70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Teatrum Zofii Stryjeńskiej

Pamiętam z poznańskiego dzieciństwa w latach czterdziestych zeszłego wieku wszechobecne kartki świąteczne z obrazkami Stryjeńskiej, jakieś reprodukcje z góralami i chłopami, które – owszem – podobały mi się, ale Ojciec zakazywał… Przypominam: był malarzem.

Potem uległem aurze domowej. Zresztą Stryjeńska nie znajdowała aprobaty nie tylko mego Ojca, ale także Tytusa Czyżewskiego (choć i on malował górali), Hanki Cybisowej, Jana Cybisa, Eugeniusza Eibischa, Stanisława Szczepańskiego, Zygmunta Waliszewskiego, Józefa Czapskiego… Z pewnością nie była ulubienicą Władysława Strzemińskiego, Katarzyny Kobro, Teresy Żarnowerówny, Mieczysława Szczuki… Strzemiński w 1935 ironizował: „Wiemy, jak dzisiejszy chłop namalowany na obrazach Stryjeńskiej staje się Piastem (czy Chjeno-Piastem)” . Nie byli jej wielbicielami Henryk Berlewi i Henryk Stażewski oraz ci wszyscy artyści, którzy pojawiają się na kartach książki Andrzeja Turowskiego Budowniczowie świata jako jego budowniczowie właśnie. A artyści, których nie sposób uznać za budowniczych –Witkacy na przykład? Nie sądzę, aby byli wielbicielami Stryjeńskiej. Dla jednych powierzchowna, manierystyczna, lukrująca prawdziwe problemy społeczne tak bardzo leżące na sercu Strzemińskiemu i jego łódzkim kolegom, dla drugich – duchowych krewnych Witkacego – ponadto jeszcze naiwnie optymistyczna. Tenże Andrzej Turowski zestawia chłodno „Witebską twórczość Chagalla i warszawską Stryjeńskiej”, twierdząc, że to „dwa bieguny o nierównym ciężarze” . Efektowna i powierzchowna w ujęciu społecznego tematu – co dla Strzemińskiego niedopuszczalne; traktująca kolor płasko dekoracyjna „plakaciara” – co w ustach kapistów było obelgą…

Miłośników Stryjeńskiej było wielu. Przypomnę – należała do RYTMU, grupy umiarkowanej, którą lokowano między Awangardą Łódzką a Bractwem św. Łukasza. RYTM – w przeciwieństwie do takich grup jak BLOK, PRAESENS czy a.r. – był uznawany przez tak zwanego wykształconego odbiorcę. Odnosiła sukcesy: wystawy, nagrody, zlecenia państwowe, w tym współpraca z architektem Józefem Czajkowskim przy tworzeniu Pawilonu Polskiego na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Dekoracyjnej w Paryżu w roku 1925. Była sławna, stała się popularna, z czasem opatrzyła się, znudziła, miano Stryjeńskiej dość.

Mnie, urodzonemu w 1940, Stryjeńska podobała się wbrew Ojcu, potem nie wypadało, potem zająłem się czym innym i teraz – nagle – wystawa w Muzeum Narodowym… Migawka w telewizji – myśl: całkiem, całkiem…

Miałem do Muzeum interes, pomyślałem: „zajrzę też na Stryjeńską”. Przekroczyłem magiczne wierzeje sal na wysokim parterze i… – ogarnął mnie czar. Otoczyły mnie obrazy, ogarnął kolor. Przyskakiwałem i odskakiwałem, zbliżałem się i oddalałem, chodziłem i stawałem – zauroczony. Nie wszystkim, ale jednak! Zapomniałem o Ojcu, kapistach, Strzemińskim i Awangardzie.

Wystawa jest pełna koloru – swoiście stosowanego. Stryjeńska, malując i projektując, używa wszystkich kolorów barwnego kręgu, zestawiając je bez specjalnej modulacji, płasko wydobywając światła innym kolorem. Na przykład: żółtawozielona chustka dziewczynki osłaniającej dłonią płomień świecy ma cienie ciemnozielone i zdecydowanie żółte światła padające na chustkę od płomienia . Żółta spódnica prządki ma ciężkie, wpadające w oranż cienie. Ale nie zawsze! Niekiedy Stryjeńska po prostu rozjaśnia kolor plamy bielą w miejscach, na które pada światło – bez dogmatyzmu. Rozjaśniania pojawiają się także w miejscach nieoczekiwanych – po prostu dla podkreślenia kształtu! Czasem Stryjeńska po prostu koloruje rysunek – w projektach kostiumów i scenografii, gdy chce wskazać kolor materiału na kostium. Jest to więc użycie kolorów sąsiadujących z sobą na kole barw.

Jeżeli prace na papierze i większe obrazy są oparte na zestawieniach barw kontrastowych, są akordami nie zawsze konsonansowymi, to polichromie sięgają po gamę, i to obniżoną, a więc złożoną z barw pigmentów bliskich ziemiom lub wręcz ziemiom takim jak terra di siena, ugier i czerń. Gdzieniegdzie pojawia się błękit w niewielkich ilościach. Tonacje polichromii pochodzą z rejestrów niższych od zestawień w innych pracach Stryjeńskiej.

Kolory u Stryjeńskiej są także „muzyczne”, interesowała się przecież synestezją – jak Kandinsky… Namalowała dwanaście tablic ilustrujących problem.

Doświadczywszy, wchłonąwszy i zrozumiawszy jakoś kolor u Stryjeńskiej, zanurzyłem się w aurze wystawy, pozwoliłem się ogarnąć jej atmosferze i omiótłszy okiem całość, pognałem do szkicowników. Ojciec mój mawiał: „Rysunek jest najbardziej intymnym sposobem wypowiedzi”. W nieznanych dotąd szkicownikach znalazłem Stryjeńską bardziej surową, mniej dopracowaną, bez kokieterii…

Zaskakują rysunki młodzieńcze z 1911 roku, z których aż bije atmosfera młodopolskiego Krakowa. Oto przy pulpicie, plecami do nas, szejk wysuwa lewą nogę w przód i przemawia do dostojnego gremium krakauerów we frakach, a fraków rytm łamie dama w bieli. Podpis mówi, że to Manggha w stroju szejka. Tenże Manggha, tronując wśród dziwnych postaci ma „Wizje Medyceusza”. Także zadziwiająco dojrzałe rysunki lawowane akwarelą – jeszcze wcześniejsze, bo z roku 1901. Stryjeńska miała wtedy dziesięć lat! Oto pani ubrana po miejsku, z parasolką, kroczy dostojne pierwsza, za nią ubrana po krakowsku sługa z dzieckiem na ręku. Oto scena we wnętrzu – babcia odrabia lekcje z wnuczką. Oto znów pani na Plantach ze sługą u boku, sługa pcha wózek z dzieckiem… Sceny domowe, zawsze sceny z aktorami, którzy grają, a nie pozują czy zwyczajnie są – jak na płótnach Boznańskiej. W szkicach – już tych najwcześniejszych – widać świat, który w pełni ujawni się w dojrzałych pracach malarki.

Ujawni się wieś, chłop – ale nie prawdziwy, lecz wyidealizowany i teatralny, przodek cepeliowskiego chłopa czy górala. Stryjeńska ubiera lalkę w kostium ludowy i nadaje jej pozę. Lalka gra tak, jak gra lalka w teatrze lalek, jej charakter jest jednoznacznie określony. Chłop Stryjeńskiej nosi chłopski kostium niemal zawsze „podrasowany”, upiększony, prawdziwszy niż prawdziwy. Czy to tylko dekoracja…? Stryjeńska wydobyła swoistą esencję górala, chłopa, wsi, zwierząt domowych. Wszyscy: górale, chłopi, wieś, zwierzęta, są na jej obrazach prawdziwsi niż w rzeczywistości. Oglądamy wiek złoty z Metamorfoz Owidiusza…

Rysunki w szkicownikach, duże obrazy, polichromie w większości, właściwie wszystkie prace z wyjątkiem projektów tkanin i liternictwa pełne są postaci ludzkich, również zwierzęcych. Co robią ci ludzie? Bawią się? Celebrują ryt? Symbolizują? Pozują? Przede wszystkim grają! Grają w teatrze! Grają na scenie! Wszystkie postacie są jakoś aktorami, dla których malarka zaprojektowała scenę i kostiumy oraz stworzyła scenariusz. Sztuka Stryjeńskiej jest wielkim teatrem. Kompozycje figuralne zaaranżowała tak jak żywe obrazy. Idea jest podobna do tej, która kierowała Davidem, gdy ten malował Śmierć Sokratesa czy pokazywał rozpacz matki i kamienną twarz Brutusa na widok ciał synów padłych w boju . Wszystkie postacie Davida grają tak, jak grają – a przynajmniej powinni grać – aktorzy w teatrze Corneille’a. Jeżeli Rembrandt malował jakąkolwiek scenę, powiedzmy – ewangeliczną, nie był to teatr, jego postacie nie grają roli, nie przybierają wystudiowanych póz, mają rozbudowaną psychikę, podglądamy coś, co w zasadzie nie jest przeznaczone dla naszych oczu. Czasem mam wrażenie, że postacie zostały przez Rembrandta przyłapane na gorącym uczynku. Postacie Davida wiedzą, że są widziane, są na scenie dramatu klasycznego lub opery seria , postacie Stryjeńskiej grają na scenie ludowych jasełek, na scenie teatru Stopki czy Dejmka… – nawet na scenie teatru lalek. No, może nie wszystkie. Jednak wiele z nich to kukiełki. Nawet słowiański panteon to postacie zredukowane do kostiumu. Lalki ubrane w kostium.
Wszystko, co napisałem, zawisłoby w próżni, gdyby czar, urok sztuki Stryjeńskiej był tylko iluzją czaru, złudzeniem uroku. Gdybym dał się zwieść czemuś, co nie istnieje. Wolno mi już powiedzieć: na wystawie ogarnął mnie czar teatru, wspaniałych dekoracji, pysznych kostiumów, bajecznej sztuki. Czar teatru Groteska czasu mego chłopięctwa. Groteska mieściła się wówczas na rogu św. Jana i św. Tomasza, na piętrze. Od ulicy św. Tomasza była chyba witryna pracowni dekoratorskiej, wpatrywałem się pełen zachwytu w lalki duże i małe, które po zejściu ze sceny nadal były zaczarowane. Nie wiedziałem wtedy, że projektował je Kazimierz Mikulski. Groteska kreowała świat tak inny, tak wyraźnie odcięty od rzeczywistości jak żaden inny teatr. Czar przez nią rzucony był tak potężny, że zagarniał rzeczywistość spoza sceny. To był magiczny, zaczarowany świat.

Groteska, teatr lalki i maski oświetla wystawę Stryjeńskiej, wystawa Stryjeńskiej pozwala docenić Groteskę… Czy umniejszam Stryjeńską? Czy umniejszam Groteskę? Stryjeńska nie jest groteskowa ani Groteska nie jest Stryjeńska – one tylko rzucają podobny sobie urok – i tu, i tam inny. Groteska pozwoliła mi dostrzec i wydobyć teatralność prac Stryjeńskiej. Teatralność ta jednak różne ma oblicza, różną wartość. Krzywiono się na dekoracyjność jej prac, ona jednak jest jej siłą. Decorum. Jej dzieło dekoruje, zdobi nasz wypłowiały świat, ale i napełnia melancholią, bo scena świata wygnała jej trupę, spaliła dekoracje , zabiła baśń.

Należy chwalić – obok dzieł – także samą wystawę i jej przygotowanie. Ściągnięto prace Stryjeńskiej, skąd tylko się dało, także z miejsc, do których na co dzień nie mamy dostępu, oraz takich, do których dostępu nie mamy w ogóle. Mam na myśli szkicowniki i uroczy widok paryskiej Ile de la Cité. Imponuje bibliofilski katalog, który – oprócz tekstów wprowadzających i ogólnych – zawiera teksty kilkunastu autorów omawiające całą twórczość Stryjeńskiej, gromadzi wszystkie chyba ważniejsze jej dzieła pogrupowane tak: malarstwo, rysunek, grafika, teatr, varia. Malarstwo mamy monumentalne, obrazy wielkoformatowe i panneaux dekoracyjne oraz malarstwo sztalugowe i szkice malarskie. Dział „Rysunek” zbiera szkicowniki i inne rysunki; grafika dzieli się na grafikę artystyczną i użytkową, w tym projektowanie książki, a szuflada teatralna mieści projekty scenografii i kostiumów oraz scenariusze i teksty przedstawień. Pozostały varia, a więc zabawki i wyroby z drewna, tkaniny, dekoracja ceramiki, projekty wnętrz i architektury, wreszcie teksty literackie i prace teoretyczne. Katalog wygląda więc na katalog raisonné dzieł Stryjeńskiej. Wiadomo, że kiepski obraz lepiej wygląda na reprodukcji, a dobry przeciwnie. Widząc oryginały, zobaczyłem, że reprodukcje są od obrazów słabsze.

Wystawa i katalog wzruszają tym bardziej, że pokazują malarstwo, w którym żyje świat już całkowicie miniony, którego już nie ma – choć leże jego jeszcze ciepłe, jeszcze paruje… Ja sam pamiętam górali ubranych po swojemu, a nie w „stroje regionalne”, jak szli na mszę do starego kościoła w Zakopanem… Może nie tak wspaniałych jak u Stryjeńskiej, ale jednak górali. Chłopów też nie ma, nie ma ludu, choć nazwa Polskie Stronnictwo Ludowe nadal obowiązuje.

Świat Stryjeńskiej, jej teatr, oglądam z drugiego brzegu Flegetonu.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata