbestem, a w okolicy roiło się od jadowitych węży, w które bosonogie dzieci czasem – ot,  dla zabawy – rzucały kamieniami. Zdarzało się, że trafiony wąż desperacko kontratakował, dzieci były za blisko, a szpital za daleko, żeby w porę wstrzyknąć antidotum. Mój kierowca i tłumacz, Syngalez żonaty z Tamilką, miał łzy w oczach po rozmowie z jedną z miejscowych matek, która w takich właśnie okolicznościach straciła kilkuletniego syna: nie zdążyli  go dowieźć do kliniki, bo podróż się przedłużyła, gdy żołnierze niepotrzebnie przeszukiwali samochód na kilku posterunkach. Kobieta mówiła o tym beznamiętnie, a później – za pośrednictwem mego towarzysza – dopytywała mnie, czy podoba mi się jej urokliwy kraj. Ów kierowca (nie pamiętam już, jak się nazywał, zdaje się, że miał na imię Sunil) nie był typem szczególnie emocjonalnym, ale ta wymiana zdań zrobiła na nim duże wrażenie. Z nutą rozpaczy w głosie tłumaczył mi potem zawiłości bratobójczej, w gruncie rzeczy, wojny, w której obie strony w celach propagandowych posługiwały się symbolami mocarnych zwierząt (na fladze państwowej Sri Lanki widnieje lew, a na czerwonych sztandarach LTTE – czarny tygrys), całkowicie obcych miejscowej faunie. Z racji rodzinnych powiązań Sunil doskonale rozumiał złożoność sytuacji; zdawał sobie sprawę z dyskryminacyjnych praktyk wobec Tamilów czy z brutalności rządowego aparatu bezpieczeństwa, ale wiedział też o bezwzględnych metodach Tygrysów, którzy z fanatyczną determinacją udoskonalali metody samobójczych zamachów, podkładali bomby w zatłoczonych pociągach i bezlitośnie mordowali umiarkowanych działaczy tamilskich. Wyobrażam sobie, że musiał mieć mieszane uczucia, obserwując eksplozję radości na ulicach Kolombo, gdy ogłoszono zwycięstwo w wojnie z LTTE.  Zapewne nie czuł wielkiego żalu z powodu przedwczesnej śmierci Prabhakarana i jego kompanów, ale chyba sobie zadawał pytanie, czy władzom wystarczy wyobraźni i wielkoduszności, żeby ten wojskowy triumf zamienić w trwały pokój.

7 czerwca 2009

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata