70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Mamy byc świadkami wiary. Rozmowa o Pierwszej Komunii Świętej

Pokolenie trzydziesto-, czterdziestolatków to często ludzie, którzy odeszli od Kościoła. Z tego się bierze coś w rodzaju duchowej schizofrenii, pęknięcia. Do pewnego czasu dziecko je znosi, wytrzymuje, zafascynowane jest jeszcze tajemnicą, ale potem zwykle nie otrzymuje wsparcia.

Jest Ksiądz duszpasterzem i katechetą przygotowującym dzieci do Pierwszej Komunii świętej. Co w tym przygotowaniu stanowi największą trudność?

Najtrudniej zachęcić do współpracy, do współdziałania. I stworzyć wspólnotę złożoną z bardzo różnych dzieci i ich rodziców czy bliskich, wspólnotę świadomie przygotowujących się i wspólnie oczekujących na przyjęcie tego sakramentu. Rodziców bardzo absorbują sprawy techniczne… „Co będzie? Ile to kosztuje? Fotograf, kamery… A dlaczego nie może być takich zdjęć?” Oczywiście, księża próbują robić dla nich katechezy, ale wygląda to trochę tak: „słuchamy, bo musimy”…

Rodzice interesują się głównie sprawami technicznymi, bo się na nich znają. A jeśli chodzi o duchowość, z reguły mają niewielkie w niej doświadczenie,  boją się jej… Czasami jest to dla nich sprawa zbyt intymna, czasami zaś – świat niezrozumiały, niepojęty. Zostawiają go księdzu i… dzieciom.

A gdyby jedną z form przygotowania były spotkania, podczas których ksiądz nie wygłasza konferencji, tylko rozmawia z rodzicami i wszyscy dzielą się swoimi oczekiwaniami, mówią, czym dla nich jest komunia?

To byłoby dobre. Można by też odprawiać częste msze święte z rodzicami i dziećmi. Widzę, że księża już to robią… Przy parafii mistrzejowickiej, gdzie mieszkam, raz w miesiącu organizowane są dni skupienia z dziećmi. I konferencje, i wspólna msza, ale nie w dużych, lecz w małych grupach. Jest trochę rodziców, którzy przeszli przez różne ruchy religijne. Oni znają mszę wspólnotową. Nie monumentalność, tylko bycie prawdziwie i blisko ze sobą.

Gdzie są jakieś więzi…

I gesty. Na przykład znak pokoju – i podanie ręki temu, kto stoi obok. A nie obcość wśród obcych twarzy. Jest taki ładny wiersz Wojciecha Bąka o Kościele: „łza, która się z obcych oczu sączy, jest łzą w moim adamowym oku, jest moją łzą…”. W małej grupie rodziców i dzieci można stworzyć wspólnotę i bliskość. Nie: osobno uczyć dzieci i rodziców, ale pracować wspólnie. Jest teologiczna konferencja dla rodziców i katechetyczna praca z dziećmi, potem trzeba to połączyć… Gdyby przygotowanie było wspólne, więcej mszy wspólnotowych, jakiś wyjazd, ognisko – wtedy naprawdę można by stworzyć wspólnotę rodzin dzieci przygotowujących się do komunii świętej, choćby nawet ta wspólnota miała istnieć tylko przez rok.

Oczywiście, zdarzają się ciekawe rzeczy. Kiedyś w czasie rocznicy Pierwszej Komunii ochrzciliśmy brata dziewczynki, która tę rocznicę obchodziła. Wszystkie dzieci były zgromadzone wokół jej maleńkiego braciszka. „Wy teraz macie pokazać temu małemu człowiekowi, jak wierzyć. On ma przy was wzrastać w wierze”. Nie ma lepszej katechezy. Dzieci widziały chrzest, dotknęły chrztu i niosą to dziecko w modlitwie. „Teraz my mamy mu zanieść Pana Jezusa”. Zupełnie inaczej niż w śpiewanej często podczas komunii piosence: „Panie Jezu, zabierzemy Cię do domu, nie oddamy Cię nikomu”. To jest, niestety, hymn egoistów.  Komu Cię nie oddamy?! Przecież właśnie o to chodzi, żeby się dzielić. Dać świadectwo tego, co Pan nam uczynił.

Pyta Pani o mądre przygotowanie. W każdej klasie są konflikty. Dziewczyna mówi: „Idę na drogę krzyżową”… A za chwilę do kolegi: „Ty, taki, owaki”… Pytam: „Co ty mówisz?”. „A bo mnie wnerwił!”. To jest antyświadectwo, które słyszy cała klasa. Ciągle powtarzam rodzicom: zwracajcie na to uwagę. Odwołujcie się do Ewangelii, do Jezusa – a nie do poczucia lęku („Bóg cię skarze…”) czy też do jakichś wyimaginowanych wyobrażeń, jak powinno się zachowywać dziecko przygotowujące się do przyjęcia tego sakramentu („Ministrantem jesteś…”, „Do komunii idziesz…” itp.).

Sprawa uwrażliwienia sumienia, umiejętność rozeznawania w materii grzechu jest zwykle przez dzieci rozpatrywana w kontekście wyliczenia wszystkich grzechów i rozważania: „A co się stanie, jeśli zapomnę albo zjem herbatnika?”.

Tymczasem chodzi o to, że jeśli przygotowujemy się na spotkanie z Jezusem, jeśli idziemy do kościoła, to przyjmujemy pewne zobowiązanie. Zobowiązujemy się do pewnej postawy.

Kiedyś podjęliśmy w grupie pierwszokomunijnej zobowiązanie do wzajemnej modlitwy. Co tydzień losujemy tego, za kogo będziemy się modlić, i  codziennie odmawiamy za niego dziesiątek różańca. Proszę zobaczyć: wyciągam los i natrafiam na tych, których nie lubię. Modlę się za nieprzyjaciół, za tych, z którymi sympatyzuję i nie sympatyzuję. Mogę na karteczce dostać imię kogoś, kogo akurat nie toleruję. Ale jest zobowiązanie, żeby się zań modlić. Oczywiście, nie jestem w stanie sprawdzić, czy dzieci rzeczywiście się za tę osobę modlą, ale chyba tak, bo mi o tym mówią. Czasami ktoś oddaje kartkę: „Ja nie chcę”… „Ale Bóg dał ci taką intencję – mówię. – On tego chce, żebyś się za tę osobę modlił, a ktoś inny modli się teraz za ciebie”.

Wracając do przygotowania do komunii: na pewno trzeba poświęcić sporo czasu na omówienie Dekalogu. Wyjaśnić, co się kryje za przykazaniami, tłumaczyć to na poziomie dostosowanym do dzieci. Wiadomo, że o pewnych rzeczach nie będziemy mówić, bo dzieci ich nie zrozumieją. Nie mają teraz problemów małżeńskich itp. Trzeba mówić, co jest przekroczeniem Bożego przykazania właśnie na ich poziomie. Weźmy dla przykładu kradzież: mówię im o zabraniu komuś jego rzeczy i o ich niszczeniu. Chodzi także i o to, by zrozumieć, że niszczenie własnych rzeczy też jest rodzajem kradzieży – kradzieży wobec innych, wobec biednych. To jest rozumienie pogłębione. Patrzę na ich świetne ubranka, „markowe ciuchy”, kupowane nietanio przez rodziców, i widzę, jak leżą byle gdzie, sponiewierane, traktowane jak szmaty. Oni nie szanują tych rzeczy. A tak szybko z nich wyrastają i można byłoby je przekazać komuś biedniejszemu. Kiedy mówię: „Jesteś złodziejem”, to ich dziwi: „Ja, jestem złodziejem? Jak to?”. 

Ktoś mógł z tych ubrań skorzystać… 

Dlatego właśnie organizujemy akcje odkładania własnych, nieużywanych już ubrań. Dzieci zaczynają mieć poczucie wartości tych rzeczy i przekazują je kuzynowi, sąsiadowi, koledze.

Albo inny przykład: „Nie cudzołóż”. Unikamy rozmawiania na ten temat, prawda? A przecież da się opowiedzieć dzieciom o szacunku dla ludzkiego ciała. Że jak byliśmy maluchami, to biegaliśmy golutcy po plaży, i to było normalne, naturalne. Kiedy rośniemy, nasze ciało się zmienia, zaczynamy odczuwać wstyd, nie rozbieramy się publicznie. Czujemy, że ciało, nasze ciało, jest tajemnicą. „Mama i tata nie mają przed sobą tajemnic, bo są mężem i żoną. Z ich miłości wy jesteście” – mówię im wtedy. Trzeba mieć szacunek dla siebie, dla tajemnicy swojego ciała. Nie trzeba tu szukać sensacji czy napięć. Nigdy nie widzę, żeby dzieci odczuwały w tym kontekście jakieś niepokoje czy dwuznaczności. W ten sposób trzeba „przejść” przez każde z przykazań. W teologii mówi się tak: jeśli umiesz przełożyć dogmaty teologii na język dziecięcy, to znaczy że coś z tego zrozumiałeś. Ale nie chodzi, broń Boże, o język infantylny…

Znałem kiedyś dziecko, które przez pół roku przed komunią świętą nie było na żadnej mszy. Jak dopuścić do komunii dziecko, które nie ma absolutnie żadnego doświadczenia religijnego? Ojciec tej dziewczynki nie wiedział, o co mi chodzi: „Ona ma w domu bozię… Aniu, pokaż księdzu bozię, którą masz… no, pokaż księdzu… Przecież ksiądz widzi – Ania ma bozię, a jak jeździmy do babci, to tam jest kapliczka i Ania tam chodzi. A na mszy ona się nudzi, powiedz, Aniu, jak się nudzisz… No, ale jak ksiądz wymaga – trudno, będziemy chodzić, ale mnie się zdaje, że to niepotrzebne rzeczy”. Był to skądinąd zamożny przedsiębiorca, a mówił takim właśnie językiem.

Zdarzają się też inne sytuacje, kiedy widać ignorancję, brak zrozumienia czy refleksji u dorosłych. Kiedyś wezwano mnie do chorego. Kiedy przyszedłem, okazało się, że ten człowiek już umarł. Pomodliłem się, ale nakrzyczałem na rodzinę, czemu tak późno mnie wezwała. Wtedy powiedzieli mi, że piętro wyżej jest jeszcze babcia i że może w takim razie ją też bym wyspowiadał. Wyspowiadałem więc babcię i powiedziałem, że pójdę po komunię świętą. A oni na to:  „Po co ksiądz będzie chodził? Ułamiemy kawałek opłatka z wigilii i ksiądz da go babci”. Naprawdę – dorośli ludzie potrafią tak myśleć. Zaciera się poczucie sacrum. Zaciera się prawda teologiczna, rozumienie istoty: że to jest komunia święta, Jezus Chrystus obecny w Eucharystii. 

Dzieci miewają rozmaite sytuacje życiowe i rodzinne. Tym, które widzą, że rodzina żyje w duchu Ewangelii, jest łatwiej, wizja świata, przynajmniej najbliższego, pozostaje dość spójna. To, co mówi ksiądz, nie rozmija się z tym, co mówią i czym żyją rodzice, dziadkowie… Ale  nie zawsze tak jest.

I to jest ta podstawowa trudność. Trudność współdziałania rodziców i księdza. Bo ja ich mam tylko przez chwilę. Przez większą część doby oni są przy rodzicach, kolegach, przy wiarygodnych lub niewiarygodnych świadkach Ewangelii. Wszystko się o to rozbija. Wiarygodny wychowawca to taki, który sam siebie ciągle wychowuje. Nie mówi: tak zostałem wychowany, a teraz będę ciebie wychowywał. Jeśli ktoś tak mówi, to znaczy, że nic nie zrozumiał. Bodajże święty Augustyn powiedział kiedyś: „Drogą do Boga jest drugi człowiek, o ile sam tą drogą idzie”. Albo przynajmniej: uczciwie tej drogi szuka. Nie może być tak, że ja pouczam dziecko, a sam nie mam właściwej postawy. Pamiętam rodziców, którzy w „białym tygodniu” stali pod kościołem i pytali mnie: „Kiedy się ta impreza skończy?”. W dziecku rodzi się wtedy myśl, że religijność jest dla maluchów i „dyżurnych babek”. Pokolenie trzydziesto-, czterdziestolatków to często ludzie, którzy odeszli od Kościoła. Z tego się bierze coś w rodzaju duchowej schizofrenii, pęknięcia. Do pewnego czasu dziecko je znosi, wytrzymuje, zafascynowane jest jeszcze tajemnicą, ale potem zwykle nie otrzymuje wsparcia. 

Potem musi to wszystko uporządkować, nazwać – i ostatecznie musi coś wybrać. Są jednak rodzice, którzy znaleźli się w takiej życiowej sytuacji, że nie mogą przystępować do sakramentów. Na przykład żyją w związku niesakramentalnym, a jednak chcieliby swoje dzieci wychować w wierze katolickiej. Jak oni mają przygotowywać swoje dzieci do komunii?

Rzeczywiście, znam takich rodziców i prowadzę rekolekcje dla osób pozostających w związkach niesakramentalnych. Ten problem nie jest dla mnie nowy ani zaskakujący.  Uważam, że to jest kwestia uczciwości. Rodzice mogą powiedzieć dziecku: „Mamy pewne sprawy nie do końca załatwione, ale chcemy być z tobą, szukamy Pana Boga. Ty też go szukasz. My w tym momencie nie możemy przyjąć komunii, ale będziemy z tobą tak, jak na razie potrafimy być. I cieszymy się razem z tobą”.

A jak zaradzić tradycyjnej polskiej religijności, która niejako nakazuje, by Pierwsza Komunia była wielką uroczystością rodzinną i wydarzeniem prawie społecznym, niepozbawionym pompy? Trudno walczyć z obyczajem odzwierciedlającym  w pewnej mierze jakieś ludzkie potrzeby, a przecież  zdecydowanie niesprzyjającym  wyciszeniu się, skupieniu myśli i uwagi na tajemnicy spotkania Jezusa w sercu każdej osoby. 

Staram się spowodować, żeby dzieci nie dostawały prezentów przy komunii świętej. Akurat u mnie komunia jest w pierwszą niedzielę czerwca, po Dniu Dziecka. I znakomita większość rodziców mówi do dzieci tak: „To jest twój rok komunii świętej, twój rok szczególnego spotkania z Jezusem, to są twoje prezenty”. I dają je wcześniej, pierwszego czerwca, z okazji Dnia Dziecka, a nie komunii. Żeby ta góra prezentów, które dziecko ogląda z naturalną ciekawością, nie przysłoniła mu Pana Jezusa.

Kiedy przyszedłem do mojej bratanicy i przyniosłem jej Biblię z ilustracjami, powiedziała mi: „O, kolorowa Biblia, ja już mam trzy Biblie, a wiesz, ile złota dostałam?”. I wyciągnęła złote obrączki, medaliki, pierścionki, kolczyki i inne precjoza… Skąd dziecko wie, że złoto jest wartościowe? Dowiedziało się tego od rodziców. Musieli się tak zachwycać tym złotem, tak nad nim cmokać, że Pan Jezus zniknął. To taka sama sytuacja jak w opowieści o wdowie, która wrzuciła o świątynnej skarbony dwa pieniążki. Inni wrzucali tam kosztowności, zachwycano się nimi, a nikt nie widział, że ta kobieta dała najwięcej, bo wszystko, co miała. Proszę zobaczyć: Jezus jest tak maleńki jak te dwa wdowie grosze, jakże łatwo Go zagubić, jak łatwo może zniknąć. Pod stosami prezentów, przesadnie wykwintnym przyjęciem, pod całą tą zewnętrznością, gloryfikacją człowieka… A skupiać powinniśmy się na tym, czym jest komunia święta.

My, księża, jesteśmy stróżami tego sakramentu. Czasami czujemy się rozbici ogromnym zeświecczeniem ludzi, tym, że nie ma w nich żadnego doświadczenia wiary. To może boleć. Nie dziwota, że czasem ksiądz potrafi być oschły, ostry. On jest w dość niekomfortowej sytuacji: przed Panem Bogiem staje za ludźmi. Mówi: „Oni są grzeszni, Panie Boże, przebacz im”. Ale przed ludźmi musi stanąć po stronie Pana Boga i powiedzieć: „Bóg tego nie chce”. Musimy być wymagający.

Myślę, iż dramat polega na tym, że dorośli często są mało religijni, że są religijni obrzędowo, powierzchownie. Dlatego dzieciom tak trudno być religijnymi…

Chociaż i one mogą wpływać na postawy rodziców, mogą być dla nich przykładem… 

Oczywiście! Jest taka błogosławiona, Laura Vicuña, Chilijka, która oddała życie w intencji nawrócenia swej matki. Po śmierci ojca Laury jej mama związała się z dość nieprzyjemnym, oględnie mówiąc, mężczyzną. Dziewczynka powiedziała kiedyś w konfesjonale, że chciałaby umrzeć, byleby tylko mama przyjęła komunię świętą. Ksiądz się przestraszył: „Co ty mówisz? Pan Jezus może cię złapać za słowo – nie mów tego!”. A ona na to: „Wiem, co mówię. Chcę, żeby mama przystąpiła do komunii świętej, nawet gdyby Bóg miał zabrać moje życie”. A potem zachorowała. Dzień przed jej śmiercią matka dowiedziała się, za co umiera jej córka – i przyrzekła, że odmieni swoje życie. W dzień pogrzebu Laury, po dwudziestu chyba latach, przyjęła komunię świętą i wróciła do Boga, porzuciwszy całe to kiepskie życie, jakie dotąd wiodła. Kiedyś opowiedziałem o tym moim dzieciakom w klasie: „Żebyście byli takimi Laurami dla swoich rodziców”. Potem pewien chłopiec powiedział mi: „Tak się tym przejąłem, że mamę, która pracuje w show-biznesie, za rękę zaciągnąłem do kościoła. I dobrze się stało,  bo jak mi się teraz nie chce, to mama mnie ciągnie…” Zamienili się rolami. On był wówczas przepojony dziecięcą gorliwością, jak neofita. A teraz, kiedy jest w szkole średniej, czyli w trudnym wieku, to mama go mobilizuje, bo ona się wtedy przejęła Bogiem…

„Jedni drugich brzemiona noście”… powiedział Apostoł. Mamy się wzajemnie podtrzymywać, wzajemnie sobie pomagać. Wszyscy mamy być świadkami wiary skupionymi na Jezusie.

I promieniować Jego pokojem, miłością, radością i nadzieją.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata