70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Roz-rachunki zaległe i bieżące

Kończy się rok finansowy. W skrzynce na listy znajduję zawiadomienia z urzędu podatkowego, a księgowy, który pomaga mi rozliczać się z fiskusem, ponagla mnie przez telefon, żebym dosłał jakieś dokumenty.

Kiedy nieśmiało zeznaję, że nie mogę ich znaleźć, okazuje niespodziewaną wyrozumiałość. On też czegoś nie może się doszukać,  ale – jak mówi – to i tak drobnostka w porównaniu z sumami, które „zapodziały się gdzieś” audytorom badającym aktywa finansowych gigantów po obu stronach Atlantyku. I tak rozmowa niepostrzeżenie schodzi na temat gospodarczej zapaści, w jakiej pogrąża się  wolnorynkowy świat.

Politycy nie unikają już takich słów jak kryzys czy recesja; ba, nie stronią nawet od bardziej nacechowanych emocjonalnie, choć mało technicznych określeń w rodzaju „huraganu” lub „katastrofy”. Wraz z upływem czasu jednak ten język znieczula. Podobnie jak bajońskie sumy przeznaczane przez rządy na udrożnienie systemów kredytowania albo zapisywane w rubrykach strat przez niegdysiejszych gigantów City i Wall Street. Ot, garść przykładów z ostatnich dni: korporacja bankowa HSBC zabiega u swoich udziałowców o wsparcie na kwotę 12 miliardów funtów, ubezpieczeniowy kolos AIG (American International Group) ogłasza kwartalne straty w wysokości 62 miliardów dolarów (absolutny rekord w dziejach światowego biznesu!), prezydent Obama uruchamia  program interwencyjny na blisko 800 miliardów dolarów, a Bank Anglii zwiększa podaż pieniądza o ok. 150 miliardów funtów. To ostatnie, dość eufemistyczne sformułowanie nie oznacza ponoć gorączkowego drukowania banknotów z podobizną Elżbiety II, ale mój księgowy, choć czuje się w tym wszystkim zagubiony jak prawie każdy, i tak uważa, że nieuniknionym skutkiem takich działań musi być inflacja. Nie dziś, nie jutro, ale pewnie za rok − powiada. I nie jest w tym przekonaniu odosobniony, bo na Wyspach całkiem spore grono ekspertów ma podobne zdanie.

Uderzające przy tym, jak tego rodzaju kryzys ujawnia niepewność i rodzaj zagubienia wśród polityków; ich dawne twierdzenia, podbudowane sprawdzonymi modelami, są coraz częściej zastępowane słowami o szukaniu dróg wyjścia i bezprecedensowych wyzwaniach. Jedni więc po omacku próbują się sami ratować, przy pomocy mniej lub bardziej protekcjonistycznych metod wspierania rodzimych przedsiębiorstw czy całych gałęzi gospodarki, drudzy zaś przekonują o potrzebie globalnej solidarności i równie globalnych rozwiązań. Trudno w tej chwili rozstrzygnąć, która opcja weźmie górę, być może rzeczywistość rosnącego bezrobocia i możliwych  niepokojów społecznych wymusi kompromisy między tak zakreślonymi  stanowiskami. I na pewno różne kraje będą na rozmaite sposoby przechodziły przez ten czyściec. Tu i ówdzie słychać już przewidywania na temat struktur międzynarodowych czy mechanizmów kontroli w świecie post-kryzysowym, ale – zważywszy na wspomniane wcześniej oznaki niepewności i bezradności polityków – to na razie czysta futurologia. Choć trudno oczekiwać, aby po uspokojeniu sytuacji na rynkach i ewentualnym powrocie na ścieżki wzrostu, państwo miało błyskawicznie wycofać się ze znacjonalizowanych instytucji finansowych i praktyk interwencjonistycznych. Pozostaje pytanie, jak zadbać o to, aby ta poszerzona rola państwa nie dławiła przedsiębiorczości i nowatorstwa, ale zanim ktoś znajdzie na nie odpowiedź, trzeba będzie najpierw uporać się z ożywieniem gospodarek i ograniczeniem inflacji. W dziesiątkach think-tanków i instytutów badawczych zmagają się już z tym wyzwaniem rzesze ekonomistów, ślęczących nad słupkami i wykresami. Chyba dopiero następne pokolenia będą mogły ocenić ich kolektywne wysiłki i, kto wie, może dostrzec w nich nie tylko reformatorów, ale i twórców pierwszej globalnej rewolucji XXI wieku?

Rozrachunki ze skutkami dużo bardziej lokalnej rewolucji rozpoczęły się tymczasem na dobre w Kambodży, gdzie po latach międzynarodowych starań i politycznych intryg ruszył wreszcie (w połowie lutego) proces pierwszej grupy pozostałych jeszcze przy życiu przywódców Czerwonych Khmerów. W latach 1975−1979 pod ich kierunkiem przeprowadzono jeden z najokrutniejszych eksperymentów społecznych XX wieku. Bezwzględna próba przekształcenia (na maoistowską modłę) kraju w samowystarczalną wspólnotę rolną, całkowicie podporządkowaną partii komunistycznej, kosztowała życie co najmniej 1,5 miliona ludzi (ok. 20% całej populacji) . Dotychczasowe nierozliczenie tamtych zbrodni urągało, rzecz jasna, elementarnemu poczuciu sprawiedliwości, zwłaszcza u rodzin ofiar dawnego reżimu, a to niemały odsetek mieszkańców dzisiejszej Kambodży. Problem w tym, że dawni liderzy Czerwonych Khmerów istotnie przyczynili się do zawarcia rozejmu po długiej wojnie domowej, a ich niegdysiejsi towarzysze broni zajęli prominentne stanowiska w nowych władzach w Phnom Penh.  W końcu jednak udało się pokonać rozliczne przeszkody i jako pierwszy stanął przed Trybunałem Kaing Guek Eav, znany jako „towarzysz Duch” (wym.: djuch albo dojch).  Był on komendantem więzienia S-21 Tuol Sleng, do którego trafiało elitarne grono szczególnie niebezpiecznych przeciwników władzy, na przykład osoby noszące okulary, bo to znamionowało inteligenckie pochodzenie… Ogółem w tryby kierowanej przez niego machiny śmierci dostało się ponad 12 tysięcy ludzi. Przeżyło zaledwie kilkunastu; miejscowi mówili o S-21, że to jest „miejsce, z którego się nie wychodzi”. Pamiętam wrażenie dziwnego chłodu podczas mojej wizyty w  Tuol Sleng, przekształconym już wtedy w muzeum ludobójstwa. Zwyczajny budynek dawnej szkoły, wyglądający z zewnątrz trochę jak prowincjonalna peerelowska tysiąclatka…  Tylko w środku wiało najprawdziwszą grozą: zdjęcia ofiar, katalogi nazwisk, prymitywne często, acz skuteczne narzędzia systemowej zbrodni. Do dziś robi mi się zimno, kiedy pomyślę o metalowej pryczy, do której przywiązywano więźniów skazanych na śmierć, aby przetoczyć im – do ostatniej kropli – krew przeznaczoną dla oficjeli potrzebujących transfuzji.

Eks-towarzysz Duch ma dziś 66 lat i wyraża ponoć skruchę. Niełatwo być księgowym tamtych czasów.

8 marca 2009

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata