70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Artyści i ich opiekunowie

Książka Joanny Siedleckiej może zasmucić choćby z tego względu, że uderza w  ludzi, których podziwiamy jako znakomitych artystów. Nie będę ukrywał, że zwłaszcza przypadek Włodzimierza Odojewskiego (choć od pewnego czasu znana była w ogólnych zarysach historia jego kontaktów z SB) dotknął mnie szczególnie.

To naturalne, że chcemy, aby cenieni przez nas literaci byli nieskazitelni, by nie tylko jako koryfeusze pióra, ale i jako ludzie okazali się godni szacunku. I choć stara to prawda, że wybitni twórcy często prowadzili żywot nienadający się, by stawiać go jako wzór dla młodzieży, wolimy o niej nie pamiętać. Przygnębiać musi fakt, iż to inteligencja, elity dały się złamać (ale też to właśnie one znajdowały się na celowniku władzy i Służby Bezpieczeństwa). Korci, żeby powiedzieć, że wśród delatorów przeważali autorzy drugo- i trzeciorzędni, najróżniejszej maści hochsztaplerzy, miernoty intelektualne i artystyczne. Choć do pewnego stopnia jest to konstatacja prawdziwa, nie rozwiązuje jednak problemu. Co bowiem począć z takimi przypadkami jak Andrzej Kuśniewicz? Niewątpliwie  współpraca z SB w niczym nie umniejsza rangi jego powieści, ale pamięć o niej pozostawia jakiś niesmak.

Teczki z IPN zawierające donosy oraz materiały oparte na podsłuchach są lekturą odstręczającą. To wiedza o ludzkich słabościach, wadach i przywarach, od których nikt z nas nie jest wolny. Drobne uszczypliwości, złośliwości pośród literatów nie są zjawiskiem rzadkim, często wynikają z zazdrości zawodowej. I choć nie stanowi to zapewne powodu do chwały, nie należy ich demonizować ani nimi epatować. Winniśmy się do tego przyzwyczaić, a wypowiadane niepochlebne opinie ludzi pióra o kolegach niekoniecznie muszą odpowiadać ich autentycznym przekonaniom. Przytaczanie tego typu sądów przez Siedlecką in extenso i nieopatrywanie ich choćby krótkim jednozdaniowym komentarzem jest błędem. Dla przykładu weźmy uwagi Stanisława Dygata o Jerzym Andrzejewskim wygłaszane w rozmowie telefonicznej z Tadeuszem Konwickim. Zawsze twierdziłem, iż Andrzejewski należał do prozaików przecenianych w PRL. Czym innym jednak jest wartość artystyczna jego dzieł, a czym innym postawa światopoglądowa, co do której też można mieć obiekcje, ale należy pamiętać, iż był to człowiek inwigilowany i niszczony przez władze, a dodatkowo przez chorobę alkoholową. Zresztą w tym fragmencie książki, w którym Siedlecka omawia działalność agenta „33” (Kazimierza Koźniewskiego), słyszymy nieraz o Andrzejewskim nękanym telefonami, przesyłkami pocztowymi z cegłą w środku. Równie niesprawiedliwe i stronnicze są wypowiedzi Dygata i Adama Michnika o Stefanie Kisielewskim. Czy jednak do końca odpowiadają ich rzeczywistym uczuciom, wyrażają ich stanowisko? Śmiem twierdzić, że nie. To często poryw chwili, efekt aktualnych animozji, pod którymi kryła się jednak uznanie dla publicysty „Tygodnika Powszechnego”.

