70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Doły

Byłem wtedy dzieckiem, a dziecku trudno by było się obejść bez terenów niczyich, miejsc tajemniczych, zakazanych, czasem nawet trochę upiornych. Zabierzmy Tomkowi Sawyerowi i Huckowi Finnowi pieczary i cmentarz, Plac Broni chłopcom z tego placu, wyburzmy wszystkie opuszczone domy, uporządkujmy do końca parki, a pozbawimy dzieciństwo czegoś bardzo cennego.

Dzieciństwo, a może i wyrosłą z niego dojrzałość. Abyśmy zdrowi byli, potrzebujemy czegoś, co zaspokoi ciągotki dzikszej części naszego ja, którą nieprędko, mimo wszystkie t-shirty, e-booki i i-phone’y, zatracimy. Trzeba nam pożywki dla wyobraźni, może też po to, aby czasem uwolnić zamieszkujące ją stwory? Groźne, lecz nie nieprzyjazne, chyba że za długo je więzić. Nie chciałbym tu pozować na świętokrzyskiego Castanedę, ale potrzebujemy miejsc, które przechowają dla nas trochę magii. Lepiej nie mówmy tego nauczycielkom matematyki, lecz żeby nasze logiczne myślenie nie było li tylko rozumowaniem, powinno też być po trosze myśleniem magicznym.

Choć nie mieszkałem wśród ruin zamków czy nawiedzonych domów, miałem w dzieciństwie pod dostatkiem tych dzikich miejsc i nieoswojonych przestrzeni. W ich katalogu poczesne miejsce zająć by musiały tzw. Doły. Jeśli się zeszło kawałek tym miniwąwozem (który mam chęć ochrzcić Wąwozem Rekwirowicza) w kierunku Szewny Dolnej, to od razu za barem „Szewnianka” można było skręcić w prawdziwy wąwóz, i tu zaczynały się Doły. Zaraz na tyłach tej perły gastronomii wpadało się na pierwsze z dzikich wysypisk śmieci. W pewnym okresie mej małoletniości szczególnie cenione, jako że wśród barowych śmieci okresowo występowały, i to w dużej liczbie, kapsle od piwa. A wiadomo, jak niezbędne stawały się kapsle w maju, kiedy za sprawą Wyścigu Pokoju, a pewnie też samego maja, ogarniała chłopców kapslowa gorączka. Na to więc wysypisko skarbów przychodziło się przed lekcjami, albo już po szkole, szukać szczególnie udanych egzemplarzy przyszłych Hanusików, Mytników i Szozd. Nie tylko, że kapsli bywała tu obfitość, i nie dość, że znajdowało się czasem unikaty rzadsze niż „Okocim” czy „Żywiec”, to jeszcze częściej niż gdzie indziej można tu było spotkać dziewicze, idealnie gładkie kapsle, takie, jakie się otrzymuje, otwierając piwo nie otwieraczem, ale butelka o butelkę. Może to wprawna ręka bufetowej z „Szewnianki” sprawiała, że stąd właśnie wywodziły się gładziutkie przyszłe asy szos rysowanych patykiem na ziemi lub kawałkiem czerwonej cegły na betonie.

Wszedłszy w Doły, od razu znajdowałem się w innym świecie. Życie nabierało barw i głębi, jakbym opuścił się do kanionu Colorado. Rzadko widywało się tu ludzi, bo dróżka przez Doły i odchodzące od niej ścieżki prowadziły donikąd. Idąc dobre pół kilometra wzdłuż głównego wąwozu, można było wprawdzie wrócić do cywilizacji gdzieś aż na Górnej Szewnie, ale prostsza i łatwiejsza Droga wiodła tam po prostu szosą. Właściwie spotykało się tu wyłącznie osobników podejrzanych: mieszkańców pozbywających się chyłkiem śmieci, wagarowiczów, pijaków, chuliganów i młode pary próbujące tu postawić swój pierwszy, niezgrabny krok w chmurach. Może tylko Jarek Malanowski mógł całkiem legalnie i bez wzbudzania podejrzeń chodzić tędy, robiąc sobie mały skrót w Drodze ze szkoły, bo mieszkał zaraz za Dołami. Ale Jarek był to prymus i chluba nie tylko klasy, ale całej szkoły i byłby niewinny, nawet gdyby go przyłapano, jak unosi w Doły odrąbaną główkę dziewczęcia, które jeszcze się nań żali.

À propos tej dziewczynki, to swego czasu nad Dołami unosił się groźny duch Czopka. Czopek był to murarz, który przez pewien okres budował nasz dom, mając mego Ojca za pomocnika. Pamiętam, jak jednego dnia wzburzony Ojciec opowiadał, że Czopek o mało nie spadł z wysokości, ale w ostatniej chwili sprytnie się złapał bloczka do wyciągania na górę cegieł i cementu i tak na nim zawisł, że do dziś wisi tak w muzeum mojej wyobraźni, majtając nogami, a oczami prosząc o ratunek. Po kilku latach Czopek czy to zamordował kogoś, czy to pobił ze skutkiem, którego nie przewidział, czy też w inny sposób sprzeniewierzył się ideałom pionu murarskiego i kielni, w każdym razie powiadano, iż szuka go milicja i że podobno ukrywa się w Dołach. Gdzie istotnie było pod dostatkiem miejsc skrytych i na tyle romantycznych, że z powodzeniem mogły dać schronienie banicie czy nawet bandycie. W wysokich, prawie pionowych ścianach wąwozów można było czasem wypatrzyć minijaskinkę, w której nie tylko ciupaga, ale od biedy i Janosik by się zmieścił, gdyby nie to, że Janosik był wielki jak Marek Perepeczko. Ja swoją kryjówkę na czas wagarów miałem gdzie indziej i inną, wzorowaną chyba na wpuszczonych w maliny i porzeczki „siedzibach” z wczesnego, rycersko-indiańskiego okresu mej biografii. Od szkoły szło się tu niecałe pięć minut. I jeśli wejść w Doły nie z dołu, od strony baru, ale z góry, ścieżynką od kościoła, to zboczywszy z głównej ścieżki w prawo, wchodziło się na grzbiet sporej gromby, niezbyt zachęcającej, bo gęsto porośniętej ciernistymi krzakami. Ale w krzakach tych było sekretne przejście. Prowadziło ono do miejsca, gdzie zaraz miała się zacząć stromizna, ale przedtem wygniecione było w zaroślach całkiem przytulne gniazdko. Dzięki temu wszystkiemu, dotarłszy tu, można było powiedzieć światu „adieu”, a szkole to nawet co brzydszego, rozwalić się wygodnie w trudno dostępnej kryjówce z widokiem na dróżkę w dole i rozmyślać o niebieskich migdałach. Przychodziłem tu zawsze z nastawieniem kulturalnym, zaopatrzony w dobrą lekturę, a czasem i w mały tranzystorek. Radyjko nie odbierało chyba UKF-u, bo pamiętam, że wyczekiwałem dziewiątej, żeby włączyć jedynkę z zaczynającymi się „Czterema porami roku”, a przecież wolałbym chyba program trzeci. Te „Cztery pory roku” lubiłem zapewne dlatego, że wyczuwałem, że są prowadzone na żywo, a w latach siedemdziesiątych, o których tu mówimy, było to rzadkością. Do dziś skrzypliwe dźwięki Vivaldiego wywołują we mnie czasem nagły dreszcz tęsknoty za szkołą. Bo głupio iść na starość w krzaki z książką i radyjkiem bez konkretnego ku temu powodu, a pod przymusem to inaczej.

Kilka lat później, już jako uczeń liceum, w ramach wagarów przywiodłem w te Doły dwie koleżanki z klasy. Prawdopodobnie było tak, że bały się kręcić po Ostrowcu, gdzie mogliby nas zoczyć niepowołani świadkowie w rodzaju sąsiadów, więc opowiedziałem im o swoim azylu z czasów podstawówki. „Szesnastka” miała swoją wyimaginowaną pętlę na kocich łbach przedkościelnego placu, skąd w Doły mieliśmy rzut długopisem. Domyślam się zatem, że przyjechaliśmy „szesnastką” albo „czwórką” idącą dalej na Dolną Szewnę i domyślam się, że musiałem być poekscytowany dniem zakazanej swobody w dziewczęcym towarzystwie, choć tak naprawdę z tamtego dnia utkwił mi w pamięci tylko jeden epizodzik. Gdzieś między plebanią a zejściem w Doły zobaczyliśmy idącą nam naprzeciw postać, w której rozpoznałem nieco ode mnie starszego ziomka, który wprawdzie posiadał imię, ale jakoś wszyscy mówili do niego po nazwisku: Gromek. I powiedziałem pewnie coś w rodzaju:

– W porządku, to tylko Gromek, znam go.

Zbliżyliśmy się, w związku z czym i on się zbliżył. Zanim akt uroczystej prezentacji na dobre się rozpoczął, jedna z moich towarzyszek, a dam sobie pobory obciąć, że była to Monika Nowak, zagaiła:

­– Are you Bronek? – po czym obie zachichotały, jakby zobaczyły śmieszne zderzenie Harolda Lloyda z Busterem Keatonem. Była to bowiem niebywale zabawna zaczepka, wskutek której Gromek znalazł się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Widział, że dwie piękne miastowe dziewuchy mówią do niego, i pewnie nawet wiedział, że mówią po angielsku, ale nie wiedział co. A podobne szczęście mogło go już nigdy nie spotkać. W muzeum mej wyobraźni stoi od tej pory niepewny i ze smutno rozdziawioną paszczą. Na wieki, bo przykro mi, ale co było dalej, nie pamiętam, pamięć ludzka jest wybiórcza.

W ogóle często zatrzymuję się tutaj przy rzeczach, które leżą na pograniczu między zapamiętanym a zapomnianym. Jeśli jednak chodzi o wybiórczą pamięć, to chyba ma ona swoje powody, dla których niektóre fragmenty zdarzeń czy obrazów zachowuje, a inne wyrzuca? Domyślam się, jak mogło być, dlaczego z miłego dnia wagarów w osiemdziesiątym pierwszym moja pamięć przechowała tylko ten jeden okrawek. Może skumulowało się w tym epizodzie napięcie towarzyszące mi przez cały ów dzień, tu właśnie bolesne szydło wyszło na chwilę z worka. Przypomnę w tym miejscu, że Matka-natura dość narobiła różnic między nastoletnim gołowąsem a rówieśnicami, żeby tenże młodzieniec czuł się niepewnie na grząskim gruncie relacji niby koleżeńskich, ale jednak międzypłciowych, kiedy słońce świeci, rozgrzane chwasty duszno pachną, a hormony fedrują jak tysiące nagrzanych Wincentych Pstrowskich. Nawiasem mówiąc, za sprawą nieotrzymania promocji do następnej klasy i nie do końca przemyślanego przez dyrekcję rozłożenia „profili” szkolnych oddziałów, w tamtym roku wylądowałem miękko w klasie złożonej z samych dziewcząt (mając do wyboru to albo horrendum klasy biologiczno-chemicznej). Jakby tego wszystkiego było mało, natura poczyniła jeszcze jedną różnicę między mną a wesołymi wagarowiczkami. One były z miasta, a ja ze wsi! Wprawdzie moja rodzina zapuściła korzenie raptem sto metrów przed granicą oddzielającą Szewnę od Ostrowca Świętokrzyskiego, ale to „przed” przesądzało o przynależności do kultury wiejskiej, bo szkoła podstawowa i kościół parafialny, a także pochodzenie rodziców, ciągnęły młodzianka, który w dziwaczny sposób był mną, na stronę wsi. I w nastroju tamtego dnia musiało być coś podobnego temu odcinkowi Daleko od szosy, w którym na Leszka wieś przyjeżdżają wymuskane letniczki z miasta, a na nie tęsknie popatrują miejscowe chłopaki, podnosząc nad chwilę łby znad siewnika czy silosu z kiszonką. One zaś nie mogą się nadziwić, jakie to miejscowe chłopstwo pocieszne, na swój sposób może i sympatyczne, ale przede wszystkim pocieszne: w ubiorze, w obyczajach i w mowie. Kto wie, czy mowa nie jest tu najważniejsza, Leszek traci cały fason, kiedy panny tylko niepowstrzymanym chichotem odpowiadają na jego zagajenia typu „Sie panie częstują”, „Ładna pogoda, nie?” oraz „E, to może ja już lepiej jaki dowcip opowiem, co?”. I niedługo potem wyznaje wprost miejskiej anielicy: „Bo przy tobie widzę, że robię błędy w mówieniu”. Ja w opisywanym czasie byłem już w trakcie przekabacania się na mieszczucha, jako uczeń liceum nie miałem innej możliwości. Nie pamiętam, żebym się jej wstydził, ale na pewno coraz bardziej unikałem gwary, o której nie wiedziałem, że jest gwarą, a która wyłaziła z mojego języka niczym słoma z butów. Gromba, lotra, cywieje – dziś odszukuję nieliczne z tamtych słów i zabezpieczam troskliwie jak detektyw mikroślady. A wtedy się ich wyrzekałem i w ogóle starałem się mówić inaczej niż moi rodzice i ziomkowie. Nie wiem nawet, czy sobie to wtedy uświadamiałem, ale kiedy doszło do spotkania na ścieżce wiodącej w Doły, co najmniej podświadomie musiałem czuć się odpowiedzialny za całą swoją kulturę, której przedstawicielem los uczynił Gromka, i zapewne drżałem, czy zaprezentuje ją godnie. Siebie byłem już trochę bardziej pewny.

Skąd się wzięły Doły, tego nie wiem. Z dziewiętnastowiecznej Encyklopedii powszechnej wiadomo, że gdzieś w Szewnie była kopalnia rudy żelaza „Henryk”; opis ostrowieckiej huty z 1837 roku podaje bowiem: „Ruda żelaza do wielkiego pieca potrzebna dostarczana jest z własnej kopalni Henryk w Szewnie, tudzież kupowana z przyległych kopalni”. Nie sądzę jednak, żeby aż tak głęboko i szeroko ryto w ziemi, wydobywając rudę, choć znam się na tym tyle co kret na witrażach. Białe, jakieś takie wapienno-gliniane ściany tutejszych wąwozów sprawiały raczej wrażenie, że przeryła je woda. Wysuszone przez słońce i wiatr były kruche jak chałwa; kiedy zapuszczaliśmy się tu po lekcji religii w salce katechetycznej, ulubioną zabawą było rzucanie w nie kamieniami tak, aby odłupać jak największą bryłę tej gliny. W głębi Dołów było miejsce, gdzie od głównego wąwozu odchodziła dróżka w prawo zakończona ogromną niecką z białym klepiskiem, na którym stały liche zabudowania. Tam właśnie mieszkał pan Tarnowski, ten, co woził gówna. Nie lubił dzieci i zawsze przechodziło się cichaczem obok jego niesamowitej posiadłości. Było coś przejmująco ponurego w tej mrocznej dolinie. Jeśli traktować ją jako miejsce do zamieszkania, bo jako miejsce podchodów czy bitew na kasztany były to okolice pełne uroku.

Kiedy moje siostry opowiadały o domu, w którym straszy, też wyobrażałem go sobie jako stojący gdzieś w Dołach. W mojej wyobraźni był to dom z drewnianym gankiem, którego lufciki o powybijanych szybach kłapały na wietrze, a ten sam wiatr zrzucał z parapetów czy półek doniczki z zaschniętymi chabreziami kwiatów. W środku, gdzie wiatr nie miał dostępu, też się coś poruszało, prawdopodobnie bezcielesne cienie ofiar Czopka lub jeszcze gorzej, Zakrzewskich.

Obecnie Doły są ogrodzone. Nie wiem, czyją są własnością. Moim zdaniem świetnie by się nadawały na rezerwacik przyrody. Być może zajrzę tam kiedyś, żeby zobaczyć, co z nich zostało. Ale zrobię to inaczej niż pan pisarz, którego po szlakach młodości oprowadza delegacja miejscowego Koła Miłośników Zabytków i Nieboszczyków. Przeskoczę ogrodzenie po północy, z workiem ze zdechłym kotem na plecach, z długą rurą latarki na baterie R-20 i może z tranzystorem w kieszeni.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata