70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Twarze Jezusa

Trzeba uznać, że Chrystus wiary jest interpretacją Jezusa historycznego, a nie, że jest z nim tożsamy.

Agnieszka Piskozub-Piwosz: Z pewnością to pytanie zadawano Panu wielokrotnie, ale my także musimy je postawić: Co było powodem Pańskiego zainteresowania Jezusem?

Geza Vermes: Moje zainteresowanie Jezusem było czysto akademickie, a droga do niego – okrężna i zabawna. Studiowałem teologię, a co za tym idzie: również Nowy Testament, ale z przyczyn technicznych (zbyt skomplikowanych, żeby je tutaj wyjaśniać) w Louvain zostałem zwolniony z wykładu dotyczącego Ewangelii. Podczas studiów nad Biblią hebrajską niemal równolegle zainteresowałem się zwojami znad Morza Martwego i zmagałem się z nimi przez kolejne sześćdziesiąt lat. Natomiast to, czego nauczono mnie o pozostałych pismach Nowego Testamentu, na przykład listach świętego Pawła, nie przemawiało do mnie. Było to bowiem ujęcie ściśle teologiczne, a ja o wiele bardziej interesowałem się historią i żydowską stroną chrześcijaństwa. Pierwotnie nie przepadałem więc za Nowym Testamentem. Później jednak pojawiły się rękopisy z Qumran. Ażeby je zrozumieć, musiałem podjąć między innymi intensywne studia nad żydowską interpretacją Biblii. I zdałem sobie sprawę, że  – aby to uczynić – muszę zapoznać się z interpretacją Starego Testamentu w Nowym Testamencie. W ten sposób natknąłem się na Ewangelie.

Jarosław Kołak: Było to przed publikacją Pańskiej książki Scripture and Tradition?

Geza Vermes: Tak. Ta książka to już następny etap. Początkowo pracowałem nad zwojami znad Morza Martwego i ogłosiłem kilka artykułów na ich temat oraz na temat interpretacji Nowego Testamentu. Kontynuacją tego była praca Scripture and Tradition, wydana w roku 1961. Zawierała ona dwa rozdziały dotyczące tematów powiązanych z Nowym Testamentem – jednak wciąż jeszcze było to tylko zainteresowanie poboczne. W połowie lat 60. ubiegłego wieku zostałem zaproszony do rewizji, a właściwie powtórnego napisania książki Emila Schürera The History of the Jews in the Age of Jesus Christ, powstałej w latach 1901–1909. Było to bardzo interesujące, wymagające i poważne dzieło, które ukazało się w trzech tomach pomiędzy rokiem 1973 a 1987. Kiedy pierwszy tom został ukończony, wziąłem urlop naukowy w ramach mojej pracy w Oksfordzie i postanowiłem wykorzystać wiedzę historyczną, językoznawczą i religijną (nabytą dzięki temu poważnemu badaniu naukowemu) – po to, by umieścić Nowy Testament w jego realnym kontekście: historycznym, kulturowym i religijnym.

Jarosław Kołak: To znaczy w kontekście żydowskim?

Geza Vermes: Owszem, w jego kontekście żydowsko-palestyńskim. Rezultatem tego był Jezus Żyd, książka, która w 1973 roku wyglądała na nieco rewolucyjną i nowatorską. Sam jej tytuł w tamtych czasach stanowił falę uderzeniową.

Agnieszka Piskozub-Piwosz: Dla kogo?

Geza Vermes: Dla tradycjonalistycznych chrześcijan. Zainteresowali się nią Żydzi – liberałowie, Żydzi współcześni, których ona w żaden sposób nie uraziła. Natomiast Żydzi ortodoksyjni nie zwrócili na nią wcale uwagi. Zatem po stronie żydowskiej nie istniała wrogość, choć spodziewałem się ataku zarówno ze strony chrześcijańskiej, jak i żydowskiej. Nie twierdzę, iż nie było żadnych sporadycznych wybuchów, ale nie pamiętam nic takiego, o czym warto byłoby mówić. Niespodziankę stanowił dla mnie fakt, że ta książka spotkała się z powszechnym uznaniem. Oznaczało to, że Jezus Żyd podnosił pytania, na które należało odpowiedzieć, a to naprowadziło naukowców na nowy interesujący i wartościowy trop.

Agnieszka Piskozub-Piwosz: Wydaje się, że niewielu żydowskich uczonych interesuje się naprawdę Nowym Testamentem, nawet jeśli znają zwoje znad Morza Martwego i interesują się tamtymi czasami…

Geza Vermes: Myślę się, że nie ma Pani racji. Wskutek odkrycia rękopisów z Qumran powstała niezwykle ciekawa sytuacja. Uczeni żydowscy rozpoczęli wówczas studia nad Nowym Testamentem, a znawcy Nowego Testamentu – nad judaizmem nie-biblijnym. Moja książka była pierwszą na ten temat i prawdopodobnie wywarła większy wpływ od innych. Wnioski jej autora nie były uzależnione od osobistego zaangażowania religijnego. To był jej dodatkowy atut. Nie broniłem żadnego stanowiska. Pozwoliłem, aby prowadziły mnie świadectwa.

Jarosław Kołak: Książka Jezus Żyd stała się pierwszą częścią Pańskiej trylogii. Co nowego pojawiło się w jej części drugiej i trzeciej?

Geza Vermes: Tom drugi, wydany po raz pierwszy w 1983 roku, został zatytułowany Jesus and the World of Judaism. Główny wkład do tej książki stanowiła seria wykładów dotyczących przesłania Jezusa: The Gospel of Jesus the Jew, które wygłosiłem w 1981 roku. Wcześniejszy Jezus Żyd nie dotyczył nauczania Jezusa, a jedynie umieścił jego religijną osobowość w ramach ówczesnej epoki.

Jarosław Kołak: Jako człowieka z krwi i kości…

Geza Vermes: Usiłowałem odkryć, jakim typem osoby był Jezus, poprzez zdefiniowanie go wewnątrz kulturowego i religijnego świata judaizmu palestyńskiego w I wieku. Uczyniłem to na dwa różne sposoby. Z jednej strony książka była próbą opisania Jezusa, tak jak występuje on w Ewangeliach synoptycznych, z drugiej strony zaś wykorzystałem w niej lingwistyczną i historyczną analizę „tytułów Jezusa”. Te dwa podejścia zmierzają w jednym kierunku, jeden potwierdza drugi…

Jarosław Kołak: Jak doszedł Pan do metodologii zastosowanej w trylogii o Jezusie?

Geza Vermes: Pozwoliłem, by prowadziły mnie świadectwa. W Niemczech oraz w Stanach Zjednoczonych, gdzie badania naukowe nad Nowym Testamentem miały swoje źródło w działalności emigrujących tam niemieckich uczonych, metodologia stała się świętością. Należało otaczać ją czcią. Tymczasem (jak to już kiedyś powiedziałem) w oczach niektórych amerykańskich krytyków moją główną zbrodnią było to, że doszedłem do poprawnych wniosków, korzystając z metody, której nie zatwierdzono w ich podręcznikach.

Moim zdaniem jednak, twórcza działalność naukowa nie może postępować wedle przyjętych wcześniej zasad. Musi ona wywodzić się z twórczego postrzegania, któremu towarzyszy metoda prób i błędów, weryfikowana za pomocą surowego osądu. Niektóre z tych kroków pójdą prawdopodobnie w złym kierunku, lecz wcześniej czy później zostanie to odkryte i będzie można poszukiwać właściwej drogi. Mam więc pewne domysły, które następnie sprawdzam. Ale te domysły są bardzo często światłem, które oświetla mi drogę. Jak mawia jeden z moich przyjaciół, bardzo wybitny uczony zajmujący się naukami ścisłymi: „Rozwiązywanie problemów jest łatwe. Trudność stanowi stawianie nowych pytań, które są pytaniami właściwymi”.

Agnieszka Piskozub-Piwosz: Po tym, co Pan powiedział na temat metod, może to się okazać ryzykowne, chcemy Pana jednak zapytać o tajniki Pańskiej działalności naukowej. Do jakiego stopnia postrzega Pan Ewangelie jako źródło historyczne?

Geza Vermes: Przede wszystkim należy zdać sobie sprawę, czym są Ewangelie. Nie zostały one przekazane przez samego Jezusa. We „śnie”, który opisałem w epilogu Twarzy Jezusa, każę Jezusowi powiedzieć: „Teraz żałuję, że nie zadałem sobie trudu, by samemu coś napisać”. Nie napisał. Musimy zatem opierać się na tym, co inni przytaczają jako jego słowa. A istnieje tylko jeden sposób, by zrozumieć słowa innych ludzi: to interpretacja. Ewangelie są literaturą, a literatura wymaga egzegezy, wyjaśnienia.

To, czym dysponujemy, to sprawozdanie w języku greckim, skierowane do mówiących po grecku odbiorców; historia, która obejmuje życie i idee kogoś, kto nie znał języka greckiego, kto nie został wychowany w kulturze grecko-rzymskiej, kto nie myślał w kategoriach hellenistycznych. Jego przesłanie było żydowskie, wyrażone na sposób semicki, skierowane pierwotnie do prostych galilejskich słuchaczy mówiących po aramejsku. To, co się zachowało, to przekład, nie tylko językowy, ale także ideologiczny – przekształcenie. To właśnie stanowi problem, któremu należy stawić czoło, jeśli naprawdę chcemy zmierzyć się z Jezusem Żydem. I to starałem się uczynić. Analizowałem leżący u podłoża język, choćby greckie wyrażenia, takie jak tytuły Jezusa w Ewangeliach, i usiłowałem odnaleźć, co te wyrażenia znaczyły w języku hebrajskim i aramejskim, oraz co ludzie, którzy słuchali Jezusa, musieli rozumieć, kiedy słyszeli go używającego sformułowań: „Pan”, „Syn Człowieczy”, „Syn Boży”, „Prorok”. Po opublikowaniu moich wniosków zawartych w książce Jezus Żyd, ktoś powiedział do mnie: „Przeczytałem tę książkę, uważam ją za fascynującą, lecz skoro nie uwzględnia Pan nauczania Jezusa, nie jestem pewien, czy mogę całkowicie Panu ufać”. Zwróciłem się zatem do religijnego przesłania Jezusa w trzeciej części mojej trylogii: The Religion of Jesus the Jew.

Agnieszka Piskozub-Piwosz: Dlaczego wybrał Pan Ewangelie synoptyczne i w jaki sposób – jako historyk – ocenia je Pan jako źródło? Jak wytłumaczyłby Pan to komuś, kto nie zna całego Jesus quest?

Geza Vermes: Dlaczego Ewangelie synoptyczne? Czemu nie Jan? W zasadzie istnieje niemal stuprocentowa zgoda co do tego, że Ewangelie synoptyczne reprezentują wcześniejszy etap tradycji Jezusowej niż czwarta Ewangelia. Gdyby wczesne chrześcijańskie próby zharmonizowania Ewangelii odniosły skutek i pozostalibyśmy tylko z jedną Ewangelią, nie byłoby możliwości prowadzenia analitycznych i krytycznych badań. Dzięki Bogu to nie nastąpiło i poszczególne Ewangelie przetrwały. W rezultacie opowiadają one tę samą historię, lecz nie w ten sam sposób, czasami zaprzeczając jedna drugiej, a czasami uzupełniając opowiadanie. Pozwalają zatem uczonym o nastawieniu historyczno-krytycznym wniknąć pod warstwę opowiadania.

Oczywiście, byłoby lepiej, gdybyśmy dysponowali autobiografią Jezusa. Wówczas byłoby wiadomo, co chciał on powiedzieć. Tymczasem jednak musimy zadowolić się relacjami z drugiej ręki. To dlatego zostałem przy Ewangeliach synoptycznych. Rzecz jasna, istnieje również czwarta Ewangelia i nawet na podstawie prostej lektury można zobaczyć, że odpowiada ona o wiele bardziej zaawansowanemu niż Ewangelie synoptyczne etapowi pojmowania Jezusa. Jeśli na przykład skupić się na Prologu czwartej Ewangelii, który – choć występuje na początku – został prawdopodobnie spisany jako ostatni i najprawdopodobniej przez kogoś innego niż autor samej Ewangelii, to on prowadzi doprawdy na sam szczyt nowotestamentalnego nauczania o Jezusie. 

Jarosław Kołak: W książce Twarze Jezusa nazywa Pan Ewangelię Jana „Mount Everestem teologii Nowego Testamentu”.

Geza Vermes: Zdecydowanie tak. Lecz co zrobić z tymi wątkami opowiadania o Jezusie w czwartej Ewangelii, które różnią się od tego, co zapisano w trzech pierwszych Ewangeliach? Czwarta Ewangelia pomija zupełnie pewne aspekty życia i nauki Jezusa, które są absolutnie zasadnicze u synoptyków.

Jarosław Kołak: Na przykład?

Geza Vermes: Na przykład Ewangelie synoptyczne często opisują Jezusa jako egzorcystę, nigdy natomiast nie występuje on w tej roli w czwartej Ewangelii. Bycie egzorcystą wydawało się wówczas (dla Jana) zbyt prymitywne. Po drugie, jeśli chcecie podsumować cel nauczania Jezusa historycznego odzwierciedlony u synoptyków, centralnym punktem jego posłannictwa jest obwieszczanie rychłego nadejścia królestwa Bożego. Zaś w czwartej Ewangelii królestwo Boże pojawia się jedynie mimochodem w rozmowie Jezusa z Nikodemem. Natomiast w Ewangeliach synoptycznych jest to temat tak centralny, iż trzeba dojść do wniosku, że czwarta Ewangelia umyślnie go opuściła.

Jarosław Kołak: Równocześnie niektórzy uczeni twierdzą, że Ewangelia Jana jest bardzo rzetelna, na przykład jeśli chodzi o  topografię Jerozolimy. Skoro jednak czwarta Ewangelia jest tak rozwiniętym dokumentem teologicznym, co może zrobić historyk, jeśli chce usunąć z niej ową warstwę teologiczną?

Geza Vermes: Zgadzam się w pełni, że w czwartej Ewangelii występują szczegóły, które są bardzo przekonujące. Uważam też, że istnieje taka jej część, która jest o wiele bardziej wiarygodna od tego, co zapisali synoptycy: to historia męki. Temu ważnemu tematowi poświęciłem małą książeczkę (Passion). Starałem się w niej wytłumaczyć ludziom, żeby zapomnieli o tym, co zostało powiedziane – liczy się tylko to, co jest faktycznie napisane. To właśnie mówią nam ewangeliści. Cała reszta to wytwór, interpretacja, spekulacja.

Kiedy dawno temu skończyłem trylogię o Jezusie, powiedziałem sobie, że są do zrobienia jeszcze dwie inne rzeczy. Po pierwsze, moja trylogia była w zasadzie historyczna, a potrzebna jest również analiza literacka. Po drugie zaś, oprócz Ewangelii synoptycznych w Nowym Testamencie znajdują się także inne pisma. Moją następną książką były więc Twarze Jezusa (2000), Zająłem się w niej nie tylko synoptykami, ale i Janem, Pawłem, Dziejami Apostolskimi i resztą pism Nowego Testamentu. Starałem się tam określić, w jaki sposób Jezus jest postrzegany na tych różnych poziomach tradycji Nowego Testamentu, i przedstawiałem rozmaite portrety Jezusa w odwróconym porządku chronologicznym, to znaczy: przechodząc od Jana (poprzez Pawła i Dzieje Apostolskie) do Ewangelii synoptycznych, a następnie do tego, co leży poza nimi – do niewyrażonego portretu Jezusa.

W 2003 roku wydałem kolejną pracę: The Authentic Gospel of Jesus. Przeanalizowałem w niej wszystkie wypowiedzi przypisane Jezusowi i posegregowałem je tak, by odnaleźć te autentyczne i odróżnić je od nieautentycznych. Uznaję od początku, że jest bardzo mało prawdopodobne, by z całą pewnością odkryć faktyczne słowa Jezusa. Usiłowałem zatem ustalić jego sposób myślenia, nie twierdząc, że Jezus wyraził swe myśli dokładnie takimi słowami. Na końcu zaś przedstawiłem w zarysie to, w jaki sposób – moim zdaniem – można odróżnić autentyczne wypowiedzi Jezusa od wypowiedzi dodanych. 

Agnieszka Piskozub-Piwosz: Jakimi kryteriami posługuje się Pan, poszukując tego, co autentyczne – po pierwsze, w Ewangeliach, a dalej w samym przesłaniu?

Geza Vermes: Rozpoczynam od szukania tego, co autentyczne. Tak jest łatwiej. Na przykład: Czy Jezus zamierzał zwracać się do nie-Żydów? Z pewnością, wedle niektórych stwierdzeń Nowego Testamentu, apostołowie zostali posłani do wszystkich narodów świata, lecz równie stanowczo jest poświadczone stwierdzenie wprost przeciwstawne: że sam Jezus i jego uczniowie są posłani jedynie do zagubionych owiec z domu Izraela. Które z tych dwóch stanowisk jest bardziej prawdopodobne pod względem historycznym? Sądząc z trudności, jakie napotkał Paweł, kiedy przekonywał apostołów, że nie-Żydzi mogliby być włączeni do Kościoła bez przyjmowania wpierw judaizmu, wydaje się wielce nieprawdopodobne, aby wypowiedzi Jezusa, wyrażające poparcie dla misji do nie-Żydów, krążyły w Kościele judeochrześcijańskim. Po drugie: Czy Jezus przewidział w nadchodzącej przyszłości istnienie Kościoła? Nie budzi wątpliwości, że Jezus za swego życia oczekiwał nadejścia królestwa Bożego. Kiedy jednak krzyż powstrzymał go przed ukończeniem swego dzieła, nieuchronne nadejście królestwa  zostało w umysłach jego uczniów zastąpione oczekiwaniem triumfalnego powrotu Chrystusa. Na to właśnie czekały pierwsze pokolenia chrześcijan. Sam Paweł oczekiwał, że zostanie uniesiony do nieba bez przechodzenia przez śmierć. Ich pokolenie miało na własne oczy oglądać powtórne przyjście Jezusa. Wraz z rosnącym opóźnieniem jego powrotu Kościół odkładał do odległego końca czasów bezpośrednie nadejście zarówno królestwa Bożego, jak i Chrystusa. Lecz jeśli Jezus faktycznie myślał w kategoriach nadciągającego królestwa, trudno byłoby mu kreślić plan długotrwałej instytucji. Zauważmy, że słowa „kościół” brakuje u Marka i Łukasza, a nawet u Jana. Pojawia się ono tylko dwukrotnie u Mateusza w (z pewnością nieautentycznych) wypowiedziach Jezusa, podczas gdy u Pawła znajdziemy je setki razy.

Jarosław Kołak: Lecz nawet jeśli Paweł w niedalekiej przyszłości oczekiwał paruzji, to jednak pisał o Kościele jako instytucji…

Geza Vermes: Na początku swej działalności Paweł oczekiwał paruzji lada dzień, lecz później powziął ideę, że może ona nastąpić dużo później. Ten o wiele dłuższy czas wyobrażano sobie na początku jako jakieś dziesięć lub dwadzieścia lat, lecz na przełomie I i II wieku paruzja została przesunięta na koniec czasów. W międzyczasie Paweł musiał zająć się niewykształconymi w znacznej mierze Grekami, dla których wynalazł bardzo staranną organizację, by upewnić się, że będą znajdować się pod kontrolą. Wielu anonimowych pomocników Pawła to prawdopodobnie ludzie, którym zawdzięczamy przetrwanie Kościoła i chrześcijaństwa. Bez Pawła i jego towarzyszy pierwotny ruch Jezusowy pozostałby żydowską sektą o niewielkich szansach na przetrwanie.

Jarosław Kołak: Zarówno Jezus, jak i Paweł byli pobożnymi Żydami, każdemu z nich bliski był określony typ religijności. A jaka religia bliska jest Panu?

 Geza Vermes: Dla mnie istnieją dwa rodzaje religii: po pierwsze, religia zorganizowana, nakładająca na człowieka zestaw reguł, form i kształtów, w obrębie których ma on działać. Ale jest jeszcze drugi rodzaj: charyzmatyczny typ religii, w którym czynisz to, co we własnym sercu rozpoznajesz jako to, co musisz czynić. Zazwyczaj pomiędzy tymi dwoma rodzajami religii istnieje napięcie. Nie powinno go być, ale zazwyczaj jest. Z całą pewnością wierzę bardziej w ten drugi typ religii. Sądzę również, zgodnie z prawdą, że religia, którą głosił Jezus, to bardzo indywidualny rodzaj religii, w którym modlitwa i dobre uczynki dokonywane są „w ukryciu”. Przychodzi mi tu na myśl słynna wizja proroka Eliasza: nadeszła trąba powietrzna, lecz Boga w niej nie było; potem przyszło trzęsienie ziemi, ale Boga tam nie było; a po trzęsieniu ziemi – ogień, lecz Boga nie było i w ogniu. Później zaś dał się słyszeć spokojny, nikły głosik – i właśnie w nim Eliasz napotkał Boga. To jest ten rodzaj religii, w który wierzę.

Agnieszka Piskozub-Piwosz: No tak, ale w czasach Jezusa Żydzi uznawali siebie za lud, Lud Boży. W jaki sposób lud mógł wyznawać indywidualistyczny typ religii?

Geza Vermes: Lud składa się z jednostek i kiedy spoglądamy nań z pozycji władzy, ustanawiamy prawo dla całej wspólnoty. Z drugiej strony profetyczny typ religii, który utrzymuje się w całym Starym Testamencie i ujawnia się w osobie Jezusa, jest indywidualnym komunikowaniem się pomiędzy osobą a mocą nadprzyrodzoną, która sprawia, że to ty odczuwasz, myślisz i działasz w sposób właściwy dla ciebie w tej chwili, w tych konkretnych okolicznościach, w tych danych warunkach – tak jak musisz odczuwać, myśleć i działać.

Przesłaniem Jezusa jest przede wszystkim absolutne zaufanie i całkowite poleganie na Bogu. Naśladowcy muszą starać się czynić wolę Boga jako objawioną im tu i teraz. Jest to o wiele bardziej egzystencjalny typ religii, religia wewnętrzna, która wymaga absolutnego i zupełnego poświęcenia się, chęci bezzwłocznego działania, bez ociągania się. To całkowite samooddanie się Bogu. Całkowite zaufanie, któremu towarzyszy natychmiastowe, stanowcze działanie.

Jarosław Kołak: Niedawno w świecie katolickim otrzymaliśmy ważny głos w dyskusji na temat Jezusa historycznego. Mam na myśli książkę Benedykta XVI Jezus z Nazaretu. Jaka jest opinia Pana, jako historyka, na jej temat? Wiemy skądinąd, że ma Pan z tą książką pewien problem? Na czym on polega?

Geza Vermes: Przypuszczam, że nawiązuje Pan do mojej recenzji Jezusa z Nazaretu opublikowanej w londyńskim magazynie „Times”. Może to zabrzmieć z mojej strony impertynencko, ale nie sądzę, że Joseph Ratzinger jest w pełni wykwalifikowany, aby napisać książkę na temat Jezusa, w której może twierdzić, iż postępował zgodnie z metodą historycznego podejścia naukowego. Nie uważam, że posiada on konieczną wiedzę wstępną, aby podejść do Ewangelii z historycznego punktu widzenia.

W latach 50. ubiegłego wieku studia nad Ewangeliami znajdowały się wciąż pod bardzo mocnym wpływem Bultmanna. Podejście to w dużej mierze wykluczyło dociekania historyczne, ponieważ, zdaniem Bultmanna, ewangeliści nie interesowali się historią, lecz potrzebami Kościoła pierwotnego. Opowiedzieli zatem historię Jezusa z zamiarem udzielenia odpowiedzi na pytania wyrosłe w pierwotnym, nieżydowskim chrześcijaństwie.

Joseph Ratzinger nigdy nie był znany jako biblista. Był sławnym teologiem systematycznym i ekspertem w dziedzinie patrystyki, lecz nie sądzę, aby posiadał jakieś specjalne przygotowanie, jeśli chodzi o badania historyczno-biblijne. Uważna lektura Jezusa z Nazaretu  wywołuje wrażenie, że papież nie w pełni orientuje się w świecie żydowskim, w którym żył Jezus (na przykład myli język hebrajski z aramejskim czy Abrahama z Eliaszem). Jeśli napisałby książkę na temat Jezusa z punktu widzenia teologii lub pobożności, jestem pewien, że zyskałby serdeczny i powszechny poklask. Benedykt XVI wkroczył jednak w dziedzinę, której powinien unikać.

Jarosław Kołak: Ma Pan na myśli dziedzinę dotyczącą Jezusa historycznego?

Geza Vermes: Tak. Twierdzenie zawarte na końcu tej książki – że Chrystus wiary jest tożsamy z Jezusem historycznym – to stwierdzenie teologa, a nie historyka.

Agnieszka Piskozub-Piwosz: Czy uważa Pan, że praca historyka może być podstawą dla teologii, czy też są to dwa rodzaje dyskursu, które nie mogą się spotkać?

Geza Vermes: Cóż, uważam, że one nie tylko mogą, ale i powinny się spotkać. Wszystko, co potrzebne, zawiera się w stwierdzeniu: Możemy postępować tak daleko wzdłuż linii badań historycznych, lecz ponadto mamy kilka dodatkowych interpretacji teologicznych pierwotnych odkryć i to rozrasta się w cały system myśli teologicznej. Te dwa podejścia są całkowicie możliwe jako odrębne, a mimo to połączone sposoby myślenia. Innymi słowy, nie występuję przeciwko idei interpretacji pod warunkiem, że uzna się, iż Chrystus wiary jest interpretacją Jezusa historycznego, a nie, że jest z nim tożsamy.

 Kraków, 9 grudnia 2008

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata