70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Wyznanie win – które dla mnie stanowi może najistotniejszy na przyszłość, szczytowy punkt pontyfikatu Jana Pawła II – bez Soboru byłoby nie do pomyślenia. Jest ono niesłychanie ważnym wyrazem ducha Soboru, dzieła Ducha Świętego, światłem na rozdrożach.

Liebe Mitbrüder im bischöflichen Dienst!”…

Jest to więc list skierowany wyraźnie do Biskupów. Osoba świecka nawiązuje kontakt z tym tekstem niejako przez ramię. Niewygodna pozycja, ale jednak pozwala stwierdzić, że właściwi adresaci pojmują intencje listu w ten sam sposób, jaki i mnie się narzuca: trzeba jak najprędzej naprawić nieporozumienie i szkodę, jaka z niego wynikła. Ruch pojednawczy w stronę lefebrystów nie jest ustępstwem wobec antysemityzmu, nie jest zgodą na tego rodzaju pojmowanie religii i świata. Pisząc ten list ostrożnie, ale dość wyraźnie Papież uznaje, że wcześniej zaniedbano pewne kroki – research w internecie! – kroki, które mogły skłonić do należytego wyjaśnienia tej sprawy już w pierwszym rzucie. Z mojej świeckiej perspektywy powiem po prostu: zwracając się do lefebrystów Papież powinien był być poinformowany, że dystansując się od Soboru Watykańskiego II, członkowie Bractwa Piusa X odrzucają też dekret soborowy Nostra aetate i tym samym mogą uprawiać antysemityzm. Mogą to robić, czując się katolikami lepszymi niż inni, bardziej wiernymi prastarej praktyce wrogości wobec Żydów.

Jestem pewna, że obecny papież, w roku 2000 uczestnik odprawionego przez Jana Pawła II nabożeństwa pokutnego za grzechy Kościoła, między innymi w  stosunku do Żydów, na pewno pamięta modlitwę, którą tam wtedy uroczyście odczytano – wyraża ona także jego ducha:

Boże naszych ojców, który wybrałeś Abrahama i jego potomstwo, aby Twoje Imię zostało zaniesione narodom: bolejemy głęboko nad postępowaniem tych, którzy w ciągu dziejów przysporzyli cierpień tym Twoim synom, a prosząc Cię o przebaczenie, pragniemy tworzyć trwałą więź prawdziwego braterstwa z ludem przymierza. Przez Chrystusa Pana naszego.

Wyznanie win – które dla mnie stanowi może najistotniejszy na przyszłość, szczytowy punkt pontyfikatu Jana Pawła II – bez Soboru byłoby nie do pomyślenia. Jest ono niesłychanie ważnym wyrazem ducha Soboru, dzieła Ducha Świętego, światłem na rozdrożach.

W niedawnym liście papieża Benedykta cenię i biorę do siebie wezwanie do praktykowania życzliwości w Kościele i w stosunku do wszystkich potencjalnych partnerów dialogu. Oznacza to też jakieś swego rodzaju domniemanie dobrej wiary nawet w stosunku do ludzi, którzy – jak lefebryści – nie praktykują takiej postawy wobec innych, w tym – wobec papieża, Ojców ostatniego Soboru, ekumenistów, innowierców, liberałów itp. Bardzo ujmujące jest dla mnie zdanie Benedykta XVI, że św. Paweł czasem przesadzał czy używał zbyt ostrej retoryki, ale w kwestii unikania nienawistnych sporów Pawłową surowość trzeba brać na serio, chodzi przecież o to, by świat zdołał wierzyć… A więc warto spróbować rozbroić lefebrystów!

Czytając przez ramię zachętę Papieża, uznaję, że warto próbować. Potrafię to uznać, mimo że jednocześnie zgłaszam się jako mała obrończyni Soboru… Soboru, który jak wszystkie poprzednie objął całą dotychczasową przeszłość Kościoła, cały depozyt, całe dziedzictwo i wyraził to dla nas od nowa, skorygował, uzupełnił to, co zawsze i wszędzie… Dla wielu stało się to za późno, dla wielu w porę, dla innych za wcześnie.

Sobór Watykański Drugi nie pozostał niedokończony jak Pierwszy, ale zachował naturę otwartą, sam siebie tak określił: jako przedsięwzięcie stosownej odnowy. Stosowność odnowy trwa i potrzebuje swoich entuzjastów i obrońców: aby świat mógł wierzyć.

*

Czytając dalej przez ramię, ulegam pokusie, by coś podpowiedzieć innym czytelnikom, bo przecież nie samemu autorowi.

List rysuje ogólny plan dalszej pracy z lefebrystami. Trzeba będzie zdecydować, jeśli nie zaraz, to wkrótce, jaką ta praca ma przyjąć perspektywę:

–       Czy chodzi o re-integrację schizmatyckiej (czy może jednak innowierczej?) grupy? O ich powrót do Kościoła rzymskokatolickiego, od którego się odłączyli czy z którym są rozłączeni, formalnie przez akt nieposłuszeństwa prawu kościelnemu, duchowo przez oderwanie od tradycji, której cząstką jest najnowszy Sobór?

–       Czy też zamiast prób reintegracji bardziej realistycznym postulatem byłoby zajęcie wobec lefebrystów postawy ekumenicznej, pójście drogą dialogu, możliwych zbliżeń, wspólnego modlenia się oraz inicjatyw charytatywnych?

Mam jednak wrażenie, że na prostą reintegrację może już być za późno. Czy naprawdę jest w ogóle szansa, że lefebryści zechcą wrócić w szeregi rzymskokatolickie „bez swoich urzędów”? O czymś takim Papież wspomina w liście. Czy zgodziłby się „uzdrowić je od korzenia”, czyli patrząc z perspektywy świeckiej, zatrzeć „schizmatyckość” lefebrystów? Czy tak można to rozumieć?

Postawa ekumeniczna byłaby zgodna z Pawłowym i papieskim postulatem unikania agresji i gorszących krytyk. Ale przecież postawa ekumeniczna wiąże się z uznaniem Soboru, soborowego stylu myślenia i działania, dążenia do jedności. Dla katolików rzymskich to postawa obowiązująca, choć w praktyce trudna. Ale dla lefebrystów? Czy aby zdolni są do praktykowania przedsoborowego jeszcze, a wciąż najistotniejszego „ekumenizmu duchowego”: nie wiemy, jakiej jedności pragnie dla nas Jezus Chrystus. Ale możemy jej pragnąć niejako in blanco.

Postawa ekumeniczna wyklucza przekreślanie, poniżanie, niedostrzeganie chrześcijańskiej motywacji i świadectwa tych, z którymi jesteśmy mniej czy bardziej rozłączeni, a jednak razem możemy się starać być uczniami Jezusa.

*

Benedykt XVI oczywiście widzi, że kwestia ekskomuniki ciążącej na lefebrystach wyświęconych na biskupów bez zgody papieża na pewno nie jest głównym problemem Kościoła rzymskokatolickiego w świecie współczesnym… Ani też tym, co myśl Papieża na co dzień zaprząta. List pięknie nawiązuje do Piotrowego zadania umacniania braci (Łk 22, 32) i do tęsknoty świata za Bogiem –  świata zagubionego, wraz z wiarą tracącego wszelką orientację. Obraz jest przejmujący, utrzymany w tonacji wielkopostnego fioletu, mgły, chmur przed nawałnicą. Papież daje szczere świadectwo temu, co przeżywa. W takich barwach świat w ogóle widzi. A w dodatku ostatnio czuje się zaatakowany przez gotowych do skoku przeciwników. Ta atmosfera osaczenia jest przygnębiająca. Może emocjonalnie działać w sposób sprzeczny z intencją autora listu, który nam się zwierza ze swojej szczerej troski o nas. To tylko wrażenie, ale na poziomie emocjonalnym świat Benedykta XVI wydaje się w pewien sposób podobny do świata arcybiskupa Lefebvre’a jako jednego z Ojców Soboru, od samego początku widzącego to przedsięwzięcie inaczej niż Jan XXIII.

Lefebvre nie był teologiem na poziomie choćby z daleka przystającym do tego, co już wtedy reprezentował profesor Joseph Ratzinger. Ale łączy ich pewien rodzaj pesymizmu. Jan XXIII rozglądał się po świecie w poszukiwaniu jasnych, pozytywnych znaków czasu czy nieufności. Wielu było wdzięcznych za ich konsekwentne wskazywanie, także w dorobku świata świeckiego. Tu należy afirmacja ludzkiego pragnienia godności, pokoju w rodzinie ludzkiej, szacunku dla praw człowieka, które Jan Paweł II już konsekwentnie włączył w swoje pojmowanie świata wartości. Świat starający się chronić prawa człowieka nie jest zdezorientowany: Barbara Ward wykazała, że ideały oświeceniowe są także skutkiem posiewu chrześcijaństwa. Z nich, z personalizmu i z wielu innych ciepłych, pozytywnych źródeł wypływa ewangeliczna soborowa „Radość i nadzieja”. Dystansowanie się od nadziei, w skrajnej postaci przypieczętowała schizma lefebrystów.

Tak, na pewno Papież słusznie się o nich troszczy, są na smutnej drodze – chodzi o to, by nie przyznać im racji – kosztem tych, co trwają przynajmniej w nadziei, jeśli nie tak bardzo w radości. Potrzebujemy wiary w niezłomną siłę dobrego poczynania.

Świeckie, laickie oko widzi świat jako chaos plam światła i ciemności. Ciemność jest realna i groźna – mamy opisany przez prof. Filipa Zimbardo „kompleks Lucyfera”, narodziny zdolności do okrucieństwa ze strachu, wstrętu i odczłowieczenia przeciwników. Wiara przeciwstawia temu kompleksowi domniemanie niewinności, a gdy trzeba z niego zrezygnować – zostaje pewność, że Bóg chce tego człowieka odzyskać, że nad tym pracuje (i wierzę, że nie zechce przegrać). Plamy światła i ciemności są jak te w teście Rorschacha: ich odczytywanie wskazuje, co mamy we wnętrzu. Gorąco pragnę, by Benedykt XVI widział więcej dobra, więcej ludzi gotowych mieć nadzieję – i żywiących ją – a nie czających się do skoku… Może ostra krytyka papieskich wypowiedzi przynajmniej czasem wynika z nadziei, że coś da, a nie z nienawiści?

Rzym, 13-24 marca 2009

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata