70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Historia bez końca

Groteskowa opowieść, z rozdwojonymi, podmienionymi życiorysami, z majaczącą dziwną utopią roślinnego bytowania poza historią – gwałtem przerobiona na propagandową czytankę. Cóż ta książka robi w Pociągu Kawalerowicza?

Postęp techniczny nieustannie zmienia nasze życie. Ostatnio zaszedł tak daleko, że nagle rozwiązała się pewna zagadka, od dawna już domagająca się rozwiązania. Procedura cyfryzacji (nie będziemy wdawać się w szczegóły) pozwala odświeżać klisze filmowe sprzed lat, co sprawia, że obraz, a także dźwięk staje się wyraźniejszy. Wskutek tego, kiedy niedawno jedna ze stacji telewizyjnych podjęła dobrą decyzję wyemitowania Pociągu Jerzego Kawalerowicza, wystarczyło w odpowiednim momencie ruszyć się z fotela, podejść dwa kroki do przodu i trochę tylko przymrużyć oczy, aby zobaczyć, jaką to książkę czyta w przedziale sleepingu Lucyna Winnicka:

Rudolf Leonhard,

Śmierć Donkiszota.

Książka ukazała się w 1956 roku, w wydawnictwie MON w Warszawie, przełożył Aleksander Wat, nakład 10 tysięcy egzemplarzy. Obwolutę, okładkę i kartę tytułową projektował Ignacy Witz. Ta właśnie obwoluta zwracała przedtem uwagę zgeometryzowanymi plamami, bardzo w duchu drugiej połowy lat 50., kiedy pospiesznie przyswajaliśmy osiągnięcia nowoczesnego malarstwa, i bardzo dobrze pasująca do stylowej czarnej bluzki z dekoltem w łódeczkę i spódnicy w grochy, które nosi bohaterka. Niektórzy, na przykład Tadeusz Sobolewski, jeszcze przed renowacją kliszy trafnie rozpoznawali w tych plamach rytm Guerniki Picassa. Wszystko się zgadza, bo Śmierć Donkiszota  to zbiór opowiadań o wojnie domowej w Hiszpanii.

Rudolf Leonhard urodził się w 1889 roku w Lesznie. W 1912 debiutował tomikiem wierszy. W 1914 zgłosił się na ochotnika do wojska, ale czy to wskutek osobistych doświadczeń, czy pod wpływem idei pacyfizmu wkrótce zaczął wypowiadać się przeciwko wojnie, a także za rewolucją i za ekspresjonistyczną odnową literatury. Przystępował kolejno do rozmaitych partii oraz frakcji komunistycznych i dość szybko z nich występował, zawsze jednak poruszał się w orbicie komunizmu. Współpracował z tygodnikiem „Die Weltbühne”, był redaktorem w wydawnictwie Die Schmiede, brał udział w tworzeniu teatru Die Tribüne, pasjonowało go radio i był jednym z pierwszych autorów słuchowisk w Niemczech. W 1925 roku należał do inicjatorów literackiego stowarzyszenia pod nazwą „Gruppe 1925”, którego członkami byli m.in. Alfred Döblin, Bertolt Brecht, Kurt Tucholsky. Trzy lata później wyjechał do Paryża, gdzie nadal pisał dla mediów niemieckich, ale publikował też po francusku. W tym czasie przygotował niewielką rozprawkę pt. Das Wort („Słowo”), z projektem ułożenia słownika według brzmieniowych walorów słów. Rozprawką tą bardzo zainteresował się Walter Benjamin, czego ślady odnaleźć można w jego pismach, a podobno też James Joyce, który zaprosił autora do udziału w pracach nad przekładem Work in Progress (tę ostatnią informację  znalazłam w jednym tylko źródle: www.answers.com).  Po 1933 r. Leonhard działał w organizacjach wspomagających uchodźców z Niemiec, literaturę emigracyjną i walkę z nazizmem. Gdy wybuchła wojna w Hiszpanii, zaczął pisać opowiadania, które potem złożyły się na Śmierć Donkiszota (pierwsze wydanie: Zürich 1938). Sam do Hiszpanii pojechał dopiero później, na krótko, w delegacji Międzynarodowego Komitetu. Od jesieni 1939 r. osadzony w obozie Le Vernet (departament Ariège), potem w Les Milles, ponownie w Le Vernet, na koniec w więzieniu Castres, skąd uciekł. Po zakończeniu wojny przebywał w Paryżu i starał się znaleźć dla siebie jakieś miejsce przy odbudowie stosunków francusko-niemieckich. W 1950 roku wyjechał – albo wrócił – do Niemiec, do NRD, gdzie, zdaje się, na żadne już miejsce dla siebie nie mógł liczyć. Jako reemigrant z Zachodu nie był specjalnie mile widziany. Miał zresztą jeszcze inna „krechę” w kartotece: syn jego pierwszej żony, noszący jego nazwisko Wolfgang Leonhard, późniejszy sowietolog i ekspert od Europy Wschodniej,  w 1949 roku z etykietką titoisty uciekł na Zachód. Rudolf Leonhard umarł w Berlinie Wschodnim w 1953 roku.

Od razu i wprost powiedzmy, że opowiadania z tomu Śmierć Donkiszota są marne i obronić się ich nijak nie da. Pisane były w jawnym celu propagandowym i mają wszystkie grzechy tego rodzaju literatury. Czarno-białe płaskie obrazki, deklamowane hasła, perfidne sprzysiężenie międzynarodowego kapitału z jednej strony, heroiczny lud hiszpański wspierany przez międzynarodowe siły szlachetności z drugiej. Czasem tylko przebija się okruch czegoś lepszego, otwiera się jakieś okienko z ciekawszym widokiem. Tak bywa zwłaszcza w tych opowiadaniach, które robią wrażenie, jakby chciały pierwotnie być czymś innym i zmierzyć się z innymi sprawami, ale na koniec dolepiono im obowiązkowy wydźwięk i zatopiono wszystko w banale. Drzewo cytrynowe,na przykład, opowiada o dwóch przyjaciołach w Niemczech po zwycięstwie Hitlera. Horst miał się za zwykłego Niemca, a gdy się dowiedział, że jest Żydem, popełnił samobójstwo. Hans za nic nie chce być Niemcem, bo to oznacza bycie antysemitą, i staje się „rasistą na opak”:

wyrobiła się w nim owa skłonność do szukania w każdym człowieku nie tyle jego własnej osobliwości, ile reprezentacji grupy plemiennej; co więcej, właśnie w niej upatrywał wartość jednostki, odrzucając wszystko, co osobiste i osobnicze, a więc przygodne, i co, jak wierzył, zawsze ostatecznie prowadzi do degeneracji.

Przechodzi na judaizm, chce za pewną dziewczyną wyruszyć do Palestyny, tuła się po Europie, wreszcie trafia do Hiszpanii, gdzie Żydzi z Niemiec zdobywają praktykę w uprawie cytrusów. Skończy się wstąpieniem do Brygad Międzynarodowych. Ale najpierw w Hiszpanii Hans przeżywa urzeczenie ziemią i drzewami.

W tej swojej niezwykłej do nich miłości nie mógł się dość nadziwić, że na każdym z tych drzew zawsze jest równocześnie i kwiat, i okwit, i owoc dojrzewający, i owoc dojrzały. (…) W takich chwilach nie wiedział, co się z nim dzieje, gdzie jest, wiedział tylko, że stoi mocno na ziemi, pośrodku, pod drzewami cytrynowymi, tak samo silny i rozrosły wewnątrz i z zewnątrz jak te drzewa. (…) Ludziom miał za złe właśnie to, że nie są roślinami.

Groteskowa opowieść, z rozdwojonymi, podmienionymi życiorysami, z majaczącą dziwną utopią roślinnego bytowania poza historią – gwałtem przerobiona na propagandową czytankę.

Cóż więc ta książka robi w Pociągu Kawalerowicza?

Można, po pierwsze, założyć, że kiedyś czytało się ją inaczej. Że taka jaka była, na tle produkcji literackiej spod stalinowskiej sztancy wyróżniała jakąś świeżością, dziś bez ratunku zatartą. Nikłe ślady recepcyjne z czasu publikacji (notka w „Nowych Książkach”, wzmianka w „Roczniku Literackim”, autorstwa, notabene, Marcelego Ranickiego) o niczym takim wprawdzie nie świadczą, ale to jeszcze żaden dowód. Wśród indagowanych przeze mnie w ciągu ostatnich dwóch tygodni czytelników z odpowiedniego przedziału wiekowego nikt tej książki nie znał albo nie pamiętał.  Poszukiwania po linii Aleksandra Wata – mógł przecież na przykład gdzieś się zwierzyć, że tłumaczy albo kiedyś przetłumaczył opowiadania Leonharda i co o tym sądzi – też nie dały na razie rezultatu.

Film Kawalerowicza z rozmysłem odbiegał od haseł szkoły polskiej i stawiał na wymiar egzystencjalno-uniwersalny. Może jednak wydane przez MON  obrazki z wojny w Hiszpanii jednak przydają tej uniwersalnej opowieści bardziej konkretny adres. Na tej zasadzie, na jakiej wśród pasażerów znajduje się człowiek, który nie może spać, bo piętrowe łóżka sleepingu kojarzą mu się z obozowymi pryczami. Jesteśmy tu i teraz, po wojnie, w komunistycznej Polsce, mamy jakąś przeszłość i jakąś teraźniejszość, do pociągu wsiadamy z bagażem historii.

Może jeszcze inaczej: wojna domowa w Hiszpanii pozostawiła po sobie przecież legendę moralnie chwalebnego zrywu, zdradzonego potem i zakłamanego. Książka ma zaakcentować różnicę między tym, co jest, a tym, jak sobie to kiedyś, przynajmniej niektórzy, wyobrażali.

A może trafiła do filmu przypadkiem, jako rekwizyt, potrzebny, by aktorka mogła w odpowiedniej chwili czymś się zasłonić – a co będzie lepszą osłoną niż książka?

W NRD w latach 1960–1970 ukazały się cztery tomy pism wybranych Leonharda: wiersze, dramaty, proza, publicystyka. W 2002 r. wyszła książka pt. In derselben Nacht. Das Traumbuch des Exils („Tej samej nocy. Księga snów na emigracji”), zawierająca zapisy snów, prowadzone systematycznie przez Leonharda w obozie Le Vernet. Recenzent zauważył, że w tych zapisach odnajdujemy to, czego niekiedy brak w „dziennej twórczości” Leonharda: „swobodę gry, niczym nieskrępowaną inwencję”.

Ale sny też nie były skuteczną ucieczką od historii. Do tego stopnia nie były, że w tej księdze snów poszukuje się teraz świadectw, mogących rzucić światło na niewyjaśnione dotąd wydarzenia. Na przykład na śmierć Willego Münzenberga, jednego z liderów KPD, który w czerwcu 1940 roku, uciekając z grupką towarzyszy z transportu, powiesił się ­– lub został powieszony. Steffen Mensching, wydawca książki, pisze w posłowiu: „Lektura zapisów sugeruje, że L. i niektórzy towarzysze w Le Vernet znali okoliczności śmierci Willego Münzenberga”. Na podstawie szczegółowej analizy tych snów Gabriele Eckart wnosi, że Leonhard, „blisko związany z przywódcami niemieckiej partii komunistycznej, którzy wraz z nim więzieni byli w Le Vernet, posiadał informacje o udziale NKWD w zabójstwie Münzenberga”.

Groza.

R. Leonhard, Śmierć Donkiszota, tłum. A. Wat, Warszawa 1956; tenże, In derselben Nacht. Das Traumbuch des Exils, Berlin 2001, hrsg. u. mit einem Nachwort v. S. Mensching; F. Dieckmann, Nachtreporter seines Innenlebens, „Franfurter Allgemeine Zeitung“, 9 października 2001; G. Eckart, Willy Münzenberg’s Death in Rudolf Leonhard’s Dreams: Notes to „In derselben Nacht“, „Glossen“ 27/2008.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata