|

ZDARZENIA – KSIĄŻKI – LUDZIE
Gorzkie prawdy (fragment)
SŁAWOMIR BURYŁA
Barbara Stanisławczyk,
Czterdzieści twardych
Rebis, Poznań 2008
Mówiąc nieskromnie, przez ostatnie lata
przeczytałem sporo z tego, co się ukazało
na temat Zagłady. Są w tej grupie
teksty wspomnieniowe, reportażowe,
jest literatura piękna. O Czterdziestu
twardych wiedziałem od dawna, wszak
pierwsze wydanie książki Barbary Stanisławczyk
ukazało się dwanaście lat temu.
Nie potrafię dziś powiedzieć, dlaczego
wcześniej nie sięgnąłem po ten
tom. Raz czy dwa przejrzałem pobieżnie
jego treść, tak by się zorientować, czego
dotyczy. Wiedziałem więc, że chodzi
o ukrywanie Żydów przez Polaków. To
mi wystarczało.
Całkiem niedawno – bazując na utworach
prozatorskich i tekstach wspomnieniowych
– opublikowałem szkic o donosach
na Żydów. Gdybym teraz, po lekturze
Czterdziestu twardych, miał napisać
go od nowa, nie zmieniłbym nic w jego
zasadniczych fragmentach. Jedynie bardziej
wyeksponowałbym rolę strachu jako
jednego z powodów, dla których wydawano
Żydów. Tak się stało, że druga
edycja reportaży Stanisławczyk sąsiaduje
w czasie z polskim przekładem Daniela
w jaskini lwa Nechamy Tec. Autorka
biografii Oswalda Rufeisena czyni takie
oto wyznanie, które dobrze koresponduje
z treścią Czterdziestu twardych:
Oswald uważał, że podczas wojny każdy Żyd
miał obowiązek ratowania innych Żydów, i to
bez względu na ryzyko własne. Dla Polaka ratowanie
Żydów nie było ani powinnością, ani
obowiązkiem. Polak, który ryzykował własne
życie dla Żydów, dokonywał czynu wykraczającego
poza granice obowiązku. Niesienie ratunku
należałoby tutaj rozpatrywać na płaszczyźnie
moralnej wyższego rzędu, a zdradę
takiego czynu jako szczególnie zasługującą na
potępienie.
Jakże przejmująca i prawdziwa jest
książka Stanisławczyk. Reporterka unika
moralistyki. Jest do bólu szczera. To opowieść
o zwyczajnym-niezwyczajnym heroizmie,
o heroizmie, który onieśmiela, gdyż nie wije dla siebie wieńca laurowego.
Czytając króciutki tekst Pszczoły uciekają
od śmierci, nie sposób pozbyć się skojarzeń
z powojennym opowiadaniem Jerzego
Andrzejewskiego Przed sądem (ze
zbioru Noc, w którym znajduje się słynny
Wielki Tydzień). Poznajemy tam losy
dwóch Polaków, z których jeden nie wytrzymuje
przesłuchania i wydaje przyjaciela,
wskazując Niemcom miejsce, gdzie
w czasie wrześniowej ucieczki wycofujące
się formacje polskie zakopały broń. W finalnej
scenie zdradzony przebacza zdrajcy.
Andrzejewski przyprawia swą opowieść
niemałą dawką moralizatorstwa
i patosu. Kto chce poznać mniej wzniosły,
ale pewnie bardziej przekonujący obraz
ludzkich postaw w sytuacjach granicznych,
niech sięgnie po Pszczoły uciekają od
śmierci. Stanisławczyk przedstawia inwariant
zdarzenia, o którym traktuje Przed
sądem. Aresztowany Żyd załamuje się i podaje
hitlerowcom adres zagrody chłopa,
w której go ukrywano. Ginie od kuli żandarma,
wkrótce potem zostanie rozstrzelany
ów chłop – ojciec rodziny. Nie ma pojednania,
nie ma przebaczenia, jest tylko
gorycz, są niezagojone rany. Żona zabitego
chłopa nie potrafi zrozumieć, dlaczego
Żyd, któremu dali schronienie, ich wydał.
W tej opowieści nie ma pocieszenia
ani happy endu z żydowskimi pieniędzmi
w tle. Po wojnie nie zjawił się (bo niby dlaczego
miał się zjawić?) bogaty Żyd, by wynagrodzić
im krzywdę.
Więcej na łamach czerwcowego „Znaku”
Zamów numer
SŁAWOMIR BURYŁA, historyk
literatury,
adiunkt
w Instytucie
Filologii
Polskiej UWM
w Olsztynie.
POCZĄTEK STRONY |