Do grona tanich chwytów retorycznych zaliczyłbym wydobywaną przez Siedlecką niewspółmierność pomiędzy filosemicką tkanką prozy Kuśniewicza a jego donosami, w których wyciąga on żydowskie pochodzenie poszczególnych literatów. Pomijając zasadność tego typu paraleli, nie pojmuję, co miałoby wynikać z dostrzeżenia podobnej „niekonsekwencji”. Czy jest to afront wobec literatury czy literata? Jeśli o tym mówię, to nie ze względu na szczególne przywiązanie do dzieł Kuśniewicza. Zawsze doceniałem skalę jego talentu, ale nigdy nie byłem emocjonalnie związany ani z osobą pisarza, ani z tym, co po sobie zostawił. Chciałbym jedynie upomnieć się o inny język dyskusji, inny sposób argumentacji. Tej miary autorka co Siedlecka nie powinna stosować tak łatwych zabiegów perswazyjnych.

Mam jeszcze jedną wątpliwość. Zapewniam, że nie jest ona rezultatem li tylko puryzmu językowego. Idzie mi o pewną manierę stylistyczną dającą o sobie znać co jakiś czas w wywodzie Siedleckiej. Rozumiem, że Kryptonim „Liryka” nie aspiruje do miana rozprawy naukowej, że przynależy do publicystyki, która rządzi się odmienną poetyką. Zastanawiam się tylko, czy to, co stanowi niewątpliwą zaletę świetnej publicystyki (ironia, drwina, sarkazm, subiektywizm i ekspresywność przekazu), jest czymś pożądanym w wypadku tekstów o tak drażliwej tematyce. Czy słowa „spluwa”, „koleś”, „mafia”, najróżniejsze zdrobnienia imion (Zbyszek Safjan, Jurek Łukaszewicz, Staś Kociołek) muszą się pojawić w tym kontekście. A oto inny przykład. Siedlecka przywołuje błagalne prośby Alicji Lisieckiej do władz polskich o możliwość powrotu do chorej matki. Pojawia się osoba generała Czesława Kiszczaka. Siedlecka przypomina wtedy, że Michnik nazwał swego czasu Kiszczaka „człowiekiem honoru”. Nie rozumiem, czemu ma służyć przytaczanie przy tej okazji stwierdzenia Michnika (z którego zresztą później się wycofał). Jedyna odpowiedź, jaka mi się nasuwa, to załatwianie jakiś indywidualnych porachunków przez naszą autorkę. Choć trzeba oddać Siedleckiej sprawiedliwość i powiedzieć, że potrafi ona powstrzymać swą pasję, wykazać się wyczuciem, pamiętając, by nieumyślnie nie zaszkodzić ofiarom delatorów. Gdy powołuje się na treść donosu Koźniewskiego informującego bezpiekę o pisarzu „interesującym się pornografią, kolekcjonującym tego rodzaju pisma, fotografującym się w najróżniejszych pozach”, nie mówi, o kogo chodzi.

Niewątpliwą zaletą publikacji Siedleckiej jest udostępnienie materiałów zamkniętych w archiwach IPN, do których przeciętny człowiek nie ma dostępu. Dziennikarka bez wątpienia wykonała żmudną i czasochłonną robotę. Kryptonim „Liryka” pod względem zgromadzonych informacji jest z pewnością pozycją znaczącą. Mnóstwo tu faktów nieznanych szerszemu gronu czytelników, a pewnie i osobom zajmującym się zawodowo literaturą. Nie wolno jednakże traktować książki pt. Kryptonim „Liryka” jako wyroczni czy podstawowego kompendium wiedzy o biografiach twórców. Problem bowiem w tym, że Siedlecka zatrzymuje się najczęściej na warstwie faktograficznej, szczegółowo przytaczając za kolejnymi teczkami zawartą tam wiedzę o ludziach i zdarzeniach. W swoim postępowaniu skupia się na wiernym oddaniu treści donosów (co dokumentuje dodatkowo, zamieszczając część z nich w postaci fotokopii). Rzadko natomiast zadaje sobie trud, aby spróbować odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ktoś donosił. Formułując rzecz bardziej precyzyjnie, gdy Siedlecka rozważa racje, jakie kierowały donosicielami, zwykle bezkrytycznie zawierza temu, co znajdzie w teczce. I nawet nie chodzi mi o to, że czym innym (Siedlecka wie o tym doskonale) jest odręczna notatka czy maszynopis z własnoręcznym podpisem, a czym innym zachowany w teczce tekst pochodzący od oficera SB relacjonującego przebieg rozmowy z TW czy KO. Irytuje brak odwołań do innych źródeł wiedzy o pisarzach niż te zgromadzone w IPN. Nie da się przecież wykluczyć, że pośród nich dałoby się znaleźć także dodatkowe względy tłumaczące ludzkie wybory; powody, które może jeszcze od innej strony ukazałyby delatorów, a w każdym razie uzupełniły to, co już wiemy z teczek IPN.

Po lekturze Kryptonimu „Liryka” nic się nie zmieniło w moich przekonaniach na temat lustracji. Jest dla mnie oczywiste, że nie da się każdego przypadku zmierzyć jedną i tą samą miarą. Wiem też, że dla radykałów różnej proweniencji stwierdzenie takie będzie w najlepszym razie rozmywaniem spraw ewidentnych, relatywizowaniem itd. Otóż tak nie jest. Nie tylko moralność chrześcijańska poucza nas, że należy zachować w sobie potrzebę indywidualnego podejścia do czynów i sprawców. Ocenianie z jednego tylko punktu widzenia – choćby w najlepszych intencjach – okazuje się błędne i fałszywe. Niepokoi mnie też umieszczenie w tej samej trzeciej części książki Kazimierza Koźniewskiego, Wacława Sadkowskiego, Aleksandra Minkowskiego razem z przypadkiem Włodzimierza Odojewskiego. Oprócz długości i intensywności słanych donosów dzieli ich wiele innych kwestii. Nade wszystko zaś charakter dostarczanych SB informacji. „WO” (pod takim pseudonimem zarejestrowała Odojewskiego bezpieka) nie należał – co przyznaje sama Siedlecka – do grona stachanowców ani nadgorliwców. W przeciwieństwie do Sadkowskiego nie sugerował wprost, jak należy szkodzić, aby skutecznie zaszkodzić. Do złożenia deklaracji o współpracy zmuszono go szantażem. Notabene wydaje mi się, że również przyczyny, dla których donosił Kuśniewicz, mogą być nieco bardziej skomplikowane niż te, które wydobywa Siedlecka.

Czy istnieją zatem „donosy” i „donosiki”? Czy zdrada nie zawsze jest zdradą?  Otóż jest, ale nie taką samą. Przypomina mi się sprawa Henryka Grynberga, którego „współpraca” z SB na tle historii przedstawionych przez Siedlecką niewarta jest nawet odnotowania. Ale i wśród tych, które znajdziemy na kartach Kryptonimu „Liryka” są przypadki o różnym stopniu uwikłania we współpracę i różnych wymiarach zdrady. Powtórzę raz jeszcze: nie można wszystkich ustawiać w jednej linii (np. „pokajanija” Agnieszki Osieckiej czy chwilowej słabości Krzysztofa Mętraka z wieloletnimi donosami Koźniewskiego).

Niejako naturalnym kontekstem porównawczym dla Kryptonimu „Liryka” zdają się być lata pięćdziesiąte. Staje przed nami szereg polskich prozaików i poetów oraz ich wątpliwe, moralnie podejrzane zachowanie w tym okresie. Co charakterystyczne, nawet ci, którzy zdecydowali się rozliczyć ze stalinizmem, czynili to niekiedy w sposób wykrętny. Sporo z nich po roku 1956 milczało albo mówiło niewiele na ten temat. Ale porównanie ze stalinizmem tylko pozornie wydaje się adekwatne. Rzecz nie w tym, że tak jak wtedy również i dziś nieliczni przyznają się do winy, a pośród nich rzadko kto ma odwagę spróbować zrozumieć swoje postępowanie (w tym aspekcie akurat analogie nie wydają się bezpodstawne). Idzie o coś bardziej zasadniczego, co sprawia, że nie da się symetrycznie zestawić postaw artystów w socrealizmie z zagadnieniem donosów dla SB. Różnica między latami 1949-1953 oraz Polską Władysława Gomułki i Edwarda Gierka czy też Wojciecha Jaruzelskiego jest widoczna gołym okiem. Poza tym problematyka donosów jest czym innym niż dyskusja wokół zaangażowania rodzimych artystów w stalinizm (pewnie jednak są tacy, którzy skłonni byliby wszystko zamknąć w jednym ogólnym pojęciu kolaboracji, zdrady itd.). Nie da się też jej wyjaśnić identycznym kluczem, choć zdarza się, że przywoływane są analogiczne argumenty.

Służba Bezpieczeństwa nie zmuszała nikogo, by donosił. Odmowa nie oznaczała bezpośrednich szykan. Oczywiście ktoś taki mógł się znaleźć „na celowniku” i istniało prawdopodobieństwo, że spotkają go jakieś przykrości, ale nie wiązało się z tym zwolnienie z pracy, pozbawienie środków do życia. Dlaczego więc ktoś decydował się donosić? Jeśli pozostawimy na uboczu metodę szantażu, to odpowiedzi może być kilka. Zacznijmy od tej najmniej ewidentnej albo najmniej przekonującej. Jeden z bohaterów Siedleckiej stwierdza, że czynił to ze względów ideowych, widząc w tym skuteczny sposób walki z przeciwnikami systemu. Nie przekonuje mnie ten argument. Musiałbym bowiem założyć, że w postępowaniu tego kogoś nie było nic z wyrachowania, nic z doraźnego zysku, a stopień oddania sprawie komunizmu był tak duży, iż decydował się on poświęcić swe znajomości i przyjaźnie (choć może słowo „przyjaźń” brzmi tu nieco dziwacznie). Siedlecka zdaje się uwypuklać powody o wiele bardziej prozaiczne, a przy tym wstydliwsze. Są one jednak poniekąd bardziej zrozumiałe. Zwykle bowiem łatwiej jest nam pojąć, że ktoś krzywdzi drugiego człowieka dlatego, że go nie lubi i tylko czyha na jego potknięcia. Niechęć, idiosynkrazja może brać się z zazdrości. Nic tak nas nie mobilizuje do działania – powiada Emil Cioran – jak powodzenie i sukcesy bliźniego. Do zaspokajania własnych ambicji, nadmiernej dbałości o karierę dodałbym skrywane kompleksy, strach, bezmyślność i głupotę.

Starając się zrozumieć intencje donosicieli, próbując różnicować poszczególne przypadki (poza ewidentnymi, jak Sadkowski i Koźniewski), jednocześnie nie mogę się opędzić od myśli, że wszelki donos jest czymś obrzydliwym. Czy można donosić i wierzyć, że się nikomu nie zaszkodzi (jak niekiedy tłumaczą się delatorzy), że nie zostanie to wykorzystane wcześniej czy później przeciwko temu komuś. Kryptonim „Liryka” pokazuje, jak pozyskane przez SB informacje posłużyły do werbowania innych, jak pisarze sami kopali pod sobą dołki, zastawiali (nieświadomie) pułapki na siebie.

Czy można było nie donosić? Albo inaczej – co mogło uchronić przed współpracą z SB? Siedlecka zdaje się sugerować, że zwykła przyzwoitość. Trudno nie przyznać jej racji. Ale przyzwoitość nie jest czymś abstrakcyjnym, z czegoś wynika, ma jakiś grunt, na którym się wspiera. Czego tu zabrakło? Oto pytanie, na które winniśmy sobie odpowiedzieć. Bo donos to również problem, dlaczego ktoś donosił, czego zabrakło w jego tkance psychicznej?

Kiedy się czyta książkę Siedleckiej, szczególnie drażni i zdumiewa (by nie użyć bardziej dosadnych słów) stosunek do własnej przeszłości osób bezpośrednio zainteresowanych. Czy można przez dwadzieścia lat donosić i czuć się przyzwoitym człowiekiem? Czy można tak załgać własną biografię, że nie jest się już w stanie spojrzeć na nią z boku i – tak jak to możliwe – obiektywnie? Gdzie podziała się owa artystyczna nadwrażliwość, owo wyczulenie na krzywdę? Czy skryła się za chęcią zrobienia kariery i zyskania poklasku? Po latach większość pisarzy, którzy dożyli upadku komunizmu i ma możliwość opowiedzenia prawdy, zaprzecza współpracy z SB. Ci zaś, którzy się przyznali, zwykle całą winę zrzucają na napastliwych i złych oficerów bezpieki, umieszczając się prawie zawsze w pozycji najlepszej z możliwych – ofiary systemu. Jest to poniekąd zrozumiałe. Niełatwo jest przyznać, że w tej gonitwie postawiło się na złego konia. Podobnie jak widzieć się w roli nie prześladowanego, ale pomagiera prześladowców.

Zastanówmy się przez chwilę nad statusem donosiciela. Jest to ktoś szczególnie niebezpieczny, bo ukryty, nierozpoznawalny. Najbardziej niebezpieczni byli oczywiście ci „niepozorni”, po których nikt by się nie spodziewał, że mogą współpracować z SB. W jakimś porządku delator jest kimś gorszym niż jawny pracownik aparatu represji. Tego ostatniego bowiem można łatwo zidentyfikować. Wyróżniłbym dwa typy donosicieli. Pierwszy wypada nazwać za Siedlecką „stachanowcem”. Nie tylko usłużnie informuje SB, wykazując się nadgorliwością w pracy, ale sam przejmuje inicjatywę, prowokuje swe ofiary, by zdobyć pożądane wiadomości. Służy pomocą w rozszyfrowywaniu dla bezpieki autorów drukujących pod pseudonimem w paryskiej „Kulturze”, sugeruje władzom, jak winny postępować z poszczególnymi osobami, jak ich rozpracowywać i unieszkodliwiać. Inną odmianę prezentuje „wyrobnik”. Różnica między nim a stachanowcem nie polega na częstotliwości korespondencji słanej do bezpieki, ale na postawie wobec ofiar i swoich mocodawców. Wyrobnik ograniczał się do tego, co usłyszał „przypadkiem”. Przynajmniej teoretycznie (choć to trudne do zweryfikowania) mógł zatajać część znanych mu faktów (np. te, które przekraczały granicę tego, co można, wypada powiedzieć).

Padną pewnie przy  okazji dyskusji wokół pracy Siedleckiej słowa „kolaboracja”, „zdrada”. Nie chcę po nie sięgać. Nie potrafię powiedzieć, czy była to kolaboracja i nawet nie próbuję sobie tego definiować w związku z problematyką donosów pisarzy do SB. Jestem zdania, że trzeba tę tematykę badać w mniej patetycznym, ale za to bardziej uchwytnym kształcie.

Lustracja w wypadku ludzi pióra (i w ogóle artystów) ma specyficzny charakter. Nie jest ona tym samym co lustracja polityków, urzędników, pracowników policji czy naukowców. Nie można przecież zakazać wykonywania tego zawodu tym, którzy donosili do SB. Nie można nikogo zmusić do tego, by przestał pisać. Po co więc wertować teczki Odojewskiego, Kuśniewicza, Koźniewskiego, Minkowskiego i innych? Dla tego samego powodu, dla którego wertuje się i analizuje materiały dotyczące innych epok i innych zdarzeń – by poznać przeszłość. Czy zdołamy wynieść z tego jakąś naukę moralną, to już inne zagadnienie.


Joanna Siedlecka, Kryptonim „Liryka”. Bezpieka wobec literatów, Warszawa 2008.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata