|

TEMAT MIESIĄCA:
Azja. Nowa ziemia obiecana
Lekcja azjatyckości (fragment)
Z WOJCIECHEM GIEŁŻYŃSKIM
rozmawiają Krystyna Strączek i Marcin Żyła
Historia to dla mieszkańców Azji głównie tradycja i zakorzeniony
etos. One właśnie, a nie historiograficzna wiedza, mają kluczowe
znaczenie dla całych społeczności. Mahabharata i Ramajana bez
porównania silniej kształtują wyobraźnię Indusów niż Iliada i Odyseja
Europejczyków.
Byliście w Indiach?
Niestety…
Koniecznie musicie się wybrać. Człowiek z Zachodu głupieje tam od razu po przylocie.
Bo oto widzi: z przeciwka idzie nagi fakir. Obok gra orkiestra jazzowa. Na
chodniku – stu żebraków, z których kilku właśnie umiera z głodu. Słoń maszeruje
wzdłuż ulicy. A na szynach położyła się krowa, więc tramwaje stoją, bo przecież
krowy nie wolno uderzyć. I do tego ten specyficzny hałas: ludzie mówią cicho, lecz
odgłosy miasta, muzyka i ryki zwierząt tworzą zupełnie nieeuropejski, inny szum.
I jeszcze te jaskrawe kolory ubrań, zwłaszcza kobiecych. Jest to absolutnie szokujące
zjawisko, ta Azja…
Ale czy coś takiego jak Azja w ogóle istnieje? Największy kontynent świata jest przecież
tak niejednolity kulturowo, gospodarczo i politycznie…
Jest po prostu wiele „Azji”. To właśnie owa różnorodność fascynowała mnie od dziecka.
Im bardziej ją poznawałem, zrazu z literatury, a później z własnych wypraw, tym bardziej moja fascynacja rosła. Podoba mi się to, że w prawie każdym państwie żyje
tam co najmniej kilka grup etnicznych – ludów, plemion lub klanów – całkowicie od
siebie odmiennych. Jednocześnie zauważalne są pewne cechy ogólne, „dominanty”
poszczególnych krajów.
Lubię więc typowo afgańską dumę i determinację Pasztunów. Podoba mi się kalejdoskop
tysięcy wysp Indonezji oraz spontaniczność i swoista niefrasobliwość ich
mieszkańców, a także Indie z powszechnym wśród ludzi przedkładaniem „być” ponad
„mieć”, wreszcie: wysublimowanie kulturalne Iranu, tej „Francji Azji”, pokonujące
rygory fundamentalizmu rodem z „rewolucji islamskiej”. Szanuję też typowy
dla Chińczyków respekt wobec autorytetów, a nawet… nepalskie uwielbienie czasu
wolnego.
Jaką perspektywę należy przyjąć wobec tak wielkiej różnorodności, aby móc Azję lepiej
rozumieć?
Przede wszystkim trzeba pamiętać, że Azjaci inaczej niż my rozumieją pojęcia „państwa”
i „kraju”. Afganistan, na przykład, de facto nigdy nie istniał jako państwo.
Nieco ponad połowę jego ludności stanowią Pasztunowie. Dzielą się oni na kilkadziesiąt
plemion, z których każde uważa się za najważniejsze. Co ciekawe, plemiona
koczownicze mają znacznie wyższą rangę niż grupy osiadłe, parające się „banalnym”
zajęciem, za jakie uważa się uprawę ziemi. Największe afgańskie plemię
koczownicze, Ghilzai, w roku 1978 przejęło nawet władzę w państwie! Afganistan
zamieszkują plemiona, które, owszem, wiedzą, że żyją w Afganistanie, że kraj ten
posiada jakieś granice oraz – przede wszystkim – że jest stolica, w której płaci się
podatki. I tyle! Kabulu zresztą wszyscy nienawidzą, bo jego mieszkańcy są obcy,
„zdetrybalizowani”.
Afgańskie rozwarstwienie społeczne zasadza się bowiem nie tyle na różnicy w dochodach
między mieszkańcami wsi a mieszkańcami dużych miast, ile raczej na odmienności
mentalnej. Prowincje oraz pomniejsze miasta, takie jak Kandahar czy Herat,
to przestrzeń kultury plemiennej. Świętą księgą muzułmanów jest oczywiście
Koran, ale w Afganistanie mówią, że mają jeszcze jeden kodeks zwany Pasztunwali.
Jest to zbiór reguł plemiennych, którymi należy kierować się w życiu codziennym.
Na przykład gościnność – melmastia – stanowi jedną z nich. Nawet gdyby odwiedził
cię morderca twej żony, masz obowiązek ugościć go i wysłuchać. A kiedy wyjdzie, należy
go zabić. Za progiem domu nie obowiązuje już bowiem melmastia, tylko prawo
zemsty – badal. W niektórych wypadkach, wedle kolejnej zasady, nanawati, ofiara
zemsty może się wykupić. Wypłata odszkodowania zniesie obowiązek badal. Nigdy
jedynie nie można się wymigać od zemsty, gdy obrazi się czyjąś kobietę – żonę, matkę,
córkę lub siostrę.
Więcej na łamach marcowego „Znaku”
Zamów numer
WOJCIECH GIEŁŻYŃSKI, dziennikarz,
reportażysta
od niemal
50 lat
podróżuje do
Azji.
POCZĄTEK STRONY |