|

TEMAT MIESIĄCA:
Azja. Nowa ziemia obiecana
O naturze
azjatyckiej „obietnicy” (fragment)
TADEUSZ JAGODZIŃSKI
Jeśli istotnie środek ciężkości świata ma się przesunąć znad
Atlantyku nad Pacyfik, to z jakimi konsekwencjami dla innych
regionów i kontynentów? I czy warto się przeciwstawiać temu
procesowi, podejmując jakieś działania w ariergardzie czy lepiej
szukać płaszczyzn współpracy, przyczyniając się do spełnienia
azjatyckiej „obietnicy”?
Kłopot z Azją zaczyna się już od samej
definicji i, rzecz jasna, od ogromu
jej terytorium. Bo jak ogarnąć
zarazem Bliski i Daleki Wschód, Azję Południową
i Syberię czy Timor i Tadżykistan?
W naukach społecznych i politycznych sama
geografia niewiele tłumaczy. „Azja to
tylko nazwa na mapie”, irytowali się niegdyś
oficjele z ministerstwa przemysłu i handlu
w Tokio indagowani o tak zwane wartości
azjatyckie. W samej Azji Wschodniej –
tłumaczyli – poszczególne społeczeństwa
są tak zróżnicowane, że nie mają ze sobą
prawie nic wspólnego. Z pewnością w Korei
czy Japonii nie trzeba było o tym nikogo
specjalnie przekonywać. Ale z europejskiej
lub atlantyckiej perspektywy – mimo
rozmaitych zastrzeżeń – czujemy, że mówienie
o oszałamiającym postępie całego
Wschodu albo Azji jako „nowej ziemi obiecanej”
jest zasadne. To przecież największy
i najludniejszy z kontynentów, który
przeszedł w ciągu ostatniego półwiecza
niesłychaną wręcz metamorfozę. Z peryferyjnego
zaplecza wielkich mocarstw stał
się rozbudzonym olbrzymem; nie tylko dorównał
po modernizacyjnym sprincie dotychczasowym
potentatom, lecz także
w najbliższych dziesięcioleciach najprawdopodobniej
ich prześcignie. Dziś mało kto
odważyłby się kwestionować znaczenie
Azji na światowych rynkach. Zresztą natychmiast
zasypano by go dziesiątkami
rozmaitych wskaźników gospodarczych bądź prognoz demograficznych podważających
taką tezę, i to zarówno w odniesieniu
do Chin czy Indii (dwóch niekwestionowanych
liderów azjatyckiego jutra), jak
i Arabii Saudyjskiej lub Indonezji… Jednak
zanim pogodzimy się z tą heglowską logiką
nieubłaganego marszu Azji ku globalnej
dominacji, warto przez chwilę zastanowić
się nad jego dotychczasowym przebiegiem
i przyczynami. Czy tajemnica sukcesu tkwi
jedynie w liczbie ludności? A może również
w specyfice dziejów i kultury, które
zdają się predestynować wschodnie nacje
do mrówczej pracy? I jeśli istotnie środek
ciężkości świata, jaki znamy, ma się przesunąć
znad Atlantyku nad Pacyfik, to z jakimi
konsekwencjami dla innych regionów
i kontynentów? I czy warto się przeciwstawiać
temu procesowi, podejmując jakieś
działania w ariergardzie czy lepiej szukać
płaszczyzn współpracy, przyczyniając się
do spełnienia azjatyckiej „obietnicy”?
Potencjał i skala Azji przykuwały uwagę
ludzi Zachodu co najmniej od średniowiecza
(by nie sięgać do Aleksandra Macedońskiego
czy Ptolemeusza…). Jednych napawały
lękiem, innych nęciły zapowiedzią bogactw,
jeszcze inni postrzegali je przez
pryzmat odmienności i egzotyki. Po koniec
XIII wieku, zanim zdążyły wybrzmieć echa
najazdów mongolskich, o potędze „Państwa
Środka” i przepychu złotych pałaców
Orientu obrazowo pisał Marco Polo (zapewne
nie wszystko z tego, co przelał na papier,
sam zobaczył, ale nie za historyczną
ścisłość kochamy autora Opisania świata…),
który „odkrywał” w ten sposób dla
Europejczyków Daleki Wschód. Dwieście
lat później na marginesie jego książki
Krzysztof Kolumb, szukając nowego szlaku
morskiego do Indii, dopisał własną ponoć
ręką: „Mercacciones innumeras” (nieogarnione
możliwości handlu). Azja zawsze kusiła
swym bezmiarem i perspektywą szybkich
zysków. Na swoje nieszczęście cywilizacje
azjatyckie, w przeciwieństwie do
dynamicznej i ekspansywnej w czasach nowożytnych
Europy, tylko w ograniczonym
stopniu interesowały się dawniej światem
zewnętrznym. Przegapiły Renesans i Oświecenie,
płacąc za to wysoką cenę w postaci
kolonialnych interwencji Zachodu. Świadomość
tego dziedzictwa i próby jego przezwyciężania
w jakiejś mierze legły jednak
u podstaw najnowszych sukcesów, bo zetknięcie
z imperialnym Zachodem zaowocowało
wolą dogonienia możnych tego
świata. Japonia odegrała pod tym względem
pionierską rolę, wpierw na przełomie
XIX i XX wieku, a później dźwigając się
z klęski po II wojnie światowej – przy wydatnej
pomocy Stanów Zjednoczonych. Już
w latach 60. amerykańscy patroni rozwoju
gospodarczego Kraju Kwitnącej Wiśni z podziwem,
ale i nutą niepokoju obserwowali
azjatycką kulturę pracy, ambicję i szacunek
dla wiedzy. Mniej więcej w tym samym czasie,
gdzieś w zaciszu uniwersyteckich gabinetów,
historycy pokroju Marshalla Hodgsona
próbowali zmienić globalną optykę
dziejów, nadając Azji znacznie bardziej
centralną rolę, a politycy i dyplomaci – pod
kierunkiem Henry’ego Kissingera – szykowali
przełom w stosunkach z Pekinem. Nie
ulega raczej wątpliwości, że Amerykanie –
przewodząc Zachodowi w czasie zimnej
wojny – stworzyli zasadnicze impulsy dla
rozwoju Wschodu; niepodobna dziś mówić
o wielkim cywilizacyjnym skoku „azjatyckich
tygrysów” (Tajwan, Korea Płd., Hongkong,
Singapur) bez uwzględnienia roli
Stanów Zjednoczonych i ich polityki rosnącego
zaangażowania w basenie Pacyfiku
w latach 70. i 80. Tym razem jednak mieszkańcy Wschodu, pomni historycznych doświadczeń
(i mądrzejsi o lekcję Japonii…),
bacznie przyglądali się Zachodowi, ucząc
się nowych technologii i dostosowując nowoczesne
metody organizacji gospodarczej
do własnych warunków, potrzeb i filozofii.
Więcej na łamach marcowego „Znaku”
Zamów numer
TADEUSZ JAGODZIŃSKI, dziennikarz,
b. pracownik
Sekcji
Polskiej BBC,
absolwent
London School
of Economics
and Political
Science.
POCZĄTEK STRONY |