70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Idę korytarzem niewielkiego biurowca. Mam tu załatwić bardzo ważną sprawę, całe moje życie zależy od tego, co mi tu powiedzą. Stąpam po lśniącym parkiecie, który ktoś właśnie poleruje ciężką ręczną froterką. Moje tenisówki zostawiają zakurzone ślady.

Akurat czytamy wyciągnięte z półki Wspomnienia i zapiski profesora Hugona Steinhausa („Aneks”, Londyn 1992), wspaniałego opowiadacza – część tych notatek publikowaliśmy w „Znaku” jeszcze za jego życia i za moich czasów (nr 187–189, 1970).

Steinhaus pisze o austriackim urzędniku w Jaśle, który nie chciał towarzyszyć synowi w manifestacjach tęsknoty do wolności od austriackiego jarzma. „Polska – nie daj Boże! To dopiero byłaby tromtadracja”. Przeczucia go nie myliły.

Tromtadracja – znane mi słowo, zrozumiałe, choć niestety nie znam jego pochodzenia. Może onomatopeja? Dźwięczny odgłos trąb i werbli? Jaki by tu podać ekwiwalent? Napuszoność – no tak, ale to za słabe. Zakres chyba nie w pełni się pokrywa. Tromtadrację uprawiać to puszyć się na przykład ze swej polskości, manifestować ją z emfazą, w okolicznościach niestosownych albo i stosownych, ale przesadnie, z odcieniem szowinizmu, wynosząc swoje nad to, czego dokonali inni. Chwalić co swoje, koniecznie bardzo głośno, przyznając sobie prawo do robienia tego w porę i nie w porę.

Tromtadracja kojarzy się najpospoliciej z zarozumialstwem narodowym, pewnego rodzaju próżnością i przywiązywaniem nadmiernej wagi do publicznego okazywania uczuć patriotycznych. Jest to przeciwieństwo dyskrecji, którą zalecał Kasprowicz wyznający, iż rzadko na jego wargach jawiło się słowo ojczyzna – nie każdemu, nie zawsze wypada go używać.

Historia dostarcza amunicji dla potężnych salw tromtadracji. Biją one z różnych okopów. Obok tromtadracji ogólnopatriotycznej występują też tromtadracje partykularne, kombatanckie, partyjne o specyficznym zabarwieniu. Mam wrażenie, że właśnie te kombatanckie budzą wyjątkowo silne zażenowanie, blokują zwykłe, ludzkie wspominki i pamięć, którą chciałoby się ożywiać.

Ale tromtadracja wyraźnie wkrada się w jeszcze inne uczucia. Bo co z religią?

Istnieją tromtadrackie postacie pobożności. Zgadzam się, religijność nie powinna być tłumiona, tak by miała przechodzić w postać ukrytą, bezobjawową. Ale sam Jezus zachęca do dyskrecji, do zamknięcia drzwi na czas modlitwy, do postów i umartwień nierzucających się w oczy. To Jezus wskazuje na obłudę, nieszczerość zachowań, które można by w naszych czasach określić właśnie jako tromtadrackie (por. Mt 6).

Różne natchnienia i pobudki do uprawiania tromtadracji wzmacniają się wzajemnie, koegzystując bardzo harmonijnie. Prowadzi to do supernapuszoności, przypominającej dławiącą eksplozję poduszki powietrznej.

Okno nadziei czy rozpaczy?

Kolejne okno do deponowania dzieci – z niebiesko-różową kołyską – zainstalowano w Białymstoku. Całe szczęście, że organizatorzy sami mówią o swojej nadziei, iż pozostanie bezużyteczne.

Ale to mało!

Pomysł tych „okien” pochodzi z czasów słabej świadomości spraw uwikłanych w niechciane macierzyństwo. Idea szansy dla podrzutków wyrasta z dziejów grzechu, z epoki ostrej i niemal powszechnej dyskryminacji matek i dzieci tzw. nieślubnych bądź pozamałżeńskich. Anonimowość aktu podrzucania niemowlęcia była alternatywą dzieciobójstwa. Czy i dziś tak jest? Dlaczego nie ma projektu sprawnej organizacji pomocy, akcji ocalania biologicznego macierzyństwa lub adopcji, bez przechodzenia przez etap podrzucenia i osadzenia w domu dziecka? Osadzenia na czas, który musi zaszkodzić! Lepsze są rodziny zastępcze na okres przejściowy, ale powinien on być maksymalnie krótki. Przeciw koncepcji anonimowości podrzucenia istnieje ważny argument, że oderwanie się od dziecka może nie być decyzją racjonalną, lecz krzykiem o pomoc. Nie jest dobrze, że tego krzyku nie możemy usłyszeć, zanim nieszczęście – porzucenie – stanie się faktem.

W wypadku potrzeby pomocy dla matki i dziecka chyba najlepiej przyjąć zasadę hojności, którą głosił Jacek Kuroń: lepiej czasem, a nawet często, dać się oszukać, lepiej udzielać pomocy od razu, a potem sprawdzać, decydować co dalej. Powinny być okna czy lepiej izby natychmiastowej pomocy, w których dałoby się też zachować anonimowość na zewnątrz, ale zarazem kontakt i możliwość pracy nad ratowaniem macierzyństwa. Za takim oknem, w takiej izbie potrzebna jest nie „Lalka”, lecz druga kobieta, typu tych z „La Strady” czy „Itaki”. Przecież dzieci podrzucane i podrzucające matki to osoby dla siebie nawzajem najbliższe, a tragicznie zaginione. Powinna istnieć ścieżka odzyskania się – a lepiej zapobieżenia utracie.

Sen

Idę korytarzem niewielkiego biurowca. Mam tu załatwić bardzo ważną sprawę, całe moje życie zależy od tego, co mi tu powiedzą. Stąpam po lśniącym parkiecie, który ktoś właśnie poleruje ciężką ręczną froterką. Moje tenisówki zostawiają zakurzone ślady.

W pokoju wśród biurowych roślin i komputerów kilka osób, panowie w ciemnych marynarkach, panie w tweedowych kostiumach. Wszyscy stoją i ja stoję przed ich kręgiem.  Przedstawiam wniosek, którego opis niosę w zmechranej tekturowej teczce. Teczka jest cienka, liczę, że mnie wysłuchają. Skoro nikt nie siada, muszę mówić krótko, ale tłumaczę, że młodzież wciąż potrzebuje miejsca dla swojej samoorganizacji wokół zainteresowań, że chcę poprowadzić klub, w którym to będzie możliwe. Mam doświadczenie, wiele lat, chcę pracować pro bono, chodzi o lokal jak najskromniejszy…

Nikt nic nie mówi, nikt nie wyciąga ręki po różową zmechraną teczkę z tasiemką. Patrzą na mnie, na kapotę, niezgrabne spodnie, brudne tenisówki.

Znikam z tego biura, ale ktoś mi mówi, że zaprowadzi mnie na miejsce, gdzie, jeśli zechcę, mogę pracować. To jest długi drewniany barak. Taki jak te, co zostały po wojnie, gdzie mieszkali robotnicy przymusowi. Wchodzimy od tylnej ściany szczytowej. Ten barak to chyba szkoła. Stoją rzędy składanych krzeseł, jak w kinie. A za barierką szary tłum czekających na miejsce na tych krzesłach.

Uderza mnie duszne powietrze pod nagrzanym dachem baraku. I zapach, od którego dawno odwykłam, zapach nędzy, stęchlizny, potu, dawno niemytych ciał.

No to jak? – pyta przewodniczka. Szczęśliwie budzę się.

Joasia Pamiętająca

A jednak  czasem miewam sny. Tytuł niedawno wznowionej książki rozmów Joanny Wiszniewicz (Wydawnictwo Czarne, 2009). Mowa o snach jej rozmówcy. Właśnie jej można było przyznać się do snów, w których wraca przeszłość. Świat nie potrafi udźwignąć jej ciężaru… A ona ciągle trwa w niezatartym odbiciu gdzieś w ludziach, głębiej niż świadomość.

Joanna Wiszniewicz jako rozmówczyni milcząco brała ją w siebie, żeby nieść razem i udostępnić innym – jeśli okażą uwagę, przyłączą się do słuchania.

Rozmawiałam z nią o bohaterze książki, Aleksie, i o sztuce tego typu rozmów. Mówiła uczestnikom warsztatów dziennikarskich, że właściwie to jest proste, że nie ma żadnych „tajników”, sposobów czy recept pozwalających nawiązać kontakt. Chodzi o to, by nie przeszkadzać, nie mącić pracy rozmówcy, który zagląda w siebie, przywołuje to, czego doznał. Pomoc Joanny w kształtowaniu tekstu była delikatna, dyskretna. Stapiała się z tym, co słyszy, redagowała tekst, wcielając się w autora wypowiedzi, znikając w jego personie. Tak na pewno było z rozmowami z Aleksem. Mogliśmy to zaobserwować, słuchając nagrań i porównując je z opracowanym tekstem. Sądzę, że tak też powstawał materiał, który stał się tomem Życie przecięte (Wydawnictwo Czarne, 2008). Ten tom to 780 stron.

Teraz,  po śmierci Joanny, nie umiem nazwać jej pracy inaczej jak uczynkiem miłosierdzia, jeszcze jednym takim do umieszczenia obok „głodnego nakarmić”. Bo trzeba wysłuchać, wpisać w pamięć. Trudno pogodzić się z faktem, że tu, gdzie pełniciele takich uczynków są nieustannie potrzebni, teraz jest o jednego mniej.

Dobrze, że Joasia Pamiętająca jest pamiętana. Żeby jej wciąż dodawać blasku, trzeba czytać Życie przecięte. Opowieści pokolenia Marca. Ta lektura obciąża wiedzą, że wszystko jest możliwe. Ale też podnosi. W jaki sposób? To tajemnicza sprawa. Joanna Wiszniewicz nigdzie tego nie pisze, nie mówi, zbyt zajęta słuchaniem. Dla mnie jest to jednak oczywiste, że przez swój trud ona i jej rozmówcy umożliwiają trwanie solidarności międzyludzkiej. Pamięci zawsze będą różne, ale może być między nimi zbawcza komunikacja.

Z dawnych tekstów (ciąg dalszy)

Ewangelia

Wciąż jest rok 1975. Kolejna „rozmowa przy ogniu” (poprzednia w numerach kwietniowym i majowym). Czy te rozważania zachowały aktualność? Czy mylę się, sądząc, że mogą się komuś jeszcze przydać? Kontynuacją są „samorekolekcje” w moim „Myślenniku” (http://halinabortnowska.blox.pl).

Ewangelia to nie jest książka. W tekstach zwanych „Ewangeliami” (według Mateusza, Marka, Łukasza i Jana), w Listach Apostolskich, w Dziejach, w Apokalipsie przekazana jest Ewangelia, czyli Dobra Nowina. Wokół tej Nowiny zbiera się przez wieki Kościół. Ta Nowina, ta Prawda, oznajmienie, wiadomość, przeznaczona dla nas, skupia nas razem.

Ewangelia to wiadomość, Prawda, Droga, którą jest Jezus.

Niby to oczywiste, ale bywało zapominane: Ewangelia to nie tylko słowa Jezusa i słowa o Jezusie, ale On sam, ze wszystkim, czym jest i co czynił wśród nas. On sam: Żyjący.

Uczniowie różnych innych mistrzów, poza wskazówkami jak żyć, otrzymują od nich także inny jeszcze dar – towarzystwo, szansę wędrowania razem. Projekt życia zgodny z Ewangelią musi być jakoś projektem mojego pójścia za Jezusem, „naśladowania” Go, czyli wybrania Jego Drogi, tej, którą On szedł.

Ale to jeszcze nie wszystko. Zadanie naśladowania Jezusa mógłby sobie postawić także człowiek niewierzący, na którym życie Jezusa wywarło wrażenie. Uznawać Jezusa za ideał – to nie to samo co znać Go. Próg wiary przechodzimy wtedy, gdy nasz projekt życia jest projektem towarzyszenia Jezusowi, który żyje, szukania Żyjącego i trwania przy Nim.

[ten łysy]

Nie wiem, czy ten próg potrafię przekroczyć, czy kiedyś znajdę się za nim. W czym się wyraża moje odnalezienie Żyjącego? I bycie z Nim? Na pewno nie chodzi o słowa, o deklaracje. Modlitwa – moja modlitwa czy nawet nasza – też jest tylko środkiem, choć jest najbliżej Odnalezienia. Odnalezienie jest poza słowami. Moja decyzja pójścia za Nim to wyciąganie rąk. Ale to, że te ręce nie pozostają puste – że wiara jest spotkaniem?… Przeczuwam, że chodzi tu o jakieś przejście. Może o przejście od Ewangelii jako tekstu, który mi mówi, jakie moje życie ma być, do Ewangelii jako faktu, który moje życie naprawdę już zmienia.

Mogę na przykład zgadzać się z prawdą ewangeliczną, że lepiej jest dawać aniżeli brać. Ale to jeszcze nie to samo co nasycić życie radością dawania, przeżyć tę radość, stać się „ochotnym Dawcą”.

Znać i akceptować ewangeliczne przykazania – nawet wraz z tym Nowym: „abyście się społecznie miłowali” – to jeszcze nie wszystko, nie cała substancja wiary, nie wszystko, co ma nam ona do powiedzenia w związku z projektem życia.

Ewangelia mówiąca o Zmartwychwstaniu tym się różni od wielu innych wzniosłych propozycji etycznych, że ogłasza pełne i ostateczne zwycięstwo Dobra, któremu zdecydowaliśmy się służyć. Zmartwychwstanie Jezusa jest początkiem, potwierdzeniem Obietnicy, że miłość ostatecznie oznacza życie.

[pani w wiatrówce]

Może by wystarczyło dać przykazania? Są piękne, słuchając ich bez żadnych obietnic, biorąc na siebie ostateczne ryzyko, bylibyśmy bardziej bezinteresowni. Widzę piękno takiej bezinteresowności. Ale zarazem jej niemożliwość: Bóg, jeśli jest, jeśli jest taki, jakiego Jezus ukazuje – a innego Boga nie chcę – taki Bóg nie powinien, nie może ukrywać się przed nami bardziej jeszcze, niż jest ukryty… Nie może ograniczyć się do próby ciemności. Musi chcieć spotkać się z nami, dawać nam radość.

Nie wiem, nie mam żadnej pewności, ale przypuszczam, że pomimo naszej znajomości z Bogiem mamy jednak szansę pewnej bezinteresowności. Bo wiara, którą Boga poznaję, rośnie we mnie dopiero jako „druga rzeczywistość”, karmiąca się moim ludzkim, „samodzielnym” poznaniem i wybieraniem dobra… Muszę najpierw dobra szukać, a więc powiedzieć mu już z góry TAK – i wtedy dopiero rozpoczyna się dla mnie możliwość wiary. Tak jest z pierwszym uwierzeniem, ale tak jest też i ze wzrostem wiary. Wciąż od nowa muszę w ludzkim świecie odkrywać wartości, które wiara „potem” potwierdzi.

Dobrze, że możliwy jest ten krok w ciemności – krok prowadzący ku wierze, ale poprzedzający jej Obietnice. Nie pragnę dobra dlatego, że z wiary wiem, iż Ono zwycięży. Pragnę go, bo jest Dobrem, poznanym tak cząstkowo, ale pociągającym mimo mgły, która je  przesłania. Nie wiem jeszcze, że Dobro jest nieśmiertelne, ale chcę, żeby żyło, stawiam na nie, chronię je.

Wiara mówi mi, że od początku nie jesteśmy sami – także czyniąc ten pierwszy krok – ale że jednak jest on nasz. I to jest darem Bożym – że możemy kochać najpierw bez pewności – nawet bez tej pewności, jaką daje wiara.

[chłopak w dresie]

Ewangelia nie jest książką. Ale czytamy ją w książkach. Nie znalibyśmy Ewangelii-Chrystusa, gdyby nie teksty, które przekazuje Kościół. Więc jeszcze trzeba przemyśleć, JAK je czytamy.

Co jest najważniejsze? Chyba to, że nikt nie czyta Pisma Świętego sam. W każdej chwili życia, w każdych okolicznościach, gdy bierzemy Biblię do ręki, zawsze towarzyszy tej lekturze tłum świadków, szepczących swój komentarz. Są to nasi współcześni i nasi poprzednicy w wierze, i wszyscy twórcy kultury, w której się wychowaliśmy. A także ci, którzy tę kulturę – przepracowaną przez nas – mają po nas odziedziczyć. Bo i oni, ci, którym przekazujemy zarówno kulturę, jak i oprawioną w nią Ewangelię – nie są bierni. I oni stawiają nam pytania, na które staramy się odpowiedzieć. Każdy z nas słyszy ten szept i poddaje się jego sugestii, choćby bezwiednie. Nie może być inaczej. Nasz dostęp do Ewangelii i nasze odczytanie Pisma jest uwarunkowane tym, kim jesteśmy, a o tym decyduje historyczna wspólnota. Nie można tego uniknąć. Zresztą – czemu mielibyśmy się buntować przeciw zakorzenieniu w historii, przeciw temu, że mamy własny język, własne doświadczenia i własne problemy? Ewangelia jest nam dana w historii i we wspólnocie i tak nas zbawia. Ważne jest nie to, by wyjść poza historię, lecz to, by właśnie odczytywanie Ewangelii kształtowało nasze dalsze uczestniczenie w historii.

Każde nasze osiągnięcie będzie nie czym innym, jak następnym ogniwem historii, ogniwem, które ma sens dzięki temu, że stanowi cząstkę łańcucha. Pozostajemy dziećmi swoich rodziców niezależnie od tego, czy kochając ich, przyjmujemy z radością to, że nasze życie jest dalszym ciągiem ich życia, czy też to dziedzictwo odrzucamy. Podobnie nasze odczytywanie Pisma jest zawsze uzależnione od tego, jak je odczytali nasi poprzednicy – a jednocześnie czytamy je nie tylko dla siebie, lecz także dla naszych dzieci, choćby jeszcze nienarodzonych.

Ci, co nas poprzedzili w wierze, słusznie nazywani są Ojcami: stosunek jest podobny. I to także – w kwestii naszego związku z nimi, w kwestii tradycji – aktualny jest ten sam problem: związek powinien być najściślejszy, przywiązanie jak najżywsze, gotowość do przyjęcia dziedzictwa, odpowiedzialność za nie jak najzupełniejsza. Ale jednocześnie trzeba być sobą. Dzieci, którym przywiązanie do rodziców odbiera prawo do własnego życia (czy też zwalnia od obowiązku samodzielnego projektowania tego życia), często nie dają rodzicom radości z wnuków… Mamy więc czytać Pismo tak właśnie – w łączności z poprzednikami, ale jednocześnie jako MY, wnosząc bez lęku własne pytania, własne widzenie rzeczy, które musi być inne.

Żywa tradycja jest systemem wzajemnej pomocy – pokolenia pomagają sobie w dosłyszeniu tego, co najistotniejsze. Zarówno głosy przodków (o ile włożymy pracę w ich zrozumienie), jak i głosy współczesnych, innych niż my, przede wszystkim głosy młodszych od nas, mogą nam pomóc w uchwyceniu – poprzez nasz czas – tego, co w Piśmie jest Dobrą Nowiną, Zbawczą Prawdą dla wszystkich czasów.

Każdy czas, każde doświadczenie na coś wyostrzają słuch, a na coś przytępiają. Dlatego w czytaniu Pisma potrzebna jest suma doświadczenia wielu ludzi, wielu czasów. Dlatego czytamy Pismo we wspólnocie Kościoła. Naprzeciw argumentom ludzkim, przemawiającym za wspólnotą, za wymianą, za porozumieniem między ludźmi w każdym odczytaniu ważnych świadectw, naprzeciw naszym oczekiwaniom wychodzi obietnica Jezusa: nasza wspólnota zbierająca się w Jego imię wypełniona będzie obecnością Ducha. Będzie więc czymś więcej niż sumą osób uczestniczących, z których każda wnosi swoją historię i swoją przyszłość. Duch Święty ostatecznie sprawia, że jest w tym naszym spotkaniu z Ewangelią owa upragniona bezpośredniość, kontakt ze źródłem, z jedynym pośrednikiem Jezusem. Ale osiągamy to, nie przekreślając historii. Nie poprzez złudzenie, że jesteśmy wolni od uwarunkowań w swym odczytywaniu – lecz przez miłość, miłość wzajemną stopioną z miłością Prawdy i poddaną jej.

Miłość dąży do tego, co umiłowane, i trwa przy tym. Wypełnia życiem słowa i pojęcia, ale nie daje się nimi skrępować. Miłość dociera, dotyka, jest w kontakcie – podczas gdy poznanie teraz tylko wskazuje, dąży, widzi (ale nie w pełni, lecz przez mgłę).

[ten łysy]

Jeśli to jest prawda, to czytanie Pisma jest czynnością „komunijną”, świętą, niesłychanie ważną. Dlaczego tak mało jest na nią miejsca w naszym życiu – konkretnie w moim?

Pewnie nie przeżywam dość silnie wspólnoty. Nawet podczas mszy świętej słucham tekstów raczej samotnie. Na przykład prawie nigdy nie rozmawiam o nich, choć przecież  nie tylko mnie muszą dawać czasem do myślenia i choć o własnych siłach nieraz wielu rzeczy zwyczajnie nie rozumiem.

Moje wyłamywanie się ze wspólnoty, brak troski o nią (ale także i jej obiektywna słabość w moim środowisku) są również przyczyną tego, że tak mało o Piśmie Świętym wiem. Zabrakło w porę wprowadzenia, nawet takiego dość technicznego – skąd które księgi, co oznaczają trudne niekiedy słowa. A już prawie zupełnie brak mi doświadczenia bezpośredniości kontaktu. Muszę dopiero nauczyć się modlitwy Pismem. Także sprawa obecności Ducha Świętego, Jego udziału w mojej pracy szukania Boga to dla mnie raczej teoria, tzn. prawda wiary, o której wiem, ale nie spodziewam się jej przeżyć, nie oczekuję takiego doświadczenia, wydawało mi się zarezerwowane dla świętych w dawnych wiekach. Tego nie można nauczyć się poprzez wykłady i książki…

[dziewczyna w okularach]

A jednak mamy przeżycia, które dają jakieś pojęcie, czym jest takie odnalezienie Prawdy, spotkanie z nią już wyrastające poza poznanie. Czasem, gdy bardzo nad czymś myślimy wspólnie, w niektórych chwilach w mojej rodzinie albo w rozmowie podczas dni skupienia – przychodzi taki moment, że już nic dalej mówić nie można i nie trzeba. Jesteśmy z tą Rzeczą, o którą chodziło…

Nasza liturgia powinna mieć w sobie przynajmniej miejsce na takie chwile. Może nawet kazanie mogłoby je zawierać – zwłaszcza jeśliby było homilią, a więc pomocą we wspólnym dosłuchaniu się Ewangelii, Ewangelii dla nas na dziś…

[dziewczyna z warkoczami]

Z różnych powodów zabieramy się do czytania Pisma Świętego. Można czytać z ciekawości – co też tam jest; aby dowiedzieć się tego, co jest potrzebne człowiekowi kulturalnemu. Biblia ma przecież znaczenie dla rozumienia dzieł literackich, obrazów, filozofii… Można też czytać z ciekawości bardziej „teologicznej” czy religijnej – aby poznać podstawy wiary. To już jest trudniejsze. Wszystkie rodzaje czytania są potrzebne i ciekawość nie jest zła, myślę jednak, że dla mnie najważniejsze jest czytanie „życiowe” – to, które przechodzi w modlitwę, w spotkanie z Jezusem, albo prowadzi do pytań osobistych (choć wspólnota ma w nich udział): jeśli taka jest Dobra Nowina – to jakie ma być moje życie? Czy ten jego projekt, jaki mam, jest dość ewangeliczny?

[chłopak, który rąbał drzewo]

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata