70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pierwszy krok w prawdziwe życie

Rytuały i duchowi przewodnicy mogą dostarczyć użytecznej wiedzy, wzbogacić umysł, wzmocnić ciało, zahartować odporność, dać niezłomne wzorce i wsparcie innych członków wspólnoty – ale nie nauczą odpowiedzialności.

Kiedy w schyłkowych czasach jaruzelskich przebywałem na niedługiej w sumie emigracji w Nowym Jorku, mieszkałem wśród tamtejszych Żydów w Seagate, chasydzkiej enklawie nad morzem w południowo-wschodnim zakątku Brooklynu, opiewanej przez samego Isaaca Bashevisa Singera. Tylko tam można jeszcze było usłyszeć od nieznajomego: „Czy pan był w Nowy Sącz? Bo mój dziadek miał sklep w Nowy Sącz”. Albo spróbować prawdziwego czulentu. Tak się powoli spoufalałem z sąsiadami, że w końcu zaprosili mnie bar micwę któregoś z gromadki nastoletnich synów. Z wielkim do tego podszedłem przejęciem, bo, nieskromnie, zaproszenie otrzymane od brooklyńskich starozakonnych uważałem za szczególne wyróżnienie dla goja i to jeszcze z niekoniecznie mile tu postrzeganej Polski. W wyznaczoną sobotę – tłamsząc w kieszeni przezornie mi wcześniej wręczoną jarmułkę – zobaczyłem pod synagogą spory tłumek; nie byli to bynajmniej wyłącznie starozakonni w przepisowych chałatach. Sporo zaparkowanych samochodów, zwykli ludzie, mężczyźni bez marynarek, roześmiane panie plotkujące z przyjaciółkami, trochę dziatwy, ot, zwyczajna Ameryka, a więc nic szczególnego ani żaden wyraz zaufania, po prostu sztampa, okazja do spotkania i wypitki, tak jak nasza pierwsza komunia. Trochę rozczarowany wszedłem do wnętrza synagogi i tam już czekały mnie zupełnie inne wrażenia: rabin wezwał trzynastoletniego chłopaka do odczytania przypadającego na ten dzień fragmentu Tory i ksiąg prorockich. Przedtem nałożył mu na czoło i ramię tefilin, czyli małe, skórzane pudełeczka z biblijnymi wersetami; oznacza to, że chłopiec oddaje się na służbę Bogu wolą, czynem i rozumem. Głowę po raz pierwszy w życiu nakrył tałesem, czyli chustą modlitewną obrzeżoną przepisowymi frędzlami. Odtąd jest dorosły wobec Boga i ludzi, odpowiada sam za swoje czyny, bo przedtem odpowiadali zań rodzice. Łamiącym się ze wzruszenia albo lęku dziecinnym głosikiem nie tylko czytał, ale skomentował jakieś zawiłości prawa mojżeszowego, których wyuczył się w cotygodniowej szkółce religijnej. Słuchali go w skupieniu dorośli mężczyźni w swoich chałatach i oddzielone od nich kobiety w przeznaczonym dla nich, odgrodzonym babińcu. Bo bar micwa znaczy „syn przykazania”; odtąd wątły trzynastolatek jest już mężczyzną. Potem wszyscy – także ci, którzy nawet nie weszli do synagogi – w obszernym domu pachnącym czosnkiem i smażoną cebulą częstowani byli knyszami, czyli tradycyjnymi pierożkami, i wszystkim, co w szabat wypadało podać.

Po raz drugi wziąłem udział w tej żydowskiej uroczystości inicjacji dorastających chłopaków już na początku lat 90., kiedy oficjalnie reprezentowałem już nie pamiętam który z szybko zmieniających się rządów wolnej Polski, a zapraszała jedna z ważniejszych postaci tamtejszej diaspory żydowskiej; na Manhattanie oczywiście. Kto by tam myślał o synagodze, tałesie albo teflinie. Wszystko odbywało się w wynajętej sali restauracyjnej i sprowadziło do kosztownych prezentów dla chłopaka, okazji do przemówień dla notabli i „wyżerki” dla wszystkich. Wtedy dopiero stanęły mi przed oczyma hucznie świętowane w Polsce pierwsze komunie i bierzmowania, w których najmniej ważna jest tajemnica, jakiej dostępuje dorastający chłopak albo dziewczyna, a najważniejsza jest pokazowa feta. Wtedy dopiero poczułem żal za utraconym sensem.

Ale przecież ludzie pod różnymi szerokościami i pod odmiennym niebem wciąż odczuwają potrzebę symbolicznego uczczenia chwili, kiedy wspólnota zyskuje nowego, młodego uczestnika. Nawet, gdy jedynym duchem takiej chwili jest spirytus zawarty w trunkach.

Podróż w poszukiwaniu wizji

Jeśli ktoś wyobraża sobie rezerwat indiański w Ameryce Północnej jako wioskę z westernu pełną czerwonoskórych w pióropuszach i pod bronią to dość daleko rozmija się z prawdą. Owszem, bywają i takie przebieranki dla turystów, ale codzienność Indian w ich największych skupiskach zachowanych jeszcze na pustyniach Utah, Newady czy Arizony to wegetacja w spalonych suchym żarem lepiankach albo w przypominających mrowiska, ulepionych z gliny budowlach – takich samych jak przed 500 czy 600 laty – które można na przykład spotkać w stanie Nowy Meksyk tuż obok modnej góry narciarskiej Taos; wtedy krótka przejażdżka jest zanurzeniem się nawet nie w Trzeci, ale chyba nawet w Czwarty Świat. Małe rezerwaty resztek ocalałych plemion na ludnym i bogatym wschodzie Stanów Zjednoczonych to jednak coś zupełnie innego. Właściciele tych wydzielonych nieraz zaledwie kilkudziesięcioosobowym grupom Indian – pozostałościom plemion kawałków ziemi są już takimi samymi jak inni Amerykanami, znają wartość każdej stopy kwadratowej gruntu i dobrze kalkulują możliwość robienia tam biznesu. W ostatnich dziesięcioleciach najlepszym interesem jest kasyno, bo zakaz hazardu w większości stanów nie dotyczy terytoriów indiańskich. Nawaho czy Apacze na pustkowiach Zachodu nie mają jednak klienteli, która na bogatym wschodzie napływa do przybytków Narragansetów albo Mohikanów z Nowego Jorku czy Bostonu. Władze się złoszczą i usiłują zmienić prawo, Indianie krzyczą o dyskryminacji, więc na razie wszystko jest tak, jak było.

Wśród wzgórz stanu Connecticut mieści się jedno z takich miejsc do ściągania pieniędzy przez Indian z ich dawnych ciemiężycieli. Ponieważ nie interesowały mnie automaty do gier i obstawianie partii pokera, poszedłem rozejrzeć się po okolicy.

– Czy to wasz wigwam? – spytałem któregoś z kręcących się po okolicy ludzi, gdy zobaczyłem na uboczu dziwny szkielet z gałęzi.

Mężczyzna najpierw długo mi się przyglądał, potem odparł:

– Nie, to szałas pary albo potu. Stąd młodzi chłopcy wyruszają w podróż w poszukiwaniu wizji, by stać się mężczyzną.

Tak zaczęła się rozmowa. Dostrzegł, że nie jestem Amerykaninem, dlatego nie zignorował mojej uwagi. Okazało się, że pracuje w banku w Hartfordzie, ale jako potomek ginącego plemienia przyjeżdża tu od czasu do czasu, by kontemplować Wielkiego Ducha, Ojca Niebo, Matkę Ziemię i Babcię Księżyc. Na co dzień jest prezbiterianinem. Inicjację przechodzą chłopcy, których rodzice i oni sami tego chcą. Chcą czegoś więcej niż bejsbolu, samochodów i obłapiania koleżanek w dyskotece. Szkielet szałasu pary nakrywany jest brezentem (kiedyś były to skóry), ma kształt ziemi według pradawnych wierzeń, czyli skorupy żółwia. Wejście jest od wschodu. W środku rozpala się do czerwoności kamienie, wtedy wchodzą tam dojrzewający chłopcy pod kierunkiem szamana. Dziewczyna też może wejść, jeśli potrzebuje oczyszczenia, ale kobieta oczyszcza się co miesiąc w sposób naturalny. Krew pierwszej miesiączki jest znakiem błogosławieństwa, wchodząca w dorosłość dziewczyna może namaszczać nią każdego, kto chce dostąpić łaski. Chłopcy powinni się jednak bardziej postarać: muszą wytrzymać gorąco tej łaźni, a potem poszczą i udają się na wędrówkę w poszukiwaniu wizji swojego przeznaczenia. Gdy zapadną w sen, będzie on proroczy. Opowiadam mu o Nepalu, gdzie, na odwrót, krew miesięczna (jak w wielu innych kulturach) jest znakiem nieczystości, a mała dziewczynka obwoływana przez miejscowych braminów boginią i pokazująca się wiernym w centrum Katmandu może być nią tylko do pierwszej miesiączki, kiedy kapłani ją detronizują i powołują nową. Dotychczasowa bogini może wyjść za mąż, otrzymuje ze świątyni bogaty posag, ale zwykle jest nieszczęśliwa i kończy w samotności, bo w dzieciństwie zbyt przywykła do rozkazywania i czci. Niezbyt to pojmuję, wreszcie pytam:

– Czy mogę zobaczyć obrzęd waszej inicjacji?

– Nie, on jest tylko dla członków plemienia. Dla obcych jest kasyno.

Tyle było naszej rozmowy. Zupełnie inną ceremonię inicjacji widziałem w buddyjskiej Tajlandii. Święto Asana Bucha przypada w czasie lipcowej pełni księżyca i upamiętnia pierwsze kazanie wygłoszone przez Buddę. Jest to środek pory deszczowej, ryż już posadzony, pracy na wsi jest mniej, a jednocześnie mnisi rozpoczynają trzymiesięczny post, który muszą przetrwać, nie opuszczając swojej świątyni, medytując i nauczając. Jest to więc najlepsza pora, by młody człowiek przeszedł obowiązkowy staż w klasztorze, który jest tradycyjnym warunkiem uznania za dorosłego. Nie jest to dziś przestrzegane, zwłaszcza w miastach, ale zawsze dobrze widziane. Do klasztornego życia można tu powracać, ile razy się chce, golić głowę, wkładać i zrzucać szafranowe szaty, a potem znów wskakiwać w cywilne odzienie i wracać do rodziny. Tego dnia wiejska Tajlandia pełna jest radosnych pochodów, kiedy krewniacy i sąsiedzi niosą młodzieńców na klasztorny pobyt. Delikwent siedzi na barana na karku swego ojca lub wuja, a wszyscy obficie raczą się gorzałą z melasy po trzcinie cukrowej. Obcy są tu mile widziani, butelka idzie w obieg, uśmiech na wszystkich twarzach. Gdy młodzieniec wróci z klasztoru, jego dojrzałość będzie już uznana przez wioskową społeczność. Trochę inaczej wygląda to w Indiach. Tutaj najważniejsze jest przekazanie młodzieńca w nowych szatach w ręce guru, który wtajemniczy go obrzędy i sensy dorosłego życia.

Jakże bezbarwnie prezentują się przy tym rytuały inicjacyjne naszej kultury. Matura i poprzedzająca ją studniówka. Zanikająca już dzisiaj „fala” w wojsku. Pierwsza komunia i bierzmowanie w balangowej obyczajowości Polaków. Zastaw się, a postaw się. Ale rytuały inicjacji są przecież mocne i dramatyczne tylko w kulturach pierwotnych i drapieżnych. Okrutna chłosta dorastających chłopców w Sparcie, kiedy krew tryskała na ołtarz, a przyszłym hoplitom nie wolno było wydać jęku. Wojownikiem Czejenów można było zostać dopiero po zanurzeniu rąk w gotującej wodzie, a delikwent musiał udawać, że to lodowaty płyn, i potem rozgrzać poparzone dłonie w żarze ogniska. A czy rytuałem inicjacji nie jest doktorat czy habilitacja, kiedy starający się musi wytrzymać grad podchwytliwych pytań i samotnie im sprostać? Ale jeśli tak, to niewielka różnica dzieli ten szacowny obrządek od inicjacji złodziejskiej albo bandyckiej, kiedy nowicjusz powinien wykazać się stosownymi umiejętnościami, twardością i zimną krwią…

Cywilizacja Piotrusia Pana

Więc po co te obrzędy, ta magia, te inicjacje?

– Wilk jest wilkiem, niedźwiedź jest niedźwiedziem. Człowiek natomiast jest wszystkimi zwierzętami jednocześnie. Może zostać każdym z nich. To jego wyjątkowa cecha, ale i przekleństwo. Dlatego tylko człowiek potrzebuje inicjacji w kolejne etapy życia i podczas ich trwania potrzebuje wsparcia innych ludzi – mówi mój indiański znajomy.

– Ale tylko człowiek ma wiedzę i ją rozwija. Więc po co mu to czarowanie? – dopytuję.

– Światem nie rządzi ciągły postęp, tak jak wy myślicie – brzmi odpowiedź. – Świat to koło: wszystko już było, wszystko znowu będzie. Dlatego tylko my potrafimy radować się ze wszystkich faz życia i czcić je stosownymi obrzędami. Nawet ze śmierci, bo umierający jest szczęśliwy, wracając do Wielkiego Ducha, by oczyścić się i znów narodzić w jeszcze lepszym życiu. Śpiewamy mu więc pieśni. Tak jak wkraczającemu w dorosłość pokazujemy, że ponad fizyczną sprawnością jest jeszcze duchowa wizja.

– Przecież to wszystko zanika – mówię mu. – Jak praktykować namiot potu i podróż w poszukiwaniu wizji w dzisiejszym świecie? Przecież ty też pracujesz w banku…

– Dlatego w świecie jest coraz więcej ludzi głęboko i dojmująco samotnych. Praktykując stare obrzędy, odsuwamy od siebie samotność i strach. Dlatego też w świecie powstają coraz to nowe subkultury i sekty. One też mają swoje rytuały i wtajemniczenia, choć zwykle głupawe albo zbrodnicze. Wstępując do nich, ludzie zaciekle bronią się przed osamotnieniem.

Czym więc jest dorosłość albo dojrzałość? Czy progiem jest matura albo inny egzamin dojrzałości? Trudno o większą bzdurę. To przecież tylko sprawdzian wyuczonej wiedzy, nawet nie umiejętności jej stosowania, czy też mądrości. Osiągnięty wiek? Osiemnaście lat, które wystarczą, by głosować i kupić alkohol? A może dwadzieścia jeden lat jako dostęp do alkoholu – tego probierza dorosłości – jak w Ameryce? Zdolność do małżeństwa? To tylko dojrzałość płciowa albo prawna bez jakiejkolwiek pewności przygotowania. Niestety, nasza cywilizacja nie ceni dojrzałości, ale młodość. Jest to cywilizacja Piotrusia Pana; wiecznie czegoś poszukującego, radośnie i bez krzty odpowiedzialności przebiegającego świat młodzieńca. Umie i chce się tym światem cieszyć, ale nie umie odnaleźć ani zagrzać w nim swojego miejsca. Kochają go równie przelotne kobiety, ale najbardziej uwielbiają go wielkie domy towarowe, bo nikt równie wdzięcznie nie zostawia tam swoich pieniędzy.

Jak uczynić z Piotrusia Pana mężczyznę? Bo z Piotrusi i tak – wcześniej czy później – uczyni matkę biologia rozkoszy. Powrotu do dawnych rytuałów i przewodników dawno już nie ma; mosty zostały spalone, wygnanie z raju – dokonane. W tej perspektywie jest coś rzeczywiście podniosłego – choć może w ostatecznym rachunku daremnego – w konfirmacji. Widziałem ją parokrotnie, w Stanach Zjednoczonych i Szwajcarii u tamtejszych luteranów, kiedy w Niedzielę Palmową piętnastoletnia młodzież, a więc starsza niż przystępująca do komunii w katolicyzmie, uroczyście wyznaje swoją wiarę bez towarzyszących temu przyjęć domowych. W dawnej NRD usiłowano ją zastąpić „socjalistycznym” ślubowaniem wierności systemowi, co rzecz jasna padło wraz z murem berlińskim. Ciekawe jednak, że świecka inicjacja młodych odradza się po latach we wschodnich landach. Do tego samego porządku należy ceremonia chrztu dorosłych u baptystów: uważają, że trzeba dojrzeć, aby świadomie wypowiedzieć swoje credo.

Zapomniana siostra wolności 

Czyżby dojrzałość oznaczała to samo, co wygnanie z raju? Utratę sielskiego dziecięctwa i opieki wszechmocnych w pojęciu dziecka rodziców? Czy w to miejsce wstępujący w dorosłość uzyskuje świadomość zła? Nie tylko w tym sensie, że ono istnieje i zagraża. Nade wszystko zaczyna stopniowo rozumieć, że i on sam jest w stanie je czynić. Dojrzałość jawi się tu jako dopuszczenie do przerażającej tajemnicy: prawdy, że zło także tkwi we mnie i że przed tym nade wszystko trzeba chronić siebie i innych.

Czym więc jest dojrzałość? Nade wszystko odpowiedzialnością. Odpowiedzialność to zapomniana siostra wolności. O wolności wiemy dziś wszystko, o odpowiedzialności na pewno mniej, albo nawet w ogóle nic wiedzieć nie chcemy. Bo odpowiedzialność ogranicza naszą wolność, czasem tak bardzo, że zostaje z niej – jak u pewnego bardzo niemodnego dziś filozofa – tylko uświadomiona konieczność. Bo czymże jest wolność matki wobec swego dziecka, męża wobec żony, pracownika wobec jego roboty, żołnierza wobec ojczyzny? To przecież nie Karol Marks, ale liberał, katolik i konserwatysta Lord Acton powiadał, że wolność jest swobodą czynienia rzeczy słusznych. Może nie do końca miał racji, ale był blisko. Wolność bez odpowiedzialności jest szaleństwem i anarchią, odpowiedzialność bez wolności – zatęchłym tchórzostwem. Rytuały i duchowi przewodnicy mogą dostarczyć użytecznej wiedzy, wzbogacić umysł, wzmocnić ciało, zahartować odporność, dać niezłomne wzorce i wsparcie innych członków wspólnoty – ale nie nauczą odpowiedzialności. Usiłują czynić to religie choćby poprzez potępienie grzechu rozmaicie nazywanego, ale trudno nauczyć się odpowiedzialności, tylko czcząc Boga, wypełniając jego przykazania i drżąc przed karą wieczną. Człowiek nieodpowiedzialny obraża bóstwo, ale nade wszystko krzywdzi i obraża swoich bliskich, tych, których kocha albo zdaje mu się, że pokochał. Dlatego odpowiedzialność jest najbardziej świecką z cnót. Można ją zrozumieć dopiero poprzez innych ludzi, a zwłaszcza żałując krzywd im wyrządzonych. Ale jeśli tak, to brak odpowiedzialności jest grzechem przeciwko największemu przykazaniu Chrystusa – przykazaniu miłości.

Adam dojrzał nie wtedy, kiedy anioł wygonił go z raju, nie wtedy, kiedy dowiedział się, że umrze i „w pocie czoła chleb swój dobywać będzie”, ale dopiero wtedy, gdy zrozumiał, że jest odpowiedzialny za Ewę i poczęte przez siebie potomstwo, że tego ciężaru uniknąć nie może, a nawet go ponieść pragnie. Dlatego twarzami odpowiedzialności również są miłość i solidarność. Nad Adamem nie miał kto odprawiać rytuałów inicjacyjnych, nie było innych ludzi, by wprowadzić go w wiedzę i ciężar dorosłego życia, dać poczucie przynależności, nasycić sensem jego samotność. Pojął to jednak i uniósł, choć się na pewno potykał. W tym nadzieja.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata